piątek, 28 grudnia 2018

[G] Expectation - kiedy premiera?

Ani się obejrzałem, a tu materiał do nowej płyty został zgromadzony i nagrany. Powoli zatem zmierzam do wydania, chociaż tym razem chcę uniknąć nadmiernego pośpiechu (który był ewidentnie widoczny podczas przygotowania "Runaway"). Mógłbym już cieszyć się wytłoczonymi płytami, ale postanowiłem premierę przełożyć na 2019 rok. Powstrzymały mnie dwie rzeczy.

Udział osób trzecich

Planuję umieścić w jednym z utworów recytację wiersza Sarah Wilson, ale choć sam utwór jest w zasadzie gotowy, nadal nie mam nagranego wokalu. Chciałbym to osiągnąć w tym lub przyszłym tygodniu, potem trzeba będzie nagranie obrobić, wmiksować w utwór i "osłuchać".

Mastering

Tym razem - inaczej niż w przypadku trzech poprzednich płyt - chcę dopiąć sprawę masteringu. Do tej pory traktowałem go mocno po macoszemu, sprowadzając do wyrównania głośności poszczególnych ścieżek (w przypadku "Via" i "Runaway") lub nieudanego zastosowania automatu ("Flashback"). Tym razem skorzystałem z dogodności trybu projektowego w Studio One i tam dokładnie poustawiałem nie tylko czasowe zależności między utworami, nie tylko fade-in i fade-out, ale też indywidualne i sumaryczne efekty. Korzystam też z tego, że mogę bezpośrednio ze Studio One nagrać płytę CD i każdą nową wersję weryfikuję nie tylko na domowym zestawie audio, ale także w aucie (w drugim weryfikuję odsłuch ze smartfona). Do tego monitory i dwie pary słuchawek + odsłuch na "pchełkach" w smartfonie. Wydaje mi się, że nareszcie moje utwory zaczęły brzmieć mniej "pudełkowo", za to bardziej "wyrównanie".

Ostatnio nawet, w czasie świąt, odsłuchałem sobie część utworów na zestawie stereo Siostry i byłem bardzo przyjemnie zaskoczony brzmieniem na takim konsumenckim sprzęcie. Czyli może chociaż ta jedna płyta wypadnie korzystnie pod względem brzmieniowym?

Na przyszłość

Pamiętam do tej pory prace nad albumami "Via" i "Runaway" - w zasadzie ograniczałem się tam tylko do miksu, byle tylko szybko wydać gotowy album. "Via" - bo chciałem udowodnić sobie, że potrafię nagrać cały album po tylu latach zastoju, "Runaway" - bo również chciałem udowodnić sobie, że "Via" nie była tylko jednorazowym wyskokiem.

Dopiero podczas tworzenia "Flashback" miałem już pewien spokój, ale i tak obecnie widzę, że będę musiał zrobić na nowo nawet nie sam mastering, ale i miks, bo utwory brzmią raczej kiepsko - mści się stosowanie wyłącznie zintegrowanej karty dźwiękowej z laptopa.

Jednym słowem, trzeba po prostu dać sobie czas - także po przygotowaniu już samych utworów. Na słuchanie i ewentualne poprawki. Obecnie mastering mam w zasadzie gotowy, brakuje ostatecznej postaci jednego utworu i będę mógł przygotować końcowy obraz do publikacji.

I to wszystko mając nadzieję, że "Expectation" okaże się lepszy od wcześniejszych moich "dokonań". A ostatecznie kiedy premiera? Celuję w koniec stycznia.

piątek, 21 grudnia 2018

[G] Expectation - Mastering w Studio One

Jak już wspominałem, prace nad albumem "Expectation" powoli zmierzają ku końcowi. Czas zatem najwyższy zająć się masteringiem materiału. Do tej pory używałem w tym celu Reapera (albumy "Via" i "Runaway") oraz Ozone 8 ("Flashback"), tym razem postanowiłem nie opuszczać Studio One.

Projekt

Studio One ma specjalny tryb "projektowy", służący do przygotowywania finalnego materiału na płytę. Jest on zbliżony do tego, co oferuje Ozone, ale pod pewnymi względami jest według mnie lepszy.

Rzeczy należy zacząć od wygenerowania pojedynczych ścieżek-utworów, pozbawionych w miarę możliwości efektów na kanale sumy. Dobrze jest nieco obniżyć poziom głośności, nawet do -12dB oraz zgrać ścieżkę w rozdzielczości przynajmniej 24 bit.

Przygotowane ścieżki importujemy do nowo utworzonego projektu w Studio One, ustawiając je w odpowiedniej kolejności. Można (a nawet wypadałoby) uzupełnić metadane w rodzaju nazwy wykonawcy czy albumu. I teraz czas na najważniejsze.

Szlifujemy

To, co jest bardzo fajne w masteringu za pomocą Studio One, to możliwość korygowania osobno poszczególnych utworów, a osobno - całości materiału. Dla utworów (po ich zaznaczeniu) możemy wykorzystać sloty insertowe - włączyć jakiś delikatny kompresor czy korektor i "dopieścić" brzmienie. Oczywiście mamy też do dyspozycji suwak głośności, którym łatwo dociągniemy ścieżkę do odpowiedniego poziomu.

Co ciekawe jednak, mamy też do dyspozycji dwie grupy slotów "albumowych", tzn. działających dla wszystkich utworów. Jest to w moim odczuciu bardzo, bardzo przydatne w celu zapewnienia całości spójnego charakteru. Rzecz, oczywiście, jest do zrobienia także w zwykłym DAW, wystarczy posłużyć się efektami na szynie wyjściowej, ale tu jest to bardzo wygodne - wszystko widzimy na jednym ekranie, w bardzo kompaktowej postaci.

Co dalej?

Jeśli brzmieniowo materiał jest już przygotowany, możemy skupić się na albumie jako takim. Warto dobrać odpowiednie pauzy między utworami lub przeciwnie, połączyć nagrania ze sobą (bardzo łatwa w użyciu opcja crossowania!). Warto jeszcze raz przyjrzeć się metadanym i uzupełnić je. Polecam dodać także grafikę np. z okładką albumu - po wygenerowaniu plików wynikowych zostanie ona w nich osadzona i np. wykorzystana automatycznie podczas importu do serwisu SoundCloud.

Studio One daje nam kilka możliwości w zakresie dalszego działania: możemy po prostu wygenerować pliki docelowe w zadanym formacie (np. mp3), możemy umieścić je od razu w serwisie SoundCloud, ale możemy też nagrać płytę CD. I co jest bardzo wygodne, w zasadzie wszystkie te rzeczy robimy zaledwie kilkoma kliknięciami. Koniec z generowaniem plików, przenoszeniem ich do innego programu, tam pracowite układanie ich w kolejności i z odpowiednimi odstępami, z ponownym wpisywaniem metadanych itd. Tutaj wszystko jest pod ręką, już gotowe i jeśli przyłożymy się podczas tworzenia masteringu, to publikacja staje się formalnością.

Mastering na końcu?

Wydaje mi się, że mając do dyspozycji takie narzędzie, można zacząć myśleć o tym, by robić mastering już w trakcie wcześniejszych prac nad płytą. Wówczas już od początku da się kształtować brzmienie całości, a do testów odsłuchowych będzie można generować utwory "po masterze", czyli praktycznie na gotowo. W moim odczuciu to ważne, ponieważ daje szansę na wykrycie potencjalnych problemów już na wczesnym etapie - np. niedopasowanie głośności czy niespójne brzmienie. W moim przypadku dało to możliwość łatwego wypalenia kilku testowych płyt CD z różnych etapów prac do testowego odsłuchu w samochodzie czy na domowym zestawie audio.

Studio One to nie wyjątek

Każdy, kto choćby (jak ja) amatorsko podejmował próby masteringu, z pewnością doceni wygodę, jaką daje Studio One. Niemniej nie jest ono jakimś ósmym cudem świata i wszystko to da się zrobić w dowolnym programie DAW czy w zaawansowanym edytorze audio (np. Acoustica, WaveLab czy wręcz Audacity). Z drugiej jednak strony, skoro i tak utwory powstawały w Studio One (nawet Caravan przeniosłem z dużym trudem z FL Studio!), to wolałem skorzystać z dostępnego i bardzo wygodnego narzędzia. Kupna Studio One wyłącznie do masteringu bym nie polecał może, ale jeśli już je mamy, to... warto wypróbować.

czwartek, 20 grudnia 2018

[T] Arturia Pigments

Pigments pojawił się niczym królik z kapelusza - a przynajmniej ja nigdy wcześniej nie słyszałem ani nie czytałem jego zapowiedzi. I pewnego grudniowego dnia - trach! I jest. Jako że mam okazję przez miesiąc poużywać go zupełnie za darmo w postaci pełnej (a nie jako demo, które wyłącza się po 20 minutach), postanowiłem sprawdzić, czy ten instrument nadałby się do mojego typu muzyki.

Co za diabeł?

Ale czym jest Pigments? To hybrydowy syntezator, łączący pracę normalnych oscylatorów (w liczbie trzech) z syntezą wavetable. Zbudowano go tak, że mamy do dyspozycji dwa "silniki", z których każdy może być typu wavetable albo analogowego (oscylatory). Można korzystać z obu "silników" jednocześnie lub tylko z jednego z nich. Do tego mamy, naturalnie, blok filtra, czy raczej filtrów - bo można włączyć dwa (równolegle lub szeregowo). Co ciekawe, nie są to takie sobie zwykłe filtry, bo możemy zastosować też filtry z emulacji Mini, SEM czy Matrix 12!

Oczywiście, to też jeszcze nie wszystko, bo Pigments daje nam możliwość aplikowania efektów (pogłos, delay, korektor itd.) oraz włączenia sekwencera, pracującego w jednym z dwóch trybów: arpeggio lub sekwencja. Do tego dochodzą po trzy obwiednie, trzy generatory wolnych przebiegów, trzy funkcje (są to graficzne przedstawienia zmiany parametrów w czasie), kombinacje (da się ustawić, jak jeden parametr, np. LFO1, ma wpływać na inny parametr). Są też makra, ale ich nie zgłębiałem, domyślam się jedynie po przejrzeniu ich zawartości, że dają jeszcze większe możliwości łączenia kombinacji parametrów.

Obsługa

Każdy, kto miał do czynienia z jakimkolwiek współczesnym syntezatorem wirtualnym, bez trudu odnajdzie się w Pigments. Okno jest duże i czytelne, a graficzne ukazanie poszczególnych elementów (np. LFO, obwiednie) na bieżąco w małych okienkach znakomicie pokazuje, co dzieje się z sygnałem oraz dlaczego (łatwo np. skojarzyć cykliczne pulsowanie filtra z przebiegiem LFO).

Użytkownicy syntezatorów Arturii poczują się jak w domu, oczywiście można też łatwo skonfigurować sterownik KeyLab do obsługi Pigments (co w sumie nie powinno dziwić).

Brzmienie

I o ile wyżej pisałem o instrumencie bardzo, bardzo pozytywnie, to jednak jego brzmienie mnie nieco rozczarowało. Ale UWAGA! Piszę to w kontekście mojego prywatnego gustu i potrzeb - absolutnie nie oznacza to, że Pigments jest beznadziejny. Wprost przeciwnie, wróżę mu duży sukces wśród wielbicieli ostrego, dosadnego i chropawego brzmienia - pod tym względem bardzo przypomina mi połączenie Thorna i Serum, z tym że Thorn jest głośniejszy, a Serum - hmm - gładszy.

Osobiście liczyłem na bogaty zestaw łagodniejszych brzmień - tutaj ich nie znalazłem.

Oczywiście, wszystko to piszę z punktu widzenia osoby, która NIE TWORZY WŁASNYCH BRZMIEŃ i co najwyżej przerabia gotowce. Co innego siedzenie i eksperymentowanie (lubię!), a co innego szukanie brzmienia do kołaczącego się w głowie pomysłu. Myślę jednak, że sound designerzy oraz osoby, które zawsze opracowują brzmienie od zera, będą z Pigments bardzo zadowoleni.

Podsumowanie

Poużywam sobie jeszcze Pigments, aż nie skończy mi się okres testowy. Bo to przyjemny instrument - nie kojarzę drugiego, gdzie tak dobrze zrealizowano wizualizację dźwięku. Tutaj po prostu dźwięk widać, widać, co go buduje, co i czym jest modulowane. Może to szansa dla mnie, by wreszcie zmierzyć się z sound designem?

wtorek, 18 grudnia 2018

Najnajnaj 2018

Idąc z duchem czasu i obecnymi trendami zdecydowałem się przedstawić mój prywatny ranking używanych instrumentów i efektów VST. Zaznaczam wyraźnie, że nie jest to przegląd rynku, tylko listy posiadanych i używanych wtyczek, więc może tu brakować jakichś popularnych marek. Jest to też przegląd czysto subiektywny, aczkolwiek postaram się jakoś uzasadnić, dlaczego te, a nie inne programy sobie ulubiłem.

Instrumenty

Postanowiłem nie wprowadzać głębszych podziałów (czyli np. syntezatory wavetable, granularne, perkusyjne, paczki sampli itp.). Poniżej znajdziecie pięć moich typów.

Spectrasonics Omnisphere 2 + banki brzmień

Już sama wersja instalacyjna Omnisphere jest niemal kompletnym instrumentem, a co dopiero dozbrojona bankami brzmień od ILIO, ADSR czy Luftrum. Jest tu niemal wszystko, co może przydać się muzykowi i to nie tylko takiemu, który korzysta z "gotowców" - Omnisphere to przecież potężny syntezator, w tym granularny. Zdecydowany numer jeden w kwestii przydatności - nie mam zbyt wielu utworów, gdzie choćby kilka ścieżek nie korzystałoby z tego instrumentu.

Arturia V Collection 6 + AnalogLab 3

Bardzo przydatna kolekcja instrumentów syntetycznych. Można tu znaleźć i piękne pady, i ciekawe leady, arpeggia, basy, a nawet dźwięki perkusyjne. Jeśli zależy nam na wprowadzeniu elementów syntetycznych lub zasymulowaniu brzmienia "klasycznych" syntezatorów, to osobiście polecam. Tak, puryści będą się krzywić, że żadne modelowanie nie odda charakteru oryginalnych instrumentów - i nawet jestem skłonny się z tym zgodzić. Ale konia z rzędem temu, kto w gęstej aranżacji rozpozna, że np. plumkający motyw w lewym kanale gra oryginalny MiniMoog, a nie jego wirtualna replika? Zwłaszcza, jeśli brzmienie będzie okraszone efektami?

Dodatkowy plus za integrację z posiadaną klawiaturą KeyLab 61 Mk2 - edycja brzmień staje się dzięki temu dużo prostsza. A dlaczego opisuję łącznie wersję V Collection oraz Analog Lab 3? Po mając pierwszą, ma się automatycznie i drugą, a czasem wygodniej jest korzystać właśnie z Analog Laba.

Native Instruments Battery 4

To jest moja ulubiona maszyna perkusyjna. Bezdyskusyjnie wygrała z Revolution, Evolution, Drumaxx czy Groove Agent z Cubase'a. Doszło wręcz do tego, że ślad z Battery na pokładzie jest na stałe dodany do używanego przeze mnie szablonu nowego projektu.

Czym mnie "kupiło" Battery? Po pierwsze, mnóstwem świetnych zestawów perkusyjnych. Fakt, że stosuję zwykle brzmienia nieco syntetyczne, stąd wysokie "dopasowanie". Wielbiciele brzmienia akustycznego i tak mają Superior Drummera, którego Battery nie przebije.

Dla mnie jednak barwy pokładowe są świetne, a do tego można łatwo tworzyć nowe zestawy z gotowych lub własnych próbek. Prosta edycja, czytelny interfejs - czego chcieć więcej?

EastWest Hollywood Orchestra Gold

Moim marzeniem jest napisanie jakiejś dającej się słuchać muzyki z wykorzystaniem brzmień orkiestrowych. Na razie próby są dość mizerne, ale uczę się nowych rzeczy i wracam do tematu co jakiś czas. Pod względem brzmienia biblioteka od EastWest jest świetna i chociaż czasem zastępuję ją "chudszą" Berlin Orchestra Inspire, to docelowo i tak zmieniam brzmienie na EastWest.

U-he Diva

Przyznam, że w tym punkcie miałem kłopot - trudno było wybrać między Divą, Repro-5 i Zebrą. Są to moje ulubione syntezatory, najczęściej używane i ich brzmienie najbardziej mi odpowiada. Wprawdzie Diva ma chyba największe wymagania sprzętowe, ale za to też brzmi najlepiej. Jeśli kiedyś na poważniej zajmę się sound designem, to podejrzewam, że będę działał właśnie w którymś z syntezatorów U-he.

Efekty

Oprócz instrumentów w procesie twórczym sięga się także po efekty, które wzbogacają, urozmaicają czy wręcz kształtują brzmienie. Przez lata zdobyłem sporą liczbę całkiem fajnych efektów, często jako darmowe dodatki do czasopism lub tanie dodatki przy okazji innych zakupów. Pięć najczęściej używanych przeze mnie poniżej.

Oeksound Soothe

Jest to zadziwiające narzędzie, które oczarowało mnie od momentu, gdy je tylko uruchomiłem. Wyobraźcie sobie coś, co - włączone - po prostu poprawia brzmienie Waszego materiału dźwiękowego. W taki właśnie "magiczny" sposób działa Soothe - wielopasmowy dynamiczny korektor, który wcale nie jest takim sobie zwykłym korektorem. Analizuje on na bieżąco dostarczany sygnał audio i w zadany sposób eliminuje nieprzyjemne rezonanse, zdudnienia i inne artefakty. Wyrównuje brzmienie, wygładza je, a jednocześnie nie powoduje "zamulenia" - wręcz przeciwnie, wydobywa na wierzch niesłyszane wcześniej szczegóły. Brzmi jak kiepska reklama? Możliwe, ale wypróbujcie wersję testową albo obejrzyjcie filmiki na YouTube.

Osobiście używam Soothe na sumie podczas masteringu do delikatnej korekty i wyrównywania pasma. To jednak nie jedyne zastosowanie - plugin bardzo dobrze sprawdza się również jako deeser.

Valhalla Room

Obecność wtyczki pogłosowej nie powinna nikogo zdziwić - to w końcu jeden z najczęściej stosowanych efektów, a od jego jakości zależy jakość dźwięku wynikowego. To właśnie w Valhalli po raz pierwszy udało mi się własnoręcznie uzyskać jasny i "przejrzysty" pogłos, który nie dudnił i nie brzmiał jak nagrany w mrocznej piwnicy. Oczywiście nie jest tak, że takiego brzmienia nie można uzyskać w innych pogłosach - tutaj po prostu dostępne kontrolki bardzo mi to ułatwiły. Podobnie jak Battery, kanał efektowy z włączoną Valhallą jest częścią składową mojego szablonu projektowego.

FabFilter Timeless 2

Cyfrowych delay-ów jest multum (sam mam ich przynajmniej kilkanaście), ten jednak jest prawdziwym diamentem. Można w nim chyba wszystko, co tylko możliwe w kwestii budowania "linii opóźniającej". Samo przesłuchanie listy presetów jest zadaniem bardzo interesującym, bo czasem uzyskiwany efekt jest daleki od tego, czego przywykliśmy doświadczać po działaniu delaya. Już dawno nie używałem innej wtyczki w tym celu.

SoundToys PanMan

PanMan jest "narzędziem panoramującym". Jeśli kiedyś mieliście pomysł, żeby źródło dźwięku w jakiś rytmiczny lub cykliczny sposób przemieszczało się między kanałami, ewentualnie używaliście w tym celu automatyki, to PanMan będzie dla Was idealnym narzędziem. Ja uwielbiam takie zabawy i dzięki wtyczce od SoundToys mogę łatwo eksperymentować. Bardzo przyjemne i bardzo proste w użyciu narzędzie.

Mushroom Gatekeeper

Gatekeeper to efekt bramkujący. Jego działanie polega na wyciszaniu sygnału zgodnie z zaprogramowanym przebiegiem, dzięki czemu łatwo jest stworzyć rytmiczne struktury nawet z brzmień typu pad. Przyznam, że początkowo w tym celu używałem Volume Shaper 5 od Cableguys, ale ostatecznie to Gatekeeper wygrał.

DAW

Hm, tego porównania nie mogło zabraknąć. DAW to temat-rzeka, a przeprowadzone przeze mnie testy i eksperymenty dowodzą tylko jednego - że tak naprawdę chyba każdy współczesny program tego typu jest w zupełności wystarczający do amatorskiej pracy. Osoby dopiero wybierające powinny sprawdzić tylko, która filozofia pracy najbardziej przypadnie im do gustu: nieliniowość i możliwość gry live (Ableton, Bitwig), liniowy wieloślad (Cubase, Studio One, Reaper, Logic, ProTools) czy patternowość (FL Studio).

PreSonus Studio One 4 Professional

Ostatnio piszę o tym programie sporo, bo to na niego przestawiłem się latem i to w nim powstaje moja najnowsza płyta. Jestem bardzo z niego zadowolony i nie widzę już powrotu do FL Studio czy Bitwiga, przynajmniej na razie. Jedyna wada, czyli brak nagrywania retrospektywnego, zostanie - mam nadzieję - w końcu usunięta.

Cubase 10 Artist

Dla mnie - jedyna obecnie konkurencja dla Studio One. Bardzo podobna filozofia pracy, bardzo podobny sposób obsługi, bardzo podobne możliwości, a do tego nagrywanie retrospektywne "w pakiecie" plus duże możliwości operowania na danych MIDI. W zasadzie mógłbym korzystać z tych dwóch programów wymiennie, to tylko kwestia humoru tak naprawdę. No i może tego, że Studio One jest ładniejsze?

Bitwig 2.4

Wiązałem z tym programem duże nadzieje - naprawdę duże. I w zasadzie sam nie wiem do tej pory, dlaczego się nie udało. Niemniej to bardzo dobry, stabilny i wydajny DAW, a jeśli ktoś lubi pracę live, jak w Abletonie, lub kocha modulowanie wielu parametrów innymi parametrami, to koniecznie musi ten program wypróbować.

A, w sumie wiem, jakie dwie rzeczy mnie zniechęciły: brak nagrywania retrospektywnego oraz... kłopoty z obsługą sprzętu MIDI. Tak, tak, no niby można sobie wszystko oskryptować czy przeszukać internet, ale mnie się już tak bardzo nie chce samodzielnie łatać niedoróbek producentów, że machnąłem ręką.

Cockos Reaper

Ten program jest takim "kandydatem numer dwa" - gdyby nie para "Cubase - Studio One", prawdopodobnie tworzyłbym w Reaperze. To bardzo solidny, wydajny i stabilny program - zbyt wielu rzeczy wprawdzie w nim nie robiłem, ale nie przypominam sobie, żeby KIEDYKOLWIEK odmówił posłuszeństwa, sam się wyłączył (Cubase, patrzę na Ciebie!) ani nie zawiesił (Studio One, pamiętasz?).

W sumie jedyny zarzut, jaki mógłbym tutaj mieć, jest dość niepoważny - ten program strasznie mnie odrzuca swoją szatą graficzną i taką jakąś "zgrzebnością". To głupie, ale tak właśnie jest.

FL Studio 20

To największy "przegrany" mijającego roku - zwłaszcza że jubileuszowa wersja 20 miała szansę na przywrócenie go do łask. I wierzcie lub nie, ale próbowałem. Nawet kilka utworów na nową płytę powstało w FL Studio, w tym opisywany nieraz Caravan (ostatecznie tydzień temu przeniesiony do Studio One). Co zatem poszło nie tak?

Przede wszystkim słaba wydajność, bałagan i kłopoty z wtyczkami. Słaba wydajność jest faktem, bo potwierdziłem to właśnie podczas przenoszenia Caravanu. W FL Studio aranżację dało się odtworzyć bez zacięć dopiero po zwiększeniu bufora karty muzycznej OŚMIOKROTNIE w porównaniu do tego, co miałem ustawione w Studio One. Instrumenty te same, efekty te same, komputer i pamięć te same - wnioski dla mnie są oczywiste.

Bałagan to bardziej kwestia przyzwyczajenia, chociaż moim zdaniem utrzymanie porządku w projekcie wymaga większej pracy w FL Studio niż w innych programach. Brak powiązania między ścieżkami w mikserze, a śladami w oknie aranżacji oraz instrumentami w patternach prowadzi do kłopotliwego przeszukiwania w ramach okna programu, zwłaszcza jeśli otwieramy projekt po jakimś czasie, a nie przyłożyliśmy się należycie do kolorowania i opisywania.

Inne narzędzia dźwiękowe

Podczas pracy z dźwiękiem i muzyką bywają przydatne jeszcze dodatkowe narzędzia. W moim przypadku jest to Total Commander (zarządzanie plikami, backupy, transfer plików między dyskami), Resonic Player (przeglądarka i wyszukiwarka sampli), Foobar2000 (odtwarzacz plików muzycznych, konwerter, uzupełniacz tagów) oraz Acoustica 7 i WaveLab 9.5 (edytory audio).

Podsumowanie

Tak to wygląda w obecnym roku - zapewne w latach ubiegłych "rozkład sił" byłby inny. Na pewno dwa lata temu w kategorii DAW wygrałoby FL Studio, dziś zamykające stawkę. Tymczasem dwie nowości podbiły moje serce: Studio One oraz Acoustica 7. Czy za rok coś się zmieni? Zobaczymy.

poniedziałek, 10 grudnia 2018

[G] Expectation - Goodnight

Prace nad albumem trwają i w zasadzie zmierzają już ku końcowi. Lista utworów zdaje się być zamknięta, pozostaje szlifować i dopieszczać - chociaż nie tylko. W utworze, który prezentuję dzisiaj, nastąpi na 99% zmiana fragmentu wokalnego, bowiem namówiłem koleżankę do użyczenia głosu, muszę tylko zorganizować czas, by to nagrać i obrobić. Notabene, to poemat "Lullaby" autorstwa Sarah Wilson:

Goodnight,
goodnight
to friends in space
and those on ships
that interlace
with suns and moons
across the sea
of light
that rims
our galaxy.

Goodnight,
goodnight
to all who fly
and those who seek
new worlds in sky
from my home planet
swirled in blue
a long and peaceful
calm to you.

środa, 28 listopada 2018

[G] Expectation - Evening

Kolejny, jeszcze "świeży" utwór na najnowszą płytę. Charakter daleko spokojniejszy niż pozostałe kompozycje, więc będzie to chwila oddechu. Mam wprawdzie pomysł na rozbudowę, ale sam nie wiem, czy iść dalej, czy poprzestać na tym, co jest.

Wyprzedaże, wyprzedaże

Ledwo co się skończył Black Friday, ledwo zamknęliśmy Cyber Monday, a tu proszę:

Po raz kolejny zatem potwierdza się, że nie ma co za bardzo płakać, że się nie zdążyło czegoś kupić w ten jeden weekend - jak widać, okazja do promocji zawsze się znajdzie, bo wiadomo, bez promocji teraz już nikt niczego nie kupi.

No to czekamy teraz na "poświąteczne" wietrzenie magazynów!

wtorek, 27 listopada 2018

Banki czy instrumenty?

Muzyk lutnikiem

Muzycy dzielą się z grubsza na tych, którzy używają gotowych instrumentów oraz tych, którzy lubią popracować nad własnymi brzmieniami. Wieść gminna niesie, że ci drudzy są bardziej ambitni i "każdy powinien tworzyć własne brzmienia od podstaw", z czym akurat się nie do końca zgadzam, dając za każdym razem kontrargument, że skoro tak, to każdy pianista powinien grać na własnoręcznie zbudowanym fortepianie.

Niemniej coś w tym jest, że używane brzmienia wpływają znacząco na styl danego muzyka i jego rozpoznawalność. Stosunkowo łatwo jest "na słuch" rozpoznać Vangelisa, Bilińskiego czy Oldfielda, chociaż moim zdaniem brzmienie to tylko część - liczy się też sposób budowania harmonii, frazowanie, charakter melodii itd.

Serum - jeden z popularniejszych obecnie syntezatorów

Tak czy inaczej zmierzam do tego, że sam osobiście wielkim sound designerem (czyli twórcą brzmień) nie jestem, nie byłem i pewnie nie będę. Czasem, w nowym syntezatorze, coś tam sobie pokręcę, a i zazwyczaj troszkę modyfikuję gotowe barwy, których używam w swoich utworach - no, ale to tyle. Trochę w tym lenistwa, a trochę przesunięcia zainteresowania na tworzenie utworu, a nie brzmień.

PadShop Pro - syntezator granularny

Jeśli nie własne, to co?

Oczywiście, jeśli nie tworzy się własnych brzmień, to pozostaje albo komponować przy użyciu ciągle tych samych, albo zdobywać wciąż nowe w jakiś sposób. No, a jeśli zdobywać, to znów są dwie drogi: albo kupować ciągle nowe instrumenty (w końcu praktycznie każdy ma jakiś zestaw gotowych brzmień), albo kupować banki brzmień dla instrumentów już posiadanych.

Droga kupowania zestawów brzmień staje się kusząca, jeśli mamy w posiadaniu jakiś fajny, elastyczny instrument, dla którego już istnieje wiele różnorodnych banków i ciągle powstają nowe. Obecnie takimi instrumentami są choćby: Zebra 2, Massive, Omnisphere, Sylenth, Serum czy Diva (to z syntezatorów) lub Kontakt czy Falcon (jeśli chodzi o hybrydy syntezatorowo-samplerowe). Warto przejrzeć ofertę takich producentów, jak Luftrum, ADSR czy SoundIron - i lepiej to zrobić, ZANIM zainwestujemy w jakiś instrument.

Co lepsze?

Wydaje mi się - na podstawie własnych doświadczeń - że bardziej ekonomiczne jest raczej rozbudowywanie bazy brzmień dla jednego instrumentu niż rozszerzanie listy syntezatorów lub samplerów. Ta lista i tak nam się rozszerzy, bo nie wszystko da się zrobić jednym instrumentem (np. Sylenth - choćbyśmy nie wiem jak się starali - nie da nam takiej jakości brzmień chóralnych jak np. EastWest Symphonic Choirs).

Poza tym przy takim podejściu, czyli dodawaniu nowych brzmień do posiadanego instrumentu, łatwiej też o szybką naukę jego obsługi - w końcu ciągle widzimy ten sam interfejs użytkownika.

Banki brzmień na każdą okazję

Banki są też relatywnie tanie - o ile nowy, solidny instrument to koszt zwykle 150-200$, to bank zawierający 50-100 brzmień kosztuje zwykle około 10-20$. Dodatkowa zaleta to możliwość "specjalizacji" - np. potrzebujemy brzmienia typu string, to kupujemy odpowiednią bibliotekę. Basy? Pady? Jest tego mnóstwo. W przypadku zakupu całego instrumentu siłą rzeczy część jego brzmień może pozostać niewykorzystana.

Ostateczna decyzja należy do każdego muzyka i okoliczności, warto po prostu wiedzieć, z czego można wybierać.

[G] Expectation - Orbit

Tym razem coś mniej łagodnego, ha!

To jeden z tych utworów, które zostały zainspirowane - w tym przypadku snem. Szczegółów już teraz nie pamiętam, ale generalnie obudziłem się z niezbyt przyjemnym uczuciem uczestniczenia w jakiejś awanturze. I byłem w tej awanturze czarnym charakterem. Sen kończył się ucieczką czy też pościgiem (ale na nogach, więc niezbyt dynamicznym), a jedyną rzeczą, którą zapamiętałem, były wielkie larwy czy coś w rodzaju czerwi z "Duny", które próbowały mnie złapać.

Grozy nie udało mi się oddać, ale pewien niepokój chyba tak. Posłuchajcie i dajcie znać.

poniedziałek, 26 listopada 2018

I po czarnym piątku

W miniony piątek rozpoczęło się szaleństwo przedświątecznych wyprzedaży, które potrwa w pierwszej fali do końca listopada, a w praktyce aż do końca stycznia pewnie. Bo, wiecie, w grudniu będą wyprzedaże bożonarodzeniowe, po Bożym Narodzeniu - czyszczenie magazynów na koniec roku, w styczniu - wyprzedaże noworoczne. Jeśli więc ktoś nie zdążył lub nie był w stanie obkupić się teraz, na pewno w ciągu najbliższych 6-8 tygodni coś jeszcze trafi.

A ja tymczasem postawiłem tym razem zamiast na wtyczki czy programy, przeznaczyć pieniądze na... edukację. I wykupiłem sobie kurs obsługi Cubase w musoneo, bo akurat jest w promocji za 25 złotych. Może się to na pierwszy rzut oka wydawać dziwaczne, skoro obecnie korzystam ze Studio One, a samego Cubase'a używam od ćwierćwiecza - czego nowego mógłbym się dowiedzieć?

Okazuje się jednak, że ten kurs jest bardzo ciekawy - obejrzałem na razie ok. 20 odcinków i, wbrew obawom, dowiedziałem się wielu nowych rzeczy. Zwykle bowiem działam tak, że szukam informacji dopiero wtedy, jak sobie z czymś sam nie poradzę (tylko do Bitwiga przeczytałem całą instrukcję, bo akurat dostałem ją w postaci książki). Można zatem powiedzieć, że posiadam wiedzę wprawdzie praktyczną, ale dość wybiórczą.

Tym razem postanowiłem obejrzeć WSZYSTKIE części kursu, żeby po pierwsze, uporządkować to, co już teraz wiem. Po drugie zaś chcę DOWIEDZIEĆ się o tym, co w ogóle można robić - bo a nuż będą to rzeczy, które nie tylko wykorzystam w praktyce w Cubase, ale w ogóle w każdym programie DAW? I już teraz np. okazało się, że o wiele łatwiej można rozwiązać sprawę nagrywania jakiegoś fragmentu na żywo, z uwzględnieniem ewentualnych kolejnych podejść poprawkowych.

Mam zatem nadzieję, że po ukończeniu kursu będę nie tylko orientował się, co i jak zrobić, ale też będę w stanie część wiedzy przenieść na pozostałe programy DAW. W końcu w większości z nich podobne rzeczy robi się w podobny sposób - i już teraz wiem, że sporo informacji na temat Cubase'a odnosi się też do Studio One (te programy naprawdę są momentami niemal identyczne!). Podsumowując - w tym szaleństwie jest metoda...

piątek, 23 listopada 2018

[T] Pół roku ze Studio One Professional

No dobrze, może nie pół roku, ale prawie, bo niemal pięć miesięcy używam już PreSonus Studio One Pro. Praktycznie cała płyta "Expectation" powstała właśnie w nim, z wyjątkiem utworu "Caravan" (FL Studio; dopisek z lutego 2019 - przeniosłem także "Caravan" do Studio One, więc obecnie wszystkie utwory z tej płyty mam w jednym DAW). Cóż mogę po tych miesiącach napisać?

Przyzwyczajenie

Przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka, tak przynajmniej mówią mądrzy ludzie. Coś w tym jest, bo początkowo trudno mi było zrezygnować z FL Studio i Cubase'a. Zwłaszcza że parę rzeczy w Studio One jest zrobionych inaczej i trzeba się było do nich przystosować.

Ostatecznie jednak cała nauka przyszła zaskakująco łatwo i obecnie całkiem swobodnie poruszam się po aplikacji, a położenie większość funkcji już mam opanowane. Zresztą, duża zasługa w szybkości pracy leży po stronie klawiatury od Arturii, która daje dostęp choćby do obsługi "transportu", czyli włączania/wyłączania odtwarzania czy zapisu, cofania operacji itp.

Bardzo fajnie działa edytor MIDI oraz edytor patternów - programowanie perkusji jest niemal tak przyjemne, jak w FL Studio, a to - moim zdaniem - duża pochwała. Na razie mało pracowałem z plikami audio (jedynie dostosowywałem metrum - banalnie proste), więc o współpracy z Melodyne czy RevoicePro nie wiem jeszcze zbyt dużo.

Ścieżki specjalne

Całkowicie jednak "kupiły" mnie funkcje ścieżek akordów i aranżacji. Pierwsza działa tak, że programujemy sobie na specjalnej ścieżce progresję akordów (np. dwa takty d-moll, potem po jednym f-moll i H-dur). I teraz możemy zaznaczyć dla ścieżek konkretnych instrumentów, żeby program "pilnował" pozostawania w ramach danego akordu (automatycznie przesuwają się nuty na właściwe pozycje). Oczywiście, rzecz jest odwracalna, tzn. po wyłączeniu mamy nagrany przez nas materiał.

Co ciekawe, można to zastosować także do materiału audio, aczkolwiek nie przynosi to bardzo ciekawych efektów. Inna sprawa, że Studio One pozwala z materiału audio te progresje akordów... wydobywać i przerzucać do ścieżki!

Ścieżka aranżacji to coś, co doceniłem dopiero po pewnym czasie. Zwykle utwór zbudowany jest z podobnych części: najpierw jest wstęp, potem np. pierwsza zwrotka, refren, druga zwrotka, mostek, refren dwa razy i zakończenie. Zwykle w programach DAW można w celu ułatwienia sobie nawigacji powstawiać znaczniki (markery), odpowiednio nazwane - żeby nie było, w Studio One też można tak pracować. Zdecydowanie lepiej jest wykorzystać ścieżkę aranżacji. Rysujemy na niej, odkąd dokąd są odpowiednie części, nazywamy je sobie, a nawet kolorujemy i... Czary mary zaczynają się dziać, jeśli chcemy zmodyfikować utwór. Trzeba jeszcze trzeciej zwrotki przed ostatnim refrenem? Przeciągamy zwrotkę i upuszczamy we właściwym miejscu, a cała aranżacja się grzecznie dostosowuje - wszystkie elementy "za" przesuwają się do tyłu i robią miejsce dla nowego elementu. Podobnie możemy fragment usunąć czy powielić. Koniec z bałaganem, koniecznością przenoszenia markerów z miejsca na miejsce (i pamiętania o tym!)

Najgorsze, że dopiero po odkryciu tych magicznych ścieżek w Studio One zobaczyłem, że one są także w... Cubase! Nie tak elastyczne i wygodne, ale są, a ja, przyzwyczajony od ćwierćwiecza do standardowych funkcji programu, nawet ich nie zauważyłem...

Sprawy techniczne

Od strony wydajności nie mam żadnych negatywnych odczuć. Studio One działa w mojej opinii równie dobrze, co Bitwig, a znacznie wydajniej niż FL Studio, które "zapycha" się znacznie szybciej (dopisek z 2019-05-08: o ile przez dłuższy czas przekonanie o lepszej wydajności Studio One było raczej intuicyjne, to zyskałem dowód w momencie, gdy przeniosłem do niego kilka utworów zrobionych w FL Studio; przenosiłem dosłownie wszystko, łącznie z wtyczkami efektowymi i automatyzacją, po czym zawsze, podkreślam: ZAWSZE Studio One odtwarzało utwór z dużo większym zapasem mocy, bez zacięć, przycięć i przytkań; ustawienia interfejsu audio były w obu przypadkach takie same, stąd uważam, że to ostateczne potwierdzenie odczuć).

Jeśli chodzi o stabilność, to oczywiście nadal króluje pod tym względem Bitwig, za nim zaś utrzymuje się Reaper, jednak do Studio One mam większe zaufanie niż do Cubase, które nawet po przeinstalowaniu systemu potrafi ni z tego, ni z owego po prostu się zamknąć, grzebiąc w zgliszczach tworzony właśnie utwór.

Co uwiera?

Z rzeczy uwierających mam jedną poważną, a dwie kosmetyczne. Pierwsza uwaga kosmetyczna związana jest z jakimś problemem na styku Studio One-Omnisphere. Wszystkie dotychczasowe zawieszenia się aplikacji PreSonusa wystąpiły podczas prób współpracy z Omnisphere. Niewykluczone, że wina leży po stronie wtyczki, jednak z żadnym innym DAW problemu nie ma. Przy czym dodam, że Omnisphere normalnie działa i korzystam z tej wtyczki z powodzeniem, jednak oduczyłem się zmieniania brzmień podczas odtwarzania utworu - właśnie bowiem wtedy Studio One lubiło się zawiesić.

Druga drobnostka to mała liczba funkcji do przetwarzania zdarzeń MIDI - pod tym względem potęgą jest Cubase, który posiada mnóstwo, czasem dziwacznych, funkcji zmieniających w jakiś sposób zdarzenia MIDI (np. odwracanie kolejności czy jakieś operacje logiczne). Fajnie, gdyby programiści PreSonusa trochę popracowali nad podobną funkcjonalnością.

Rzecz poważna to brak nagrywania retrospektywnego. Bardzo mi to doskwiera, nawet nie spodziewałem się, jak bardzo. Okazuje się, że tak pracuje mi się najlepiej - włączyć jakąś ciekawą barwę i grać, próbować, testować. Oczywiście, na razie obchodzę to, po prostu włączając rejestrację na wybranym śladzie. Zdecydowanie jednak wolałbym mieć możliwość przywołania z pamięci tego, co udało mi się zagrać. Pod tym względem tęsknię za Cubase...

O wersji Professional

Używam wersji Professional i w zasadzie tylko taką mogę polecić, a wszystko z uwagi na fakt idiotycznego w mojej opinii ograniczenia wersji Artist i Prime. Nie mogą one używać wtyczek VST - Prime w ogóle, Artist może, ale tylko z płatnym dodatkiem. Jeśli PreSonus zapragnął, by jego aplikacja była niszowa, wybrał doskonałą drogę. Jest to o tyle dziwne, że właśnie wersja Artist jest dodawana za darmo do różnego rodzaju sprzętu jako bonus - idę o zakład, że większość osób, kiedy tylko zorientuje się, że nie można korzystać z VST, wyrzuca ją z dysku.

Pomijając nieszczęsne VST, i tak warto rozważyć wersję Professional zamiast Artist, a to ze względu na opisywane wyżej ścieżki akordów z możliwością wyciągania akordów z klipów audio, na możliwość współpracy z formatem AAF, możliwość masteringu, pełną wersję Melodyne itp. - pełną listę porównawczą znajdziecie na stronie producenta.

Naśladowcy

Na dniach wyszła wersja 10 Cubase. I z tego, co widziałem na prezentacjach, wprowadzone w niej zmiany są wzorowane właśnie na Studio One - wygodne wyszukiwanie i grupowanie wtyczek, łatwa edycja audio (fakt, że w Cubase "natywna", bez wspomagającej aplikacji w rodzaju Melodyne), organizacja śladów, podczepianie wtyczek itp. Może po prostu zaktualizować się do "dziesiątki", to będę miał najlepsze z obu programów? Hm...

Tak czy inaczej, Studio One Professional z pewnością jest warte uwagi, bo zdecydowanie łatwiej było mi się przesiąść na nie niż swego czasu na Bitwiga. Gdyby tylko programiści dodali nagrywanie retrospektywne, byłby niemal ideał!.

czwartek, 22 listopada 2018

[G] Expectation - Cass

Ostatnio nie mam dobrych warunków do muzycznej pracy - słabe samopoczucie i zmęczenie, a za oknem listopadowa szarość. To jednak nie znaczy, że Studio One się kurzy - nawet jeśli nie powstaje nic ciekawego, to przynajmniej uczę się nowych rzeczy, o czym zresztą napiszę pewnie wkrótce parę słów.

Tymczasem wrzucam muzyczny drobiazg, takie niezobowiązujące plumkanie na listopadowy wieczór. Miłego słuchania!

poniedziałek, 19 listopada 2018

Brzmienie starych analogów

Kiedy już ponad dwa lata temu wracałem do muzycznego hobby, miałem dwa cele: napisać ścieżkę dźwiękową do nieistniejącego filmu oraz nagrać album, nawiązujący do ery "analogowej elektroniki", czyli np. albumu "Oxygene" Jeana Michela Jarre'a. Jak rzekłem, dwa lata minęły, a żaden z celów nie został osiągnięty...

O ile ścieżkę dźwiękową sobie "rozgrzeszam", bo w sumie poza ogólnym zamysłem pomysłu na nią nie mam kompletnie, to dziwię się, że druga część planu się nie powiodła. Bo w teorii można by zdziałać wiele.

Narzędzia

Zestaw wirtualnych syntezatorów od Arturii, zebranych w Arturia V Collection, to w zasadzie wszystko, co powinno mi wystarczyć. Jest to tak bogata biblioteka brzmień, że bez problemu da się tu znaleźć i dopracować wszystko, o czym kompozytor muzyki elektronicznej może zamarzyć - może poza bębnami, ale Arturia proponuje też Spark Virtual Drum Machine z kilkudziesięcioma zestawami "klasycznych" maszyn perkusyjnych.

Bogaty zestaw syntezatorów od Arturii

Do tego dochodzą różne dodatkowe biblioteki, np. XILS-Lab PolyKB II, Korg Mono/Poly, U-he Repro czy propozycje od Native Instruments: Monark, Retro Machines Mk2 czy (nieco mniej retro) FM8. Materiału zatem na pewno nie brakuje, a przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by dodatkowo użyć nowocześniejszych rozwiązań - w końcu wiele współczesnych instrumentów ma spore biblioteki brzmień wzorowanych na starszych syntezatorach.

I co z tego?

No właśnie, co z tego? Ano nic. Jakoś nie potrafię się zmusić, by tworzyć w określonym stylu - a przecież muzykowanie nie powinno być w ogóle zmuszaniem się, bo inaczej kiepsko to wszystko wypada.

Jednak jest promyk nadziei na zmianę podejścia. Wczoraj siedziałem sobie przy Studio One i plumkałem bez większego celu, bardziej przeglądając przepastne zasoby brzmieniowe niż coś "komponując". I dotarłem do V Collection właśnie, gdzie utknąłem na dłużej przy dwóch instrumentach: DX7 i Synclavierze. Zwłaszcza ten drugi mnie zaintrygował i nawet coś tam zdążyło powstać, jakiś zalążek utworu. Czy uda się go pociągnąć dalej dzisiaj - tego nie wiem. Odżyły wszak moje tęsknoty za nagraniem takiego prostego albumu, gdzie nie będzie dziesiątków instrumentów, chórów i solówek na gitarach elektrycznych. Czy wyjdzie? Zobaczymy.

Na razie i tak trzeba chyba dokończyć "Expectation", na który materiał teoretycznie jest, tylko trzeba przysiedzieć i go dopracować. Chyba, że wciągnie mnie ta "stara elektronika"...

piątek, 16 listopada 2018

Black Friday, Cyber Monday

Wszyscy chętni, którzy zaoszczędzili nieco pieniędzy na cyfrowe zakupy muzyczne, już odliczają dni do Czarnego Piątku - 23 listopada - oraz Cybernetycznego Poniedziałku - 26 listopada. Jak co roku, większość producentów przygotowuje ciekawe okazje i będzie można nabyć w obniżonych cenach sporo fajnego oprogramowania. Osobiście nie czuję potrzeby zakupu czy uaktualnienia czegokolwiek, ale wiadomo - nazbierało się tego przez lata i w sumie nie wykorzystuję nawet tego, co mam, a co tu dopiero dokładać nowe rzeczy.

Niemniej przypominam, bo warto rozejrzeć się po internetowych sklepach, np. audiodeluxe.com czy pluginboutique.com. Powodzenia w łowach!

[G] Expectation - Delicate

A tym razem coś świeżego, bo utwór ma raptem trzy dni. Tak, to wczesna wersja, ale postanowiłem ją zaprezentować, bo jestem ciekawy reakcji (zarówno tu, jak i na SoundCloud). Miłego słuchania zatem!

wtorek, 13 listopada 2018

[G] Expectation - Initial

I jeszcze jeden utwór, który powstał niedawno, a ma rozpoczynać nową płytę. Też spokojny, bo i cóż nerwowego miałoby się dziać od samego początku, no nie? Ja przecież niespotykanie spokojny człowiek jestem, ha, ha!

Aha, jak też widać, płyta została wstępnie zatytułowana i ma pierwszą wersję okładki.

niedziela, 11 listopada 2018

czwartek, 18 października 2018

Rozlewanie dźwięku

Geneza

Od samego początku, kiedy zająłem się muzyką (czyli od początku lat dziewięćdziesiątych), tęskniłem za pięknymi, powłóczystymi dźwiękami typu "pad". Ogromnie mi się one podobały, a nagrania Jeana Michela Jarre'a ("Oxygene"!), Vangelisa ("Voices"!) czy Oldfielda ("Songs of the Distant Earth!") radowały duszę. W czasach ośmiobitowego Atari z programem Chaos Music Composer tego typu dźwięki były nieosiągalne - i tak pozostały (dla mnie) na wiele, wiele lat. Nie mogła ich wygenerować Amiga, Yamaha PSS-780, dopiero Yamaha MU-50 dała mi małą namiastkę tego typu brzmień. Ciągle to jednak nie było TO.

"Skrzydło nadziei (zakończenie)" z albumu "Schody do nieba" (Yamaha MU-50)

Do padów wróciłem dopiero po zakupie Korga Trinity 76Le - tu niektóre brzmienia naprawdę były rewelacyjne. Cóż z tego, skoro muzyczna przygoda trwała wówczas parę tygodni i skończyła się nagraniem dosłownie kilku utworów?

"Outro" z niewydanego albumu Ending (Korg Trinity 76Le)

Po kolejnej przerwie rzuciłem się w szaleństwo instrumentów VST, szukając wśród nich "złotego Graala", który wreszcie zapewniłby mi dostęp do upragnionego rodzaju brzmień. Szaleństwo było tym większe, że tak naprawdę wystarczy jeden porządny instrument (np. Diva czy Omnisphere) i sprawa jest załatwiona. Mnie się jednak marzyła droga na skróty i "zasobnik" z dziesiątkami gotowych brzmień.

Głupie poszukiwania

Szukałem długo i wytrwale, a wciąż byłem niezadowolony, bo ciągle było coś nie po mojej myśli. A to dźwięk za ostry (nie wpadłem na to, żeby np. zmodyfikować ustawienia filtra lub przepuścić dźwięk przez jakiś efekt), a to płaski (a może by tak użyć pogłosu lub poszerzenia bazy stereo?), a to "cienki" (może by zagrać akord w kilku oktawach?), a to... no... nie taki. I ciągle, zamiast się zająć jakimiś krokami zaradczymi i wytężyć kreatywność, badałem nowy instrument i znów byłem zawiedziony...

"Sea" z albumu "Runaway" (Omnisphere)

Dość powiedzieć, że nie byłem zadowolony z Arturia Lab, nie byłem zadowolony z Divy, z Serum, ba, nawet nie do końca przekonało mnie potężne Omnisphere! Tak zaślepiony byłem szukaniem "gotowców"! Dopiero kiedy zrozumiałem, w czym rzecz, w ręce wpadły mi akurat dwa dość podobne, znakomite instrumenty: Steinberg PadShop Pro oraz Luftrum Lunaris. I korzystam z nich, bo dlaczego nie, ale jednak staram się "wykręcić" coś swojego, bo udało mi się to już wiele razy w Dune 2 (polecam do eksperymentów).

Jaki z tego wniosek?

Wniosek jest prosty: zamiast szukać, lepiej byłoby poświęcić ten czas na naukę samodzielnego "konstruowania" potrzebnych brzmień. Instrumentów byłoby mniej, ale za to zostałyby lepiej wykorzystane. Jak zwykle, mądry Polak po szkodzie, więc piszę ten artykuł, bo - być może - kogoś cofnę ze zgubnej drogi szukania gotowców. A nawet jeśli nie, to z czystym sumieniem mogę poszukiwaczom padów polecić Omnishpere, PadShop Pro oraz Lunaris - wypróbujcie jeden z tych trzech, a być może zakończycie poszukiwania.

piątek, 12 października 2018

Różnica

Dzisiaj mały eksperyment "słuchowy". Kilkukrotnie wspominałem na łamach bloga o utworze "Caravan", który - niemal stracony - ostatecznie dał się uratować. Popracowałem nad nim trochę i dzisiaj możecie porównać na własne uszy to, co mogło być wersją ostateczną (gdyby nie udało się uratować pliku projektu) oraz to, co tą wersją ostateczną jest (przynajmniej na razie).

Samych zmian nie będę omawiał - po prostu posłuchajcie i dajcie znać, która wersja lepsza (naturalnie moim zdaniem lepsza jest ta nowsza, ale nie musicie wcale odnieść tego samego wrażenia).

Wersja "utracona"

Wersja obecna

czwartek, 11 października 2018

Wreszcie mały sukcesik

Ha, udało się! Odzyskałem utwór "Caravan"!

Postanowiłem, że się nie poddam i wczoraj siadłem do FL Studio, żeby popróbować na zreanimowanym komputerze wczytać jednak ten rzekomo uszkodzony projekt (notabene, niech żyje nawyk robienia kopii bezpieczeństwa). W końcu, jeśli wszystko jest teraz poprawnie zainstalowane, nie powinno być już żadnych problemów, prawda?

I chociaż pierwsze próby nie poszły po mojej myśli, to drążyłem temat. Optymizmem napawał mnie fakt, że otwieranie projektu nie powodowało awarii FL Studio - ostatecznie zawsze udawało się doprowadzić rzecz do końca, brakowało tylko plug-inów i próbek, które po kolei doinstalowywałem.

Najwięcej problemów miałem z wtyczką Dune CM, której niebacznie użyłem wcześniej, w trakcie tworzenia utworu, a której teraz... nie miałem! Pochodzi ona z płyt dołączanych do czasopism (w moim przypadku: z Estrady i Studia). Nie byłoby problemu, gdyby nie dwie rzeczy: mam obecnie limitowany dostęp do internetu, który niemal wyczerpałem podczas ostatniego "instalatorskiego" weekendu; po drugie - nie mam bladego pojęcia, gdzie obecnie znajdują się płyty z Estrady i Studia, bo po przeprowadzce jeszcze dużo rzeczy leży w nieopisanych pudłach i czeka na odkrycie. Programy z płyt można wprawdzie pobrać przez specjalny portal, ale wracamy do problemu limitu danych.

Z laptopa też nie mogłem tej wtyczki przenieść, bo jej tam nie instalowałem. Ale... coś mnie tknęło i zajrzałem do katalogu "Download" na stacjonarnym komputerze. Wśród setek plików znalazłem paczkę zgraną dawno temu z płyty, a w niej szukaną wtyczkę! Szybka instalacja i oto "Caravan" wczytuje się i odtwarza bez problemów!

Możecie się śmiać, że tyle wysiłki włożyłem w odzyskanie jednego, wątpliwej wartości utworu. Nie w tym jednak rzecz - potrzebowałem wreszcie jakiegoś, małego nawet, sukcesu po ostatnich dniach. No i chciałem opisać na blogu nie tylko problemy, ale też ich szczęśliwe rozwiązania, bo ktoś jeszcze (o zgrozo!) pomyśli, że ciągle narzekam.

A przecież nie ciągle, prawda?

PS. A "Caravan", w nieco bardziej dopracowanej wersji, powinien wkrótce się tutaj pojawić.

poniedziałek, 8 października 2018

Pech? Czyli wszystko od nowa

Ostatni weekend był mocno nietypowy, głównie przez pewną dolegliwość, która spadła na mnie dość znienacka. Pominę tu opisy tego dotyczące, bo wystarczą rzeczy związane z moim studiem. Od razu też ostrzegam: będzie narzekanie i to srogie!

I znów, i od nowa...

Znający mnie wiedzą, że nie lubię instalować systemu operacyjnego w komputerze od zera. Nie i już. Doszło do tego, że swego czasu podczas wymiany dysku HDD na SSD posłużyłem się po prostu klonowaniem za pomocą odpowiedniej aplikacji, dzięki czemu po zakończeniu mogłem po prostu podmienić dyski.

Wracając do tematu, po ostatnim zniechęceniu nie pozostało mi jednak nic innego, jak zakasać rękawy i stawiać Windows 10 od podstaw. Za dużo się w nim napsuło, żeby prowizoryczne naprawy miały dać trwały efekt. W sobotę po południu zatem zacisnąłem zęby i rozpocząłem niewdzięczną procedurę.

Formatowanie dysku poszło gładko, instalator w miarę sprawnie i szybko przeniósł pliki. System wystartował i sprawiał (jak to zwykle w takiej sytuacji) żwawe wrażenie. Wówczas popełniłem niewybaczalny - co pokazało wkrótce życie - błąd. Zacząłem instalować aplikacje.

No, trochę tego było. Oprogramowanie muzyczne, graficzne, ogólne (np. mój ukochany Foobar2000 czy odtwarzacz Media Player Classic). Do tego - naturalnie - cała banda wirtualnych instrumentów i efektów VST, choć pomny przykrych doświadczeń, ograniczyłem się tylko do tych "najgłówniejszych". Nie zmienia to faktu, że instalacja pakietu od Spectrasonics, Arturii czy Native Instruments zabiera mnóstwo czasu.

Po mniej więcej mniej więcej pięciu godzinach "zabawy" uaktywnił się aktualizator systemowy, który zakomunikował, że sobie w tle ściągnął łatki i trzeba zrestartować komputer, to sobie je zainstaluje. Nie pozostało nic innego, jak się zgodzić. I to była ostatnia chwila, gdy widziałem mój już niemal kompletnie skonfigurowany system. Bo po restarcie...

Niebieski ekran

Tak, tak... Po restarcie zostałem uraczony pięknym błękitnym ekranem - wystąpił błąd, bla, bla bla, teraz nastąpi próba naprawy, bla, bla bla. Próba naprawy zakończyła się tym, że system wrócił do stanu po instalacji - skasował wszystkie wgrane programy i ustawienia. Na domiar złego tak się popsuł, że odmówił instalacji łatek twierdząc, że uszkodzone są żywotne pliki. Możecie się domyślić, że nie skakałem z radości, kładąc się spać.

I znów, i od nowa...

Niedzielę zacząłem od ponownego formatowania dysku i instalowania systemu raz jeszcze. Tym razem postanowiłem przechytrzyć przeznaczenie i przez pierwszych pięć godzin ściągały się łaty i łatki, aż w końcu zainstalowały się wszystkie. System wstał po restarcie, więc na wszelki wypadek utworzyłem punkt przywracania i zacząłem ponownie wgrywać oprogramowanie. Na wszelki wypadek co jakiś czas tworzyłem kolejne punkty przywracania.

Dzisiaj jestem już blisko końca - chyba wszystko, co chciałem, siedzi już na dysku. Rzecz jasna, teraz przez pół roku będzie mi się przypominało, że tego czy tamtego jeszcze nie mam albo że zgubiłem konfigurację do jakiegoś programu. Na to jednak rady nie ma.

Wypróbowałem środowisko muzyczne - wszystko wydaje się śmigać i działać prawidłowo, chociaż utworu "Caravan" nie udało mi się, niestety, otworzyć. Trzeba się chyba pogodzić z jego utratą i zrobić po prostu coś nowego.

czwartek, 4 października 2018

Zniechęcenie

Ech, a miało być tak pięknie!

Po przeprowadzce miałem raźno zabrać się do pracy nad nowym albumem. Sprzęt rozstawiony, cisza, spokój i w ogóle cieplarniane warunki. "Z marszu" powstał nawet nowy utwór (którego szkic poniżej) i... to tyle.

Nie chce mi się nawet za bardzo wypisywać przyczyn, ale tradycyjnie tkwią w oprogramowaniu. Wszystko wyglądało dobrze do momentu, kiedy - tworząc kolejny utwór na nową płytę - chciałem zrobić rzecz standardową, czyli utworzyć wysyłkę efektową (przepraszam za ten nieco hermetyczny język) - PreSonus Studio One zamknęło mi się bez ostrzeżenia, zabierając - przepraszam za zwrot - w diabły dotychczasowy plon. Zmełłem w ustach przekleństwo (taka prawda!) i zacząłem od nowa, mając przecież świeżo w głowie to, co nagrałem do tej pory. Tym razem program zakończył pracę podczas wyświetlania ekranu z danymi MIDI. Ki czort?!

Zmęczony postanowiłem dopracować poniższy utwór, który w głównej mierze był już gotowy. Powstał w FL Studio, więc odpaliłem ten właśnie program i wczytałem projekt. To znaczy - chciałem to zrobić. FL Studio wyłączyło się przed załadowaniem. Raz, drugi, trzeci... Plik uszkodzony albo co? Wczytałem starszą wersję - to znaczy, chciałem to zrobić. Bo znów - błąd i koniec pracy programu. Co tu się wyprawia?

Znalazłem na forum Image-Line, że FL Studio zaopatrzony jest w programik naprawiający uszkodzone pliki projektów. Wypróbowałem - bez skutku. Zatem: straciłem ten utwór. Poniżej zatem możecie posłuchać jego ostatecznej (choć nie końcowej) wersji - inna już raczej nie powstanie.

Najstabilniej zachowuje się obecnie Bitwig, choć też zdarza mu się zamknąć wtyczki, które tracą z jakichś powodów stabilność.

Bitwig, jedyny naprawdę stabilny DAW w moim studio

Najgorsze w tej sytuacji jest to, że kompletnie nie mam pojęcia, co się dzieje. Żebym dysponował jakimś komunikatem błędu, czymkolwiek! Nie, zarówno FL Studio, jak i Studio One po prostu kończą pracę. I bądź teraz, człowieku, mądry - czy to kwestia sterowników do sprzętu? konkretnych wtyczek? systemów autoryzacji (eLicenser, iLok)? dysków? antywirusa? systemu? Nie wiem. Dodatkowo jak dym rozwiało się moja wiara w solidną stabilność Studio One, które na laptopie nie zawiodło mnie ani razu... Wydaje mi się, że źródłem problemów jest jakiś konflikt w domenie VST - jakieś wtyczki są być może w zbyt starych wersjach albo przestały być zgodne z obecnymi wersjami programów DAW. Pomysłów na diagnostykę brak, głównie dlatego, że żaden z producentów DAW nie wpadł na pomysł, żeby np. móc wylistować (w przypadku błędów podczas otwarcia) wszystkie ścieżki z nazwami wtyczek tudzież z nazwami ustawionych w nich presetów. Brak też możliwości wskazania zastępników, jeśli jakieś wtyczki nie ma (jeszcze) w systemie.

Pozostaje faktem, że skutecznie zniechęciło mnie to do zajmowania się muzyką, zwłaszcza utrata już niemal gotowego utworu. Tak, nie jest to jakaś wybitna kompozycja, ale nie w tym rzecz - bo gdyby była? Ech, powiadam Wam, już wolę sobie poplumkać na Korgu SP-250, którego w międzyczasie odpakowałem i zainstalowałem. Ale nowa płyta musi poczekać...

niedziela, 23 września 2018

Dotyk klawiatury

Przeprowadzka w zasadzie zakończona. Mam już własny pokój, w którym mogłem nareszcie porozstawiać sprzęt muzyczny, dotąd poupychany w szafach czy w łóżku (!). Przywiozłem też parę gratów od Rodziców, zatem chciałem napisać parę słów o tym, jak te wszystkie przedmioty wpływają na komfort pracy. Bo wpływają.

Najpierw ogólnie

Odkąd wróciłem do muzyki w 2016 roku, borykałem się z "problemem lokalowym". Pisząc wprost, nie bardzo miałem miejsce, żeby gdzieś upchnąć dużą klawiaturę do grania. Ratunkiem stał się malutki Alesis V25, który ostatecznie stanął obok zwykłej, komputerowej klawiatury i pomagał w pracy. Bo - od razu to napiszę - jakoś nie przekonuje mnie "rysowanie" muzyki myszką. Pewne rzeczy trzeba po prostu zagrać i już.

Teraz, na stojaku obok biurka, dumnie rozpierają się Korg Triton 76LE oraz Roland Juno G, a na biurku obok Korga NanoPada stoi Arturia KeyLab, o której się nieco później rozpiszę.

Generalnie zatem mam teraz pełną swobodę jeśli chodzi o granie i powiadam Wam, że to bardzo dogodne, jeśli mogę poszczególne klawiatury przypiąć do konkretnych brzmień i grać na nich jednocześnie. Przyznam, że dotąd nie miałem aż takiego komfortu.

Ale Arturia jednak najlepsza

Chociaż szalenie lubię klawiaturę Tritona, a i klawisze Rolanda pracują bardzo fajnie, to jednak Arturia przebija je obie wygodą i możliwościami. Dzieje się tak głównie dlatego, że KeyLab jest typowym kontrolerem - nie zawiera (jak Korg i Roland) modułu brzmieniowego. Innymi słowy - nie wydaje żadnych dźwięków i trzeba go dopiero podłączyć (za pomocą MIDI lub USB) do innego urządzenia (np. komputera). Korg i Roland są syntezatorami i można ich używać zupełnie oddzielnie - podłączyć do nich słuchawki i po prostu grać (co się, naturalnie, też bardzo przydaje). I chociaż mają one mnóstwo gałek i przycisków, to nie wszystkie z nich można wykorzystać przy współpracy z komputerem.

Gałki, suwaki, przyciski

Arturia to kontroler i jako taka potrafi wysyłać do komputera mnóstwo różnych parametrów, nie tylko dotyczących klawiatury muzycznej. Posiada specjalne pady (w liczbie 16 sztuk), czułe na szybkość nacisku i bardzo przydatne do programowania partii perkusyjnych. Ma suwaki i gałki, które możemy sobie przypisać do dowolnych parametrów w używanym akurat instrumencie VST. I bardzo ważna cecha, ogromnie przyspieszająca pracę: są tutaj przyciski do sterowania programem DAW.

KeyLab 49 i 61, źródło: Arturia

Przykład z życia: tworzę nowy utwór. Najpierw muszę dodać kilka instrumentalnych ścieżek (zwykle i tak zaczynam od jednej), które pracowicie przypisuję do poszczególnych kanałów MIDI. Teraz najważniejsza część - rozpoczynam granie i nagrywanie. W tym celu myszką lub klawiaturą komputerową włączam nagrywanie, przenoszę ręce nad klawiaturę, gram, potem znów myszka i klawiatura komputerowa, zatrzymanie, przewijanie, kasowanie, kolejne podejście, znów ręce nad klawiaturę muzyczną i tak dalej.

Z Arturią jest inaczej, bo może ona kontrolować także program DAW. Czyli mając ciągle ręce nad KeyLabem, mogę uruchamiać rejestrację i ją zatrzymywać, kasować, przewijać, cofać. Interakcja z myszką lub klawiaturą komputerową ograniczona jest do minimum, a to bardzo pomaga skupić się na muzyce - możecie mi wierzyć.

Inne zalety

Kolejną ważną zaletą KeyLaba jest jakość klawiatury. Wprawdzie jest to klawiatura "sytezatorowa", ale półważona, z rozpoznawaniem szybkości nacisku (ang. velocity) i funkcją docisku (ang. aftertouch). Pracuje cicho i precyzyjnie, a po miesiącach męki z CME X-Key jest prawdziwym rajem dla dłoni.

I o ile klawiatura Tritona nie ustępuje tej z Arturii, to KeyLab w jednej kwestii wygrywa w cuglach zarówno z 76LE, jak i Juno G - to kółka modulacji i odstrojenia (pitch-bend). O wiele, wiele bardziej wolę kółka od joysticków, które mają te dwa instrumenty japońskich producentów. Głównie dlatego, że kółko modulacji można pozostawić na określonej pozycji i dalej grać - joysticki mają sprężyny i zawsze wracają do centralnej pozycji. A czasem to spory problem.

Kolejny plus to współpraca z kontrolerami nożnymi - mam takich kilka i można je bez problemu zintegrować tylko z Arturią. Wszystko przez to, że np. pedał sustain mam w wersji Korga, a expression w wersji Rolanda. No i wiadomo, że jedno z drugim nie będzie chciało działać (w końcu po co producenci mieliby się dogadywać - jeszcze by się klient u konkurencji zaopatrzył). A wystarczy oba podłączyć do Arturii i już.

Gwóźdź programu

Tak chwalę i chwalę, ale bardzo ważną zaletą - zwłaszcza z mojego punktu widzenia - jest integracja KeyLaba z oprogramowaniem Arturii - Analog Labem i V Collection. Analog Laba otrzymujemy w pełnej wersji razem z klawiaturą, V Collection trzeba sobie dokupić. O co w tym chodzi?

Analog Lab to zestaw 6500 brzmień dwudziestu jeden "klasycznych" syntezatorów: np. Minimooga, ARP 2600, Synclaviera, Jupitera 8 czy CS-80. Syntezatory są odwzorowane za pomocą modelowania, nie próbkowania, co z jednej strony powoduje "kręcenie nosem" wielbicieli oryginałów, ale z drugiej strony sprawia, że łatwo jest wprowadzać do brzmień zmiany. Całość brzmi - w mojej opinii - bardzo dobrze i jest dużą pomocą, jeśli ktoś wykorzystuje we własnej muzyce syntetyczne barwy.

Arturia nie poprzestała na dodaniu wirtualnych instrumentów, ale mocno ułatwiła ich obsługę za pomocą KeyLaba. Znów - zamiast sięgać do myszki i klawiatury komputerowej - większość rzeczy da się zrobić za pomocą kontrolera. Wybór banku czy brzmienia - żaden problem. Dodatkowo umieszczone po prawej stronie pokrętła i suwaki mapują się na parametry wybranego brzmienia i możemy bezpośrednio z kontrolera zmieniać np. szybkość pracy LFO czy punkt odcięcia filtra.

Rzeczy, z których nie korzystam

Zupełną ciekawostką są dla mnie gniazda CV w KeyLabie służą one do napięciowego sterowania syntezatorami analogowymi albo modularami i zapewne dla pewnego grona użytkowników będą one bardzo ważne. Ja nie korzystam, bo nie mam do czego ich podłączyć. Cieszy jednak, że producent o tym pomyślał i jego klawiatura może posłużyć także w tym celu.

Nie jestem wirtuozem, ale...

Nie neguję tego, że da się tworzyć muzykę bez klawiatury, ba, bez żadnych kontrolerów. Geniuszom starczy ołówek i papier nutowy. Ale ja nie jestem geniuszem, tylko programistą, od czasu do czasu dłubiącym coś w dźwiękowym świecie.

I jak dla mnie każda możliwość fizycznego wpłynięcia na to, co nagrywam, jest istotna. Dlatego cieszę się, że wreszcie mogłem odkurzyć i podłączyć ten cały sprzęt, by z niego normalnie korzystać. To jakby po pół roku dziubania długopisem w notesiku dostać nagle wielki stół kreślarski z porządnym oświetleniem i zapasem papieru oraz przyborów malarsko-rysunkowych. Aż się chce pracować!

No, to teraz już (poza brakiem czasu) nie mam chyba innych wymówek, żeby nagrać album lepszy od Via i Runaway. Prawda?

poniedziałek, 17 września 2018

U-He Zebra 2 dla weteranów

Odkryłem właśnie, że producent moich ulubionych syntezatorów VST, czyli Divy i Repro, oferuje jeden ze swoich instrumentów, Zebrę 2, na bardzo korzystnych warunkach. A wszystko dla tych, którzy są posiadaczami starszych, fizycznych syntezatorów, najlepiej analogowych (ale niekoniecznie, jak pokazuje mój przypadek). Jeśli posiadasz stary instrument, a chciałbyś kupić Zebrę, wystarczy pobrać specjalny plik, wydrukować go i postępować zgodnie z umieszczoną na nim instrukcją. Jeśli nasz instrument przejdzie weryfikację, otrzymamy kod, dający 50$ zniżki na zakup. Akcja trwa już bardzo długo, ale jakoś mi to do tej pory umykało.

W moim przypadku do zniżki uprawniały obie starsze Yamahy: PSS-780 oraz MU-50, zatem skorzystałem z oferty i mogę teraz odpowiedzieć na pytanie: czy warto skusić się na Zebrę?

Czy Zebra jest fajna?

Na pewno Zebra 2.8 jest potężnym syntezatorem. Cztery oscylatory, bogata sekcja filtrów, kilka LFO i wbudowane efekty (pogłos, delay) oraz sekwencer dają olbrzymie pole do popisu. Wystarczy posłuchać wbudowanych presetów, by dość przekrojowo przekonać się, do czego zdolne są algorytmy tego instrumentu.

Co ciekawe, Zebra 2 ma zauważalnie mniejszy apetyt na moc obliczeniową niż Diva, więc spokojnie można używać wielu instancji lub "gęstszych" aranżacji. Wiadomo, że jakość "analogowości" (nie wiem, jak inaczej nazwać zdolność do cyfrowego generowania analogowego brzmienia) jest w przypadku Divy większa, ale - moim zdaniem - Zebra daje radę i jej brzmieniu niewiele można zarzucić.

Zebry są różne

Obecnie są "w obrocie" cztery wersje Zebry, dwie komercyjne, a dwie darmowe. Komercyjne to omawiana "dwójka" oraz oparta na niej Dark Zebra z nowym zestawem presetów (sprzedawana osobno, ale wymagająca licencji na zwykłą Zebrę 2). Darmowe są Zebra CM, dostępna m. in. z różnymi czasopismami (posiadająca liczne ograniczenia i własny interfejs użytkownika) oraz Zebralette, czyli najprostsza wersja z jednym generatorem (aczkolwiek również świetnie brzmiąca!). Jeśli więc ktoś chce przetestować bez ograniczeń czasowych działanie zebrowych algorytmów, może śmiało sięgnąć bo Zebrę CM lub Zebralette, a jeśli się do nich przekona, przejść na Zebrę 2.

Dark Zebra

Zebra CM

Zebralette

A co się nie podoba?

Przyzwyczajony do przeglądarki brzmień w Divie i obu Repro, nieco zdziwiłem się po przejściu do analogicznego modułu w Zebrze. Obsługuje się go identycznie, jednak zamiast klarownych nazw kategorii (basy, arpeggia, pady, leady), mamy tajemnicze "Clowns", "Lupins" czy "Orgones". W ramach każdej tej grupy mamy wymieszane brzmienia o różnych charakterze, co dość utrudnia wyszukiwanie.

Każdy według siebie

Każdy według siebie musi ocenić, czy brzmienie Zebry mu odpowiada - na szczęście można pobrać wersję testową i samemu się przekonać lub wypróbować wersje darmowe. Moim zdaniem - warto. Jest to świetnie brzmiący syntezator o bardzo dużych możliwościach kreacji złożonych brzmień. Firma U-He rzadko oferuje zniżki na swoje produkty - nawet w "czarne piątki" czy "cyfrowe poniedziałki" - wychodząc z założenia, że ich instrumenty zawsze są warte tyle samo, a użytkownicy płacący pełną cenę mogą się poczuć dotknięci, że inni dostają to samo za pół ceny. Warto więc skorzystać z oferty dla "dinozaurów", jeśli posiadacie jakiś stary syntezator.

PS. Uprzedzając ewentualne pytania - nie, artykuł nie jest sponsorowany, nie odnoszę żadnych korzyści z przychylnego traktowania instrumentów od U-He. Po prostu są dobre i tyle.

wtorek, 11 września 2018

Minusy zabezpieczeń

Pisałem już ostatnio, że zaczynam powoli budować i porządkować moje "domowe studio". W ciągu ostatniego tygodnia nocowałem w nowym miejscu ze trzy razy, więc mogłem poświęcić wieczory na konfigurowanie, uzupełnianie i wykorzystanie (a co!) muzycznego kącika. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie jeden szczegół - licencje.

Większość oprogramowania, którego używam, jest zabezpieczona licencjami wgrywanymi na dwa klucze USB - iLok oraz eLicenser (tak działają wtyczki np. AIR, Waves, Steinberg czy iZotope). Jedyny plus tego rozwiązania jest taki, że licencje można przenosić między komputerami i przy ponownej instalacji wtyczki nie trzeba szukać i wpisywać numeru seryjnego - wystarczy mieć wpięty odpowiedni klucz.

Minus pierwszy - sterowniki

Oczywiście oba klucze wymagają odpowiednich sterowników, które trzeba zainstalować, aby licencje były widziane w systemie. Kilka razy zdarzyło mi się (i tak było teraz, po półrocznym nieużywaniu komputera), że bez nowej wersji sterownika klucz po prostu nie działał. Kiedyś, jeszcze na starym komputerze, na Windows 8 przestał prawidłowo działać sterownik do iLoka - sam się wyłączał albo nie włączał przy starcie systemu, co powodowało, że musiałem przed rozpoczęciem pracy w DAW wchodzić do usług systemowych i uruchamiać odpowiednią usługę ręcznie.

Co ciekawe, aby korzystać z zabezpieczeń iLok czy eLicenser, nie trzeba na ogół mieć fizycznego klucza - w takim wypadku sterownik wiąże licencje z komputerem. Traci się wówczas plus związany z przenoszalnością, ale niekiedy nie ma wyjścia, jeśli producent oprogramowania stosuje tylko takie zabezpieczenie.

Minus drugi - bałagan

Bałagan w licencjach pojawia się, jeśli zaczynasz korzystać z wersji próbnych, zabezpieczonych takim właśnie sprzętowym kluczem. Brzmi to nieco absurdalnie - bo instalować sterownik tylko po to, żeby wypróbować jakąś wtyczkę? No, ale tutaj niewiele zależy od użytkownika - jak mus, to mus.

Problem w tym, że wpisy dotyczące licencji czasowych pozostają na kluczu i nie sposób się ich pozbyć - przynajmniej ja nie znalazłem takiego sposobu. Jeśli wpisów jest stosunkowo niewiele, nie ma się czym martwić. Jednak przy kilkunastu czy kilkudziesięciu wpisach zaczyna się zabawa w odszukiwanie odpowiedniego wpisu.

Przyznam, że ten "minus" wypisuję tylko z kronikarskiego obowiązku, bo staje się on dokuczliwy tylko w przypadku jakichś masowych operacji na licencjach.

Minus trzeci - fizyczność

Zainwestowałem w fizyczne klucze USB głównie dlatego, że część licencji ich wymaga (nie da się przypisać do komputera). Teraz - przy okazji pracy w dwóch "studiach" jednocześnie - chciałem sobie pogratulować błyskotliwości i zdolności przewidywania. W końcu mogę wyjąć klucze z laptopa, przewieźć do stacjonarnego i pracować tam. Dzięki chmurze Google'a, gdzie zapisuję robocze projekty, nie muszę nawet zgrywać sesji na pendrive'a, tylko synchronizuję katalog Google Drive i już. ALE...

Jak to mam w zwyczaju - po prostu zapominam. Zapominam zabrać tych kluczy ze sobą. I wtedy, niestety, nie ma bata - nie da się pracować... Dodatkowo zwykle zapominam też zabrać dysku zewnętrznego, na którym mam wszelkie "duże" pluginy (w rodzaju brzmień orkiestrowych, Omnisphere, Komplete czy bibliotek do Kontakta), więc nawet te pluginy, na które mam "normalne" licencje, nie działają, bo nie mają danych.

Orzechy włoskie jeść!

Podobno jedzenie orzechów pomaga na pamięć - a to chyba jedyne rozwiązanie na moje kłopoty. Pomarzyć można o czasach, gdy oprogramowanie kupowało się w sklepie, instalowało z nośnika i już. Doceniam jak najbardziej zalety dystrybucji cyfrowej i w sumie nie chciałbym wracać do dyskietek czy płyt, jednak jak kania dżdżu łaknę opracowania jakiegoś jednego, wygodnego (dla klienta!) sposobu weryfikacji licencji. Obecnie najwygodniejsze wydaje się wpisanie numeru seryjnego - instaluję wersję testową ze strony producenta, odszukuję w e-mailach zakupiony numer, wklejam i gotowe. Wiadomo, że nie jest to sposób dla producenta bezpieczny - piraci zakupią jedną licencję i zaczną sprzedawać z tym samym kluczem (albo napiszą sobie generator, jeśli odkryją algorytm weryfikujący poprawność numeru), nie każda wtyczka ma też wersję testową (np. właśnie duże biblioteki, liczące po kilka czy kilkanaście gigabajtów). Z drugiej strony, jakiego zabezpieczenia by producenci nie użyli, piraci i tak je złamią, więc stuprocentowo bezpiecznych programów i tak nie ma.

Szkoda, że ludzie kradną...

poniedziałek, 10 września 2018

Pół roku zaległości

Powoli próbuję ogarnąć "stary komputer", tzn. stacjonarny, który od stycznia stał sobie, nieruszany, w Swarzędzu. Najpilniejsze aktualizacje zostały już wykonane (system, antywirus, DAWy, wtyczki VST), więc od tej strony przynajmniej jest na chwilę spokój. Gorzej ze szczegółami.

Zaczęło się dość niewinnie, bo przesłuchując fragmenty nowej płyty, chciałem poprawić jeden z utworów. Próba wczytania go do DAW skończyła się jednak niepowodzeniem - na starym komputerze mam wprawdzie aktualne wersje wtyczek VST, ale tylko tych, które już tam były wcześniej. Nie mam tam wtyczek, które miałem tylko na laptopie lub instalowałem je dopiero w tym roku.

Wszystko wskazuje zatem na to, że będę musiał po kolei otwierać wszystkie utwory, które tworzyłem na laptopie (np. prawie cała płyta Flashback) i notować, których wtyczek brakuje, po czym pracowicie je doinstalowywać.

Po raz kolejny wychodzi więc na to, że należy być muzykiem (producentem?) non stop, by na bieżąco mieć aktualizowane środowisko pracy. Wolę sobie nawet nie wyobrażać, jaką pracę będę musiał wykonać np. po zakupie nowego komputera za parę lat...

Może po prostu rzucić te wszystkie syntezatory i skupić się na gitarze?