czwartek, 30 stycznia 2020

Jak nagrywać audiobooki?

Chciałbym podzielić się kilkoma informacjami o nagrywaniu audiobooków - być może dla kogoś okażą się one przydatne. Oczywiście, trzeba brać pod uwagę fakt, że jestem w tej dziedzinie kompletnym amatorem i samoukiem, więc z góry przepraszam ewentualnych profesjonalistów, których rozbolą zęby od mojego tekstu. Takie osoby prosiłbym o konstruktywne komentarze, żebym mógł poprawić tekst, a i nauczyć się czegoś byłoby warto.

Głos

Podstawą wszystkiego jest głos - im lepszy, tym lepiej wyjdą nam nagrania. Osobiście nie uważam się za posiadacza "ładnego" głosu, za to staram się nadrabiać intonacją i dykcją, choć tego też się dopiero uczę. Dobry głos to jednak baza, bez której trudno myśleć o dobrych efektach. Zainteresowanym polecam ćwiczenie różnych łamańców językowych albo ćwiczenia czytania z korkiem (takim od wina) trzymanym między zębami.

Dobrze jest rozejrzeć się za jakąś szkołą dla wokalistów/lektorów w najbliższym większym mieście - czasem można skorzystać z konsultacji (czasem nawet darmowych), żeby dowiedzieć się czegoś o swoim głosie czy rzeczach, które można poprawić. W zależności od determinacji można się wręcz zapisać na szkolenie, podczas którego można nauczyć się prawidłowego oddychania, emisji czy wręcz pewnych zdolności aktorskich.

Ja osobiście "walczę" obecnie z monotonią czytania oraz hiperpoprawnością wymawiania głosek nosowych "ą" i "ę", ale na konsultacji wyszło też to, że nieświadomie próbuję obniżać głos, żeby brzmieć bardziej "radiowo".

Książka

Żeby nagrać audiobooka, trzeba mieć oczywiście co czytać (chyba, że chcemy nagrać swój własny tekst). Polecam poszperać wśród klasyki literatury, na przykład na stronie Wolnych lektur - po pierwsze, są tam książki, które można w miarę bezpiecznie czytać bez obawy, że po opublikowaniu pozwie nas do sądu jakieś wydawnictwo, prawa autorskie bowiem do zgromadzonych tam tytułów wygasły. Po drugie, pobierzemy stamtąd wersję elektroniczną książki, która ma pewne zalety w porównaniu do wersji papierowej.

Polecam książki "elektroniczne" głównie z trzech powodów: nie szeleszczą, wygodniej zmienia się w nich strony i... można zmienić wielkość kroju czcionki. Szeleszczenie jest irytujące, bo rejestruje się razem z naszym głosem i trzeba je później pracowicie wycinać podczas obróbki. Wygodna zmiana strony to coś nie do przecenienia, zwłaszcza jeśli autor książki z lubością posługuje się długimi, złożonymi zdaniami (tak, Panie Lem!). Idealne byłoby czytanie z ciągłego dokumentu, gdzie można przewijać zawartość i zawsze ma się całość akapitów przed oczami. Zalety zmiany wielkości liter chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć.

Ja osobiście preferuję Kindle'a, bo jest wygodny, czytelny i cichy.

Czytanie

Przed rozpoczęciem czytania należy usiąść wygodnie przed mikrofonem i przygotować sobie stanowisko - żeby nie trzeba było się pochylać, przechylać, odchylać itp. Wprawdzie głos lepiej brzmi, kiedy stoimy (wtedy też dobrze się oddycha), jednak zauwżyłem u siebie, że wówczas z biegiem czasu człowiek się po prostu męczy, zaczyna przestępować z nogi na nogę, mówi raz z jednej strony mikrofonu, raz z drugiej i w ostatecznym rozrachunku wypada to "tak sobie". Najlepiej ustawić mikrofon w ten sposób, by nie musieć w ogóle zmieniać pozycji i zachowywać ciągle tę samą odległość, a jednocześnie nie garbić się i mieć brodę leciutko uniesioną. Książka (czy wyświetlacz) powinien być umieszczony na tyle wygodnie, by bez problemu i zmiany pozycji odczytywać tekst i móc zmieniać strony. Warto przeprowadzić "rozgrzewkę", porobić głupie miny, porozciągać język i policzki czy choćby kilkukrotnie powiedzieć głośno i wyraźnie "A E I O U Y", mocno pracując mięśniami twarzy i szeroko otwierając usta.

Powinno się czytać "normalnym głosem", nie nadwerężając go, ale też nie szepcząc. Aby zapobiec ewentualnym "przesterowaniom" nagrania, gdy w tekście są fragmenty "krzyczące", podczas ich głośniejszego czytania po prostu lekko oddalamy głowę od mikrofonu. Z kolei aby minimalizować głoski syczące, należy delikatnie obrócić kapsułę mikrofonu, żeby nie mówić do niego wprost, a pod pewnym kątem.

Gdy wszystko jest gotowe, sprawdzamy jeszcze raz dla pewności poziom nagrywanego sygnału mówiąc sakramentalne "Próba mikrofonu, raz, dwa, raz, dwa, trzy" i włączamy nagrywanie. UWAGA! Należy zawsze upewnić się, że na pewno włączyliśmy nagrywanie, zanim przeczytamy dwadzieścia stron i zorientujemy się, że jednak program lub urządzenie nagrywające ciągle jest tylko w trybie przygotowania (pauzy)! Wiem, bo znam to z własnego doświadczenia.

Czytamy ze spokojem, niezbyt szybko, ale i niezbyt wolno. Staramy się w miarę dokładnie wymawiać końcówki wyrazów oraz głoski nosowe, ale bez popadania w hiperpoprawność (moja bolączka!), starajmy się też poprawnie akcentować słowa. Jeśli zdarzą się przejęzyczenia (a zdarzą się, nie ma przebacz!), czytamy od początku całe zdanie, nawet jeśli jest długie (warto skorzystać z patentu z klikaczem). Wierzcie mi, dużo łatwiej jest potem obrabiać takie całościowe fragmenty, niż sklecać jedno zdanie z trzech fragmentów. Zwłaszcza, że mówiąc nie zdajemy sobie sprawy, jak mocno niekiedy wyrazy są ze sobą połączone w zdaniu - późniejsze próby połączenia takich słów wypadają najczęściej sztucznie. Nagranie w postaci cyfrowej nie zajmuje jakichś szalonych ilości miejsca (kwadrans to około 60MB materiału), więc nagrajmy po prostu całą frazę raz jeszcze. W mojej opinii nie ma sensu zatrzymywania nagrywania, bo zaczynamy się rozpraszać.

Tutaj uwaga natury psychologicznej: siadajmy do nagrywania wypoczęci. Przy zmęczeniu zaczynamy popełniać więcej błędów, którymi się denerwujemy i popełniamy jeszcze więcej błędów (a najgorsze, że w pewnym momencie zdenerwowanie zaczyna być słyszalne w nagranym materiale!)

Sprzęt

Skoro akurat mamy chwilę czasu, bo trwa nagranie, kilka słów na temat sprzętu. Potrzebnych jest kilka elementów, zwłaszcza jeśli chcemy osiągnąć przynajmniej jako taki poziom.

Wariant najprostszy - rejestrator audio

Kupujemy rejestrator audio w rodzaju Tascama DR-05 czy Zooma HN4. Rejestratory te mają wbudowane przyzwoite mikrofony elektretowe oraz możliwość podpięcia mikrofonu zewnętrznego (chociaż tylko Zoom obsługuje mikrofony pojemnościowe z zasilaniem phantom). Zapis następuje z wykorzystaniem karty pamięci, zaś rejestrator zasilany jest z akumulatorów, co znacznie zwiększa mobilność i daje możliwość czytania w dowolnym w zasadzie miejscu. Rejestrator i tak warto kupić, o jego zaletach jeszcze napiszę.

Mikrofon USB

Ten wariant to po prostu mikrofon pojemnościowy USB. Na rynku jest sporo tego typu produktów, przeznaczonych na ogół dla osób nagrywających podcasty czy filmiki na YouTube. Jedyne, co musimy zrobić, to podłączyć taki mikrofon do komputera za pomocą złącza USB, wybrać go w programie do nagrywania (np. darmowy Audacity) i tyle.

Minusem tego typu sprzętu jest fakt, że jeśli wzrosną nasze wymagania dotyczące jakości dźwięku czy będziemy chcieli skorzystać z różnego typu efektów/urządzeń audio, będziemy zmuszeni do kupienia nowego mikrofonu, bo będziemy potrzebować standardowego mikrofonowego złącza XLR.

Mikrofon pojemnościowy

W drodze kompromisu między jakością a ceną, mikrofon pojemnościowy średniej klasy wydaje się być dobrym wyborem. Powinien precyzyjnie zarejestrować nasz głos, a jednocześnie zapewnić niskie szumy. W moim wypadku poszukiwania mikrofonu zaczynałem od przyjęcia jakiegoś nieprzekraczalnego budżetu. Później wyszukałem modele znanych i uznanych firm (np. AKG, AudioTechnica, MXL, Neumann, Røde, SE Electronics, Shure, WarmAudio), które mieściły się w zakładanych granicach. Poszukałem recenzji i opisów, zwracając szczególną uwagę na opisy traktowania przez mikrofon sybilantów, czyli głosek syczących. Są mikrofony (zwykle te tańsze), które wręcz podkreślają takie głoski, co powoduje, że trzeba się później mocno męczyć podczas obróbki. Najlepiej byłoby wybrane modele przetestować swoim głosem, ale nie zawsze jest to możliwe w sklepie.

Kupując mikrofon pojemnościowy musimy pamiętać, że wymaga on odpowiedniego sprzętu rejestrującego, wyposażonego w dobre przedwzmacniacze mikrofonowe oraz potrafiącego dostarczyć zasilanie phantom, bez którego mikrofon zwyczajnie nie będzie działał. Pewnym kompromisem mogą być spotykane na rynku mikrofony pojemnościowe USB, które mają przedwzmacniacz "w sobie", a które podpinamy po prostu do komputera/laptopa za pomocą zwykłej wtyczki USB. Decydując się na takie właśnie rozwiązanie trzeba mieć świadomość, że taki mikrofon da się podłączyć wyłącznie do komputera, a w przypadku rozbudowy domowego studia o interfejs audio, mikser czy zewnętrzny przedwzmacniacz, trzeba będzie kupić też nowy mikrofon ze standardowym gniazdem XLR.

Mikrofon dynamiczny

Mikrofonom dynamicznym warto się przyjrzeć choćby dlatego, że nie wymagają one specjalnego zasilania phantom i można je podłączyć (mając odpowiedni przewód) do zwykłego gniazda mini-jack. Drugim, często niebagatelnym plusem jest lepsza współpraca ze słabo zaadaptowanym pomieszczeniem - dynamiczne mikrofony są mniej czułe niż ich pojemnościowi krewniacy, więc nie słychać tak bardzo pogłosu czy cichych hałasów zza ścian. Jednocześnie jednak rejestrowany przez nie głos jest ciut mniej szczegółowy (czy to przeszkadza? polecam przesłuchanie przykładów). Niektóre modele (np. legendarny w branży Shure SM7b) wymagają dobrego przedwzmacniacza, bo są dość ciche.

Interfejs audio

Aby podłączyć do komputera mikrofon pojemnościowy, nie wystarczy zrobić tego za pomocą zintegrowanej karty dźwiękowej (w przypadku mikrofonów dynamicznych także warto zainwestować w interfejs, możecie mi wierzyć). Po pierwsze, nie posiada ona odpowiedniego gniazda, po drugie, nie ma odpowiedniego przedwzmacniacza, a po trzecie, nie potrafi zasilić mikrofonu pojemnościowego. Konieczny staje się zakup tzw. interfejsu audio, koniecznie z gniazdami XLR, zasilaniem phantom i przedwzmacniaczami mikrofonowymi. Praktycznie każdy współczesny interfejs te elementy posiada, więc możemy wybierać spośród dziesiątek, jeśli nie setek modeli różnych firm. W tym przypadku zwykle cena idzie w parze z jakością toru audio.

Przedwzmacniacz mikrofonowy

Popularne (najtańsze) interfejsu audio mogą nie mieć odpowiedniego "zapasu mocy", aby prawidłowo wysterować mikrofon pojemnościowy dla lektora (często wymagają "podkręcenia" gałki wzmocnienia do 3/4 lub praktycznie do wartości maksymalnej). W takim wypadku można rozejrzeć się za osobnym przedwzmacniaczem mikrofonowym, który da nam swobodę w ustalaniu poziomu głośności. Ja sam spotkałem się z efektem "zbyt cichego głosu" - po prostu czytałem zbyt cicho, by głos zarejestrować za pomocą interfejsu i musiałem zakupić osobny przedwzmacniacz.

Statyw, akcesoria

Bardzo przydatny przy nagrywaniu okazuje się statyw mikrofonowy. Nie jest to duży wydatek, a znacząco poprawia komfort czytania i jakość materiału (w porównaniu do trzymania mikrofonu w ręce lub statywów "stołowych"). Równie dobrze sprawdza się profesjonalne "ramię", przypinane do stołu - musi jednak być solidne, aby utrzymać dość ciężki mikrofon.

NIEZBĘDNYM dodatkiem jest filtr przeciw podmuchowy, tzw. pop-filtr (zwany niekiedy "pończochą"), bo jest to w zasadzie jedyny sposób na zabezpieczenie się przed głoskami wybuchowymi (np. "p"), które w zasadzie są nie do odratowania w trakcie obróbki. Ponadto filtr taki, mocowany przed mikrofonem, pozwala na utrzymanie w miarę stałej odległości, z jakiej czytamy.

Pomieszczenie

Pomieszczenie do nagrywania jest bardzo ważne, o wiele ważniejsze, niż się początkowo wydaje. Nie bez powodu każdy, kto nagrywa, zgadza się, że pomieszczenie trzeba odpowiednio przygotować. Należy wyeliminować zbyt duży pogłos (echo) - często nieprzyjemny pogłos pojawia się w pomieszczeniach, gdzie nic nie leży na podłodze ani nie wisi na ścianach/oknach. Wykładzina czy dywan, firanki, szafki, makatki - wszystko to powoduje usuwanie niechcianego pogłosu, można się też zaopatrzyć w specjalne maty, naklejane na ściany lub panele/dyfuzory, które rozpraszają lub pochłaniają fale dźwiękowe (zdecydowanie jednak odradzam naklejanie na ściany wytłoczek od jajek, co jest polecane gdzieniegdzie - naprawdę nie róbcie tego).

Po zaadaptowaniu pomieszczenia należy przeprowadzić nagrania testowe i bardzo dokładnie ich posłuchać, zwracając uwagę na pogłos i odgłosy w tle. W moim przypadku okazało się, że muszę zamykać szczelnie drzwi i okno w pokoju oraz (koniecznie!) wyłączyć komputer stacjonarny. Komputer szumiał, zaś przez drzwi i okno wpadało mnóstwo odgłosów z zewnątrz: szczekający pies, ćwierkające ptaki, przejeżdżające samochody.

Dobrym rozwiązaniem (w kontekście akustycznym) może być... wnętrze samochodu, o ile oczywiście nie musimy podłączać zbyt wielkiej ilości sprzętu - idealny byłby tutaj rejestrator z wejściami XLR dla mikrofonu pojemnościowego. Nieźle sprawdza się też nagrywanie przed szafą z ubraniami (!) - zresztą, nagrałem krótkie porównanie pomieszczeń, więc można to ocenić samodzielnie.

Obróbka

Po nagraniu fragmentów (lub całości) należy w pierwszej kolejności zarchiwizować materiał - utworzyć kopię w bezpiecznym miejscu, co uchroni nas nie tylko przed skasowaniem, ale i przed zniszczeniem w wyniku nieudanej obróbki. Następnie uruchamiamy jakiś edytor audio, np. popularny darmowy Audacity lub komercyjne Acoustica, WaveLab, SoundForge czy Audition i dokonujemy niezbędnych poprawek. Nie będę tutaj wszystkiego szczegółowo opisywał, bo o obróbce już co nieco pisałem, tu tylko szybkie przypomnienie:

  • przesłuchujemy całość, usuwając błędnie nagrane fragmenty i zostawiając te poprawne
  • ponownie przesłuchujemy całość, usuwając wszelkie przeszkadzające dźwięki (skrzypnięcia, oddechy, mlaśnięcia); czasem można pomóc sobie tzw. bramką szumów, ale KONIECZNIE przesłuchajmy całość po zastosowaniu takiego narzędzia, bo często oprócz niepożądanych dźwięków usuwane są... ciche końcówki wyrazów, a całość zaczyna brzmieć "metalicznie"
  • zapisujemy przycięty i wyczyszczony plik oraz archiwizujemy go
  • stosujemy odpowiednią korekcję, kompresję, uruchamiamy w razie potrzeby de-esser oraz limiter, doprowadzając materiał do finalnej postaci
  • jeśli głos chcemy ubarwić muzyką lub innymi dźwiękami (tworząc rodzaj słuchowiska), dodajemy kolejne ścieżki, dobieramy poziomy itd., całość zgrywamy do ostatecznego pliku

Obróbka jest, niestety, konieczna i często zabiera ona więcej czasu, niż wszystko pozostałe, ale warto się do niej przyłożyć, jeśli nasz materiał ma brzmieć przynajmniej przyzwoicie.

Publikacja

Jeśli mamy taką fantazję i możliwości (w tym nie grożą nam pozwy wydawnictwa, którego książkę chcemy opublikować w formie audio), wrzucamy audiobooka do sieci czy nagrywamy na płytę CD i zmuszamy znajomych do przesłuchania. Możemy też spróbować nawiązać kontakt z wydawnictwem - może wyrażą zgodę na publikację, a może (jeśli jesteśmy naprawdę dobrzy) zaproponują nam wydanie przeczytanego materiału? Nigdy nie wiadomo.

A w międzyczasie ćwiczymy: "w czasie suszy szedł Sasza suchą szosą do cesarza ze Szwecji", "Wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu przeintelektualizowanych prestidigitatorów", "Zawoalowana ewaluacja i wyewoluowana owulacja" czy inne ciekawe łamańce językowe.

środa, 29 stycznia 2020

Dalsze adaptacje akustyczne

Czekało mnie niedawno nagrywanie wokalistki (sic!), więc postanowiłem ostatnim rzutem na taśmę poprawić adaptację akustyczną w domowym studio. Nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej.

Adaptacja sprowadziła się do trzech rzeczy: zbudowania dwóch paneli oraz wymyślenia jakiegoś "ustroju" na drzwi, które są już jedną z ostatnich twardych powierzchni w pokoju. Zacząłem od paneli, bo to już znałem i wiedziałem, co zrobić.

Panele dwa

Panele wprawdzie wykonałem dwa, ale za to zupełnie inne. Pierwszy z nich powędrował na ścianę, zabezpieczając ostatni jej fragment. Jedyny problem był z tym, że musiałem wykonać ścięty narożnik (bo mam pokój z ukośną ścianą) - i, niestety, właśnie ten element zawaliłem. I to wcale nie dlatego, że nie potrafiłem przymocować desek albo dociąć wełny - od strony wykonawczej nie było najmniejszego problemu. Problem za to miałem z pomyślunkiem. Zamiast bowiem ZMIERZYĆ kąt pochylenia ściany, na oko oceniłem, że ma 45o i tak też przygotowałem panel. Dopiero przy montażu okazało się, że jednak kąt jest inny i teraz mam paskudnie niepasujący panel - było już jednak za późno na zmiany, bo i wełna docięta, i materiał przymocowany... No cóż, może dzięki temu nie zapomnę następnym razem rzetelnie przyłożyć się także do pomiarów.

Drugi panel, dużo mniejszy, bo mający ledwie 50x50cm, zrobiłem od razu jako przenośny. Okazało się bowiem, że jednak brakuje wytłumienia kąta z monitorami, przez co zresztą musiałem wyrzucić do kosza sześć nagranych rozdziałów "Puca, Bursztyna i gości". Tym razem jednak zastosowałem solidną drewnianą ramę zamiast kartonu, a sam panel ma zamontowaną specjalną podstawkę, dzięki której nie powinien się przewracać (co byłoby bardzo niewskazane z uwagi na bliską odległość wyświetlaczy LCD). I znów, jak po pierwszej adaptacji, dosłownie USŁYSZAŁEM różnicę. To zadziwiające, jak bardzo może się zmienić odpowiedź akustyczna nawet po zastosowaniu tak prostego ustroju akustycznego.

Drzwi

Drzwi męczyły mnie od dawna, bo to duża, twarda powierzchnia, dodatkowo zaopatrzona w szybki. Dobre efekty uzyskiwałem, wieszając na nich koc czy choćby prześcieradło, postanowiłem więc iść w tę stronę. Z resztek metalowego płaskownika wygiąłem dwa uchwyty i zamocowałem je do górnej krawędzi skrzydła drzwi. Uchwyty przytrzymują stalowy pręt, będący swego rodzaju karniszem dla włochatego koca poliestrowego. No i koc przykrywa zdecydowaną większość skrzydła drzwi, w tym szklane okienka. Nie jest to rozwiązanie może szalenie skuteczne, ale efekt tak czy inaczej słychać.

Czy coś jeszcze pozostało?

Generalnie jestem zadowolony z tego, jak teraz "brzmi" mój pokój, ale wiadomo, że zawsze coś można poprawić. Na pewno coś muszę wymyślić, jeśli chodzi o lampę, bo kompletnie nie myśląc dwa lata temu kupiłem taką z wielkim, metalowym kloszem. No i, jak pewnie zgadujecie bez problemu, rezonuje ona jak... no, mocno. Wystarczy w kilku określonych miejscach zwyczajnie klasnąć i słychać metaliczne bzyczenie. Znika ono, gdy np. zawieszę na lampie tkaninę. Czyli trzeba by albo zmienić klosz, albo uszyć "pokrowiec" na istniejący. Sam nie wiem, co głupsze.

Trochę razi mnie też odkryty kawałek podłogi z panelami, ale tu akurat nie słyszę dużej różnicy między nagrywaniem w tej postaci, a kiedy położę na podłodze np. koc. Zdecydowanie lampa przeszkadza bardziej.

Do następnego razu

No, to chyba na razie tyle. Wokalistka swoje rzeczy nagrała i wypadło to całkiem fajnie (jeśli chodzi o jakość sygnału, bo nagranie trzeba będzie powtórzyć ze względów muzycznych). Co ciekawe, zupełnie nie było tu problemu ze zbyt słabym wzmocnieniem - jednak śpiew to zupełnie inna energia niż mamrotanie lektora...

PS. 2020-02-10: No i już, dalsze adaptacje wykonane! Teraz można skupić się na korzystaniu, czyli nagrywaniu...

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Kiepski statyw dostaje drugie życie

Nowy mikrofon w użyciu już od prawie miesiąca i... kłopot. Bo jedne rzeczy nagrywam za pomocą WA-87, inne za pomocą D5, a statyw mikrofonowy jeden, więc ciągle trzeba odkręcać jeden mikrofon, a przykręcać drugi. Kiepskie rozwiązanie.

To kazało mi przypomnieć sobie o leżącym w szafie zepsutym statywie "stołowym" - takim przykręcanym do stołu. Kłopot z nim taki, że zwyczajnie nie trzyma. Po zamocowaniu dowolnego mikrofonu, nawet niezbyt ciężkich D5 czy 14A zaciski nie potrafią zachować pozycji, nawet przy ekstremalnie silnym docisku - zwłaszcza chodzi o mocowanie tuż przy "stopce".

Nie chcąc wydawać pieniędzy na nowy statyw czy uchwyt, postanowiłem naprawić ten stary. Niestety, konstrukcja jest taka, że zwyczajnie działać nie będzie (bez mechanicznych zmian). To zostawiam sobie na później, bo po prostu wymyśliłem inny sposób. Mam w swoim stole pionowe ścianki i pomyślałem, że skoro statyw nie trzyma, przymocowany do stołu pionowo, przymocuję go poziomo do takiej właśnie ścianki. Jedyne, co trzeba było zrobić, to lekko obrócić i mocno dokręcić ramię tak, aby zamocowany mikrofon znalazł się na wysokości moich ust.

Jak widać, statyw zupełnie nieużywany i kompletnie zakurzony

Operacja wymagała pewnych zmian, bo musiałem zdjąć Claretta 2Pre z przedwzmacniacza GoldenAge, a to z kolei wymusiło przeniesienie huba USB na inną powierzchnię. Nie ma jednak tego złego, bo w ten sposób mam lepszy dostęp do huba i przestał mi się on plątać w okolicy prawego łokcia.

Ostatecznie wygląda to nieźle i działa bardzo dobrze. Jedyny kłopot mam znów z samym nagrywaniem. D5, mimo nieco wyższej czułości niż 14A, produkuje zbyt słaby sygnał, żeby rejestrować go za pomocą Focusrite'a - potencjometr musi być "odkręcony" praktycznie do maksymalnej wartości. Hm... zaczynam wierzyć, że albo czegoś nie wiem, albo wszystkie przedwzmacniacze w interfejsach mam uszkodzone. Ewentualnie nagrywanie głosu mówionego to jest coś tak ekstremalnego, że wymaga koniecznie osobnego przedwzmacniacza...

wtorek, 14 stycznia 2020

Usuwanie sybilantów, czyli przestajemy syczeć

Było całkiem niedawno o odszumianiu, czas zatem przyjrzeć się innej, często koniecznej obróbce głosu, czyli walce z sybilantami.

Oczywiście wypada zacząć od wyjaśnienia, czym sybilanty są. A są to spółgłoski wysokoszumowe, czyli wszelkie głoski "syczące" i "świszczące" - s, sz, c, ś, cz, ż, rz, z. W zależności od urządzenia rejestrującego (mikrofonu) ich zawartość w materiale może rosnąć lub maleć - są mikrofony, które wręcz uwypuklają sybilanty, a są takie, które są na nie wyjątkowo odporne. Niestety, z mojego doświadczenia wynika, że zdolność "asymilacji" sybilantów przez mikrofony rośnie wraz z ich ceną - nie jest to może żelazna zasada, ale pewna prawidłowość.

Tak czy owak, nawet jeśli mamy mikrofon bardzo tolerancyjny dla głosek wysokoszumowych, to możemy trafić na... głos, który tych sybilantów produkuje naprawdę dużo. Trzeba się zatem zawsze nad problemem pochylić i posłuchać, czy w nagraniu głoski te przeszkadzają. No, i jeśli przeszkadzają, troszkę je okiełznać. Tutaj uwaga: jeśli samodzielnie nagrywamy, warto wypróbować sposób z lekkim obróceniem mikrofonu tak, aby powietrze nie trafiało bezpośrednio i prostopadle w kapsułę, często pomaga to nieco osłabić "świsty", a to z kolei ułatwia obróbkę.

Właśnie do walki z sybilantami służą de-essery (z czego wzięła się ich nazwa, jak łatwo zgadnąć). Są to tak naprawdę specjalizowane kompresory pasmowe: tłumią one dynamicznie określoną częstotliwość. Częstotliwość tę ustawiamy na podstawie analizy głosu i znajdujących się w nim sybilantów, ponieważ dla każdego przypadku będzie to trochę inna wartość. Wystarczy później wyregulować stopień tłumienia (nie za wysoki, bo zamiast syczenia dostaniemy seplenienie) i już.

W praktyce, naturalnie, dostajemy zwykle jakieś dodatkowe możliwości korekty - wygładzanie, próg zadziałania, korektor itp. - to już zależy od konkretnego de-essera. Oczywiście, uparci i posiadający nadmiar wolnego czaru mogą z lupką przeglądać cały materiał w edytorze audio i ściszać poszczególne głoski ręcznie (czasem jest to jedyna droga, by się jakiegoś wyjątkowo opornego sybilantu pozbyć), jednak z reguły dobrze skonfigurowany de-esser powinien sobie gładko poradzić z problemem.

Jeśli ktoś nie ma zamiaru inwestować w specjalizowane narzędzia, może użyć dynamicznego korektora, jak np. FabFilter Pro-Q3, gdzie można dla określonej częstotliwości zaaplikować korekcję na zadanym poziomie, dodatkowo definiując próg zadziałania - czyli zrobić dokładnie to, co robią zwykle de-essery.

Niemniej, postanowiłem zrobić krótki przegląd de-esserów, które wypróbowałem w praktyce (a kilku z nich używam na co dzień). Jako materiał do obróbki posłużył mi fragment nagrany na potrzeby płyty Expectation. Rejestrowałem go mikrofonem MXL770, który zdecydowanie ma problem z sybilantami, nawet mimo odchylania kapsuły (inna rzecz, że sam głos ma ich sporo już "z natury"). Jest to zatem przykład ekstremalny:

FabFilter Pro-Q3

Przykład usuwania sybilantów za pomocą korektora dynamicznego - po ustaleniu ("na oko") częstotliwości syczących głosek wprowadziłem filtrowanie dynamiczne (czyli następuje ono tylko po przekroczeniu pewnego progu). Efekt nie jest może powalający w analizowanym przypadku, ale przy mniej wymagającym materiale powinno to wystarczyć:

Wynik:

Revoice Pro 4

To kolejny przykład usuwania sybilantów bez de-essera - dla krótkich fragmentów warto zrobić to po prostu ręcznie. Revoice Pro ma tę zaletę, że automatycznie wykrywa "eski" i pozwala łatwo je wyciszyć, co brzmi dość transparentnie i nie powoduje zniekształceń. Wada - trzeba to wszystko zrobić ręcznie, głoska po głosce. Dla piosenki - da się przeżyć, dla audiobooka - raczej trzeba o tej drodze zapomnieć, chyba że mamy czasu jak lodu...

Wynik:

Waves DeEsser

Jeden z prostszych de-esserów, niemniej zwykle okazuje się dostatecznie skuteczny. Ustawiamy częstotliwość oraz próg - i to najczęściej wystarcza, by ujarzmić sybilanty. Do tego plugin nie jest przesadnie drogi, bo kosztuje niecałych 30 dolarów. Według mnie warto go mieć w swoim arsenale i wypróbowywać w pierwszej kolejności.

Wynik:

Waves Sibilance

To już bardziej zaawansowany de-esser - dochodzi tu nieco więcej parametrów, którymi możemy kontrolować nie tylko samo redukowanie "esek", ale także ich wykrywanie (parametry Lookahead oraz Detection). Sprawia to jednak, że plugin jest już trudniejszy w obsłudze - mnie się rzadko udaje ustawić go tak, by usuwał sybilanty lepiej niż tańszy prawie o połowę DeEsser.

Wynik:

Sonnox Supresser

Akurat ten de-esser to jedno z moich dużych rozczarowań, bo kupowałem go już dość dawno temu z przeświadczeniem, że jest to najlepszy de-esser wśród dostępnych. Przeświadczenie to wyniosłem z czytania opisów i pewnego kursu obróbki głosu. W praktyce kompletnie nie potrafię go odpowiednio skonfigurować.

Wynik:

Accusonus ERA4 De-Esser

Obecnie mam dostęp tylko do wersji uproszczonej de-essera (wersja Pro jest dostępna... w wersji Pro pakietu). Wersja uproszczona jest bardzo prosta w obsłudze - ma w zasadzie tylko jedno wielkie pokrętło, którym kręcimy usuwając sybilanty. Na ogół sprawdza się to dobrze, ale w bardziej ekstremalnych czy trudnych sytuacjach po prostu brakuje dalszych regulacji i zamiast oczyszczonego sygnału dostajemy coś brzmiącego bardzo nienaturalnie. Nic tu nie poradzimy, narzędzia typu "jedno pokrętło" zwykle tak właśnie działają...

Wynik:

Klevgrand Esspresso

Odkryta niedawno firma Klevgrand oprócz zacnego odszumiacza ma też ciekawy de-esser. Wyróżnia się on już samym interfejsem użytkownika - brak tutaj pokręteł, są tylko dwa obszary: detekcji i działania. Przyznam, że bardzo to pomysłowo wykonano, a i całość działa dość dobrze.

Wynik:

Eiosis e2deesser

Z tym de-esserem miałem trochę zachodu, ponieważ testowałem go dwa lata temu, przez co "zużyłem" swoją próbę i po ponownym zainstalowaniu obecnej wersji, zabezpieczenie iLok nie pozwalało na ponowne uruchomienie. Na szczęście poskutkował krótki e-mail do supportu firmy Eiosis i otrzymałem nową próbną licencję. A ten de-esser wypada naprawdę nieźle, na tyle, że chyba przygotuję osobny wpis na jego temat. Cechą charakterystyczną jest to, że e2 może działać na paru zakresach częstotliwości, co poprawia efekty jego pracy. Dodatkowo ma też możliwość "wygładzania" przetwarzanych fragmentów, co zwykle prowadzi do usunięcia negatywnych efektów korekcji.

Wynik:

OEK Sound Soothe

Soothe znalazło się w tym zestawieniu nieco nieoczekiwanie, bo nie jest to tak naprawdę de-esser. To bardziej narzędzie do walki z "chropowatością" brzmienia i rezonansami, ale da się je tak skonfigurować, że minimalizuje także sybilanty. I powiem, że robi to całkiem sprawnie, a dodatkowy plus należy się temu narzędziu za względną "przezroczystość brzmieniową", bo nie degraduje ono materiału obrabianego. W zasadzie, przy niezbyt wyżyłowanych parametrach w zasadzie nie słychać, że jakaś obróbka ma miejsce - do momentu, aż Soothe wyłączymy.

Wynik:

Podsumowanie

Usuwanie zbyt natarczywych sybilantów jest smutną koniecznością - dobrze, że jest na rynku szeroka paleta narzędzi pomagających w tej operacji. Warto też sprawdzić różne mikrofony, jeśli nagrywamy głos samodzielnie - z własnego doświadczenia wiem, że naprawdę ma to znaczenie. Tradycyjnie załączam materiał źródłowy i wszystkie obrobione przykłady - można ich więc posłuchać poza przeglądarką internetową albo wypróbować swój ulubiony de-esser.

sobota, 11 stycznia 2020

[T] Klevgrand Brusfri - ciekawy odszumiacz

Pisałem całkiem niedawno o problemach z odszumianiem materiału dźwiękowego - podczas jego przygotowania przetestowałem kilka wtyczek i programów, porównując ich możliwości i osiągane z ich pomocą efekty. Całkiem przypadkowo trafiłem przy tej okazji na szwedzką firmę Klevgrand, producenta "odszumiacza" Brusfri, co w wolnym tłumaczeniu znaczy "bezgłośny". Brusfri okazał się na tyle ciekawy, że postanowiłem przyjrzeć mu się bliżej.

Przede wszystkim przekonuje mnie prostota interfejsu użytkownika. Okno wtyczki jest bardzo ascetyczne, co jest o tyle interesujące, że mamy - wbrew pierwszemu wrażeniu - dość dużo parametrów do regulacji. Jednak zanim zaczniemy cokolwiek regulować, najpierw należy uruchomić odtwarzanie odszumianego materiału w miejscu, gdzie występuje tylko szum (najlepiej włączyć dla tego fragmentu zapętlenie). Teraz klikamy i przytrzymujemy duży przycisk Learn - w ten sposób "uczymy" wtyczkę, jak brzmi szum. Od tego etapu zależy, jak skutecznie Brusfri będzie działać - szum powinien być reprezentatywny dla całego materiału i powinien być w miarę długi - najlepiej przynajmniej parę sekund.

Po "nauce" możemy wybrać z materiału jakiś normalny fragment i zacząć słuchać działania Brusfri. Teraz należy bowiem dopasować pozostałe parametry, przede wszystkim zaś Edge, który to parametr zawiaduje tak naprawdę intensywnością odszumiania. Jeśli słyszymy metaliczne artefakty lub wyraźne zakłócenia, możemy nieco złagodzić działanie algorytmu, aczkolwiek to, co mnie w tym konkretnym pluginie ujęło, to właśnie fakt, że te typowo metaliczne zakłócenia występują tu zdecydowanie rzadko.

Dodatkowo możemy kontrolować (za pomocą krzywej Attack-Threshold-Release) czasy zadziałania i zaprzestania działania odszumiacza. Do dyspozycji mamy także filtr górnoprzepustowy oraz kontrolę nad wysokimi częstotliwościami, zaś ostateczny efekt możemy w dowolnych proporcjach zmiksować z sygnałem oryginalnym, co pozwala zamaskować ewentualne niedoskonałości, jednocześnie pozbywając się części szumu.

Czym ta konkretna wtyczka mnie ujęła? Jakością działania. Do tej pory korzystałem głównie z odszumiania w programie Acon Acoustica, czasami stosując wymiennie Waves NS1 (ten jednak działa dość kapryśnie). Prowadziło to do irytujących mnie sytuacji, gdy materiał najpierw obrabiałem w Acoustice, przeprowadzając tam odszumianie, zapisywałem przetworzoną kopię i otwierałem ją później w WaveLabie, przeprowadzając dalszą obróbkę. Mając w arsenale Brusfri, mogę go wrzucić na sam początek łańcucha wtyczek w WaveLabie i nie przejmować się więcej osobnym krokiem (a w razie potrzeby mogę w każdej chwili albo złagodzić, albo wręcz wyłączyć odszumianie). To wielka wygoda, a z mojego doświadczenia (fakt, że na razie zaledwie kilkutygodniowego) wynika, że Brusfri działa daleko bardziej przewidywalnie niż NS1

Ze swej strony zatem polecam choćby przetestowanie - i to nie tylko tej konkretnej wtyczki, bo z rozpędu zainstalowałem sobie też darmowe Svep, FreeAMP oraz syntezator SyndtSphere. Wszystkie one mają utrzymany w podobnym stylu, oszczędny i ładny interfejs i zwyczajnie robią to, do czego zostały stworzone. Chyba się polubiłem z firmą Klevgrand...

[T] AberrantDSP Sketch Cassette

Prawie rok temu pisałem testowałem wtyczkę GoodHertz WOW Control, służącą do "brudzenia" dźwięku. Można było za jej pomocą nanieść na własne nagrania różnego rodzaju zakłócenia, charakterystyczne dla magnetofonów - szumy, brumy, buczenie, nierówności przesuwu taśmy i tym podobne. Wyraziłem wówczas opinię, że tego typu wtyczki są zupełnie nie dla mnie, bo ja akurat wcale za tym całym magnetofonowym brudem nie tęsknię.

Tymczasem dzisiaj prezentuję króciutki test innej wtyczki tego samego typu: AberrantDSP Sketch Cassette. "Niszczymy" dźwięk, przepuszczając go przez wirtualny magnetofon. Ale - moi drodzy! - cóż to jest za wtyczka!

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem okno tej aplikacji, oczom nie mogłem uwierzyć - zresztą, zobaczcie sami:

W te wszystkie kontrolki da się normalnie kliknąć, a one normalnie działają! Jak dla mnie wygląda to świetnie i pasuje jak ulał do tego, co wtyczka robi. A robi! Dźwięk można niszczyć na wiele sposobów, dobierać odpowiedni typ taśmy w magnetofonie (żelazowa, chromowa, metalowa), zwiększać szumy czy "wiek" sprzętu (oczywiście, im dalej na osi czasu, tym większa degradacja dźwięku). Nie jest to może lista parametrów aż tak rozbudowana, jak w WOW Control, ale według mnie sprawdza się to całkiem dobrze.

Co do jakości dźwięku - trudno pisać o czymś podobnym w kontekście wtyczki, której zadaniem jest psucie tejże jakości. Niemniej, sygnał przetworzony przez Sketch Cassette brzmi w mojej opinii bardzo prawdziwie i gdybym tylko podobnej obróbki potrzebował, raczej zainwestowałbym 20 dolarów w tę wtyczkę niż 129 w WOW Control. A za sam wygląd przyznaję duży plus, bo wtyczka wygląda bardzo niecodziennie, ale nie odbywa się to w najmniejszym stopniu kosztem czytelności czy wygody obsługi.

czwartek, 9 stycznia 2020

Steinberg SpectraLayers - nikt nie wie, jak używać?

Jakoś w zeszłym roku Steinberg pochwalił się, że kupił aplikację SpectraLayers, dotąd dostępną m. in. jako jeden z modułów SoundForge 12. Dlaczego mówię o chwaleniu? Bo na różnych targach otrąbiono, jakie to fantastyczne narzędzie, jak bardzo ułatwia pracę z dźwiękiem, a głównie jego naprawianie (w sensie: usuwanie szumów, stuków, zakłóceń, niechcianych dźwięków). Wszystko to miało być dodatkowo bardzo proste w obsłudze i przypominać (dzięki tytułowym layers - warstwom) pracę grafika w Photoshopie.

Oczywiście, takie narzędzia bardzo mnie interesują (sam jestem połączeniem grafika i muzyka), nic więc dziwnego, że rzuciłem się na wersję testową, żeby sprawdzić prawdziwość deklaracji producenta.

I co?

I nic. Jakoś nie potrafiłem tego programu okiełznać. Niby znalazłem jakiś filmik czy dwa na YouTube, gdzie można było zobaczyć, że obróbka spektralna rzeczywiście może pomagać w pewnych sytuacjach, ale...

Kto wie?

Odnoszę dziwne wrażenie, że ten rodzaj obróbki dźwięku to jakieś niezbadane obszary. Materiałów szkoleniowych brak, nikt nic nie wie, nie sposób doszukać się przykładów praktycznego wykorzystania narzędzia Steinberga w praktyce. Oczywiście, trochę informacji o obróbce spektralnej można znaleźć (bo oferuje ją np. Adobe Audition czy wspomniany SoundForge 12), ale w SpectraLayers są warstwy, specjalne narzędzia, zaznaczanie harmonicznych i inne udogodnienia, więc warto byłoby umieć z nich skorzystać.

Co gorsza, producent wypytywany przez użytkowników na forum najpierw zasłaniał się "czasem wakacyjnym", a dopiero w listopadzie 2019 napisał, że "wreszcie zatrudnił osobę, która przygotuje filmiki instruktażowe". Oczywiście, mamy niedługo połowę stycznia, filmików jak nie widać, tak nie widać. Podejrzewam, że skończy się podobnie, jak sprawa z ARA2 w Cubase w zeszłym roku. Czyli obsuwą.

Czy jest w ogóle na co czekać?

Myślę, że dopiero dobrze przygotowane filmy instruktażowe mogą w pełni pokazać potencjał SpectraLayers - bo bez wiedzy, jak tego programu używać, na pewno nie osiągnie się zbyt wiele, jest on na to zbyt hermetyczny. Wierzę jednak, że ostatecznie okaże się, że SpectraLayers będzie bardzo przydatnym narzędziem i kto wie, czy nie zagości w moim dźwiękowym "arsenale".

wtorek, 7 stycznia 2020

Jak radzić sobie z szumem?

Szum jest nieodłączną składową podczas nagrywania czegokolwiek za pomocą mikrofonów. Zwykle chcielibyśmy się go pozbyć, bo materiał audio jest przetwarzany, kompresowany i pogłaśniany, a każda z takich operacji może prowadzić do dalszego eksponowania szumów, co zazwyczaj nie brzmi dobrze.

Po pierwsze - rejestracja

Oczywiście, pierwsze rozwiązanie, które się narzuca, to nagrywanie w odpowiednich warunkach: w cichym pomieszczeniu, bez szumiących wentylatorów i wiatraczków, buczących urządzeń czy obecnego za oknem hałasu ulicznego. W moim przypadku materiał tak zarejestrowany prezentuje się jak poniżej:

Lekki szum jest, oczywiście, do usłyszenia, ale dość łatwo pozbyć się go niemal całkowicie z pomocą bramki szumów, która nie wpływa na brzmienie głosu:

Jeśli hałas to konieczność

Czasem nie da się uniknąć "generatorów" szumu, a najczęściej będzie nim okno (hałas ulicy) i komputer (tu jednak możemy trochę powalczyć: założyć większe wentylatory, wynieść komputer z pokoju na czas rejestracji czy zainwestować w rejestrator, co pozwoli nam w ogóle wyłączyć ten element toru). Jakie jednak mamy drogi pozbycia się niechcianego szumu?

Fragment nagrany w pomieszczeniu z włączonym komputerem stacjonarnym

Odszumianie

Większość edytorów audio (w tym i darmowy Audacity) ma funkcję usuwania szumu. Polega ona zwykle na tym, że najpierw wskazujemy fragment zaszumionej ciszy, na podstawie której budowany jest tzw. profil szumu. Potem zaznaczamy cały materiał i nakazujemy usunąć tenże szum.

Zwykle działa to całkiem nieźle, chociaż bardzo zależy od konkretnej implementacji, bo część "odszumiaczy" produkuje materiał wprawdzie wolny od szumu, ale za to z dziwnymi metalicznymi artefaktami, który po prostu brzmi źle. Oczywiście, im więcej szumu trzeba usunąć (im jest on głośniejszy), tym bardziej cierpi brzmienie końcowe materiału.

Materiał odszumiony w programie Acon Acoustica

Bramka szumów

Drugim sposobem usunięcia szumu jest zastosowanie tzw. bramki szumów. Działa ona na prostej zasadzie podziału materiału za pomocą progu głośności na szum i sygnał użyteczny. Po czym szum jest wyciszany, a sygnał użyteczny zachowywany bez ingerencji. W moim przypadku zadziałało to tak:

Materiał odszumiony bramką FabFilter Pro-G

Wadą bramki szumów jest to, że przy wyższych poziomach szumu zwyczajnie słychać go w fragmentach "przepuszczonych" przez bramkę - czyli tam, gdzie pojawiają się słowa, słychać dodatkowe szumy. Ponadto, jeśli sygnał jest bardzo dynamiczny, tzn. posiada i bardzo głośne fragmenty, i bardzo ciche, bramka może "wycinać" te najcichsze, co prowadzi do gubienia końcówek lub początków wyrazów.

Za to dużym plusem bramki jest fakt zachowywania materiału źródłowego bez ingerencji - brzmienie głosu pozostaje bez zmian.

Różne dziwne rozwiązania

Można też wypróbować różne rozwiązania pośrednie, np. firma Waves proponuje bardzo prostą w obsłudze wtyczkę NS1, która działa trochę jak bramka (ustawiamy jej działanie za pomocą jednego suwaka-progu), ale jest wyspecjalizowana w usuwaniu właśnie szumu, więc przeprowadza także odszumianie.

Efekty są całkiem niezłe, więc warto się przyjrzeć:

Materiał odszumiony za pomocą Waves NS1

Co jest najlepsze?

Osobiście preferuję bramkę szumów, jako tę najmniej ingerującą w materiał. Z tego właśnie powodu staram się nagrywać za pomocą rejestratora, żeby sobie szumem komputera nie psuć nagrania już na starcie. Czasem jednak się to nie udaje (np. nagrywam gdzieś w terenie, obrabiam czyjeś nagrania), wówczas najpierw materiał odszumiam (ale nie całkowicie) i dopiero puszczam przez bramkę - odszumianie nie psuje wtedy tak bardzo brzmienia, szum przestaje rzucać się w uszy w słyszalnych fragmentach, a bramka elegancko wycisza fragmenty między słowami.

W tym miejscu jednak zachęcam osoby preferujące odszumianie do przetestowania przynajmniej kilku algorytmów. Z moich doświadczeń mogę napisać, że niezły jest odszumiacz firmy Acon, dobry jest też Klevgrand Brusfri czy wspominany Waves NS1.

Jeśli ktoś jest zainteresowany i chciałby porównać swoje umiejętności i oprogramowanie, to może pobrać wszystkie wykorzystane powyżej pliki w postaci wygodnego archiwum.

piątek, 3 stycznia 2020

Pomieszczenie do nagrywania

Pamiętam, że kiedy zaczynałem zabawę z nagrywaniem audiobooków, kompletnie nie zawracałem sobie głowy tym, GDZIE nagrywam. Liczył się tylko mikrofon - przecież im lepszy, tym nagranie MUSI być lepsze! Dzisiaj wiem już, jak błędne jest to przekonanie. Oczywiście, nie znaczy to, że jakość czy typ mikrofonu w ogóle nie mają znaczenia, jednak z perspektywy czasu wydaje mi się, że zdecydowanie ważniejsze w tym wszystkim jest pomieszczenie.

Żeby nie być gołosłownym, nagrałem szybkie i proste porównanie, które pokazuje, jaki głos można uzyskać w różnych warunkach. Słuchać należy w dobrych słuchawkach, bo rzecz dotyczy głównie pogłosu:

Wszystkie powyższe fragmenty zostały nagrane za pomocą rejestratora Tascam DR-05, za pomocą wbudowanych w niego mikrofonów elektretowych. Starałem się utrzymywać tę samą odległość mikrofonów od ust i tę samą pozycję rejestratora, więc można przyjąć, że nagrania różnią się tylko środowiskiem.

Wnioski

Wnioski są proste - jakość nagranego materiału BARDZO zależy od jakości pomieszczenia. W powyższym przykładzie dobrze sprawdziło się nagrywanie w zaadaptowanym pomieszczeniu oraz nagranie wykonane przed otwartą szafą z ubraniami - nagrany głos jest bliski, praktycznie pozbawiony pogłosu. Przy okazji można porównać, jak brzmi pomieszczenie zaadaptowane i niezaadaptowane (to dwa pokoje niemal identyczne rozmiarowo, z których jeden służy mi za "studio", drugi zaś jest zwykłym pokojem z biurkiem i szafkami). Myślę, że różnice są bardzo wyraźnie słyszalne.