wtorek, 31 grudnia 2019

[T] AKG D5

No i doczekałem się! AKG D5 jest już w moich rękach, a co najważniejsze - już troszkę go potestowałem, więc mogę zamieścić garść uwag. Czy spełnił pokładane w nim nadzieje?

Dobrze i źle

Od razu rozwieję wszelkie wątpliwości: nie, D5 nie zastąpi WA-87. Mimo że jakość nagrań jest zupełnie w porządku, to jednak słychać (tzn. ja słyszę) bardzo dużą różnicę między tymi dwoma mikrofonami. Trzeba będzie jednak iść dalej w adaptację akustyczną, żeby polepszyć jakość nagrań.

D5 kontra 14A

To pierwsza, oczywista konfrontacja. Dwa dynamiczne mikrofony budżetowe da się w miarę prosto porównać, przynajmniej w warunkach domowych i do domowego zastosowania. W odróżnieniu od poprzedniego testu mikrofonów, tym razem postanowiłem przeprowadzać konfrontacje parami, zamiast kolejno nagrywać ten sam czytany tekst. Ma to ten plus, że oba mikrofony rejestrują praktycznie ten sam sygnał, więc łatwiej wychwycić różnice. Minus? "Ten sam" sygnał nie jest idealnie ten sam, bo siłą rzeczy mikrofony zajmują inną przestrzeń i są minimalnie inaczej skierowane - ale na potrzeby domowego porównania postanowiłem pominąć ten czynnik.

Oba mikrofony były podłączone bezpośrednio do interfejsu Focusrite Clarett 2Pre z ustawionymi na maksimum czułościami (co i tak nie doprowadziło do jakichkolwiek przesterowań).

Poniżej zamieszczam nieobrabiane pliki WAV z obu urządzeń, można je sobie pobrać i posłuchać (najlepiej w słuchawkach, bo nie są to różnice kolosalne).

AKG D5

Shure 14A

Tutaj rożnice są raczej subtelne - 14A wydaje się być bardziej matowy, chociaż ostatecznie wcale nie wypada jakoś drastycznie gorzej. D5 rejestruje nieco więcej wysokich częstotliwości i ma wyższą czułość.

D5 kontra WA-87

Tego porównania także nie mogło zabraknąć, bo w końcu w tym wszystkim chodziło o odpowiedź na pytanie, czy AKG D5 jest w stanie w jakimś stopniu zastąpić WA-87 do czasu polepszenia adaptacji akustycznej w moim studio? Metodyka testu pozostała taka sama jak poprzednio: dwa mikrofony zamocowane blisko siebie, jednoczesna rejestracja na obu i porównanie. Tutaj, naturalnie, różnice między mikrofonami są znaczące i bardzo wyraźnie słychać, że nagranie z WA-87 zawiera więcej odpowiedzi z otoczenia, są też w nim lepiej słyszalne szumy komputera (zdecydowałem na rejestrację w komputerze - mimo szumów - bo mój rejestrator ma tylko pojedyncze wejście mikrofonowe, więc nie mógłbym nagrywać obu urządzeń jednocześnie). W tym wypadku szumy też dają pewną informację - w końcu gdzieś rejestrują się wyraźniej.

I znów dwa pliki WAV do porównania:

AKG D5

WarmAudio WA-87

D5 w boju

Testy porównawcze za nami, pora jeszcze sprawdzić, jak się sprawdzi D5 w jakimś rzeczywistym zadaniu. Postanowiłem nagrać opowiadanie Edgara Allana Poe pt. "Czarny kot":

Wnioski

Wnioski są takie, że D5 nie zastąpi WA-87, aczkolwiek nie jest to wniosek kompletnie ostateczny. Nie wiem, czy nie przesiądę się na mikrofon od AKG przynajmniej do czasu, kiedy lepiej dostosuję pokój do rejestracji. D5 nagrywa zdecydowanie mniej "odpowiedzi" pomieszczenia, czyli na nagraniach jest mniej pogłosu (o co walczę). Tak czy owak, wygląda na to, że będzie częściej używany niż 14A, który przez większość czasu leży w swoim pokrowcu w szufladzie...

środa, 25 grudnia 2019

[T] Cubase 10.5 Pro

Ha! W tym roku Mikołaj spisał się na medal, bo dzięki niemu bez ponoszenia dodatkowych kosztów mogę cieszyć się aktualizacją Cubase'a do wersji 10.5 Pro. O tym, co nowego wnosi ta właśnie wersja, pisałem już miesiąc temu, dzisiaj więc o tym, czy w praktyce nowości coś zmieniają w mojej pracy.

Kolory najbardziej widoczne

Najbardziej widoczna jest zmiana wizualna, czyli kolorowanie kanałów w mikserze. Przyznam, że to spodobało mi się najbardziej, bo znakomicie podnosi czytelność projektu podczas nie tylko miksowania, ale w ogóle komponowania. Jedyne, czego mi brakuje, to łatwego kolorowania zaznaczonych kanałów kolorami z zakresu (gradientem). Coś takiego ma FL Studio i mnie osobiście bardzo się to podoba.

Niejako przy okazji odkryłem, że wcale nie trzeba się ograniczać do szesnastu kolorów z palety, ale można tę liczbę podwoić, a nawet zwiększyć ośmiokrotnie. Z niewiadomych dla mnie przyczyn da się to zrobić tylko dla konkretnego projektu.

Nagrywanie retrospektywne

No, powiem Wam, że to cudo! Cubase już wcześniej miał tę funkcję, ale teraz postanowiono ją rozbudować i to w bardzo sensowny sposób. Każda ścieżka ma obecnie własny bufor, który zapamiętuje rzeczy grane właśnie na niej. Co ważne, jest różnica w rejestracji, jeśli nagrywamy w pętli - wówczas możemy "zrzucić" nagrany materiał nie tylko w sposób liniowy, ale także jako serię kolejnych ujęć. Fantastyczna sprawa, bardzo pomagająca w pracy. Dlaczego Studio One tego nie ma, pytam się?!

I jeszcze jeden drobiazg

Inną rzeczą, drobną a wygodną, jest połączone narzędzie zaznaczania. Do tej pory trzeba się było przełączać między "kursorem zakresów" a "kursorem obiektów". Teraz, po włączeniu integracji, mamy tylko jedno narzędzie zaznaczania, a działa ono tak, że dolna połowa ścieżki traktuje kursor jako zaznaczanie obiektów, a górna połowa - jako zaznaczanie zakresów. Jest to bardzo wygodne, choć dla tradycjonalistów stara metoda z dwoma narzędziami pozostaje ciągle dostępna (póki co).

PadShop 2

O, to jest fajna zmiana! Nowy PadShop 2 jest - w mojej opinii - bardzo udanym instrumentem. Jego starszego brata, wersję Pro, można usłyszeć w wielu moich utworach. Teraz PadShop ma jeszcze więcej możliwości i nieco prostszy do ogarnięcia interfejs, co powinno ucieszyć wszystkie osoby, dla których jest to jedno z głównych źródeł dźwięku.

Multitap Delay

Bardzo pomysłowa linia opóźniająca, czyli po prostu delay na sterydach. Ma chyba wszystko, co powinien mieć delay (a i pewnie sporo więcej) - jednak nie używam go, bo... nabawiłem się fobii przed używaniem natywnych wtyczek z konkretnego DAWa. Problem z nimi jest taki, że jeśli jednak przejdziesz na inny program, to nie przeniesiesz łatwo ustawień takiej wtyczki, bo jej w nowym DAWie po prostu nie będzie. Stąd preferuję wtyczki zewnętrzne, w których po prostu można sobie zapisać ustawienia jako presety i wczytać w nowym miejscu.

Analiza spektralna korektora

Jak wyżej - fajne, ale nie używam. FabFilter Q3 ma to samo już od dawna, a jest zewnętrzny i "przenośny", a do tego bardzo przejrzysty. Choć akurat korektorowi od Steinberga jakiegoś zagmatwania nie można zarzucić... Nie wiem, może w obu przypadkach w końcu się przełamię, ale będę musiał mieć już pewność, że to Cubase wygrał "wojnę DAWów" w mojej głowie.

Pozostałe rzeczy

Nie próbowałem jeszcze ani robić importów z innych projektów, ani eksportować plików wideo ze ścieżką dźwiękową. Pierwsze nie było potrzebne, drugie... no, nie bawię się w wideo.

Warto? Nie warto?

Tym razem napiszę bez wahania, że warto. Cena aktualizacji nie jest wygórowana, a dostaje się za nią całkiem sporo, a przynajmniej więcej, niż rok temu przy pojawieniu się "dziesiątki" (tak, tak, tam doszła technologia ARA2, ale trzeba było na nią później pół roku poczekać, bo w pierwszej wersji "dziesiątki" była tylko zapowiedź).

Pochwalę (będę tego żałował!) stabilność - mimo wielu prób, nie udało mi się na razie "wywrócić" nowego Cubase'a. Ale i z "dziesiątką" jakoś nie miałem problemów, jednak przez ostatnie pół roku praktycznie nie pracowałem w DAW. Teraz może coś się ruszy - w razie czego, nie omieszkam dodać tutaj odpowiedniego suplementu.

czwartek, 19 grudnia 2019

Modularowe szaleństwo

Dobrze, dobrze, może nie szaleństwo, ale moda - na pewno. Chodzi mi o narastającą popularność tak zwanych syntezatorów modularnych, w których to sam muzyk buduje swój instrument na bazie gotowych "klocków" - czyli oscylatorów, filtrów, wzmacniaczy, obwiedni, efektów itd. Koniec z godzeniem się na zgniłe kompromisy!

Sam osobiście nie mam takiego instrumentu, choć grałem i używałem. Może jeszcze za wcześnie dla mnie na tego typu urządzenie, a może należę zdecydowanie do obozu "sprzętowego"? Ale może kilka słów o samym pomyśle na "modular".

Dawno, dawno temu

Na początku drogi syntezatory wyglądały inaczej, niż ich klasyczne wyobrażenie: nie były klawiaturami z "guziczkami i ekranikiem". To były pudła, wypełnione elektroniką i elektryką, w których sygnały trzeba było ręcznie "przekierowywać" z jednego bloku instrumentu do innego. Robiło się to... przepinając kable. Instrumenty miały też multum gałek i guziczków, które zastępowały wówczas graficzne ekrany, dostępne obecnie. Kształtowano nimi obwiednie, konfigurowano filtry itp. oraz... wyzwalano dźwięki (z braku tradycyjnego manuału). Potem - z grubsza - nadszedł pan Moog ze swoimi syntezatorami, wyposażonymi w manuały, dające możliwość grania jak na pianinie lub organach. Ten wariant zwyciężył, a stare syntezatory odeszły do lamusa.

Cherry Audio Voltage Modular

Okazuje się jednak, że nie był to jednak ich koniec. Kilkanaście lat temu zrodziła się stara-nowa moda na instrumenty, które - znów pozbawione klawiatury i dowolnie konfigurowane przez użytkownika - mogłyby wprowadzić nieco świeżości do skostniałego światka muzyki. I pomysł się przyjął - rzeczywiście muzycy rzucili się na proste moduły, budując z nich spersonalizowane instrumenty, dające dużą swobodę nie tylko jeśli chodzi o charakter brzmienia, ale także o wykonanie (czyli grę). Moda, jak to moda, wypączkowała w ostatnich latach do środowisk wirtualnych i pojawiło się już kilka różnych "rozwiązań" programowych, które umożliwiają budowanie wirtualnych modularów. Hm...

Czy jest sens?

Głównym celem, jak się wydaje, jest obniżenie ceny całego systemu (dobrej jakości fizyczne "klocki" są raczej drogie) oraz zwiększenie wygody (nie trzeba targać całej skrzyni, martwić się o zasilanie, dokupować ciągle nowych kabli). Bonusem jest możliwość skorzystania z automatyzacji, oferowanej przez DAW - chociaż osobiście wydaje mi się, że właśnie modulary miały za zadanie "oderwać się" od sekwencerów i być sterowane same przez siebie.

VCV Rack

Przy wszystkich tych zaletach, wirtualny modular nie daje jednej - według mnie kluczowej - funkcjonalności: możliwości sterowania fizycznymi manipulatorami. Kiedy ogląda się nagrania z tzw. live-actów, wyraźnie widać, że muzyka tworzy się i płynie właśnie dzięki temu, że muzyk na żywo reguluje poszczególne moduły, kręci gałkami, przestawia przełączniki, wyzwala sygnały itp. To organiczny proces, który bardzo wspomaga kreatywność - pamiętam swoje wielogodzinne "kręcenie gałami" przy Yamasze AN1x, a przecież tam nie było znowu aż tak wiele manipulatorów!

No, chyba że ktoś stosuje modulara tylko i wyłącznie do tego, by bez umiejętności programowania zbudować własny syntezator, wykorzystywany nastepnie jak każdy inny syntezator VST. Wtedy zgoda, takie rozwiązanie jakiś sens ma, chociaż w moim odczuciu w modularach najbardziej fascynujące jest... granie na nich, a nie programowanie.

Się wymądrzyłem

Ktoś może powiedzieć, że się wymądrzam, chociaż modularów nie używam - i prawda to, nie mam fizycznej skrzyni z modułami, a dłuższy kontakt miałem tylko z wersjami programowymi VCV Rack (szeroko propagowany przez "Estradę i studio") oraz Cherry Audio Voltage Modular. Zwłaszcza ten drugi był bardzo interesujący, ale znów: zabrakło gałek pod palcami. Próbowałem podmapować część manipulatorów pod kontrolery w KeyLabie, ale nijak się to miało do możliwości dotknięcia i przetestowania wszystkiego, co udało się umieścić w modularze. A przecież eksperyment jest tu kluczowym zagadnieniem!

Ostatecznie zatem patrzę na wirtualne modulary z pewnym zakłopotaniem. To trochę jak z wirtualną gitarą - niby można, niby da się uzyskać świetne rezultaty, ale jeśli już mam brzdąkać, to wolę zdjąć prawdziwą gitarę ze ściany niż klikać myszką w narysowane struny...

wtorek, 17 grudnia 2019

AKG D5 pod choinkę

Tak się składa, że wiem, co dostanę w tym roku pod choinkę. To znaczy... wiem i nie wiem. Bo będzie to mikrofon AKG D5 (to wiem), który dopiero sprawdzę w boju (i tych wyników nie znam jeszcze). Po co zatem o tym pisać? No, bo jestem trochę podekscytowany! Poza tym chciałbym opisać tutaj swoje oczekiwania, a następnie będę mógł skonfrontować je z rzeczywistością.

Na co komu tyle mikrofonów?

Hm, faktycznie, mam już kilka mikrofonów w kolekcji, więc po co mi jeszcze jeden? I czym się tu ekscytować? Otóż - może nie każdy uwierzy - każdy z tych mikrofonów jest kompletnie inny. I nie chodzi tylko o subtelne różnice w brzmieniu, ale też o to, co rzeczywiście dany mikrofon jest w stanie nagrać.

Źródło: http://www.djlab-lb.com

Kilka miesięcy temu nagrywałem szybki test mikrofonów, który zasiał w moim umyśle ziarno niepewności. Otóż podejrzanie dobrze w porównaniu z mikrofonami pojemnościowymi wypadł tam ponad dwudziestoletni Shure 14A, który powinien był przegrać z kretesem. Wcale tak się jednak nie stało, bo co mikrofon stracił w detalach rejestrowanego głosu, to zyskał na zamaskowaniu bardzo kiepskiej wówczas adaptacji akustycznej mojego "studia". To kazało mi przewidywać, że być może w moich nagraniach lepiej jednak sprawdziłby się mikrofon dynamiczny? Nawet nagrałem sobie fragment "Mitologii słowiańskiej", korzystając z Shure'a i efekty były zupełnie satysfakcjonujące. Dlatego właśnie strasznie jestem ciekaw, czy AKG D5 będzie w tym względzie jeszcze lepszy?

Ale dla lektora - pojemnościowy!

Zgadza się, dla lektora zazwyczaj polecane są mikrofony pojemnościowe, które - ze względu na swoją czułość - lepiej przekazują niuanse głosu. Jest jednak pewne "ale", a nawet kilka. Po pierwsze, lektor musi mieć bardzo dobry głos, by było warto to bogactwo zapisać. Po drugie, nagranie powinno być przeprowadzane w pomieszczeniu do tego w pełni przystosowanym, bez hałasów i zakłóceń, które mikrofony pojemnościowe z łatwością wyłapują. Po trzecie w końcu, mikrofon pojemnościowe wymagają z reguły zasilania fantomowego, więc trzeba je w odpowiedni sposób podłączyć i nagrywać.

Jasne, że warto byłoby rejestrować własne nagrania z najwyższą możliwą jakością - ale z drugiej strony, na 100% nie zamienię własnego pokoju mieszkalnego w takie studio, żeby w pełni cieszyć się nagraniem z mikrofonu pojemnościowego. Mikrofon dynamiczny (jak sobie obiecuję po próbach z Shure'em) da mi jednak lepsze "odcięcie" od odpowiedzi pomieszczenia, co powinno poskutkować lepszym, "bliższym" słuchacza głosem. Dlaczego jednak nie korzystać z Shure'a właśnie? Bo po testowych nagraniach słychać, że jednak ma "górę" dość wytłumioną, a tu AKG D5 (ponoć) nie ma się czego wstydzić. Teoretycznie dostałbym zatem jasny, ale pozbawiony pogłosu sygnał, który być może będzie łatwy dla mnie do obróbki, przynajmniej na moim etapie zaawansowania.

Oczekiwania

Jakie są zatem moje oczekiwania? Ha, wiadomo, że nie ma się co spodziewać nie wiadomo jakich cudów po budżetowym mikrofonie, ale mam nadzieję, że:

  • da sygnał lepszy niż Shure 14A
  • nie będzie zbierał zakłóceń z pomieszczenia
  • da radę nagrać nim przyzwoity dźwięk do audiobooków

Innymi słowy, chciałbym - idealistycznie - jakość WA-87, ale bez wad mikrofonu pojemnościowego, związanego z niedostateczną (ciągle jeszcze) adaptacją akustyczną. Wiadomo z góry, że tak się nie da, ale być może wyniki będą jednak akceptowalne.

Po drugie, jeśli do skutku dojdzie w końcu moja współpraca z wokalistką, dobrze będzie mieć kilka mikrofonów do sprawdzenia i dopasowania.

No to czekam!

Zacieram zatem ręce i czekam, co przyniesie przyszłość i... święty Mikołaj. Hm, jeśli dobrze liczę, to już za tydzień!

poniedziałek, 16 grudnia 2019

20 lat muzyki

Dzisiaj trochę nietypowo, ale z drugiej strony - koniec roku się zbliża, czas podsumowań jest jak najbardziej na miejscu. Z tym, że nie będę podsumowywał roku, a ostatnich 20 lat. Co się sprawdziło, a co zawiodło? Co się przydało, a co porasta kurzem? Zapraszam, może da to komuś do myślenia?

Krótko o tym, co cieszy

Cóż, tego, co cieszy, jest zdecydowanie więcej, więc - zgodnie z żelazną logiką braku logiki - nie będę się na tym skupiał. Generalnie - jest lepiej, jak mi się wydaje. Dorobiłem się małego, domowego studia, instrumenty są zawsze pod ręką, oprogramowanie skompletowane niemal w 100% - nic, tylko brać się ostro do roboty!

Co ważniejsze, moje "studio" służy nie tylko muzyce, ale także tworzeniu audiobooków, co mnie szczególnie ostatnio pochłonęło i dało okazję do zdobycia wiedzy z zakresu nagrywania i obróbki głosu - rzecz nie do przecenienia, bo do tej pory miałem tu poważne braki (w rzeczywistości nadal mam, ale odrobinkę mniejsze).

Czego szkoda?

W zasadzie to główny powód, dla którego powstaje cały wpis: chciałbym podsumować to, z czego nie jestem zadowolony i co powinno dać mi do myślenia w przyszłości, aby uniknąć podobnych błędów.

Studio

Dopiero w tym roku przekonałem się na własnej skórze, jak ważna jest adaptacja akustyczna pomieszczenia, w którym pracuje się nad dźwiękiem. Dotąd nie przywiązywałem do tego wagi - bo i faktycznie, przeważnie pracowałem w słuchawkach, monitory mam raczej kiepskie, więc odsłuch przez nie prowadziłem sporadycznie. Jednak w momencie, gdy zechciałem nagrywać swój głos, bardzo szybko okazało się, że niechciany pogłos, dudnienia, zakłócenia i szumy zdecydowanie pogarszają jakość materiału. Nieco już to skorygowałem, ale jeszcze nie wszystko i nie tak, jak bym chciał.

Sprzęt

O, tutaj jest zdecydowanie więcej rzeczy, których zakupu żałuję (a przynajmniej obecnie wiem, że nie sprawdziły się w praktyce). Po pierwsze: syntezatory, zwłaszcza Roland Juno G, bo na Korgu 76Le coś tam jednak nagrałem (a i oryginalnego Cubase'a 3SL sobie wtedy kupiłem!). Ale Juno G - kompletne fiasko. Nie dość, że obecnie nie ma sterowników do Windows 10, to jeszcze część (i to fajniejsza) kontrolerów w ogóle nie wysyła komunikatów MIDI, więc są one kompletnie bezużyteczne do sterowania elementami DAW. Jedyne, co mi się w tym instrumencie podoba, to praca klawiatury - jest bardzo przyjemna, choć od momentu zakupu Arturii KeyLab, to właśnie Arturia wygrywa.

Korg też okazał się ślepą uliczką, bo wprawdzie brzmi bardzo dobrze, ale obecnie jest już mocno przestarzały (powstawał w końcówce lat dziewięćdziesiątych!), jeśli chodzi o współpracę z komputerem. Brak USB, brak oprogramowania, które pomagałoby tworzyć barwy i nimi zarządzać, obsługa wyłącznie dawno już zapomnianego standardu kart SmartMedia... Z drugiej jednak strony, w tamtych czasach chyba nie było jeszcze zbyt wielu syntezatorów wirtualnych, więc może faktycznie nie było wówczas alternatywy? Na pewno jednak mogłem sobie darować Rolanda Juno G, którego wykorzystałem we własnych utworach 0 (słownie: zero) razy (w sensie brzmienia, bo jako klawiatura MIDI sprawdzał się przez jakiś miesiąc nieźle).

Co jeszcze ze sprzętu? MXL770 - zakupiony wyłącznie dlatego, że tani i pojemnościowy. I że taki "profesjonalny". W zasadzie wykorzystałem go ledwie parę razy i to w warunkach, które urągały zdrowemu rozsądkowi. Chociaż... Shure 14A to pod tym względem jeszcze słabszy zakup, bo praktycznie 20 lata przeleżał w futerale. No cóż, chciałem nagrywać głosy, ale jakoś... nie szło.

Na koniec perełka, czyli Focusrite Clarett 2Pre. Tego zakupu nie mogę przeboleć. Jeśli mógłbym się z niego wycofać albo chociaż zmienić na coś innego, wybrałbym teraz znacznie rozważniej. Skuszony wizją doskonałego interfejsu audio, zaprezentowaną w Estradzie i Studio, zawiodłem się straszliwie. Poza tym, nawet, jeśli miałbym jednak kupować Claretta ponownie, wybrałbym model 4Pre, ze względu na podwójne gniazdo słuchawkowe...

Oprogramowanie

Ooo, tutaj znajdzie się mnóstwo niepotrzebnych zakupów. Podzieliłbym to na trzy grupy: niepotrzebne efekty, niepotrzebne instrumenty i niepotrzebne inne oprogramowanie.

Jeśli chodzi o efekty, to w zasadzie... mało co bym sobie obecnie zostawił. Na pewno bezpieczne są wtyczki od FabFilter i OEK, przydają się rzeczy od iZotope i (niektóre) od Waves. Valhalla Room czy Soundtoys PanMan też by zostały, ale praktycznie całą resztę chętnie oddałbym, odzyskując zainwestowane środki. Te wszystkie magiczne wtyczki, robiące dziwne rzeczy (usuwanie pogłosu, jakieś efekty bramkowe itp.). Tony kompresorów i korektorów, dziwne i udziwnione pogłosy...

Z instrumentami jest jeszcze gorzej, bo tutaj mam obecnie taki natłok, że... Największe i najkosztowniejsze inwestycje to Serum i Sylenth1 - oba kupowałem na raty i oba wykorzystałem bardzo mało razy we własnych produkcjach. Dlaczego? Sam nie wiem, bo to bardzo dobre instrumenty. Podobnie podsumowałbym Komplete od Native Instruments - bardzo dobry i bardzo bogaty zestaw, z którego używam głównie... pełnej wersji Kontakta oraz Battery. Podobnie jest zresztą z V Collection od Arturii - niby mam, a w praktyce używam i tak troszkę dostosowanych brzmień z AnalogLaba.

W ogóle zauważam, że mam bardzo bogaty zbiór instrumentów, których bardzo pożądałem w pewnym momencie, a które - nie spełniwszy oczekiwań - wylądowały w kącie. Tak było ze Shreddage, rozmaitymi Gravity Packami, Eclipse, Orbit, Dune2, Korg M1/Wavestation/Mono/Poly, Morphine, Damage, Arturia Spark czy Drumaxx.

No i na koniec pozostałe oprogramowanie. Tu na pewno na czoło wysuwa się Bitwig, który okazał się zupełnie ślepą uliczką. Wydawałoby się, że wrzucę tu też FL Studio, ale nie, bo chociaż już go nie używam, to jednak dzięki niemu w ogóle wróciłem do muzyki i się nie zniechęciłem. Prędzej wymieniłbym tu Studio One albo Cubase - zależy, który ostatecznie przegra walkę o miano głównego DAWa. Co dziwne, w ogóle nie czuję, żebym miał żałować zakupu Reapera parę lat temu - mimo że go nie używam na co dzień, to przydaje się tyle razy do zrobienia różnych drobnych, szybkich rzeczy, że zakup był bardzo dobrą decyzją.

Niepotrzebnie za to zainwestowałem w SoundForge - tu zdecydowanie lepiej wypada Acoustica. W kwestii edytora audio marzę jednak o Audition, ale w wersji nie-abonamentowej. Najlepiej zaś, by był dostępny jakiś program, będący połączeniem Audition i WaveLaba...

Podsumowanie

Jak widać, sporo rzeczy zrobiłbym obecnie inaczej i zainwestował w inne rzeczy. Ciągle miałem poczucie, że to czy tamto wreszcie popchnie mnie do przodu. I nie zrozumcie mnie źle, tak się w wielu przypadkach stało! Gdyby nie FL Studio, nie powstałaby płyta "Via", gdyby nie CME XKey, nie nagrałbym Flashbacka i tak dalej. Ale ciągłe poszukiwanie często też wiodło na manowce, czego można było uniknąć, gdybym raczej wykorzystywał to, co już posiadałem, zamiast inwestować w nowe zabawki. Szczególnie w kwestii efektów wolałbym, żeby tych kilka lat temu ktoś mi wprost powiedział: kup sobie pakiet od FabFilter, nic więcej nie będzie Ci potrzebne - a jeśli Ci się tak będzie wydawało, to źle korzystasz z dostępnych narzędzi.

To tak ku przestrodze.

wtorek, 10 grudnia 2019

Blaski i cienie nagrywania audiobooków

Zmagam się z nagrywaniem audiobooków już prawie rok, pomyślałem zatem, że opiszę swoje przemyślenia w tym temacie - a nuż się to komuś przyda, jeśli będzie chciał sam spróbować?

Przygotowania są wszystkim

Z mojego doświadczenia wynika, że kluczowe dla ostatecznej jakości są przygotowania. Należy odpowiednio przygotować pomieszczenie, sprzęt, książkę i... głos.

Pomieszczenie

Z pomieszczeniem, w którym nagrywamy, związane są dwa podstawowe problemy: hałas i pogłos. W pomieszczeniu powinno być przede wszystkim cicho: żadnych wentylatorów, buczących silniczków, hałasów zza okna. Jeśli nasz komputer hałasuje, powinniśmy go wyciszyć, wyłączyć albo wynieść do sąsiedniego pokoju. Najlepiej byłoby zakupić rejestrator audio, który jest całkowicie bezgłośny.

Jeśli chodzi o pogłos, to każdy pokój go wytwarza. Zasada jest taka, że im mniejszy pokój i im bardziej zagracony, tym pogłos mniejszy. W minimalizowaniu odbić dźwięku pomagają dywany, zasłony, koce albo specjalne ustroje akustyczne (panele, pianki). Adaptacja akustyczna pomieszczenia to dość zawiła sprawa i nie będę tu utrzymywał, że się na tym znam. U siebie zawiesiłem zrobione własnoręcznie panele, na podłodze mam dywan, a odkryte miejsca na czas nagrywania zasłaniam kocem. To zdecydowanie pomogło opanować odbicia dźwięku i polepszyło jakość, choć - naturalnie - dałoby się zrobić to jeszcze lepiej, o co może pokuszę się w przyszłym roku.

Tutaj taka mała porada: jeśli mamy dużą szafę albo garderobę, wypróbujmy te miejsca. Dużo tkanin i ubrań korzystnie wpływa na eliminację pogłosu, więc a nuż to właśnie tam uzyskamy najlepsze efekty!

Sprzęt

Myślę, że najlepiej na początku zainwestować właśnie w rejestrator audio, np. firm Zoom lub Tascam, przy czym dobrze byłoby zakupić urządzenie, posiadające gniazda XLR. To rozwiąże, przynajmniej tymczasowo, dwa problemy: mikrofonu i ciszy. Rejestratory mają całkiem niezłe, wbudowane mikrofony elektretowe, które - jak sądzę - na początek wystarczą. Są też ciche, nie szumią, są przenośne - same zalety. Minusem za to jest konieczność przenoszenia nagrań do komputera w celu edycji.

Alternatywą dla rejestratora jest zakup pojemnościowego mikrofonu USB. Da się go łatwo podłączyć do komputera bez inwestowania w osobny interfejs audio, zwykle też otrzymamy razem z nim statyw (stołowy). Minusem jest brak możliwości wykorzystania takiego mikrofonu z "normalnym" sprzętem audio (jeśli zaczniemy się "rozwijać sprzętowo"), ponieważ nie ma on standardowego gniazda XLR, którego wymagają wszelkie urządzenia, pracujące z mikrofonami.

Dalsze etapy są już związane z większymi inwestycjami. Dobre mikrofony pojemnościowe to koszt od tysiąca złotych w górę, do tego trzeba kupić porządny statyw, mocowanie (nie wszystkie mikrofony mają mocowanie statywowe w standardzie!), interfejs audio, żeby można było mikrofon podłączyć do komputera. Tutaj tyle jest możliwych wariantów, że poprzestanę tylko na zasygnalizowaniu potencjalnej możliwości.

Oczywiście, konieczny będzie też komputer do obróbki nagrań. Na szczęście nie musi być specjalnie mocarny, wystarczy bowiem, że da się na nim uruchomić darmowy program Audacity, który z pewnością wystarczy na początek. Później, wiadomo, można wydać w zasadzie dowolne kwoty na oprogramowanie: DAW, edytory audio, wtyczki etc. - ale na początek Audacity będzie w sam raz (a jeśli koniecznie chcemy używać programu DAW, to polecam Reapera - niedrogi, a ma praktycznie wszystko). O obróbce nagranego materiału już kiedyś pisałem, ale z pewnością wrócę niedługo do tego tematu.

Książka

Zapewne, chcąc nagrywać audiobooki, macie już upatrzonych kilka tytułów. Zwróciłbym uwagę na dwie rzeczy: prawa autorskie i postać książki.

Jeśli chcemy publikować swoje nagrania w jakimś serwisie w internecie, musimy zadbać o to, by nikt nie pozwał nas o naruszenie praw autorskich. Pod tym względem albo będziemy pisać do autorów czy wydawnictw i zdobywać zgody, albo skupimy się na książkach autorów, którzy nie żyją od przynajmniej 70-ciu lat. W tym wypadku prawa autorskie wygasają i w miarę bezpiecznie możemy takie książki publikować.

Tajemnicza "postać książki" to zdecydowanie, czy czytamy książki papierowe, czy w postaci elektronicznej. Zdecydowanie polecam tę drugą możliwość, z przyczyn czysto praktycznych. Łatwiej nawigować po książce, nie trzeba walczyć ze stronami (które szeleszczą, zamykają się itp.), dodatkowo - jeśli czytamy z ekranu komputera czy tabletu - mamy załatwioną sprawę oświetlenia.

Głos

Na koniec musimy zadbać o głos. A może nawet szerzej - o siebie. Do czytania należy siadać w dobrym humorze, będąc wypoczętym. Bez stresu, że trzeba szybko, szybko książkę nagrać. No i bardzo ważna sprawa: nie należy się denerwować, zaś sama książka powinna nas interesować. Wierzcie lub nie, ale to jest słyszalne, czy lektor się wczuwa, czy tylko "leci" na złamanie kartu, klepiąc słowa byle tylko szybko dobrnąć do końca. Sam to słyszę w niektórych własnych nagraniach i pamiętam, że w tym czy innym fragmencie byłem już zmęczony czy zdenerwowany. Jeśli coś nie wychodzi, lepiej zrobić przerwę, przełożyć nagranie na później, opowiedzieć sobie dowcip, a przynajmniej przez chwilę głęboko pooddychać.

W trakcie nagrania warto popijać wodę (letnią), ale należy dbać, by usta nie były mokre. Odradzam kawę, bo po niej bardzo szybko wysycha i drapie w gardle. Ponoć dobrze działa zrobienie sobie i wypicie kogla-mogla, ale osobiście jeszcze nie próbowałem. Z czasów uczelnianych pamiętam, że jeden profesor polecał picie siemienia lnianego, ale też nie testowałem osobiście.

Nagrywamy

Dobrze, wszystko gotowe, książka przed nami, czas na nagranie!

Upewnijmy się, że mamy ustawiony odpowiedni poziom głośności nagrywania. Nie powinien być zbyt wysoki (bo nagramy przesterowania w trakcie głośniejszych fragmentów), nie powinien być też zbyt niski, bo po zgłośnieniu będzie słychać dużo szumu. Trzeba dobrać to eksperymentalnie - najlepiej nagrać ten sam fragment z kilkoma ustawieniami i w komputerze sprawdzić, który z nich jest tym najlepszym.

Czytamy niezbyt szybko, tak, jak byśmy komuś opowiadali czytaną historię. Jeśli się pomylimy, robimy pauzę i odczytujemy od początku całe zdanie (polecam nabyć "klikacz", który ułatwi nam później odszukanie pomyłek w trakcie obróbki). Dobrze jest stać podczas czytania - mamy wówczas lepszą emisję głosu, lepiej się dotleniamy i możemy nawet lekko gestykulować, co pomaga wczuwać się w czytany tekst (spokojnie, nikt nas nie widzi).

Z mojego doświadczenia wynika, że lepiej nagrywać kilka osobnych fragmentów (plików) niż jeden bardzo długi. Zwłaszcza że możemy wówczas zrobić sobie przerwę, popić wodę, pomachać rękami czy przewietrzyć pokój.

No i najważniejsza rzecz: SPRAWDZAJMY, CZY URZĄDZENIE NAGRYWA, zanim przeczytamy kilkanaście kartek do mikrofonu, który niczego nie rejestruje. To naprawdę bardzo praktyczna porada, bo kilka razy mi się już zdarzało tego zaniedbać. A nie ma nic gorszego, niż konieczność czytania tego samego jeszcze raz.

Co potem?

Po nagraniu koniecznie wykonajmy backup, czyli skopiujmy pliki na zapasowy dysk, pendrive'a czy wręcz na płytę CD-R. Dopiero później przystępujmy do obróbki.

Obróbka dzieli się na zgrubną (odszumianie, usuwanie błędnych fragmentów, stuków, ściszanie zbyt głośnych oddechów) i dokładną (korekcja, kompresja, usuwanie "esek", zgłaśnianie). Na koniec możemy zadbać o szczegóły w rodzaju czołówki, muzyki, efektów dźwiękowych (jeśli ktoś lubi, by audiobook stał się czymś w rodzaju słuchowiska radiowego). Po wszystkim tworzymy pliki wynikowe, które publikujemy.

A gdzie publikować? Są serwisy do publikowania nagrań, jak SoundCloud czy BandCamp, zwykle jednak mają ograniczenia na długość czy liczbę plików (w darmowych wersjach, komercyjne dają większe pole do popisu). Można też wrzucić pliki na Dropboksa czy Google Drive i publikować linki do nich. Ja na razie zdecydowałem się na YouTube'a, bo ma najmniej ograniczeń.

Być lektorem!

No i tyle moich wynurzeń. Jeśli miałbym wskazać najważniejszy element, to byłoby to miejsce nagrywania: naprawdę, to, czy w pomieszczeniu jest hałas i pogłos, ma KLUCZOWE znaczenie dla ostatecznej jakości materiału. Jeszcze rok temu popukałbym się w głowę, ale teraz wiem, ile daje adaptacja akustyczna, choćby i najprostsza. Znajdźcie zatem cichy zakątek i... nagrywajcie!

piątek, 6 grudnia 2019

[T] Accusonus ERA4

No i proszę, ledwo się zarzekałem, że już nie potrzebuję żadnych pluginów, a trafiłem na pakiet ERA4 firmy Accusonus. Słyszeliście o nim? Nie? No to posłuchajcie.

To generalnie pakiet do walki z wszelkimi "zanieczyszczeniami" w dźwięku. Szumy? Eski? Głoski wybuchowe? Żaden problem - no, przynajmniej tak zapewnia producent. A jak jest w praktyce?

Pakiet składa się z sześciu (wersja standardowa) lub ośmiu (wersja profesjonalna) wtyczek, przy czym wersja profesjonalna zapewnia dodatkowy de-esser i wtyczkę "uniwersalną", połączenie odszumiacza z usuwaczem pogłosu.

ERA D

Jest to właśnie owa "uniwersalna" wtyczka, w której jednocześnie usuwamy szum i pogłos. Nachodziło mnie pytanie, po co dołączać coś takiego do pakietu, który zawiera odszumiacz i usuwacz pogłosu jako osobne wtyczki? Okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda. Otóż samodzielne wtyczki możemy połączyć tylko szeregowo - to znaczy, że albo najpierw odszumiamy, a później usuwamy pogłos, albo odwrotnie. Tymczasem ERA D ma możliwość pracy równoległej obu algorytmów. Wprawdzie trudno jest mi ocenić rzeczywistą skuteczność, ale wydaje się (efekt placebo?), że faktycznie daje to nieco lepszy efekt niż dwie wtyczki stosowane jedna po drugiej. Pytanie tylko, dlaczego ERA D nie zawiera wszystkich wtyczek z pakietu albo nie jest jakimś rackiem, w którym można by je poustawiać i skonfigurować?

De-Esser Pro

Jest to ta bogatsza wtyczka, pomagająca w walce z sybilantami. Ma zdecydowanie więcej ustawień i dodatkowo widać w niej (na przebiegu fali dźwiękowej), które fragmenty są uznawane za niepożądane. Pomaga to skonfigurować narzędzie tak, by nie przesadzić z przetwarzaniem, co prowadziłoby do specyficznego seplenienia. Skuteczność oceniam na niezłą i chyba większą, niż zazwyczaj używany przeze mnie Waves De-Esser.

De-Esser

Tu się nie będę rozpisywał. To jeden z pozostałych pluginów, które mają maksymalnie uproszczony interfejs użytkownika. Duże pokrętło siły działania i drobne kontrolki, lekko dopasowujące otrzymywany efekt. Działa nadspodziewanie dobrze.

De-Clipper

Ta wtyczka bardzo mnie zaciekawiła, bo jest to usuwacz przesterowania. Jeśli mamy sygnał, który został przycięty ze względu na zbyt dużą głośność, De-Clipper powinien sobie poradzić. Niestety, zawiodłem się - tutaj cudów nie ma. Przesterowanie to przesterowanie. Owszem, były fragmenty, gdzie wtyczka jakoś tam dała radę, "zaokrąglając" dźwięk tak, że prawie nie było słychać przycięcia, ale w większości wypadków - rady nie dała.

Noise Remover

No, muszę powiedzieć, że z kolei ta wtyczka zaskoczyła mnie pozytywnie. Jak na tak ubogie ustawienia, działa nadzwyczaj sprawnie. Wprawdzie, gdy zakłócenia są duże, pozostaje troszkę metalicznych artefaktów, ale te da się usunąć bramką szumów.

Plosive Remover

To chyba największe pozytywne zaskoczenie. Zawsze myślałem, że z głoskami wybuchowymi nie da się skutecznie walczyć. Wszelkie "pe" i "ky", będące wynikiem braku pop-filtra, w zasadzie albo skazywały nagranie na skasowanie, albo wymagały mnóstwa pracy z zaznaczaniem, ściszaniem i tak dalej. A tu proszę: wtyczka działa i wszelkie wykryte głoski są sprowadzane do normalnego, akceptowalnego poziomu.

Reverb Remover

Mam już dwie tego typu wtyczki: Acon Deverberate oraz SPL De-Verb Plus. Ratowałem się nimi, gdy jeszcze nie miałem zaadaptowanego pokoju i efekty, zwłaszcza w przypadku Reverberate, były jako-takie (w przypadku SPL - mizerne). Od biedy można było przymknąć oko na degradację sygnału - przynajmniej wówczas tak myślałem. Teraz nie używam, chyba że muszę ratować nagranie dokonane w kuchni czy łazience. Reverb Remover umieściłbym gdzieś pomiędzy tymi dwiema wtyczkami - jest łatwy w obsłudze jak SPL, a efekty momentami daje jak Deverberate. Tak czy owak - to wtyczka stosowana w "ostatecznej ostateczności".

Voice Leveler

No i na koniec wtyczka, która - generalnie - służy do pogłośnienia sygnału i działa trochę jak kompresor, a trochę jak kontroler głośności. Mnie zaciekawił przełącznik Breath Control - myślałem, że to będzie coś w rodzaju usuwacza oddechów, coś w stylu Waves De-Breath. Może w zamyśle tak miało być, ale wyszło mocno tak sobie. Głośność - OK, ale usuwanie oddechów - mizeria.

I jak wrażenia?

Pakiet, jako całość, wypadł bardzo przyjemnie. Zadziwiające, jak sprawnie można zautomatyzować dobieranie parametrów tak złożonych w końcu algorytmów, by posługiwać się w zasadzie jednym pokrętłem! Oczywiście, są też minusy - jeśli wtyczka nie działa dobrze przy "inteligentnej" kontroli, nie da się pomyśleć "za nią" i ustawić parametrów ręcznie. Coś za coś.

Za to trochę zniechęca cena - wprawdzie obecnie, w "cybernetycznym tygodniu" jest obniżona o ponad 70%, ale to wciąż daje 99 dolarów (mam na myśli wersję standardową, profesjonalna, zawierająca ERA D i De-Esser Pro, jest o 200 dolarów droższa). Tak, dostajemy 6 wtyczek za cenę jednej (albo i połowy) porządnej (np. de-essera od FabFilter), ale i też nie mamy takiej kontroli jak w profesjonalnej wtyczce. Jeśli ten pakiet rzeczywiście w normalnych warunkach kosztuje ponad 350 dolarów, to jest to cena nieadekwatna do możliwości. Te 99 dolarów wydaje się już bardziej odpowiadać wartości pakietu. Ciekawym, czy po zakończeniu tych wszystkich promocji, związanych z końcem roku, producent rzeczywiście przywróci oryginalną cenę?

Dopisek z 19 marca 2020: minęły trzy miesiące i w sklepie Accusonus pluginy są w praktycznie niezmienionej, wciąż promocyjnej cenie. Tyle tylko, że są "przecenione" nie o 70%, ale o... 60%. Różnica niewielka i tylko potwierdzająca, że tak naprawdę część "świątecznych promocji" jest promocją tylko z nazwy...

czwartek, 5 grudnia 2019

Reaper 6!

Właśnie ukazała się najnowsza, szósta już wersja Reapera, świetnego, lekkiego programu DAW. Jest to (przynajmniej dla mnie) dość spore zaskoczenie, bo nie śledzę zbytnio linii rozwojowej, a jeszcze trzy czy cztery dni temu instalowałem update do wersji 5.x.

Money, money, money

Z Reaperem sprawa jest nietypowa w porównaniu do całej reszty aplikacji typu DAW. Otóż "pełne" wersje Reapera, czyli 1, 2, 3, 4, 5, 6, ukazują się dość rzadko - dotychczasowa wersja 5 powstała w sierpniu 2015, czyli prawie 4 i pół roku temu. Co ciekawe, w ramach dwóch "pełnych" wersji legalni użytkownicy mają dostęp za darmo do wszystkich aktualizacji, a tych w przypadku Reapera jest multum - w zasadzie kolejne wychodzą co 2-3 tygodnie. Jest to zatem bardzo interesujący program dla budżetowych, domowych studiów nagraniowych - choć znam wiele osób, które używają go z powodzeniem do normalnej, zawodowej pracy. Płaci się raz na parę lat i ma się ciągle aktualizowany program.

W przypadku pozostałych producentów, można spotkać się dwoma innymi modelami: każda ważniejsza aktualizacja jest płatna (np. z 7 na 7.5) albo obowiązuje model subskrypcyjny, czyli płacimy za cały rok czy miesiąc używania aplikacji i wszystkie aktualizacje, pojawiające się w ciągu tego czasu mamy gratis (wyjątkiem jest FL Studio, bo tu płaci się raz, a wszystkie kolejne wersje są darmowe). Zaznaczyć przy tym należy, że Reaper jest tańszy niż wszystkie "duże" DAWy, bo licencja dla kogoś, kto zarabia na muzyce mniej niż 20 tysięcy dolarów rocznie wynosi... 60 dolarów. Przypomnę, że to jest jedyna opłata na kilka lat. Taki - dajmy na to - Steinberg kasuje tyle (albo i więcej) co roku za każdy większy update, zaś roczna subskrypcja Bitwiga to koszt 169 dolarów.

No dobrze, wiemy zatem, że przejście z wersji 5 na 6 będzie nas kosztowało 60 dolarów lub nic (zależy, czy kupiliśmy wcześniej wersję 4 czy 5). Czy warto? Co nowego oferuje najnowsza wersja?

Nowości

Lista nowych rzeczy wyszczególniona jest na stronie producenta i jak wszystko związane z Reaperem, jest dość "techniczna". Wybiorę z niej zatem kilka ciekawostek.

W pierwszej kolejności zmienił się wygląd. I nie mam tu na myśli tylko kolorów, ale w ogóle wygląd kontrolek - ścieżki czy klipów. Zwłaszcza panel ścieżki wygląda teraz nad wyraz elegancko i czytelnie.

Po drugie, program zapamiętuje teraz pozycje okienek modalnych (czyli takich, w których trzeba wykonać pewną akcję, bo bez tego nie można wrócić do głównego okna programu). Jest to bardzo przydatne dla osób, które pracują z wieloma wyświetlaczami - możemy sobie teraz ustalić, na którym ekranie mają się wyświetlać takie okna.

Poprawiono wydajność: obsługę wielu wątków, automatyczne zamykanie nieużywanych, a otwartych plików, możliwość wczytywania obrazów plików dźwiękowych do pamięci (żeby nie tworzyć ich za każdym razem, odczytując plik z dysku). Generalnie nie mam pod ręką żadnych rozbudowanych sesji w Reaperze, żeby te zapewnienia zweryfikować, wypada wierzyć na słowo.

Ciemne strony

Do Reapera przylgnęła łatka narzędzia budżetowego, który dzięki niskiej cenie i długiemu okresowi próbnemu może poratować co biedniejszych producentów muzyki, którzy potem przesiądą się na "poważne" aplikacje. Jest to opinia delikatnie rzecz biorąc krzywdząca, bo osobiście nie widzę jakichś dużych braków w narzędziach do pracy nad muzyką - owszem, w pewnych bardziej specjalizowanych zastosowaniach (np. montaż wielokanałowego dźwięku do filmu) są pewnie lepsze narzędzia, ale z punktu widzenia zwykłego użytkownika Reaper ma według mnie jedną wadę: zbytnią "techniczność". Rozumiem przez to szpikowanie i interfejsu, i dokumentacji różnymi technicznymi nazwami - co robi w opisie nowości taki opis: "add MIDI_GetCCShape, MIDI_SetCCShape"? Kto zrozumie "replace tcp.dragdropchild with tcp.dragdropinfo [indent_sibling_track indent_child_track]"? Co gorsze, w samym programie też jest sporo takich kwiatków, które sprawiają, że muzycy, którzy nie są programistami, mogą czuć się przytłoczeni.

Za to, gdy przywykniemy już do Reapera, w innych programach będzie nam brakowało jego elastyczności - np. tego, że praktycznie każda kontrolka, pokrętło, miernik itp. posiada własne menu kontekstowe i zwykle daje się skonfigurować zgodnie z potrzebami użytkownika.

No to warto czy nie?

Moim zdaniem warto, bo dla obecnych użytkowników jest to możliwość korzystania ze świetnego programu przez kolejne lata. Dla nowych - możliwość korzystania ze świetnego programu przez kolejne lata (ha, ha). A poważniej, nawet jeśli przesiądziecie się kiedyś na któryś z popularniejszych programów w rodzaju Cubase czy Ableton, Reaper pozostanie doskonałym rozwiązaniem do robienia małych, szybkich projektów. Dla porównania: start Cubase'a na moim stacjonarnym komputerze trwa ok. 1,5 minuty, po czym trzeba koniecznie utworzyć projekt, żeby w ogóle wejść do programu. To samo w Studio One, choć ono uruchamia się nieco szybciej, bo tylko około minuty. Reaper w 15 sekund, a jeśli go zamkniemy i uruchomimy ponownie, zajmie mu to niecałych 5 sekund (wszystkie pomiary przeprowadzane na dysku SSD!). W dodatku możemy od razu pracować, a efekty tylko wyrenderować bez tworzenia żadnego projektu! Do szybkiego scalenia kilku plików dźwiękowych z jednoczesnym okraszeniem ich jakimiś efektemi - idealna sprawa!

niedziela, 1 grudnia 2019

Czarny piątek - kompletne nasycenie

I tak oto powoli kończy się szaleństwo czarnego piątku i cybernetycznego poniedziałku. I tym razem - beze mnie.

Nie można wprawdzie narzekać na brak atrakcyjnych okazji: były i duże obniżki od iZotope, i ścięcie cen przez Native Instruments, tradycyjne promocje od Waves, ba, w tym roku popisały się nawet FabFilter i U-he, które bardzo rzadko przyłączały się do czarnopiątkowych obniżek.

No i co? No i nic. Przeglądałem te oferty, i owszem, zwłaszcza że moja skrzynka została wręcz zasypana atrakcyjnymi promocjami (co zresztą poskutkowało w niektórych przypadkach anulowaniem subskrypcji newsletterów). Niemniej nie trafiłem kompletnie na nic, czego jakoś pilnie bym potrzebował do pracy z dźwiękiem czy muzyką. Instrumenty? W zasadzie przydałby się tylko Thrill, ale to raczej generator efektów. Oczywiście, fajnie byłoby mieć pełny pakiet od Spitfire czy EastWest, ale i tak jestem za słaby (muzycznie), by je sensownie wykorzystać. Efekty? W zasadzie mam wszystko - kompresory, korektory, pogłosy, delaye i tak dalej, i tak dalej. Wprawdzie korci pogłos od FabFilter, ale to już byłaby fanaberia. DAWy? No, proszę Was!...

W związku z powyższym, zamiast kupować jakiś kolejny "cyfrowy grat", wydałem 20zł na kurs obróbki wokalu. I to się nazywa promocja!

Najnajnaj 2019

W zeszłym roku zdarzyło mi się popełnić post, traktujący o moich naj-i-ulubionych instrumentach, efektach i innych programistycznych cudeńkach, z których korzystam na codzień. Postanowiłem, że zaszło parę zmian, które warto zaznaczyć.

Instrumenty

Spectrasonic Omnisphere 2

Nadal najlepszy i nadal najczęściej używany, choć przyznam, że mam coraz większe obawy, że zawieszanie się Studio One przy współpracy z tym instrumentem nie jest tylko winą tylko produktu od PreSonusa. Po upgrade Cubase do wersji 10 Pro także zaobserwowałem dwa razy problemy właśnie podczas pracy z Omnishpere...

Generalnie jednak, jeśli chodzi o jakość dźwięku i uniwersalność, Omnisphere nie ma sobie równych.

Arturia V Collection, AnalogLab

I tutaj raczej nie będzie zmiany - wprawdzie pokazała się wersja 7, ale wnosi ona na tyle mało, a aktualizacja kosztuje na tyle dużo, że skórka niewarta jest wyprawki. W kategorii symulowanych brzmień starych instrumentów pakiet Arturii jest - w moich oczach - bezkonkurencyjny.

Native Instruments Battery 4

Mimo ukazania się pakietu Native Instruments Komplete 12, ja ciągle używam sobie "jedenastki", a co za tym idzie, także Battery 4 (choć, nawiasem mówiąc, Komplete 12 wcale nie zawiera wersji 5). To ciągle mój ulubiony moduł perkusyjny, łatwy w obsłudze, prosty - po prostu praktyczny i działający.

Modartt Pianoteq 6

To pierwsza zmiana w zestawieniu. Zamiast pakietu brzmień orkiestrowych zdecydowałem się umieścić Pianoteq 6, z dwóch powodów. Pierwszy jest oczywisty - okazuje się, że to z reguły pierwszy instrument, który wrzucam do każdego nowego projektu. Zwyczajnie brzmienie fortepianu jest dla mnie najwygodniejsze, jeśli chodzi o komponowanie - można opracować i melodię, i harmonię. Druga sprawa to kompaktowość tego konkretnego instrumentu - jest mały (objętościowo), więc wczytuje się szybko, a do tego modelowanie fizyczne stoi w nim na tak wysokim poziomie, że nie czuję absolutnie potrzeby stosowania innej wtyczki do brzmień fortepianowych.

Dmitry Sches Thorn 1.2

Divę zastępuje czarny koń, czyli Thorn, tym razem już w wydaniu od Plugin Alliance. Thorn wygrywa nawet nie tym, że ma całkiem porządny tor syntezy i stosunkowo prostą obsługę, ale wiele (naprawdę wiele!) razy po prostu mnie ratowała z opresji pt. "chcę takiego-a-takiego brzmienia". Zazwyczaj chodziło albo o jakiś fajny, wyrazisty bas, albo o sensowne, ładne brzmienie melodyczne, albo ciekawe "plumkanie" i... jakoś zawsze po przejrzeniu listy brzmień Thorna znajdowałem inspirujące brzmienie bazowe, które mogłem łatwo dostosować do oczekiwań.

Efekty

Tu nastąpiło chyba najwięcej zmian, co wynika pośrednio z faktu, że zajmowałem się mniej muzyką, a bardziej audiobookami, więc siłą rzeczy bardziej skupiałem się na efektach, a nie instrumentach.

Oeksound Soothe

Soothe zdecydowanie pozostaje w zestawieniu i chyba nieprędko z niego zniknie. To fantastyczna wtyczka i doceniam ją coraz bardziej, można wręcz powiedzieć: z każdym użyciem.

Oeksound Spiff

Obróbka głosu lektorskiego doprowadziła do tego, że wreszcie zacząłem używać Spiffa - i okazał się on fantastycznym remedium na walkę z transjentami i ostrym brzmieniem. Nie znalazłem nic lepszego w tym zakresie, zatem to Spiff ląduje w piątce najbardziej zasłużonych efektów.

Valhalla Room

Valhalla Room także wydaje się być zupełnie niezagrożona. Używam często i przy każdej okazji, kiedy chcę zastosować pogłos. Sprawdza się wyśmienicie i nie jest jakoś specjalnie zasobożerna.

FabFilter - C2, L2, Q3, G, Timeless 2

Od tego producenta mam całkiem sporo wtyczek: kompresor, limiter, korektor, delay, a nawet bramkę szumów. To właśnie ta ostatnia zaważyła, żeby potraktować cały pakiet jako jedną, bardzo silną pozycję na liście - jeśli jeszcze kiedyś rozbuduję listę tych wtyczek, to może tylko wzmocnić ich pozycję i nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek miało tu zabraknąć wtyczek FabFilter.

SoundToys PanMan

Nadal bardzo lubię i nie przestałem używać.

DAW

Tutaj jest przetasowanie, ale raczej takie nieśmiałe i niezdecydowane.

Cubase 10 Pro

Wersja Pro Cubase ma bardzo dużo do zaoferowania. A wersja 10.5 jeszcze więcej. Poprawiono nawet to, czym i tak Cubase się wyróżniał, czyli nagrywanie retrospektywne. Jako że traktuję Cubase równorzędnie ze Studio One, tym razem zestawienie wygrywa aplikacja od Steinberga.

Studio One 4.5 Professional

Wciąż w czołówce. Mój ulubiony DAW.

Cockos Reaper

Ten DAW to fenomen. Szybki, bezproblemowy i używam go do dorywczych prac, kiedy np. trzeba na szybko zmontować jeden plik z kilku składowych, dodać parę efektów i wyrenderować. Nawet nie trzeba tworzyć pliku projektu.

Bitwig 2.4

Używam tylko do testów, kiedy mam problem z jakąś wtyczką. Zwykle Bitwig okazuje się najbardziej stabilny.

FL Studio 20

A tej aplikacji już w zasadzie nie używam. Chyba, że muszę wczytać jakiś starszy projekt.

Inne narzędzia, niekoniecznie dźwiękowe

Tutaj odnotowuję jedną zmianę: podczas intensywnych prac nad audiobookami Acon Acoustica 7 został zastąpiony przez Steinberg WaveLaba 10 Elements. Chociaż zdarza mi się jeszcze odpalić Acoustikę, zwykle do szybkich prac "offline", czyli takich, gdy chcę przetworzyć plik dźwiękowy kilkoma efektami i zapisać tak zmieniony materiał do dalszych prac (zwykle w ten sposób odszumiam nagrania, bo moduł odszumiania w tej aplikacji daje bardzo dobre efekty). Total Commander - bez zmian popularny i używany namiętnie, Resonic Player - obecnie już sporadycznie, zastąpił go właśnie... Total Commander, który ma obecnie bardzo fajnie rozwiązane przeglądanie multimediów.

Podsumowanie

Widać, że następuje powoli pewna stabilizacja. Najbardziej cieszyłbym się, gdyby ostatecznie wyklarowała się sprawa DAW. Tak naprawdę WOLAŁBYM Studio One, bo bardziej odpowiada mi i wygląd, i workflow, i sposób działania pewnych funkcji. Cubase nadrabia jednak w innych miejscach, między innymi za sprawą technologii VariAudio, którą zamierzam poznać lepiej przy okazji nagrywania najbliższej płyty, a której obsługa wygląda dużo prościej niż zmagania z Revoice Pro. No i mam do programu Steinberga ogromny sentyment...

Natomiast liczę na to, że w kwestii wtyczek osiągnąłem już poziom docelowy. Wprawdzie kusi ciągle FabFilter Pro-R, czyli pogłos, ale Valhalla Room trzyma się mocno. Trudno jest mi sobie wyobrazić typ wtyczki, której nie miałbym choćby dwóch przedstawicieli do wyboru. Kompresory, korektory, pogłosy, de-essery, poprawiacze brzmienia (w rodzaju Soothe lub Gullfoss), limitery, bramki szumów, delaye - wszystko to mam i w większości w tych lepszych wersjach. Głodu więc nie ma tu żadnego.

Na przyszły rok prognozuję jeden jedyny zakup, o ile będzie w ogóle możliwy: uaktualnienie do Studio One 5. Pod warunkiem, że będą tam te funkcje, o których po cichu marzę. Czy tak się stanie? Zobaczymy.

czwartek, 21 listopada 2019

WaveLab 10 Elements - montaż audio

Przy okazji ostatniej aktualizacji WaveLaba zwróciłem uwagę na funkcję Audio Montage. Do tej pory jakoś ją omijałem, skupiając się na pracy z pojedynczymi plikami dźwiękowymi, jednak "coś" kazało mi się jej przyjrzeć bliżej i nie żałuję. Gwoli ścisłości dodam, że Audio Montage była obecna w WaveLabie już wcześniej, nie została wprowadzona dopiero w wersji 10.

Mały, ale wariat

Wersja Elements jest dość poważnie okrojona w porównaniu do wersji Pro, zwłaszcza (jak się okazuje) w kwestii montażu dźwięku. Nie oznacza to jednak, że funkcja ta do niczego się tu nie nadaje, bo właśnie dzięki niej, jak mi się wydaje, pozbędę się dodatkowego etapu obróbki audiobooków w aplikacji DAW!

Zacznijmy od tego, że Elements daje nam możliwość "zabawy" z trzema ścieżkami (w tym jedna z nich może być ścieżką wideo, więc możemy też montować dźwięk do filmów!). Na potrzeby prostych audiobooków, jakimi się zajmuję, to wystarczająca liczba i jeśli mądrze przygotować sobie pliki składowe, myślę, że nawet bardziej skomplikowane prace dałoby się w ten sposób zrealizować.

Dwa koty i pies trzeci

Na tym właśnie audiobooku postanowiłem przetestować nową (dla mnie) funkcję. Zadanie było proste: na początku każdego "odcinka" będzie muzyczno-dźwiękowa czołówka, zmontowana z melodii, głosu i efektów dźwiękowych, a potem zostanie umieszczony konkretny odcinek.

W pierwszej kolejności należało przygotować czołówkę. Wrzuciłem na pierwszą ścieżkę nagraną w DAW melodię, a drugą - głos odczytujący tytuł i autora. Potem na dostępnych trzech ścieżkach rozmieściłem miauczenie i szczekanie. Całość zgrałem do jednego pliku i miałem już czołówkę.

Tworzenie kolejnych odcinków było banalne: na pierwszą ścieżkę wrzucałem czołówkę, na drugą - treść odcinka. Szybkie dopasowanie przesunięć czasowych i ciach! Renderowanie gotowego odcinka!

Wygoda i niewygoda

Naprawdę uradowałem się z szybkości i intuicyjności pracy - bez opuszczania aplikacji mogę wyprodukować cały odcinek od A do Z. Jedyna niedogodność, jaką zauważyłem, jest konieczność pamiętania o Master Section, czyli zestawie aplikowanych efektów, bo tutaj inne wtyczki mam przy opracowaniu samego głosu, a inne do masteringu gotowego odcinka. Muszę zatem ręcznie przełączać zestaw wtyczek, o czym można zapomnieć w ferworze pracy - w sumie miałem na początku zagwozdkę z tym związaną. Przetworzyłem bowiem plik z tekstem, wrzuciłem go do Audio Montage i słyszę, że coś jest nie tak - jakby był przekompresowany i przesterowany. Podejrzewałem parametry eksportu, sprawdzałem trzy razy i niby wszystko dobrze. No i na koniec doszedłem, że to wynik działania wtyczek... Mam teraz przygotowane dwa zestawy i przełączam je w zależności od tego, nad czym pracuję.

No i dobrze

Ostatecznie jednak jestem bardzo zadowolony, że poznałem funkcję Audio Montage, bo bardzo uprościła i skróciła moją pracę. Mogę teraz wszystko zrobić w ramach pojedynczej aplikacji, a dostępne opcje (mimo ograniczeń wersji Elements) są do moich celów wystarczające. No i zawsze, jeśli trzeba będzie czegoś więcej, mogę skorzystać z DAW.

środa, 20 listopada 2019

Czarny piątek i cybernetyczny poniedziałek

I jak co roku, zaczyna się szaleństwo czarnopiątkowych wyprzedaży i super okazji. Jesli ktoś zaoszczędził nieco grosza na ten właśnie czas, zapewne zostanie nagrodzony wieloma okazjami do jego wydania. Tym razem czarny piątek wypada 29 listopada, czyli już za tydzień z małym hakiem, cybernetyczny poniedziałek zaś - drugiego grudnia.

Polecam sprawdzić dwa najpopularniejsze chyba sklepy z instrumentami i efektami: https://www.pluginboutique.com/ oraz https://www.audiodeluxe.com/ - powodzenia w łowach!

I jeszcze jedna nowość od Steinberga - Padshop 2

Tym razem jest już jednak bardziej kontrowersyjnie, bo znów wydaje się, że Steinberg nie przygotował się do wypuszczenia wszystkich nowości, a przynajmniej zawalił część informacyjną. O ile w przypadku Cubase 10.5 oraz WaveLaba jeszcze da się to przeżyć (np. brak porównania wersji Elements i Pro WaveLaba, więc kupujący tak naprawdę nie wie, czym się te wersje różnią), to w przypadku trzeciego produktu, PadShopa, jest już dużo gorzej.

Zamieszanie

Do tej pory istniały dwie wersje PadShopa, zwykła i Pro. Zwykła była dołączana do Cubase (Pro i Artist bodajże), ale wyłącznie jako wewnętrzny instrument w aplikacji, a nie jako wtyczka VST. Żeby mieć dostęp do PadShopa w innych DAWach, trzeba było wykupić osobną licencję.

Była też dostępna samodzielna wersja Pro, która dawała nieco więcej możliwości i miała nieco bogatszą bibliotekę brzmień.

W momencie wypuszczenia Cubase 10.5, Steinberg zaprezentował PadShopa 2, który de facto zastępuje obie poprzednie wersje. Nie będzie już wersji Pro. Podobnie jak "zwykła jedynka", PadShop 2 jest dołączany do Cubase'a jako wewnętrzny instrument, niedostępny dla innych aplikacji DAW. Jeśli ktoś chce go w ten sposób wykorzystywać, może sobie kupić osobną licencję dla wersji VST.

Co ciekawe, PadShop 2 zawiera dodatkowe biblioteki brzmień, dostępne wcześniej jako płatne dodatki do PadShopa Pro.

Konsternacja

Sytuacja ma prezentuje się zatem tak: jeśli ktoś nie używał wcześniej PadShopa, niczym się nie przejmuje. Może go nadal nie używać, a jeśli kupi Cubase'a 10.5 Pro, dostanie PadShopa jako bonus (wersję "wewnętrzną"). Gorzej z obecnymi użytkownikami. Wersja "zwykła" nie jest zgodna z wersją 2, zaś posiadacze wersji Pro i tak powinni zrobić upgrade, bo ta wersja nie będzie już rozwijana. Jeśli w dodatku użytkownik wersji PadShop Pro miał wykupione komercyjne banki, a teraz kupi Cubase 10.5 Pro, bo tak naprawdę zapłaci za PadShopa 2 podwójnie.

Czekam

Jako posiadacz wersji PadShop Pro, postanowiłem zwyczajnie poczekać, aż wszystko będzie jasne. Czy np. nie wystarczy aktualizacja Cubase 10 do wersji 10.5? Bo i takie informacje znalazłem - ale może dotyczy to tylko tej "wewnętrznej" wersji, zaś VST pozostanie jako Pro? Nie ma się co spieszyć tym bardziej, że aktualizacja PadShopa kosztuje połowę aktualizacji Cubase'a, a w tym drugim przypadku profitów jest znacznie więcej (a dodatkowo tego PadShopa 2 też się dostanie)...

Uzupełnienie: no i już (prawie) wszystko jasne. Jeśli ktoś ma wersję PadShop Pro w wersji VST, po aktualizacji Cubase do wersji 10.5 Pro otrzyma PadShopa 2 niejako gratis. Podczas instalacji wersja Pro zostanie zastąpiona "dwójką", więc we wszystkich DAWach będziemy mieli już dostęp do niej właśnie, zamiast do Pro. A że "dwójka" fabrycznie zawiera banki, dostępne wcześniej za opłatą, to i te banki pozostają widoczne. Czyli martwią się tylko osoby, które niedawno kupiły wersję PadShop Pro i doposażyły ją w dodatkowe banki - albo te, które "na wszelki wypadek" już zdążyły kupić upgrade do wersji 2... W obu przypadkach Cubase 10.5 Pro sprawia, że pieniądze zostały wydane niepotrzebnie.

piątek, 15 listopada 2019

Nie tylko Cubase jest nowy - WaveLab 10

Pisałem bardzo niedawno o Cubase 10.5, który się dopiero co pokazał na rynku. Podczas przygotowywania tamtego materiału wpadłem na innego, trochę starszego newsa - otóż oprócz nowej wersji Cubase, Steinberg wydał "pełne" wersje edytora audio, czyli WaveLaba: 10 Pro i 10 Elements.

I znów, jeszcze w październiku testowałem WaveLaba 9.5 Pro - konkluzja wówczas była taka, że (dla mnie) różnica w cenie między wersją Pro a Elements jest nieadekwatna do możliwości, a wersja Elements ma jednak trochę za mało slotów na efekty. Najlepiej zatem finalną obróbkę robić w programie DAW, np. w Reaperze.

Do czego zmierzam? Otóż nowa wersja Elements ma już 8, a nie 5 slotów na efekty - po prostu idealnie dla mnie! Bo, wierzcie lub nie, potrzebowałem do obróbki audiobooków 6 slotów, więc brakowało mi jednego. Teraz mogę przygotować całego audiobooka w WaveLabie, w DAW pozostawiając tylko ewentualne dodawanie muzyki czy efektów. Swoją drogą, przy okazji aktualizacji odkryłem kompletnie zignorowaną przeze mnie dotychczas opcję Audio Montage, gdzie - ponoć - można zmontować materiał z 3 ścieżek. Czyżbym w ogóle mógł wszystko robić w ramach WaveLaba? Rzecz wymaga sprawdzenia i przetestowania, ale zapowiada się obiecująco.

Czy warto?

Jak to zwykle u Steinberga, większość nowości i zmian skierowana jest do użytkowników "pro" - ale w tym wypadku dodanie slotów efektowych znacząco podnosi, przynajmniej w moich oczach, wartość "bojową" WaveLaba Elements. A że aktualizacja nie jest bardzo kosztowna, to nie ma się co zastanawiać!

Taka uwaga na marginesie: radzę zainstalować od razu najnowsze patche, bo wersja podstawowa jest bardzo awaryjna (w zasadzie "wysypywała" mi się zupełnie bez powodu). Obecnie mam wersję 10.0.5 i ta jakoś tam daje radę (zrobiłem na niej całego audiobooka Dwa koty i pies trzeci), a wkrótce ma pokazać się wersja 10.0.10 z dalszymi poprawkami (jeśli wierzyć forum Steinberga)

czwartek, 14 listopada 2019

[Cubase] Nowy Cubase 10.5

Tradycyjnie w listopadzie Steinberg wypuszcza nową wersję swojego DAWa - tym razem mamy rok z wersją "połówkową". Co w niej nowego i czy warto wysupłać pieniądze na aktualizację?

  • połączone narzędzie zaznaczenia - można połączyć narzędzie zaznaczania obiektów i zakresów, wówczas na górnej części (np. ścieżki) kursor działa jako zaznaczanie obszarów, na dolnej części - jako zaznaczanie obiektów (klipów)
  • porównywanie ustawień korektorów - jeśli stosujemy korektory Cubase'a na kilku ścieżkach, możemy porównać je między sobą na jednym ekranie; do tej pory korzystałem z podobnej funkcjonalności wbudowanej w korektor FabFilter Pro Q-3, jak widać, porównywarka się spodobała w środowisku
  • import ścieżek z innych projektów - wprawdzie funkcja była już wcześniej, ale ograniczona do ścieżek audio i MIDI; obecnie można zaimportować z innego projektu w zasadzie wszystko: ścieżki instrumentalne, efektowe, grupy; nie można importować ścieżek zmiany tempa czy metrum
  • kolorowanie kanałów w mikserze - wydawałoby się, że to szczegół bez znaczenia, ale ja osobiście bardzo lubię rozróżniać poszczególne ścieżki nie tylko po nazwach, ale też po kolorach, z czego korzystałem już i w FL Studio, i w Studio One; wprawdzie poszczególne ścieżki w oknie projektu były kolorowane już od dawna, ale teraz jest ścisłe powiązanie koloru ścieżki w oknie projektu i w oknie miksera
  • eksport plików wideo łącznie z dźwiękiem - tu przyznam się, że ani nie wiem, czy było to wcześniej, ani jakie daje profity nowe rozwiązanie; kompletnie nie używam Cubase'a do obróbki wideo
  • multitap delay (fachowo się to chyba nazywa wieloodczepową linią opóźniającą, ha, ha) - czyli nowy steinbergowy plugin efektowy
  • możliwość otwarcia Cubase'a w trybie bezpiecznym (ang. safe mode) - wówczas wybieramy, czy chcemy wyłączyć zewnętrzne wtyczki VST (jeśli sprawiają problemy), czy np. wyczyścić ustawienia lub uruchomić program z ustawieniami domyślnymi
  • nagrywanie retrospektywne - Ooo! cudo! chociaż Cubase akurat był właśnie tym programem, w którym nagrywanie retrospektywne było już od dawna zaimplementowane (i jest to jedna z jego przewag nad Studio One w moim prywatnym rankingu), to teraz inżynierowie tę funkcję jeszcze rozwinęli - każdy kanał ma bowiem własny bufor, więc jeśli będziemy podczas odtwarzania przełączać się między kanałami i coś tam sobie grać, możemy po fakcie przywołać te zagrane frazy na konkretnych ścieżkach; ponadto, jeśli odtwarzanie działało w pętli, możemy nagrany w buforze materiał wstawić albo jako nałożone frazy (overlapping), albo jako "rozwinięte", które następnie można sobie pociąć i przenieść np. w inne miejsce utworu
  • PadShop 2 - do nowego Cubase'a dołączono instrument PadShop 2, który (póki co) nie jest jeszcze dostępny indywidualnie; na screenach wygląda jak wersja PadShop Pro, którą już dysponuję, ale że to bardzo dobry instrument, więc na pewno warto go mieć
  • do tego dochodzi garść usprawnień, np. w ramach edytora nutowego czy lepszej obsługi grafiki, doszło tworzenie makr oraz normalizacja LUFS, ale tu się szerzej nie wypowiadam, bo jest mi to - póki co - kompletnie obce

Przyznam, że ta aktualizacja korci mnie bardziej niż zeszłoroczna "pełna dziesiątka" i jeśli do przyszłego roku nie pojawi się nowa wersja Studio One z nagrywaniem retrospektywnym, to nie wiem, czy się nie zdecyduję (ha, ha). Mam dziwne wrażenie, że wersje "połówkowe" zawsze wnoszą więcej niż te "pełne", dodatkowo zwiększając stabilność (choć to na razie plotka, bo słyszałem to tylko na filmikach, gdzie różni producenci opisują nową wersję). No, i wersja "połówkowa" przynajmniej nie obiecuje czegoś, co ma się dopiero pojawić - wszystko ma od razu. Czyli można?

wtorek, 29 października 2019

Adobe ma swoje standardy

Dzisiaj będzie trochę kręcenia głową z niedowierzaniem nad tym, co proponuje firma Adobe w kwestii oprogramowania dla muzyków. Większość ludzi Adobe kojarzy z jej sztandarowego produktu, czyli Photoshopa, filmowcy znają Premiere, fotografowie - Lightrooma, zaś twórcy publikacji - Illustratora. Jest też coś dla muzyków i dźwiękowców: Adobe Audition. Czyli Cool Edit Pro.

Od Cool Edita do Audition

Cool Edit Pro był ongiś bardzo znany i bardzo dobry, choć w Polsce mało kto miał na niego oryginalną licencję. Nic dziwnego, że Adobe wyłożyła worek pieniędzy (ponad 16 milionów dolarów!) i wykupiła go w 2003 roku od firmy Syntrillium Software, zmieniając nazwę właśnie na Adobe Audition. Sama licencja dla pojedynczego użytkownika kosztowała w granicach $200, przynajmniej do czasu nadejścia szczęśliwej (na pewno dla Adobe) ery Creative Cloud - wprowadzenia abonamentu. Teraz przyjemność korzystania z Audition to ok. 25 euro miesięcznie (jeśli podpiszemy cyrograf na rok) lub 36 euro miesięcznie, jeśli nie chcemy być skrępowani umową. Czyli trzeba liczyć przynajmniej 300 dolarów - za rok. Potem zostajemy z niczym, chyba że płacimy dalej.

Za darmo?

Nic więc dziwnego, że jako były użytkownik Cool Edit Pro, przez moment patrzyłem z radosnym niedowierzaniem na pierwszy wynik wyszukiwania frazy "adobe audition": Free Audition | Download Adobe Audition full version - a wynik pochodził z firmowej strony Adobe! Ale złudzenie trwało tylko - jak rzekłem - moment, bo link widniejący pod tym krzyczącym tytułem zawiera już frazę "free-trial-download", czyli chodzi o wersję próbną. Niemniej postanowiłem kliknąć przeczuwając, że Adobe nie zawiedzie i po takim tytule może być już tylko ciekawiej.

Już sama długość okresu próbnego robi kolosalne wrażenie: jest to całych siedem dni! No, no. Co ciekawe, ten czas biegnie nie od momentu, kiedy pobierzemy program, zainstalujemy go w swoim komputerze i pierwszy raz uruchomimy. Czas biegnie od momentu opuszczenia wirtualnej kasy w sklepie Adobe.

Czytajcie umowę!

Zwykle (a instalowałem naprawdę wiele wersji próbnych, wierzcie mi!) wygląda to tak, że wersja próbna ma nam zademonstrować możliwości programu na tyle skutecznie, by klient wysupłał odpowiednią liczbę banknotów na zakup. Okres próbny trwa zazwyczaj od dwóch tygodni do (najczęściej) miesiąca, a czasem jest powiązany z jakimiś drobnymi ograniczeniami (np. brak możliwości zapisu). Po zakończonej próbie program przestaje działać lub tylko wyświetla jakąś informację, że tu czy tam można kupić pełną wersję. Czyli - sprawdziliśmy i albo kupujemy, albo odinstalowujemy, i już.

Adobe wymyśliło inaczej. Ot, zamawiasz próbną wersję, zegar zaczyna tykać i po siedmiu dniach - UWAGA! - jeśli jawnie nie wypowiesz umowy, zostajesz wciągnięty do projektu Creative Cloud i musisz płacić za licencję do już pełnego, a nie próbnego Audition. I nie ma znaczenia, czy w ogóle pobrałeś program ani czy go zainstalowałeś (czy w ogóle - uruchomiłeś i przetestowałeś). Aż zacytuję odpowiedni zapis ze strony Adobe:

Bezpłatny okres próbny rozpoczyna się w momencie opuszczenia kasy i trwa siedem dni. Jeśli nie anulujesz wersji próbnej, po zakończeniu okresu bezpłatnego nastąpi automatyczna konwersja na płatne członkostwo Creative Cloud.

Tak się robi biznes!

Ja wiem, że trzeba czytać umowy i wiedzieć, na co się zgadzamy. I że Adobe o wszystkim de facto informuje i ma formalnie czyste ręce. ALE - i to jest moje zdanie - wszystko to tak naprawdę jest obliczone na to, by złapać jak najwięcej tych najbardziej nieświadomych klientów. Krzyczący nagłówek "Free Audition!", siedem dni liczone nie od pierwszego uruchomienia wersji próbnej, tylko od momentu wizyty w sklepie i finansowe konsekwencje, jeśli się nie anuluje subskrypcji - czy to nie jest podobne do zakazanych już praktyk operatorów komórkowych, którzy przemycali w umowach różne dodatkowe opłaty i koszty, a czego w końcu zabronił im UOKiK?

Oczywiście argument, że praktycznie cała konkurencja postępuje inaczej z wersjami próbnymi, nie jest żadnym argumentem - tutaj pełna zgoda. Adobe może sobie ustalać warunki, jakie tylko chce. I nie twierdzę, że Audition jest złym programem - jest naprawdę świetny. Ja wiem tylko tyle, że jeśli nie zmieni się polityka tej firmy, nigdy więcej nie będę już jej klientem. Czego notabene Adobe nawet nie odczuje...

środa, 16 października 2019

[ZD] Arturia V Collection 6

Po Omnisphere to drugi, używany przeze mnie wielki kombajn. Od produktu Spectrasonics różni go jednak niemal wszystko - od filozofii pracy przez interfejs użytkownika po zakres zastosowań.

Po co? Na co?

Lata temu, szukając brzmień "klasycznych syntezatorów", natrafiłem na Arturia AnalogLab, czyli zbiór kilkunastu instrumentów za relatywnie niewielką cenę. Brzmieniowo bardzo mi się to spodobało, ale niestety, w kwestii edycji barw czy dostosowywania ich do własnych gustów było kiepsko - AnalogLab jest raczej tylko źródłem barw nieedytowalnych, przynajmniej dopóki nie dołoży się do niego całej V Collection. Wówczas możemy albo używać poszczególnych symulacji instrumentów (np. na osobnej ścieżce ARP 2600, a obok B-3 czy Yamaha DX7), albo korzystać ze zintegrowanego interfejsu AnalogLaba, który daje dostęp do tych wszystkich instrumentów wprost ze swojego ekranu.

AnalogLab 4

Arturia skupiła się na dopracowywaniu algorytmów, które mają wiernie odtwarzać brzmienia starych, bardzo znanych instrumentów elektronicznych. Brzmienia takie miały być mi potrzebne, bo parę lat temu planowałem, że mój pierwszy album po długiej przerwie będzie takim "hołdem", złożonym "starej elektronice", czyli muzyce zapoczątkowanej dawno temu przez "Oxygene" Jeana Michela Jarre'a. Tak planowałem, tak planowałem, aż wyszła mi z tego "Via", która nijak się ma do analogowych brzmień syntezatorowych. Ale V Collection pozostało.

Brzmienie

Kolekcja zawiera 20 emulacji klasycznych syntezatorów, w większości analogowych. W wersji 7 kolekcji pojawiły się dodatkowe instrumenty, a całość zawiera już 24 pozycje.

Przeglądarka presetów dla Mini

Brzmienie określiłbym jako bardzo dobre. Nie jestem w tej dziedzinie zbyt kompetentny, bo żadnego z emulowanych instrumentów nie tylko nie miałem, ale nawet nie dotykałem, a jednak z mojego punktu widzenia brzmienia są idealne. To znaczy, że przesłuchując niezwykle bogatą kolekcję (ponad 6000 presetów!) wciąż natrafiałem na brzmienia ciekawe, bogate i inspirujące. Jest tu w zasadzie wszystko: basy, leady, pady, stringi, arpeggia, czego tylko ktoś może potrzebować. Z jednym zastrzeżeniem: wszystko jest syntetyczne i nie znajdziecie tutaj żadnych naturalnych brzmień.

Obsługa

Każdy instrument ma swój unikalny interfejs użytkownika, najczęściej nawiązujący do wyglądu emulowanego modelu. Co ciekawe, można przełączać widoki: mamy widok uproszczony, mamy i bogatszy, a w większości instrumentów da się wręcz "pogmerać w bebechach". Przyznam bez bicia, że widok nawet wirtualnego "analoga", z tymi wszystkimi kabelkami na wierzchu, bywa onieśmielający czy wręcz przytłaczający. Tak jednak wówczas było - muzycy musieli nauczyć się te wszystkie kabelki przełączać i podłączać, żeby móc uzyskiwać brzmiania o określonym charakterze. Wierzcie mi, że od razu o wiele bardziej zacząłem doceniać współczesną cyfrową wygodę.

Prosty interfejs Mini

Oczywiście, wirtualne modele obsługuje się o wiele sprawniej niż oryginały, choćby dzięki presetom, które mogą przywołać wcześniejsze ustawienia i dzięki którym możemy zapisywać stworzone w pocie czoła brzmienia. Co ważne, presety można kategoryzować, tj. przypisywać je do grupy basów czy padów, co później ułatwia ich odnalezienie.

Plątanina przewodów w ARP 2600

Kto tego potrzebuje?

Myślę, że Arturia V Collection jest produktem specyficznym, skierowanym do określonej grupy muzyków. Bo, nie oszukujmy się, brzmienia syntetyczne trzeba lubić, a i nie wszędzie można je zastosować, więc pod tym względem pakiet Arturii nie jest uniwersalny.

Jeśli jednak, tak jak ja, lubicie te wszystkie syntetyczne, kwaskowe albo ciężkie brzmienia, to chyba nie znajdziecie na rynku lepszego pakietu, który by w dodatku zawierał tyle dobra w sobie. Jedyną konkurencją, która przychodzi mi do głowy, jest pakiet IK Multimedia Syntronik, ale jest to tak naprawdę ROMpler, a nie prawdziwy syntezator.

Jeśli zatem macie odpowiedni zapas gotówki, polecam wypróbować wersję testową czy choćby sam AnalogLab - jest duża szansa, że wydacie te pieniądze.