poniedziałek, 28 grudnia 2020

[T] Impact SoundWorks Shreddage 3

Ledwo opublikowałem post o "sztucznych gitarach", dostałem e-maila od firmy Impact SoundWorks, producenta gitar Shreddage. Oczywiście, był to zwykły zbieg okoliczności, ale przez chwilę przemknęło mi przez głowę - "Czytali!...", he, he. Nie, nie czytali, ale za to poinformowali o - a jakże - wielkiej wyprzedaży poświątecznej. I że jako użytkownik Shreddage 1 i Shreddage 2 na coś się tam łapię. Wszedłem na konto, sprawdziłem ofertę i okazało się, że faktycznie są pewne upusty. Wrzuciłem z rozpędu wersję Jupiter do koszyka i... coś mnie oderwało od komputera, a potem zapomniałem. Nazajutrz znalazłem w skrzynce kolejnego e-maila, że chyba zapomniałem o zakupach w koszyku i żebym się nie rozmyślił, to proszę bardzo, kupon rabatowy. A że w "ofertach" miałem już dwa kody (po jednym na każdą posiadaną licencję Shreddage), to zaaplikowałem wszystkie naraz i okazało się, że Jupiterbędzie mnie kosztował 10 dolarów. No cóż, w porównaniu do regularnej ceny 129 dolarów wypadło to dość korzystnie...

Shreddage na poważnie

Pobrałem, zainstalowałem i uruchomiłem. Zamiast jednak błąkać się po omacku, postanowiłem obejrzeć filmy instruktażowe producenta. I dobrze się stało, bo akurat większość z nich prezentowała Jupitera, więc mogłem od razu przetestować nowe rozwiązania. I okazało się, że faktycznie Shreddage jest bardzo zaawansowanym instrumentem.

Po pierwsze, bardzo spodobał mi się nowy wygląd instrumentu. Jest stonowany, elegancki i czytelny, przez co nie sprawia wrażenia przesadnie "poupychanego" i tandetnego.

Na "dzień dobry" dostajemy też całą kolekcję snapshotów, czyli brzmień przygotowanych przez twórców, z już zaaplikowanymi efektami przesterowań, pogłosów i delayów. Bardzo to przydatne, jeśli chcemy od razu zanotować jakieś pomysły, szlifowanie brzmienia zostawiając na później - oczywiste jest, że na "czyste" brzmienie możemy nałożyć dowolne, ulubione efekty.

Artykulacje

To, czym się tak naprawdę kreuje realistyczne brzmienie sztucznej gitary, to wcale nie przesterowania, tylko odpowiednio zastosowane artykulacje. A tych twórcy Shreddage nie skąpią. Są brzmienia krótkie, długie, tłumione, jest tapping, są flażolety, są różne przydźwięki i hałasy. A wszystko to konfigurowalne w stopniu wręcz przerażającym:

Co ciekawe, realizm zwiększają też takie mechanizmy jak np. Strumming Mode. Po jego uaktywnieniu nawet ściśle skwantyzowane akordy są grane z pewnymi odstępami między dźwiękami, czyli tak, jakby zagrał je gitarzysta, potrącając struny jedna po drugiej. Nawet technika slide (czyli glissando) jest tu odwzorowana bardzo dobrze - można np. zastosować glissando aż do pierwszego progu - i nie niżej! Przecież gitarzysta, ślizgając się po strunie, nie może obniżać dźwięku w nieskończoność.

Takie małe "smaczki" bardzo cieszą, bo widać wyraźnie, że Shreddage jest rozwijany we współpracy z gitarzystami (albo przez osoby, które same grają na gitarze).

Shreddage 3 czy RealStrat 5?

Na tak postawione pytanie nie dam żadnej odpowiedzi poza jedyną możliwą: oba. Oba instrumenty są świetne i bardzo dopracowane. Shreddage ma chyba zacięcie do bardziej "metalowego", cięższego grania, RealStrat to uniwersalna gitara do każdego niemal stylu muzycznego. Oczywiście, zamiast Jupitera można sobie sprawić Shreddage Strat, ale osobiście świadomie tego nie zrobiłem właśnie po to, by mieć większą różnorodność w brzmieniu (poza tym mam darmową wersję Strata).

Zachęcam ciekawskich do przetestowania Shreddage Strat FREE, bo może się okazać, że polubicie się z tą gitarą. A na odkrycie czeka jeszcze cały zestaw innych z pakietu firmy Impact SoundWorks.

wtorek, 22 grudnia 2020

Sztuczne gitary

Nie od dzisiaj wiadomo, że jeśli chce się mieć w utworze dobrze zagraną gitarę, trzeba po prostu namówić czy wynająć gitarzystę, który nam żądaną partię gitarową pięknie zagra i nagra. No, chyba że sami potrafimy, to w zasadzie rozwiązuje wszystkie problemu.

Niestety, mimo posiadania aż dwóch gitar (akustycznej i elektrycznej) do tej pory nie nauczyłem się na nich przyzwoicie grać. Teoria - owszem, garść chwytów - owszem, parę "power chords" - owszem, ale żeby własnoręcznie zagrać jakąś choćby znośną solówkę? Nie, nie. Nic zatem dziwnego, że posiłkuję się instrumentami wirtualnymi - na moje skromne potrzeby są one wystarczające. A z czego można korzystać w dzisiejszych czasach?

Ample Guitar M III

Jest to jedna z lepiej brzmiących wirtualnych gitar akustycznych. Naprawdę piękny dźwięk, dużo możliwości artykulacyjnych, możliwość gry solo oraz akordami - naprawdę trudno znaleźć coś, czego ta wtyczka nie potrafi. Co ciekawe, istnieje też jej wersja Lite, która jest ograniczona, ale również brzmi bardzo dobrze i ośmielę się postawić tezę, że jest najlepiej brzmiąca darmowa gitara na świecie.

Native Instrument Session Guitarist Strummed Acoustic

W sumie, gdyby nie to, że mam Komplete, nie skusiłbym się na zakup tych dwóch bibliotek, ale skoro już je mam, to i używam od czasu do czasu, choć w porównaniu do Ample Guitar są mocno ograniczone. Są to po prostu zestawy nagranego "bicia" w różnych stylach, gdzie każdy styl ma parę wariantów wykonawczych, przełączanych za pomocą key switches. Brzmi to całkiem nieźle, a jako element wypełniający sprawdza się bardzo dobrze, choć nie można używać tych bibliotek zbyt często, bo staną się powtarzalne (część dostępnych stylów jest, ehm, średnio przydatna, chyba że lubi się np. country).

Rob Papen RG

Tej wtyczki używam od 2016 roku i jeszcze mi się nie znudziła. Może dlatego, że oprócz gitary elektrycznej i akustycznej (choć w sumie to bardziej "goła" elektryczna) ma do zaoferowania gitarę rytmiczną (z braku wiedzy tak to nazwę). Całość bazuje na rytmach - dla konkretnych brzmień mamy dostępnych szereg predefiniowanych rytmów w wariantach "wysokim" i "niskim". W ramach wariantu można użyć akordów molowych albo durowych, każdy w dwóch różniących się odmianach, czym sterujemy po prostu wysokością dźwięku. Przykładowo E1 to odmiana pierwsza akordu E-Dur, E2 to ta sama odmiana, ale już e-moll, E3 to odmiana druga E-Dur, zaś E4 to druga odmiana e-moll. Jak na element wypełniający, jest to na ogół wystarczające, zwłaszcza że rytmów jest naprawdę sporo, a można też projektować własne (w czym tkwi duża przewaga nad Strummed Acoustic). Minus jest jednak taki, że w zasadzie tylko brzmienia "rytmiczne" brzmią naprawdę fajnie - pozostałe są dość płaskie i jakieś takie... "cienkie". Można próbować je nieco modyfikować w samej wtyczce albo zaaplikować jakieś zewnętrzne efekty, ale rzadko uzyska się w ten sposób coś potężnego.

UJAM Guitarist

Mamy tu do czynienia z kilkoma bibliotekami: metalowa Carbon, rockowa Iron, akustyczna Amber, akustyczno-klasyczna Silk oraz "rytmiczna" Sparkle. Jest to coś pośredniego między RG a Strummed Acoustic, bo same rytmy i brzmienia są już nagrane, za to jest ich całkiem sporo i każdy rytm ma dodatkowo dużo możliwości artykulacyjnych, przełączanych za pomocą key switches. Na dodatek wszystkie instrumenty zaopatrzono w spore możliwości zmiany charakteru brzmienia (np. dźwięk z jednego czy drugiego przetwornika, różne poziomy distortion, pogłosu itd. Do tego - poprzez zróżnicowanie bibliotek - taki np. Iron ma naprawdę konkretne brzmienie (w porównaniu do RG), a Silk jest odpowiednio miękki i subtelny. Naprawdę polubiłem te biblioteki.

Impact Soundworks Shreddage 2: Absolute Electric Guitar

To moja niegdyś wymarzona "sztuczna" gitara. Ileż ja się filmików z nią naoglądałem! Byłem strasznie "napalony", kiedy trafiła się w końcu promocja - kupiłem i zawód! Okazało się (czego jakoś filmiki reklamowe i sam producent wówczas NIE PODKREŚLALI), że to jest "goła" gitara, bez żadnych symulacji wzmacniaczy, efektów itd. Co oczywiście doprowadziło do ogromnego rozczarowania, bo zamiast opracowywać szalone solówki czy okraszać kompozycje mocnymi riffami, mogłem co najwyżej poplumkać nad wyraz nieefektownie... Teraz, oczywiście, to już nie problem, bo wszelkich symulacji wzmacniaczy i efektów mam mnóstwo - ale teraz Shreddage ma bardzo groźnego konkurenta, z którym póki co sromotnie przegrywa rywalizację o obecność w moich utworach. A w sumie szkoda, bo jeśli przyłożyłbym się nieco do nauki sterowania tym instrumentem, to efekty były pewnie bardzo dobre, jako że jest tu zaimplementowana bardzo duża liczba możliwości artykulacyjnych

MusicLab RealStrat 5

W RealStrata zaopatrzyłem się dość przypadkowo, bo był dodany w pakiecie do innego instrumentu. Szybko jednak okazało się, że przy wsparciu Guitar Riga czy VStompa daje bardzo przyjemny dźwięk, oferując w kwestii artykulacji i funkcji niemal tak samo dużą elastyczność, co Ample Guitar M III - jest gra solo, są akordy, są frazy. Do tego artykulacje przełączane za pomocą key switches i (od wersji 5) wzbogacona wersja Elite. Uwielbiam ten instrument i wykorzystuję wszędzie, gdzie się da - na płycie "Synergy" używałem go nawet zamiast gotowców pokroju Iron czy RG, ręcznie programując riffy. Oczywiście, nie mam co marzyć o zagraniu za pomocą RealStrata jakiejś naprawdę błyskotliwej solówki, ale jestem zadowolony np. z tej z utworu "Destiny".

Klawiaturowy gitarzysta

Jak widać, trochę się tych sztucznych gitar uzbierało i jak sobie przesłuchuję starsze i nowsze utwory z ich udziałem, to jednak jakiś tam progres słychać. Tak naprawdę jednak w kwestii elektrycznej gitary najlepiej wypada UJAM Iron oraz RealStrat dozbrojona jakąś fajną wtyczką efektową. Jeśli chodzi o gitarę akustyczną, to zdecydowanie Ample Guitar M III oraz UJAM Silk, zaś gitara rytmiczna to mimo wszystko Rob Papen RG. Wielkich rockowych przebojów raczej się z tego nie zrobi, ale można przynajmniej jakoś zasygnalizować prawdziwemu gitarzyście kierunek, w których chcielibyśmy pójść. Przede mną zatem jeszcze ten ostatni krok - namówienie jakiegoś gitarzysty do zagrania mojej muzyki.

niedziela, 20 grudnia 2020

Najnajnaj 2020

Kolejny rok za nami, a nowy już przebiera nóżkami, żeby coś "wywinąć". Będzie się musiał mocno starać, żeby przebić poprzednika...

Wracając jednak do corocznego podsumowania "Najnajnaj", w tym roku zaszły dość mocne roszady, więc proszę o uwagę! Dużo się działo w każdym segmencie, zdecydowałem też ograniczyć liczbę wykorzystywanych (faktycznie) programów DAW do trzech, mimo że jeszcze czasem FL Studio zdarza mi się uruchomić. Robię to jednak już tylko po to, by wyeksportować jakiś projekt do MIDI, spisać konfigurację instrumentów i następnie odtworzyć ten projekt w innym DAW. Całkowity zmierzch FLa...

Instrumenty

Spitfire BBC Symphonic Orchestra

Tego się rok temu zupełnie nie spodziewałem. To znaczy tego, że zapałam nagle miłością do muzyki symfonicznej, przez co syntezatory okupujące zwykle całą listę zejdą na dalszy plan. A wśród bibliotek orkiestrowych prym wiedzie BBC, która pokonała jedną ręką zarówno Berlin Inspire 1, jak i Nucleusa, choć ten drugi jeszcze się trzyma na nogach i czasem pojawia tu czy tam.

Więcej nie ma sensu się tu rozwodzić, bo pisałem szerzej zarówno o wersji Discover, jak i Core. Naprawdę świetna biblioteka!

Modartt Pianoteq 7

Pianoteq trzyma się krzepko, bo jednak brzmienie fortepianu da się zastosować chyba w każdej muzyce. Wprawdzie w tym roku parę razy uległ w rywalizacji z Alicia's Keys, bardzo dobrym wirtualnym fortepianem od Native Instruments, ale to i tak dopiero w końcowych fazach prac nad utworami. Teraz zresztą, wraz z debiutem wersji siódmej, bardzo wątpliwe, żebym używał innego fortepianu niż Pianoteq. Do szkicowania i zbierania pomysłów jest pierwszy. Zawsze.

Spectrasonics Omnisphere 2

Omnisphere chyba na zawsze pozostanie na tej liście. Nie wyobrażam sobie - póki co - innego źródła tekstur, dronów i dźwięków soundscape. A że wśród zgromadzonych banków brzmień nie brak też pięknych barw solowych, to i nic dziwnego, że produkt Spectrasonics często gości w moich aranżacjach.

Native Instruments Battery 4

Tak odważnie otrąbiłem zwycięstwo Groove Agenta, po czym okazało się, że i tak częściej używałem Battery. Może dlatego, że wygodniej się go używa nie tylko jako maszyny perkusyjnej, co po prostu zasobnika na różnorodne próbki? Tworząc covery z ośmiobitowego Atari bardzo często wrzucałem do Battery sample, żeby sobie nie zaśmiecać aranżacji małymi "klocuszkami". I w tym Battery jest świetne - w elastycznym tworzeniu zestawów. Niby Groove Agent umożliwia dokładnie to samo, ale jednak wygląda bardziej skomplikowanie od prostego GUI Battery. Ciekawy jestem, czy w przyszłym roku na tej pozycji pojawi się Melda MDrummer, którego używałem bardzo często od momentu promocyjnego zakupu w czarny piątek, bo brzmi rewelacyjnie, ma świetne wbudowane rytmy, łatwo się go programuje i w zasadzie jest wszystkim tym, czy miał swego czasu być Drum Designer...

U-he Diva

Diva wróciła do łask, głównie dzięki bibliotece Genisys, która dostarczyła mi mnóstwa inspiracji. Naprawdę żałuję, że mój komputer ma tak małą moc obliczeniową, by zrobić choć jedną pełną aranżację korzystającą wyłącznie z brzmień tego syntezatora. Niestety, dwa bardziej zaawansowane brzmienia typu pad i procesor dostaje spazmów z wysiłku... Za to jakość brzmienia - bez porównania do czegokolwiek innego.

Efekty

Oeksound Soothe 2

Czy da się sprzedać dwa razy to samo? Firma Oeksound tego dokonała. Nie znam nikogo, kto wcześniej narzekałby na Soothe. Nie znam też nikogo, kto narzekałby na zastąpienie go wersją z numerkiem "2". Dwójka ma wszystko to, co protoplasta, dodając sporo od siebie, a także zwiększając wydajność. Takie aktualizacje to skarb!

Oeksound Spiff

Spiff ciągle w wersji pierwszej, ale tutaj naprawdę nie wiem, co miałby robić lepiej. Swoje zadania "ogarnięcia" transjentów spełnia bez zarzutu, działa jak trzeba, póki co nie widzę potrzeby stosowania innego narzędzia tego typu. Choć pewnie jak wyjdzie "dwójka", to będzie jak z Soothe - "jedynka" zostanie bez żalu porzucona.

Klevgrand Brusfri

To zadziwiające, jak łatwo można przyzwyczaić się do dobrego! Od zawsze brakowało mi dobrego "odszumiacza", a wszelkie wynalazki od Waves to pic na wodę. Na Brusfri trafiłem przypadkowo, testując różne wtyczki usuwające szum. I okazało się, że ta szwedzka wtyczka jest rewelacyjna! Od momentu, kiedy zacząłem jej używać, usuwanie szumu to czysta formalność, po której nie ma żadnych niekorzystnych artefaktów, zakłóceń, problemów.

FabFilter

Pakiet FabFilter poszerzył się w tym roku o Pro-R, przez co nie ma już w zestawieniu Valhalla Room, co konstatuję z pewnym żalem, bo jednak Valhallę bardzo lubilem. Naturalnie, nadal mogę jej używać, jednak głównym pogłosem, co do tego nie mam wątpliwości, stała się właśnie wtyczka od FabFilter. Reszty nie będę już nawet wymieniał, bo regularnie korzystam z wszystkich (!): Q3, G, C2, L2 i Timeless 2. To chyba jedyny taki przypadek, że ŻADNA wtyczka z zestawu się nie marnuje, a to już o czymś świadczy.

SoundToys PanMan

Przywykłem do tego maleństwa, choć w tym roku pojawił mu się konkurent, czyli Cableguys PanCake, który ma tę przewagę, że przemieszczenia w panoramie są dodatkowo pokazane w formie graficznej. Na razie PanCake PanMana nie wygryzł jeszcze, ale kto wie, kto tu będzie za rok?

DAW

Steinberg Cubase 10.5 Pro

W tym roku był to niewątpliwie najczęściej używany program DAW spośród posiadanych. Powstały w nim wszystkie covery z ATARI plus większość nagrań orkiestrowych. Poduczyłem się nieco obsługi, przygotowałem kilka tutoriali i tym sposobem Cubase nieco odsunął w cień największego konkurenta, który mimo to ciągle dyszy mu w kark i stara się nie stracić dystansu - z sukcesami, bo mimo że w listopadzie pojawiła się wersja 11, to PreSonus "odrobił lekcje" i jego Studio One 5.1 to bardzo trudny przeciwnik dla Cubase'a.

PreSonus Studio One 5.1

W tym roku skupiałem się głównie na coverach oraz zgłębiałem tajniki aranżacji orkiestrowych. Idealnym połączeniem obu tych trendów było nagranie tematu tytułowego z "Game of Thrones". Działo się to jeszcze w wersji 4.6, która akurat postanowiła pokazać wtedy swoje najgorsze cechy, czyli zawieszała się praktycznie przy każdym zamknięciu projektu oraz co jakiś czas nie wczytywała poprawnie wszystkich instrumentów.

Na szczęście pojawiła się wersja 5, która choć początkowo nie wzbudziła mojego entuzjazmu, to jednak po październikowej wersji 5.1 stała się znów godnym rywalem Cubase'a. Zawdzięcza to głównie nagrywaniu retrospektywnemu i bardzo udanej implementacji key switches. Mimo zatem przewagi liczebnej w kwestii powstałych utworów po stronie Cubase'a, to Studio One można uznać za zwycięzcę - powstała w nim bowiem cała płyta "Synergy", mój pierwszy komercyjny album.

Cockos Reaper 6

W tym roku przeszedłem na wersję 6, ale tak naprawdę tylko po to, by móc instalować kolejne update'y. To ciągle taka szara eminencja zestawienia, bo niby nic dużego w nim nie robię, ale bez niego się nie da. Jeśli trzeba szybko zrzucić screeny z wtyczek (choćby do tego zestawienia), szybko coś sprawdzić w jakimś instrumencie, połączyć dwa, trzy pliki dźwiękowe w jeden i okrasić jakimś efektem - Reaper jest w ciągłej gotowości. On jest jak Sublime Text, którego używam od lat do edycji dokumentów tekstowych. Małe, szybkie, sprawne narzędzie do wydajnej pracy.

Inne narzędzia

Steinberg WaveLab 10 Elements

Jak ja się cieszę, że wyszła "dziesiątka"! Już przemyśliwałem o tym, czy nie uzbierać pieniędzy na upgrade do wersji Pro, bo slotów na efekty mi brakowało, a tu proszę, wyszła wersja 10 i dołożyła akurat tyle slotów, ile mi trzeba było. Cała reszta pasuje, więc żaden duży upgrade nie jest potrzebny i niemal całość obróbki głosu do audiobooków i tutoriali robię właśnie w programie Steinberga.

Acon Acoustica 7

Mijają miesiące i coraz wyraźniej zarysowuje się pewna rutyna, jeśli chodzi o przygotowanie materiału głosowego. Nagrywam go w rejestratorze Tascam, skąd zgrany plik trafia właśnie do programu Acoustica, a to dlatego, że tu wygodnie mogę skonwertować go do pliku mono (nie nagrywam mono w Tascamie, bo dostaję wtedy gorszą jakość dźwięku, nie wiem, dlaczego). Często też to tutaj od razu robię odszumienie dźwięku, po czym rola Acoustiki się kończy i reszta obróbki robiona jest już w WaveLabie. Dlaczego nie wszystko w jednym? Paradoksalnie z wygody: WaveLab robi cyrki z dostępami do plików, kiedy się otwiera kilka naraz (sam sobie je blokuje w niezrozumiały sposób), zaś w Acoustice jakoś niewygodnie mi się nawiguje i włącza/wyłącza odtwarzanie.

Ghisler Total Commander

Total Commander dobił już do wersji 9.51 i zgodnie z tradycją, każda kolejna inkarnacja wprowadza zmiany ułatwiające życie. Nie wiem, jak autor to robi, ale autentycznie ma jakiś instynkt albo dobry wywiad, więc Total Commander wręcz wypakowany jest przydatnymi, drobnymi rzeczami. Kopiowanie w tle, filtrowanie zawartości katalogów (wystarczy zacząć wpisywać frazę z nazwy pliku), genialny automat do zmiany nazwy plików, błyskawiczne wyszukiwanie (także w treści). No co ja będę wymieniał, jeśli ktoś używa, to doskonale o tym wszystkim wie, a jeśli ktoś woli Eksploratora, to... nie szanuje swojego czasu. Obok Foobara 2000 Total Commander jest tym programem, który mam uruchomiony praktycznie zawsze, czy to w domu, czy w pracy.

Podsumowanie

W zeszłym roku pisałem o postępującej stabilizacji, zaś dzisiaj już wiadomo, że doszło do kilku roszad. Nie będę zatem niczego prognozował na rok 2021, bo znów trafię jak kulą w płot. Bardziej cieszy mnie opanowanie rutyny nagrywania głosu - już nie kombinuję z ustawieniami, nie nagrywam raz tak, a raz inaczej, nie obrabiam raz z takimi, a raz z innymi wtyczkami. Jeśli mam nagrać jakiś tekst, to po prostu siadam do Tascama, potem plik do Acoustiki i końcowa obróbka w WaveLabie. Przywykłem do tego, że i tak trzeba wszystko przesłuchać, już nie szukam magicznych "poprawiaczy".

Ciekawy za to jestem, do kiedy utrzyma się "trend orkiestrowy", w który wpadłem w tym roku - chyba przez te covery atarowskie. Fakt, że mnie to zafascynowało, rzutuje wyraźnie na sekcję instrumentów - a przecież nie wymieniłem tam Nucleusa, który też się przyczynił do paru utworów, czy też genialnej biblioteki Stradivari Violin. Natomiast BBC Symphonic Orchestra to zdecydowanie najczęściej używany instrument w tym roku i otwarte pozostaje pytanie, czy w przyszłym dojdzie do rozbudowy do wersji Pro?

Jestem ciekaw, co przyniesie nadchodzący rok - może właśnie obiecywaną rok temu stabilizację?

sobota, 19 grudnia 2020

[T] Arturia AnalogLab V

Tuż po czarnym piątku, w zasadzie bardzo niespodziewanie (sądząc z reakcji użytkowników i recenzentów) Arturia objawiła światu najnowszy pakiet V Collection 8. Zawiera on trzy nowości, jedną prawie-nowość i dwie aktualizacje. Nowości są następujące: Emulator II, Vocoder i Jun-6, prawie-nowością jest włączenie w skład V Collection dostępnego dotąd osobno syntezatora OB-Xa (podobną "sztuczkę" zastosowano przy okazji V Collection 7 i syntezatora Pigments), zaś aktualizacje to zmodernizowane silniki istniejących już wcześniej Jup-8 i Stage 73.

Jako że obecna "promocyjna" cena aktualizacji jest zabójcza, darowałem ją sobie, poprzestając na udostępnionej za darmo aktualizacji AnalogLaba V, który - przypomnę - jest takim "best of" całego V Collection 8. Zawiera ponad 9000 presetów, które w podstawowym zakresie można dostosować do własnych potrzeb. Co ciekawe, nowy AnalogLab V jest sprytnie pomyślany - o ile dostęp do edycji nowości jest zablokowany, to bez problemu można edytować poprzednie (niezmienione) wersje syntezatorów, co sprawia, że piąta wersja może już teraz zastąpić czwartą, bo funkcjonalnie tylko zyskujemy.

Nowe brzmienia

Oczywiście w pierwszej kolejności rzuciłem się do osłuchiwania nowych syntezatorów. Zrazu faworytem był - rzecz jasna - OB-Xa, na którego ostrzyłem sobie od roku zęby, jednak dość szybko okazało się, że nie on jest najciekawszy. Wielkim zaskoczeniem była dla mnie fascynacja... Stage 73! Nie wiem, czy ta wersja brzmi lepiej od poprzedniej, czy po prostu po nagraniu Synergy coś mi się przestawiło w głowie na używanie B-3, Wurlitzera i teraz Rhodesa, ale strasznie mi się podobają dostępne tutaj brzmienia. No, no...

Jun-6 jest przyjemny, ale akurat nie jestem jakimś zagorzałym fanem starych czy nowych Rolandów - być może za dużo ich obecnie wszędzie, przez podsycaną przez samego producenta retro-modę. Emulator II ma fajne brzmienia, przywodzące mi na myśl stare nagrania Jean-Michela Jarre'a, natomiast kompletnie nie mam pomysłu, do czego mógłbym ich użyć. Vocoder zaś, z uwagi na wyłączoną możliwość edycji, nie daje dostępu do najciekawszej swojej funkcji, czyli modulowania głosu.

Nie tylko instrumenty

Oprócz nowych instrumentów zmienił się także interfejs graficzny wtyczki, co akurat cieszy mnie mniej. O ile bowiem suwaki edycyjne wyglądają bardziej stylowo i nowocześnie, to jednak zmiana czytelnych, małych i tekstowych przycisków oznaczających dany instrument na duże ikony z wizualizacjami znacznie spowalnia dostęp do żądanych brzmień. Przynajmniej tak to na razie odbieram - kiedy chciałem sprawdzić coś, musiałem grzebać się przez menu Instruments, zamiast kliknąć po prostu przycisk z symbolem syntezatora. Niemniej sprawiedliwie muszę przyznać, że prawdopodobnie po okresie przyzwyczajenia docenię czytelność nowego rozwiązania.

Jednak sama "wybierałka" to nie wszystko. Obecnie wtyczka podzielona jest na trzy zakładki - Library (czyli opisana wyżej "wybierałka"), Studio, gdzie możemy skonfigurować sobie dwuwarstwowe brzmienie (dwa różne syntezatory grające równocześnie) oraz Stage, gdzie można sobie przygotować listę presetów do wykonań na żywo, grupując je i nazywając. Całkiem fajny pomysł, nawiasem mówiąc.

V Collection 8

Wcale nie jestem obecnie przekonany, czy w ogóle będę aktualizował "siódemkę" - w zasadzie po testach AnalogLaba mam jakiś tam przegląd nowości i poza ciekawością Vocodera nie ma tam nic, co by spowodowało szybsze bicia serca - tak, Stage 73 jest przyjemny, ale na pewno nie na tyle, by płacić 200 euro za aktualizację. Może w przyszłym roku, gdy Arturia wprowadzi znaczną obniżkę i umożliwi zakup w ratach? Obecnie - dla mnie - nie ma to sensu. Owszem, cena aktualizacji równa jest cenie samego OB-Xa, a dostajemy przecież dużo więcej, ale moim zdaniem akurat OB-Xa też ma przesadzoną cenę.

No, tak czy owak, AnalogLab V sprawdza się świetnie i chwilowo wystarczy mi do wszystkich moich zastosowań. A w razie czego mam przecież V Collection 7.

piątek, 18 grudnia 2020

Polegać tylko na sobie?

Wychodzi na to, że pytanie z tytułu jest retoryczne, a odpowiedź na niego smutno twierdząca. Tak mi się zebrało przed Świętami, że chciałem odświeżyć nagrania, które dawno, dawno temu (20 lat, dacie wiarę?) przygotowaliśmy z Siostrami. One zaśpiewały trzy kolędy, ja to zarejestrowałem i dorobiłem warstwę muzyczną. Rzecz jasna, znałem się wtedy na obróbce tyle, co nic, więc efekty były mizerne - teraz chciałem się za to zabrać, mając i jakieś tam podstawy teoretyczne, i odpowiednie warunki. Kłopot był jeden, a nazywał się "ALL" dla Cubase'a. To taki stary format, obecny w wersji 3 dla Atari ST, w którym mam wszystkie cubase'owe utwory z lat dziewięćdziesiątych. Niby tam kiedyś robiłem konwersje na format "CPR", ale akurat kolęd nie konwertowałem.

Niestety, jakiś czas temu (wraz opuszczeniem wersji SX3 dla komputerów PC) Steinberg postanowił zakończyć wsparcie dla tego formatu, nie dając użytkownikom nawet prostego konwertera, którym mogliby sobie uratować zabytkowe pliki. Jedynym rozwiązaniem jest zainstalowanie wersji SX3 i skorzystanie z funkcji importu. Tyle, że to sporo zachodu, bo trzeba najpierw ściągnąć instalator, potem bo uruchomić, a potem - uruchomić Cubase'a (wszystko to z duszą na ramieniu, żeby nie zepsuło istniejących konfiguracji). A że niedawno próbowałem z innych powodów zainstalować wersję SX3 i nie udało jej się uruchomić (masa okienek z błędami), to pomyślałem, że sobie daruję i poproszę o pomoc.

Jestem zapisany do dwóch grup cubase'owych, polskiej i międzynarodowej. Wrzuciłem prośbę o skonwertowanie pliku do obu. Pierwsza odezwała się grupa polska, gdzie dwie osoby zaoferowały pomoc, ale na tym się skończyło, zaś jedna z nich doradziła mi, żebym spróbował sobie zainstalować maszynę wirtualną z Windowsem 98 i na niej zainstalował Cubase'a. Rada może i była w zamierzeniu dobra, ale akurat wersja SX3 wymaga Windowsa XP, zaś na wirtualnym pececie są problemy z... tak, z zabezpieczeniem e-Licenserem. I Cubase'a uruchomić się nie da (no, przynajmniej mi się nie udało - bo czekając na realną pomoc, czyli skonwertowanie plików lub choćby odpowiedź w komunikatorze, przeprowadziłem całą procedurę).

Ostatecznie, zniechęcony brakiem jakichkolwiek sygnałów, zainstalowałem Cubase SX3 raz jeszcze i zająłem się diagnostyką uruchamiania. Po śledztwie, tropieniu plików i sprawdzaniu wielu miejsc w końcu udało mi się doprowadzić do startu aplikacji. Skonwertowałem co trzeba, wyłączyłem. Pomocy z grup brak.

Oczywiście doceniam obie osoby, które wyraziły chęć pomocy, zawsze to coś. Ale ogólnie, jak sam sobie nie pomożesz, człowieku, to raczej nie licz na innych...

czwartek, 17 grudnia 2020

u-he za pół ceny!

Tego jeszcze nie było: przez trzy tygodnie można kupować syntezatory (i nie tylko) firmy u-he, zarówno indywidualnie, jak i w pakiecie! A wszystko za sprawą drugiej firmy, Native Instruments, która nie tylko przygotowała promocję, ale także opracowała wszystkie brzmienia w formacie NKS, czyli osoby posiadające sprzęt tej firmy będą mogły łatwo nawigować po instrumentach u-he.

Jeśli ktoś jakimś cudem nie kojarzy, o jakich instrumentach tu mowa, to przypomnę kilka nazw: Zebra, Diva, Hive, Repro. Samo to powinno odświeżyć pamięć. Diva za niespełna 90 euro? Myślę, że długo podobna okazja się nie trafi.

środa, 16 grudnia 2020

[Cubase] Steinberg Cubase 11 Pro

To jakieś szaleństwo. "Wyścig zbrojeń" między Steinbergiem a PreSonusem trwa i co jedna firma wypuści nową wersję swojego flagowego produktu z nowymi funkcjami, to za chwilę druga próbuje ją przebić swoją ofertą. Dopiero co w październiku ekscytowałem się nowymi funkcjami w Studio One 5.1, to aktualizacja Cubase'a do wersji 11 każe mi się znów zastanawiać, którego z tych dwóch DAW używać. Bo tak to już jest, że po porzuceniu FL Studio w 2017 roku nie mogę się zdecydować. Album Flashback powstał w całości w Cubase, ale już album Expectation - w Studio One. Gdy zacząłem nagrywać covery z ATARI, znów do łask wrócił Cubase, bo często korzystałem z nagrywania retrospektywnego oraz z Omnisphere (które w parze ze Studio One sprawiało wówczas kłopoty). Po poprawce Spectrasonics i aktualizacji SO do wersji 5.1, album Synergy znów powstał w DAW PreSonusa (i bardzo dobrze mi się w nim pracowało). A teraz?...

Dobra robota!

Początkowo nie byłem przekonany, czy aktualizacja do wersji 11 jest warta zachodu. Jednak dofinansowanie ze strony Świętego Mikołaja spowodowało, że mój sceptycyzm zmalał, a obejrzenie entuzjastycznej "recenzji" Doma Sigalasa sprawiło, że jednak się skusiłem. "Jedenastka" nadeszła.

I tu od razu pierwsze pochwały dla Steinberga, który przy aktualizacji NARESZCIE nie zmusza nikogo do pobierania 30-40GB danych, z których później się nie skorzysta. Obecnie "jedenastka" jest podzielona na moduły i można pobrać/zainstalować tylko wybrane z nich (odetchnąłem z ulgą). Znalazły się, rzecz jasna, reakcje negatywne na tę nowość, bo ponoć teraz NIE WIADOMO, co pobrać - według mnie to bzdura, bo wymagane składniki są czytelnie opisane, tak samo jak opcjonalne, więc to raczej narzekanie dla narzekania.

Tacy sami...

Po uruchomieniu lekka konsternacja, bo zewnętrznie oba programy praktycznie niczym się nie różnią, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dla mnie najważniejsze zmiany zaszły w oknie edytora MIDI, którego używam najczęściej z wszystkich modułów Cubase'a. Zanim jednak o tym opowiem, kilka ciekawostek o innych zmianach.

Cubase 10.5 Pro

Cubase 11 Pro

Przede wszystkim znacząco usprawniono Sampler, w którym jest nareszcie funkcja przycinania, pojawiły się też dwa generatory LFO do sterowania różnymi parametrami samplera. W połączeniu z wygodnym mechanizmem "cięcia" załadowanej próbki daje to całkiem spore możliwości, porównywalne z niektórymi wirtualnymi instrumentami. Wrzucamy próbkę (jakikolwiek dźwięk) i zamieniamy ją w grający instrument - sam dotąd tego nie używałem, ale po prezentacji Doma dziwnie nabrałem ochoty do spróbowania tego sposobu.

Cubase 10.5 Pro

Cubase 11 Pro

Mamy też teraz do dyspozycji SuperVision, czyli "megamiernik", jeśli mogę tak to nazwać. To bardzo rozbudowane narzędzie, którym można monitorować chyba wszystkie aspekty dźwięku, przechodzącego przez tę wtyczkę. Różnego rodzaju widma, wskaźniki, wykresy - no, bajka. Co najciekawsze, narzędzie da się konfigurować i można sobie w nim umieścić to, co chcemy - np. po prawej tradycyjne wskaźniki, po lewej analiza spektralna albo pokazywanie wysokości dźwięków. Kolejny raz szkoda, że nie jest to normalny plugin VST, którego można by używać także w innych DAW.

Z nowych wtyczek mamy ponadto Squashera, czyli wielopasmowy kompresor, Frequency 2, czyli nowoczesny korektor dynamiczny oraz Imager, który ideowo bardzo zbliżony jest do Imagera od iZotope - można nim regulować szerokość panoramy w funkcji częstotliwości (czyli najczęściej niskie pasmo w mono, wysokie w bardzo szerokim stereo).

Wszystkich zainteresowanych opisanymi właśnie nowinkami serdecznie przepraszam za lakoniczny opis, bo niespecjalnie je do tej pory testowałem - w sumie i tak największe szanse na użycie ma tylko Imager, bo takie Frequency 2 na pewno nie wygra u mnie z FabFilter Pro-Q3. Być może wypróbuję jeszcze nowy Sampler, bo przyznam, zaciekawił mnie.

MIDI!

Moje kochane MIDI! Mam ochotę zakrzyknąć jak przy opisie Studio One 5.1 - NARESZCIE! Nareszcie modły użytkowników zostały wysłuchane i Steinberg zaimplementował krzywe do sterowania parametrami CC. Tym samym wytrącono mi z ręki argument, którym podpierałem się przez ostatni miesiąc, decydując się na Studio One - bo tam wygodniej zmienia się krzywe modulacji i ekspresji. Teraz wahadło poszło w drugą stronę, bo edycja stała się nieco łatwiejsza właśnie w Cubase (zmieniono także edycję PitchBend, dając zamiast abstrakcyjnego zakresu 0-127 po prostu możliwość wskazania liczby półtonów góra-dół).

Ale to nie koniec. Do edytora MIDI wprowadzono asystenta skal i to jest dopiero cudo! Ustawiamy w nim skalę naszego utworu, np. d-moll i możemy teraz albo wyświetlić sobie położenie "prawidłowych" dźwięków (czyli dźwięków ze skali), możemy włączyć przyciąganie do tych dźwięków, możemy włączyć nagrywanie tylko dźwięków w skali oraz "wyrównać" zaznaczone dźwięki do skali. Jest to coś fenomenalnego, zwłaszcza dla takiego teoretycznego beztalencia jak ja. Oczywiście, wiadomo, że utwór w jakiejś tonacji może zwierać także dźwięki spoza skali (a często to te dźwięki stanowią o "smaczku" danej kompozycji), ale uznaję rozwiązanie Steinberga za krok w bardzo dobrym kierunku, aczkolwiek nie jest to jeszcze rozwiązanie idealne.

Do edytora MIDI wstawiono też - chyba wzorem Studio One, bo tam się rzecz pojawiła dwa miesiące temu - możliwość wyświetlania dodatkowych pasków np. z etykietami, akordami, aranżacją itd. Dzięki temu nie trzeba już robić edycji nieco "na ślepo", zapamiętując jedynie numery taktów.

SpectraLayers One

Steinberg do swojego sztandarowego DAW dodał tym razem super niespodziankę - aplikację SpectraLayers One, która jest (przynajmniej na screenach u innych ludzi) odpowiednikiem SpectraLayers Elements. Dlaczego u innych ludzi? Ano właśnie.

Przed aktualizacją Cubase'a wahałem się, czy jednak nie zdecydować się właśnie na SpectraLayers 7 Pro, które ma szereg bardzo ciekawych funkcji, jak np. rozbijanie dowolnego nagrania na stemy, czyli poszczególne grupy - osobno wokal, osobno pianino, perkusja itp. Przyznam, że w czasie testów działało to nad wyraz sprawnie i już byłem skłonny decydować się właśnie na tę aplikację, gdy uświadomiłem sobie, że w zasadzie wystarcza mi ekstrahowanie samego wokalu - a to potrafi też wersja One. Ostatecznie też wygrał wariant Cubase 11 + SpectraLayers One. Żeby mi wersja próbna nie "bruździła", usunąłem ją przed aktualizacją.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po uruchomieniu Cubase'a i wejściu do SpectraLayers okazało się, że to nadal jest wersja Pro, której już na dysku nie powinno być (a przynajmniej nie ma jej w Panelu Sterowania). I nie chodzi tylko o nazwę, bo nadal mam dostęp do wyciągania wszystkich stemów z nagrań.

Prawdopodobne wydają mi się dwie możliwości: albo jest to jakiś błąd i instalator wersji One uznał jakieś pozostałości po testowej wersji Pro za pełnoprawną wersję Pro, albo też do końca okresu testowego (28 grudnia) będę miał dostęp do funkcji wersji Pro, a po tym okresie zmieni się ona w wersję One - co wydaje mi się bardziej prawdopodobne.

Edycja z 05 stycznia 2021: po 28 grudnia SpectraLayers przestało być wersją Pro i stało się zwykłą wersją One, która - nawiasem mówiąc - poza ekstrakcją wokalu niewiele ma do zaoferowania...

Abstrahując jednak od zamieszania licencyjnego, SpectraLayers podoba mi się coraz bardziej. Na YouTube nareszcie pojawiły się jakieś sensowne tutoriale (na ich brak narzekałem przy okazji testów wersji 6), a i wydobywanie wokalu idzie już bardzo sprawnie - przy pierwszym kontakcie wręcz sprawia to wrażenie magii, bo "jak to możliwe?" Gdybym obecnie obrabiał dużo plików dźwiękowych, a szczególnie zajmował się ich naprawą, to z pewnością zwróciłbym uwagę na tę aplikację, bo podoba mi się o wiele bardziej, niż zbliżone rozwiązanie od iZotope, RX.

To w końcu który wygrywa?

To najbardziej palące pytanie, na które jednak nie ma odpowiedzi. Obecnie siły się niemal wyrównały - choć kiedy myślę o wszystkich za i przeciw, nadal Studio One jest nieco z przodu. A to przez obecność genialnej funkcji KeySwitches, która jest banalna w obsłudze i działa bez pudła, czego nie można powiedzieć o Expression Maps w Cubase. Cała reszta jest w moim odczuciu obecnie porównywalna - być może Cubase ma jakieś przewagi w komponowaniu muzyki pod obraz filmowy, ale tego nie wiem, bo nie tworzę tego typu muzyki.

Werdyktu zatem nie ma. Zdając się na prawdopodobieństwo, będę chciał wypróbować nowe rzeczy w Cubase, więc w najbliższych tygodniach to on będzie częściej uruchamiany - chyba, że powtórzy się to:

piątek, 11 grudnia 2020

Głośność muzyki

Podczas przygotowywania materiału na płytę Synergy postanowiłem nieco bardziej przyłożyć się do masteringu niż to bywało wcześniej. Wprawdzie już przy okazji albumu Expectation korzystałem z dobrodziejstw trybu projektowego w Studio One, jednak tym razem poszedłem krok dalej i zmierzyłem się z poziomami głośności, w czym miała mi pomóc aplikacja (plugin) Youlean Loudness Meter 2.

Cyfrowe 0dB

O głośności do tej pory wiedziałem (przyznam ze wstydem!) niewiele. Tyle, że górna granica cyfrowego audio nie może przekraczać 0dB, bo inaczej pojawią się przesterowania (ang. clipping) i materiał będzie można wyrzucić do kosza. Coś gdzieś też błąkało mi się po głowie o głośności średniej RMS oraz o tym, że jeśli wrzuci się "zbyt głośny" materiał do serwisów streamingowych, to zostanie on automatycznie ściszony. Zacząłem więc zgłębiać temat.

Starsi pamiętają może czasy, gdy w telewizji pojawiający się blok reklamowy powodował zakrywanie uszu, bo w porównaniu do nadawanego wcześniej filmu głośność reklam była wręcz nieprzyzwoicie wysoka. Problem był na tyle palący, że wreszcie przyjęto pewne normy i zaczęto wymuszać stosowanie standardów, aby chronić odbiorców. Z telewizji i radia standardy te przeszły także do branży audio, razem z nowym-starym sposobem mierzenia głośności. Piszę "nowy-stary", bo zarówno LUFS (ang. loudness units referenced to full scale), jak i true peak są tak naprawdę zbliżone do stosowanych dotychczas RMS i peak, tylko bardziej precyzyjne. LUFS na przykład bierze pod uwagę m. in. krzywe izofoniczne (człowiek odbiera różnie głośność różnych częstotliwości), zaś true peak mierzy także szczyty międzypróbkowe. Nie chcę jednak wchodzić głęboko w teorię, bo rzecz jasna nie jestem inżynierem dźwięku czy zawodowym realizatorem, więc poznałem wspomniane zagadnienia od strony czysto utylitarnej.

W tych wszystkich bojach z głośnością chodzi obecnie - w praktyce - o wygodę końcowego odbiorcy. I o to, by właśnie nie musiał - korzystając np. z Tidala czy YouTube'a - ciągle "wachlować" suwakiem głośności, bo jednego utworu prawie nie słuchać, drugi zaś powoduje, że głośniki aż podskakują.

Zapyta ktoś: a po co mierzyć i LUFS, i true peak, nie wystarczy jedno z nich? Ano nie. LUFS mierzy nam średnią, odczuwalną głośność utworu, zaś true peak kontroluje poszczególne zmiany amplitudy (które nie powinny NIGDY przekraczać 0dB, a w praktyce -1dB). Innymi słowy, true peak chroni nas przed przesterowaniami, a LUFS służy do porównywania głośności różnych utworów.

Jednostki

Nie będę wnikał szczegółowo w opis decybela czy LU, bo nie o to tu chodzi. W codziennej pracy możemy spokojnie przyjąć, że 1LU = 1dB i nie ma się czym tutaj przejmować. Najważniejsze to wiedzieć, że głośność mierzy się w dół. Tzn. górna granica to wspomniane wcześniej 0dB, powyżej której nigdy nie powinniśmy się znaleźć. Jak więc głośny powinien być materiał audio? Mnie się zawsze po głowie kołatała wartość -0.1dB, która miała zapewnić maksymalną a bezpieczną głośność. Tylko, że nie bardzo wiedziałem, co to za głośność. Czym innym jest bowiem -0.1dB dla true peak, a czym innym -0.1dB dla skali LUFS (czyli -0.1LU). Już wyjaśniam.

Prościej zrozumieć true peak, bo jest to wartość szczytowa. Oglądając wykres dźwięku, widzimy charakterystyczne "igły" - to są właśnie te wartości szczytowe. No i tu sprawa jest jasna - wystarczy znaleźć największy taki peak i upewnić się, że nie przekroczy on 0dB, czyli w praktyce tego mitycznego -0.1dB. Zabezpieczamy się w ten sposób przed clippingiem, czyli przesterowaniem cyfrowym, bardzo nieprzyjemnym dla ucha.

Gorzej z głośnością odczuwalną. Ta jest mierzona w pewnym odcinku czasu, np. dla całego utworu. Mówiąc po ludzku, jeśli mamy dwa utwory z jednakowym poziomem LUFS, to powinniśmy odbierać je jako tak samo głośne (taka jest istota tej całej zabawy - przeskakując w Spotify z utworu na utwór mamy mieć komfort braku skoków głośności).

Poziomy głośności

Skoro już wiemy mniej więcej, że sterujemy dwiema wartościami, true peak oraz LUFS, to do jakich poziomów powinniśmy dążyć? To zależy, a zależy od przeznaczenia naszego materiału. Nagrywając płytę CD, możemy faktycznie pozwolić sobie na -0.1dB true peak i -9LUFS (a nawet głośniej), jednak przeznaczając muzykę dla platform streamingowych, trzeba już się trzymać (na ogół) -1dB dla true peak i -14LUFS (dla serwisów Apple'a nawet -16LUFS). Czasem można pozwolić sobie na głośniejszy materiał (-11LUFS), ale za to trzeba obniżyć true peak do -2dB.

W przypadku płyty CD ograniczeniem był właściwie tylko poziom szczytowy, więc producenci rozpoczęli tzw. wojnę głośności. Wystarczy bowiem zauważyć, że kompresując dźwięk, zmniejszamy dynamikę, czyli likwidujemy coraz więcej "szpileczek", a co za tym idzie, możemy coraz bardziej podnosić ogólną głośność, byle tylko nie przekroczyć -0.1dB TP. Ta "wojna" doprowadziła do tego, że niektórych wydań CD ciężko jest słuchać, a klasycznym wręcz przypadkiem pójścia za daleko jest płyta "Death Magnetic" zespołu Metallica, która jest wręcz nieprawdopodobnie skompresowana i praktycznie non-stop maksymalnie głośna...

W serwisach streamingowych jest nieco inaczej - tu możemy spokojnie wrzucać pliki zbyt głośne. ALE! więcej będzie z tego szkody niż pożytku, bo możemy być pewni, że algorytmy tegoż serwisu bardzo sprawnie ograniczą głośność takiego materiału do wartości standardowych (czyli zwykle -1dB TP i -14LUFS), a im większa będzie różnica między tym standardem, a parametrami naszego pliku, tym bardziej opłakany da to efekt.

Zmierzam do tego, że obecnie tak naprawdę wojna głośności już się zakończyła. Czego byśmy nie robili, to na Spotify czy YouTube i tak sprowadzi się to do ustalonego standardu -1dB TP i -14LUFS. Obecnie cała sztuka polega na czymś innym - trzeba tak zmasterować materiał, aby był maksymalnie zbliżony do standardu platformy, którą zamierzamy zasilić. Wówczas jest duża szansa, że po przetworzeniu naszej muzyki przez algorytmy platformy będzie ona w dostatecznie dużym stopniu zgodna z tym, co wyprodukowaliśmy. Jako test proponuję przygotować plik z parametrami płyty CD, czyli -0.1dB TP i -7LUFS, wrzucić go np. na SoundCloud, a potem przygotować drugi plik -1dB TP i -14LUFS, również go wrzucić i porównać efekty. Głośność odczuwalna powinna być taka sama, ale brzmienie już niekoniecznie.

Mierniki

Dochodzimy zatem do sedna zagadnienia - co i jak mierzyć, żeby uzyskać wymarzone parametry? Oczywiście musimy mieć miernik LUFS (z moich doświadczeń wynika, że z reguły od razu jest on zaopatrzony też w miernik true peak, więc tym drugim nie musimy się kłopotać). Część programów DAW ma już wbudowany miernik LUFS/TP, np. Cubase 10.5 Pro czy Studio One 5 Pro, warto więc sprawdzić, czy w ogóle potrzebujemy czegoś zewnętrznego.

Moim zdaniem jednak warto zdobyć niezależny miernik, a można znaleźć ich całą masę. Osobiście używam Youlean Loudness Meter 2 Pro oraz Voxengo Span Plus (który wprawdzie jest bardziej analizatorem widma, ale świetnie się też sprawdza w pomiarach LUFS/TP), zaś daje się także używać w roli miernika limiter od FabFilter, czyli Pro-L2:

Youlean Loudness Meter

Voxengo SPAN

FabFilter Pro-L

Youlean Loudness Meter oraz Voxengo SPAN występują także w wersjach całkowicie darmowych i bardzo funkcjonalnych, w zupełności wystarczających do pomiarów - w wersjach płatnych dochodzą z reguły funkcje zwiększające wygodę, np. zapisywanie własnych presetów, skalowanie interfejsu, możliwość eksportu pomiaru do pliku graficznego (co - jak się dowiedziałem z kilku filmów o masteringu - często jest wymagane przez klientów, którzy chcą mieć graficzny dowód, że otrzymany plik spełnia wszelkie standardy platformy, na którą jest przeznaczony).

Po sesji z albumem "Synergy" moim ulubionym pluginem pomiarowym stał się właśnie Youlean Loudness Meter 2, którego mam w wersji Pro. Po pierwsze, mogłem w nim skonfigurować sobie profil dla płyty CD-Audio - większość nowoczesnych mierników skupia się głównie na profilach streamingowych (co nie dziwi).

Po drugie, jest piekielnie szybki i ma dość unikalną funkcję pomiaru całego nagrania od razu - nie wiem, czy wszyscy użytkownicy tego programu wiedzą, że można po prostu przeciągnąć plik audio na okno pluginu. Pomiar trwa wówczas 1-2s i już mamy dane całego pliku!

Wersja Pro dostarcza dwóch bardzo przydatnych rzecz: pierwszy to możliwość pomiaru dynamiki utworu (miejsca o dużej dynamice są bardziej podatne na kompresję), zaś drugi to możliwość eksportu danych w postaci graficznej - jako wspomnianą wyżej dokumentację dla odbiorcy, jeśli dokonujemy masteringu na zlecenie.

Kontrola najwyższą formą zaufania

Jeśli nie mamy potrzeby tworzenia płyt CD, w zasadzie jedyne, co musimy zrobić, to kontrolować LUFS i TP dla naszych nagrań tak, aby nie przekraczały dopuszczalnych norm. Wówczas nasz materiał powinien brzmieć dobrze, bo będzie w minimalnym stopniu (być może wcale?) modyfikowany przez automatyczne algorytmy. Ciekawą formą kontroli jest strona https://www.loudnesspenalty.com, która - po stronie przeglądarki, nic nie jest wysyłane na zewnętrzne serwery! - potrafi sprawdzić, jak będą modyfikować wskazany plik najpopularniejsze serwisy streamingowe - czy go pogłośnią, czy ściszą, czy zostawią bez zmian.

Uf, dzisiaj materiał do płyty "Synergy" ma powędrować do tłoczni i zobaczymy, jak wiedza teoretyczna wypadnie w praktyce!