wtorek, 14 stycznia 2020

Usuwanie sybilantów, czyli przestajemy syczeć

Było całkiem niedawno o odszumianiu, czas zatem przyjrzeć się innej, często koniecznej obróbce głosu, czyli walce z sybilantami.

Oczywiście wypada zacząć od wyjaśnienia, czym sybilanty są. A są to spółgłoski wysokoszumowe, czyli wszelkie głoski "syczące" i "świszczące" - s, sz, c, ś, cz, ż, rz, z. W zależności od urządzenia rejestrującego (mikrofonu) ich zawartość w materiale może rosnąć lub maleć - są mikrofony, które wręcz uwypuklają sybilanty, a są takie, które są na nie wyjątkowo odporne. Niestety, z mojego doświadczenia wynika, że zdolność "asymilacji" sybilantów przez mikrofony rośnie wraz z ich ceną - nie jest to może żelazna zasada, ale pewna prawidłowość.

Tak czy owak, nawet jeśli mamy mikrofon bardzo tolerancyjny dla głosek wysokoszumowych, to możemy trafić na... głos, który tych sybilantów produkuje naprawdę dużo. Trzeba się zatem zawsze nad problemem pochylić i posłuchać, czy w nagraniu głoski te przeszkadzają. No, i jeśli przeszkadzają, troszkę je okiełznać. Tutaj uwaga: jeśli samodzielnie nagrywamy, warto wypróbować sposób z lekkim obróceniem mikrofonu tak, aby powietrze nie trafiało bezpośrednio i prostopadle w kapsułę, często pomaga to nieco osłabić "świsty", a to z kolei ułatwia obróbkę.

Właśnie do walki z sybilantami służą de-essery (z czego wzięła się ich nazwa, jak łatwo zgadnąć). Są to tak naprawdę specjalizowane kompresory pasmowe: tłumią one dynamicznie określoną częstotliwość. Częstotliwość tę ustawiamy na podstawie analizy głosu i znajdujących się w nim sybilantów, ponieważ dla każdego przypadku będzie to trochę inna wartość. Wystarczy później wyregulować stopień tłumienia (nie za wysoki, bo zamiast syczenia dostaniemy seplenienie) i już.

W praktyce, naturalnie, dostajemy zwykle jakieś dodatkowe możliwości korekty - wygładzanie, próg zadziałania, korektor itp. - to już zależy od konkretnego de-essera. Oczywiście, uparci i posiadający nadmiar wolnego czaru mogą z lupką przeglądać cały materiał w edytorze audio i ściszać poszczególne głoski ręcznie (czasem jest to jedyna droga, by się jakiegoś wyjątkowo opornego sybilantu pozbyć), jednak z reguły dobrze skonfigurowany de-esser powinien sobie gładko poradzić z problemem.

Jeśli ktoś nie ma zamiaru inwestować w specjalizowane narzędzia, może użyć dynamicznego korektora, jak np. FabFilter Pro-Q3, gdzie można dla określonej częstotliwości zaaplikować korekcję na zadanym poziomie, dodatkowo definiując próg zadziałania - czyli zrobić dokładnie to, co robią zwykle de-essery.

Niemniej, postanowiłem zrobić krótki przegląd de-esserów, które wypróbowałem w praktyce (a kilku z nich używam na co dzień). Jako materiał do obróbki posłużył mi fragment nagrany na potrzeby płyty Expectation. Rejestrowałem go mikrofonem MXL770, który zdecydowanie ma problem z sybilantami, nawet mimo odchylania kapsuły (inna rzecz, że sam głos ma ich sporo już "z natury"). Jest to zatem przykład ekstremalny:

FabFilter Pro-Q3

Przykład usuwania sybilantów za pomocą korektora dynamicznego - po ustaleniu ("na oko") częstotliwości syczących głosek wprowadziłem filtrowanie dynamiczne (czyli następuje ono tylko po przekroczeniu pewnego progu). Efekt nie jest może powalający w analizowanym przypadku, ale przy mniej wymagającym materiale powinno to wystarczyć:

Wynik:

Revoice Pro 4

To kolejny przykład usuwania sybilantów bez de-essera - dla krótkich fragmentów warto zrobić to po prostu ręcznie. Revoice Pro ma tę zaletę, że automatycznie wykrywa "eski" i pozwala łatwo je wyciszyć, co brzmi dość transparentnie i nie powoduje zniekształceń. Wada - trzeba to wszystko zrobić ręcznie, głoska po głosce. Dla piosenki - da się przeżyć, dla audiobooka - raczej trzeba o tej drodze zapomnieć, chyba że mamy czasu jak lodu...

Wynik:

Waves DeEsser

Jeden z prostszych de-esserów, niemniej zwykle okazuje się dostatecznie skuteczny. Ustawiamy częstotliwość oraz próg - i to najczęściej wystarcza, by ujarzmić sybilanty. Do tego plugin nie jest przesadnie drogi, bo kosztuje niecałych 30 dolarów. Według mnie warto go mieć w swoim arsenale i wypróbowywać w pierwszej kolejności.

Wynik:

Waves Sibilance

To już bardziej zaawansowany de-esser - dochodzi tu nieco więcej parametrów, którymi możemy kontrolować nie tylko samo redukowanie "esek", ale także ich wykrywanie (parametry Lookahead oraz Detection). Sprawia to jednak, że plugin jest już trudniejszy w obsłudze - mnie się rzadko udaje ustawić go tak, by usuwał sybilanty lepiej niż tańszy prawie o połowę DeEsser.

Wynik:

Sonnox Supresser

Akurat ten de-esser to jedno z moich dużych rozczarowań, bo kupowałem go już dość dawno temu z przeświadczeniem, że jest to najlepszy de-esser wśród dostępnych. Przeświadczenie to wyniosłem z czytania opisów i pewnego kursu obróbki głosu. W praktyce kompletnie nie potrafię go odpowiednio skonfigurować.

Wynik:

Accusonus ERA4 De-Esser

Obecnie mam dostęp tylko do wersji uproszczonej de-essera (wersja Pro jest dostępna... w wersji Pro pakietu). Wersja uproszczona jest bardzo prosta w obsłudze - ma w zasadzie tylko jedno wielkie pokrętło, którym kręcimy usuwając sybilanty. Na ogół sprawdza się to dobrze, ale w bardziej ekstremalnych czy trudnych sytuacjach po prostu brakuje dalszych regulacji i zamiast oczyszczonego sygnału dostajemy coś brzmiącego bardzo nienaturalnie. Nic tu nie poradzimy, narzędzia typu "jedno pokrętło" zwykle tak właśnie działają...

Wynik:

Klevgrand Esspresso

Odkryta niedawno firma Klevgrand oprócz zacnego odszumiacza ma też ciekawy de-esser. Wyróżnia się on już samym interfejsem użytkownika - brak tutaj pokręteł, są tylko dwa obszary: detekcji i działania. Przyznam, że bardzo to pomysłowo wykonano, a i całość działa dość dobrze.

Wynik:

Eiosis e2deesser

Z tym de-esserem miałem trochę zachodu, ponieważ testowałem go dwa lata temu, przez co "zużyłem" swoją próbę i po ponownym zainstalowaniu obecnej wersji, zabezpieczenie iLok nie pozwalało na ponowne uruchomienie. Na szczęście poskutkował krótki e-mail do supportu firmy Eiosis i otrzymałem nową próbną licencję. A ten de-esser wypada naprawdę nieźle, na tyle, że chyba przygotuję osobny wpis na jego temat. Cechą charakterystyczną jest to, że e2 może działać na paru zakresach częstotliwości, co poprawia efekty jego pracy. Dodatkowo ma też możliwość "wygładzania" przetwarzanych fragmentów, co zwykle prowadzi do usunięcia negatywnych efektów korekcji.

Wynik:

OEK Sound Soothe

Soothe znalazło się w tym zestawieniu nieco nieoczekiwanie, bo nie jest to tak naprawdę de-esser. To bardziej narzędzie do walki z "chropowatością" brzmienia i rezonansami, ale da się je tak skonfigurować, że minimalizuje także sybilanty. I powiem, że robi to całkiem sprawnie, a dodatkowy plus należy się temu narzędziu za względną "przezroczystość brzmieniową", bo nie degraduje ono materiału obrabianego. W zasadzie, przy niezbyt wyżyłowanych parametrach w zasadzie nie słychać, że jakaś obróbka ma miejsce - do momentu, aż Soothe wyłączymy.

Wynik:

Podsumowanie

Usuwanie zbyt natarczywych sybilantów jest smutną koniecznością - dobrze, że jest na rynku szeroka paleta narzędzi pomagających w tej operacji. Warto też sprawdzić różne mikrofony, jeśli nagrywamy głos samodzielnie - z własnego doświadczenia wiem, że naprawdę ma to znaczenie. Tradycyjnie załączam materiał źródłowy i wszystkie obrobione przykłady - można ich więc posłuchać poza przeglądarką internetową albo wypróbować swój ulubiony de-esser.

sobota, 11 stycznia 2020

[T] Klevgrand Brusfri - ciekawy odszumiacz

Pisałem całkiem niedawno o problemach z odszumianiem materiału dźwiękowego - podczas jego przygotowania przetestowałem kilka wtyczek i programów, porównując ich możliwości i osiągane z ich pomocą efekty. Całkiem przypadkowo trafiłem przy tej okazji na szwedzką firmę Klevgrand, producenta "odszumiacza" Brusfri, co w wolnym tłumaczeniu znaczy "bezgłośny". Brusfri okazał się na tyle ciekawy, że postanowiłem przyjrzeć mu się bliżej.

Przede wszystkim przekonuje mnie prostota interfejsu użytkownika. Okno wtyczki jest bardzo ascetyczne, co jest o tyle interesujące, że mamy - wbrew pierwszemu wrażeniu - dość dużo parametrów do regulacji. Jednak zanim zaczniemy cokolwiek regulować, najpierw należy uruchomić odtwarzanie odszumianego materiału w miejscu, gdzie występuje tylko szum (najlepiej włączyć dla tego fragmentu zapętlenie). Teraz klikamy i przytrzymujemy duży przycisk Learn - w ten sposób "uczymy" wtyczkę, jak brzmi szum. Od tego etapu zależy, jak skutecznie Brusfri będzie działać - szum powinien być reprezentatywny dla całego materiału i powinien być w miarę długi - najlepiej przynajmniej parę sekund.

Po "nauce" możemy wybrać z materiału jakiś normalny fragment i zacząć słuchać działania Brusfri. Teraz należy bowiem dopasować pozostałe parametry, przede wszystkim zaś Edge, który to parametr zawiaduje tak naprawdę intensywnością odszumiania. Jeśli słyszymy metaliczne artefakty lub wyraźne zakłócenia, możemy nieco złagodzić działanie algorytmu, aczkolwiek to, co mnie w tym konkretnym pluginie ujęło, to właśnie fakt, że te typowo metaliczne zakłócenia występują tu zdecydowanie rzadko.

Dodatkowo możemy kontrolować (za pomocą krzywej Attack-Threshold-Release) czasy zadziałania i zaprzestania działania odszumiacza. Do dyspozycji mamy także filtr górnoprzepustowy oraz kontrolę nad wysokimi częstotliwościami, zaś ostateczny efekt możemy w dowolnych proporcjach zmiksować z sygnałem oryginalnym, co pozwala zamaskować ewentualne niedoskonałości, jednocześnie pozbywając się części szumu.

Czym ta konkretna wtyczka mnie ujęła? Jakością działania. Do tej pory korzystałem głównie z odszumiania w programie Acon Acoustica, czasami stosując wymiennie Waves NS1 (ten jednak działa dość kapryśnie). Prowadziło to do irytujących mnie sytuacji, gdy materiał najpierw obrabiałem w Acoustice, przeprowadzając tam odszumianie, zapisywałem przetworzoną kopię i otwierałem ją później w WaveLabie, przeprowadzając dalszą obróbkę. Mając w arsenale Brusfri, mogę go wrzucić na sam początek łańcucha wtyczek w WaveLabie i nie przejmować się więcej osobnym krokiem (a w razie potrzeby mogę w każdej chwili albo złagodzić, albo wręcz wyłączyć odszumianie). To wielka wygoda, a z mojego doświadczenia (fakt, że na razie zaledwie kilkutygodniowego) wynika, że Brusfri działa daleko bardziej przewidywalnie niż NS1

Ze swej strony zatem polecam choćby przetestowanie - i to nie tylko tej konkretnej wtyczki, bo z rozpędu zainstalowałem sobie też darmowe Svep, FreeAMP oraz syntezator SyndtSphere. Wszystkie one mają utrzymany w podobnym stylu, oszczędny i zwyczajnie ładny interfejs i zwyczajnie robią to, do czego zostały stworzone. Chyba się polubiłem z firmą Klevgrand...

[T] AberrantDSP Sketch Cassette

Prawie rok temu pisałem testowałem wtyczkę GoodHertz WOW Control, służącą do "brudzenia" dźwięku. Można było za jej pomocą nanieść na własne nagrania różnego rodzaju zakłócenia, charakterystyczne dla magnetofonów - szumy, brumy, buczenie, nierówności przesuwu taśmy i tym podobne. Wyraziłem wówczas opinię, że tego typu wtyczki są zupełnie nie dla mnie, bo ja akurat wcale za tym całym magnetofonowym brudem nie tęsknię.

Tymczasem dzisiaj prezentuję króciutki test innej wtyczki tego samego typu: AberrantDSP Sketch Cassette. "Niszczymy" dźwięk, przepuszczając go przez wirtualny magnetofon. Ale - moi drodzy! - cóż to jest za wtyczka!

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem okno tej aplikacji, oczom nie mogłem uwierzyć - zresztą, zobaczcie sami:

W te wszystkie kontrolki da się normalnie kliknąć, a one normalnie działają! Jak dla mnie wygląda to świetnie i pasuje jak ulał do tego, co wtyczka robi. A robi! Dźwięk można niszczyć na wiele sposobów, dobierać odpowiedni typ taśmy w magnetofonie (żelazowa, chromowa, metalowa), zwiększać szumy czy "wiek" sprzętu (oczywiście, im dalej na osi czasu, tym większa degradacja dźwięku). Nie jest to może lista parametrów aż tak rozbudowana, jak w WOW Control, ale według mnie sprawdza się to całkiem dobrze.

Co do jakości dźwięku - trudno pisać o czymś podobnym w kontekście wtyczki, której zadaniem jest psucie tejże jakości. Niemniej, sygnał przetworzony przez Sketch Cassette brzmi w mojej opinii bardzo prawdziwie i gdybym tylko podobnej obróbki potrzebował, raczej zainwestowałbym 20 dolarów w tę wtyczkę niż 129 w WOW Control. A za sam wygląd przyznaję duży plus, bo wtyczka wygląda bardzo niecodziennie, ale nie odbywa się to w najmniejszym stopniu kosztem czytelności czy wygody obsługi.

środa, 8 stycznia 2020

Steinberg SpectraLayers - nikt nie wie, jak używać?

Jakoś w zeszłym roku Steinberg pochwalił się, że kupił aplikację SpectraLayers, dotąd dostępną m. in. jako jeden z modułów SoundForge 12. Dlaczego mówię o chwaleniu? Bo na różnych targach otrąbiono, jakie to fantastyczne narzędzie, jak bardzo ułatwia pracę z dźwiękiem, a głównie jego naprawianie (w sensie: usuwanie szumów, stuków, zakłóceń, niechcianych dźwięków). Wszystko to miało być dodatkowo bardzo proste w obsłudze i przypominać (dzięki tytułowym layers - warstwom) pracę grafika w Photoshopie.

Oczywiście, takie narzędzia bardzo mnie interesują (sam jestem połączeniem grafika i muzyka), nic więc dziwnego, że rzuciłem się na wersję testową, żeby sprawdzić prawdziwość deklaracji producenta.

I co?

I nic. Jakoś nie potrafiłem tego programu okiełznać. Niby znalazłem jakiś filmik czy dwa na YouTube, gdzie można było zobaczyć, że obróbka spektralna rzeczywiście może pomagać w pewnych sytuacjach, ale...

Kto wie?

Odnoszę dziwne wrażenie, że ten rodzaj obróbki dźwięku to jakieś niezbadane obszary. Materiałów szkoleniowych brak, nikt nic nie wie, nie sposób doszukać się przykładów praktycznego wykorzystania narzędzia Steinberga w praktyce. Oczywiście, trochę informacji o obróbce spektralnej można znaleźć (bo oferuje ją np. Adobe Audition czy wspomniany SoundForge 12), ale w SpectraLayers są warstwy, specjalne narzędzia, zaznaczanie harmonicznych i inne udogodnienia, więc warto byłoby umieć z nich skorzystać.

Co gorsza, producent wypytywany przez użytkowników na forum najpierw zasłaniał się "czasem wakacyjnym", a dopiero w listopadzie 2019 napisał, że "wreszcie zatrudnił osobę, która przygotuje filmiki instruktażowe". Oczywiście, mamy niedługo połowę stycznia, filmików jak nie widać, tak nie widać. Podejrzewam, że skończy się podobnie, jak sprawa z ARA2 w Cubase w zeszłym roku. Czyli obsuwą.

Czy jest w ogóle na co czekać?

Myślę, że dopiero dobrze przygotowane filmy instruktażowe mogą w pełni pokazać potencjał SpectraLayers - bo bez wiedzy, jak tego programu używać, na pewno nie osiągnie się zbyt wiele, jest on na to zbyt hermetyczny. Wierzę jednak, że ostatecznie okaże się, że SpectraLayers będzie bardzo przydatnym narzędziem i kto wie, czy nie zagości w moim dźwiękowym "arsenale".

wtorek, 7 stycznia 2020

Jak radzić sobie z szumem?

Szum jest nieodłączną składową podczas nagrywania czegokolwiek za pomocą mikrofonów. Zwykle chcielibyśmy się go pozbyć, bo materiał audio jest przetwarzany, kompresowany i pogłaśniany, a każda z takich operacji może prowadzić do dalszego eksponowania szumów, co zazwyczaj nie brzmi dobrze.

Po pierwsze - rejestracja

Oczywiście, pierwsze rozwiązanie, które się narzuca, to nagrywanie w odpowiednich warunkach: w cichym pomieszczeniu, bez szumiących wentylatorów i wiatraczków, buczących urządzeń czy obecnego za oknem hałasu ulicznego. W moim przypadku materiał tak zarejestrowany prezentuje się jak poniżej:

Lekki szum jest, oczywiście, do usłyszenia, ale dość łatwo pozbyć się go niemal całkowicie z pomocą bramki szumów, która nie wpływa na brzmienie głosu:

Jeśli hałas to konieczność

Czasem nie da się uniknąć "generatorów" szumu, a najczęściej będzie nim okno (hałas ulicy) i komputer (tu jednak możemy trochę powalczyć: założyć większe wentylatory, wynieść komputer z pokoju na czas rejestracji czy zainwestować w rejestrator, co pozwoli nam w ogóle wyłączyć ten element toru). Jakie jednak mamy drogi pozbycia się niechcianego szumu?

Fragment nagrany w pomieszczeniu z włączonym komputerem stacjonarnym

Odszumianie

Większość edytorów audio (w tym i darmowy Audacity) ma funkcję usuwania szumu. Polega ona zwykle na tym, że najpierw wskazujemy fragment zaszumionej ciszy, na podstawie której budowany jest tzw. profil szumu. Potem zaznaczamy cały materiał i nakazujemy usunąć tenże szum.

Zwykle działa to całkiem nieźle, chociaż bardzo zależy od konkretnej implementacji, bo część "odszumiaczy" produkuje materiał wprawdzie wolny od szumu, ale za to z dziwnymi metalicznymi artefaktami, który po prostu brzmi źle. Oczywiście, im więcej szumu trzeba usunąć (im jest on głośniejszy), tym bardziej cierpi brzmienie końcowe materiału.

Materiał odszumiony w programie Acon Acoustica

Bramka szumów

Drugim sposobem usunięcia szumu jest zastosowanie tzw. bramki szumów. Działa ona na prostej zasadzie podziału materiału za pomocą progu głośności na szum i sygnał użyteczny. Po czym szum jest wyciszany, a sygnał użyteczny zachowywany bez ingerencji. W moim przypadku zadziałało to tak:

Materiał odszumiony bramką FabFilter Pro-G

Wadą bramki szumów jest to, że przy wyższych poziomach szumu zwyczajnie słychać go w fragmentach "przepuszczonych" przez bramkę - czyli tam, gdzie pojawiają się słowa, słychać dodatkowe szumy. Ponadto, jeśli sygnał jest bardzo dynamiczny, tzn. posiada i bardzo głośne fragmenty, i bardzo ciche, bramka może "wycinać" te najcichsze, co prowadzi do gubienia końcówek lub początków wyrazów.

Za to dużym plusem bramki jest fakt zachowywania materiału źródłowego bez ingerencji - brzmienie głosu pozostaje bez zmian.

Różne dziwne rozwiązania

Można też wypróbować różne rozwiązania pośrednie, np. firma Waves proponuje bardzo prostą w obsłudze wtyczkę NS1, która działa trochę jak bramka (ustawiamy jej działanie za pomocą jednego suwaka-progu), ale jest wyspecjalizowana w usuwaniu właśnie szumu, więc przeprowadza także odszumianie.

Efekty są całkiem niezłe, więc warto się przyjrzeć:

Materiał odszumiony za pomocą Waves NS1

Co jest najlepsze?

Osobiście preferuję bramkę szumów, jako tę najmniej ingerującą w materiał. Z tego właśnie powodu staram się nagrywać za pomocą rejestratora, żeby sobie szumem komputera nie psuć nagrania już na starcie. Czasem jednak się to nie udaje (np. nagrywam gdzieś w terenie, obrabiam czyjeś nagrania), wówczas najpierw materiał odszumiam (ale nie całkowicie) i dopiero puszczam przez bramkę - odszumianie nie psuje wtedy tak bardzo brzmienia, szum przestaje rzucać się w uszy w słyszalnych fragmentach, a bramka elegancko wycisza fragmenty między słowami.

W tym miejscu jednak zachęcam osoby preferujące odszumianie do przetestowania przynajmniej kilku algorytmów. Z moich doświadczeń mogę napisać, że niezły jest odszumiacz firmy Acon, dobry jest też Klevgrand Brusfri czy wspominany Waves NS1.

Jeśli ktoś jest zainteresowany i chciałby porównać swoje umiejętności i oprogramowanie, to może pobrać wszystkie wykorzystane powyżej pliki w postaci wygodnego archiwum.

piątek, 3 stycznia 2020

Pomieszczenie do nagrywania

Pamiętam, że kiedy zaczynałem zabawę z nagrywaniem audiobooków, kompletnie nie zawracałem sobie głowy tym, GDZIE nagrywam. Liczył się tylko mikrofon - przecież im lepszy, tym nagranie MUSI być lepsze! Dzisiaj wiem już, jak błędne jest to przekonanie. Oczywiście, nie znaczy to, że jakość czy typ mikrofonu w ogóle nie mają znaczenia, jednak z perspektywy czasu wydaje mi się, że zdecydowanie ważniejsze w tym wszystkim jest pomieszczenie.

Żeby nie być gołosłownym, nagrałem szybkie i proste porównanie, które pokazuje, jaki głos można uzyskać w różnych warunkach. Słuchać należy w dobrych słuchawkach, bo rzecz dotyczy głównie pogłosu:

Wszystkie powyższe fragmenty zostały nagrane za pomocą rejestratora Tascam DR-05, za pomocą wbudowanych w niego mikrofonów elektretowych. Starałem się utrzymywać tę samą odległość mikrofonów od ust i tę samą pozycję rejestratora, więc można przyjąć, że nagrania różnią się tylko środowiskiem.

Wnioski

Wnioski są proste - jakość nagranego materiału BARDZO zależy od jakości pomieszczenia. W powyższym przykładzie dobrze sprawdziło się nagrywanie w zaadaptowanym pomieszczeniu oraz nagranie wykonane przed otwartą szafą z ubraniami - nagrany głos jest bliski, praktycznie pozbawiony pogłosu. Przy okazji można porównać, jak brzmi pomieszczenie zaadaptowane i niezaadaptowane (to dwa pokoje niemal identyczne rozmiarowo, z których jeden służy mi za "studio", drugi zaś jest zwykłym pokojem z biurkiem i szafkami). Myślę, że różnice są bardzo wyraźnie słyszalne.

poniedziałek, 30 grudnia 2019

[T] AKG D5

No i doczekałem się! AKG D5 jest już w moich rękach, a co najważniejsze - już troszkę go potestowałem, więc mogę zamieścić garść uwag. Czy spełnił pokładane w nim nadzieje?

Dobrze i źle

Od razu rozwieję wszelkie wątpliwości: nie, D5 nie zastąpi WA-87. Mimo że jakość nagrań jest zupełnie w porządku, to jednak słychać (tzn. ja słyszę) bardzo dużą różnicę między tymi dwoma mikrofonami. Trzeba będzie jednak iść dalej w adaptację akustyczną, żeby polepszyć jakość nagrań.

D5 kontra 14A

To pierwsza, oczywista konfrontacja. Dwa dynamiczne mikrofony budżetowe da się w miarę prosto porównać, przynajmniej w warunkach domowych i do domowego zastosowania. W odróżnieniu od poprzedniego testu mikrofonów, tym razem postanowiłem przeprowadzać konfrontacje parami, zamiast kolejno nagrywać ten sam czytany tekst. Ma to ten plus, że oba mikrofony rejestrują praktycznie ten sam sygnał, więc łatwiej wychwycić różnice. Minus? "Ten sam" sygnał nie jest idealnie ten sam, bo siłą rzeczy mikrofony zajmują inną przestrzeń i są minimalnie inaczej skierowane - ale na potrzeby domowego porównania postanowiłem pominąć ten czynnik.

Oba mikrofony były podłączone bezpośrednio do interfejsu Focusrite Clarett 2Pre z ustawionymi na maksimum czułościami (co i tak nie doprowadziło do jakichkolwiek przesterowań).

Poniżej zamieszczam nieobrabiane pliki WAV z obu urządzeń, można je sobie pobrać i posłuchać (najlepiej w słuchawkach, bo nie są to różnice kolosalne).

AKG D5

Shure 14A

Tutaj rożnice są raczej subtelne - 14A wydaje się być bardziej matowy, chociaż ostatecznie wcale nie wypada jakoś drastycznie gorzej. D5 rejestruje nieco więcej wysokich częstotliwości i ma wyższą czułość.

D5 kontra WA-87

Tego porównania także nie mogło zabraknąć, bo w końcu w tym wszystkim chodziło o odpowiedź na pytanie, czy AKG D5 jest w stanie w jakimś stopniu zastąpić WA-87 do czasu polepszenia adaptacji akustycznej w moim studio? Metodyka testu pozostała taka sama jak poprzednio: dwa mikrofony zamocowane blisko siebie, jednoczesna rejestracja na obu i porównanie. Tutaj, naturalnie, różnice między mikrofonami są znaczące i bardzo wyraźnie słychać, że nagranie z WA-87 zawiera więcej odpowiedzi z otoczenia, są też w nim lepiej słyszalne szumy komputera (zdecydowałem na rejestrację w komputerze - mimo szumów - bo mój rejestrator ma tylko pojedyncze wejście mikrofonowe, więc nie mógłbym nagrywać obu urządzeń jednocześnie). W tym wypadku szumy też dają pewną informację - w końcu gdzieś rejestrują się wyraźniej.

I znów dwa pliki WAV do porównania:

AKG D5

WarmAudio WA-87

D5 w boju

Testy porównawcze za nami, pora jeszcze sprawdzić, jak się sprawdzi D5 w jakimś rzeczywistym zadaniu. Postanowiłem nagrać opowiadanie Edgara Allana Poe pt. "Czarny kot":

Wnioski

Wnioski są takie, że D5 nie zastąpi WA-87, aczkolwiek nie jest to wniosek kompletnie ostateczny. Nie wiem, czy nie przesiądę się na mikrofon od AKG przynajmniej do czasu, kiedy lepiej dostosuję pokój do rejestracji. D5 nagrywa zdecydowanie mniej "odpowiedzi" pomieszczenia, czyli na nagraniach jest mniej pogłosu (o co walczę). Tak czy owak, wygląda na to, że będzie częściej używany niż 14A, który przez większość czasu leży w swoim pokrowcu w szufladzie...

wtorek, 24 grudnia 2019

[T] Cubase 10.5 Pro

Ha! W tym roku Mikołaj spisał się na medal, bo dzięki niemu bez ponoszenia dodatkowych kosztów mogę cieszyć się aktualizacją Cubase'a do wersji 10.5 Pro. O tym, co nowego wnosi ta właśnie wersja, pisałem już miesiąc temu, dzisiaj więc o tym, czy w praktyce nowości coś zmieniają w mojej pracy.

Kolory najbardziej widoczne

Najbardziej widoczna jest zmiana wizualna, czyli kolorowanie kanałów w mikserze. Przyznam, że to spodobało mi się najbardziej, bo znakomicie podnosi czytelność projektu podczas nie tylko miksowania, ale w ogóle komponowania. Jedyne, czego mi brakuje, to łatwego kolorowania zaznaczonych kanałów kolorami z zakresu (gradientem). Coś takiego ma FL Studio i mnie osobiście bardzo się to podoba.

Niejako przy okazji odkryłem, że wcale nie trzeba się ograniczać do szesnastu kolorów z palety, ale można tę liczbę podwoić, a nawet zwiększyć ośmiokrotnie. Z niewiadomych dla mnie przyczyn da się to zrobić tylko dla konkretnego projektu.

Nagrywanie retrospektywne

No, powiem Wam, że to cudo! Cubase już wcześniej miał tę funkcję, ale teraz postanowiono ją rozbudować i to w bardzo sensowny sposób. Każda ścieżka ma obecnie własny bufor, który zapamiętuje rzeczy grane właśnie na niej. Co ważne, jest różnica w rejestracji, jeśli nagrywamy w pętli - wówczas możemy "zrzucić" nagrany materiał nie tylko w sposób liniowy, ale także jako serię kolejnych ujęć. Fantastyczna sprawa, bardzo pomagająca w pracy. Dlaczego Studio One tego nie ma, pytam się?!

I jeszcze jeden drobiazg

Inną rzeczą, drobną a wygodną, jest połączone narzędzie zaznaczania. Do tej pory trzeba się było przełączać między "kursorem zakresów" a "kursorem obiektów". Teraz, po włączeniu integracji, mamy tylko jedno narzędzie zaznaczania, a działa ono tak, że dolna połowa ścieżki traktuje kursor jako zaznaczanie obiektów, a górna połowa - jako zaznaczanie zakresów. Jest to bardzo wygodne, choć dla tradycjonalistów stara metoda z dwoma narzędziami pozostaje ciągle dostępna (póki co).

PadShop 2

O, to jest fajna zmiana! Nowy PadShop 2 jest - w mojej opinii - bardzo udanym instrumentem. Jego starszego brata, wersję Pro, można usłyszeć w wielu moich utworach. Teraz PadShop ma jeszcze więcej możliwości i nieco prostszy do ogarnięcia interfejs, co powinno ucieszyć wszystkie osoby, dla których jest to jedno z głównych źródeł dźwięku.

Multitap Delay

Bardzo pomysłowa linia opóźniająca, czyli po prostu delay na sterydach. Ma chyba wszystko, co powinien mieć delay (a i pewnie sporo więcej) - jednak nie używam go, bo... nabawiłem się fobii przed używaniem natywnych wtyczek z konkretnego DAWa. Problem z nimi jest taki, że jeśli jednak przejdziesz na inny program, to nie przeniesiesz łatwo ustawień takiej wtyczki, bo jej w nowym DAWie po prostu nie będzie. Stąd preferuję wtyczki zewnętrzne, w których po prostu można sobie zapisać ustawienia jako presety i wczytać w nowym miejscu.

Analiza spektralna korektora

Jak wyżej - fajne, ale nie używam. FabFilter Q3 ma to samo już od dawna, a jest zewnętrzny i "przenośny", a do tego bardzo przejrzysty. Choć akurat korektorowi od Steinberga jakiegoś zagmatwania nie można zarzucić... Nie wiem, może w obu przypadkach w końcu się przełamię, ale będę musiał mieć już pewność, że to Cubase wygrał "wojnę DAWów" w mojej głowie.

Pozostałe rzeczy

Nie próbowałem jeszcze ani robić importów z innych projektów, ani eksportować plików wideo ze ścieżką dźwiękową. Pierwsze nie było potrzebne, drugie... no, nie bawię się w wideo.

Warto? Nie warto?

Tym razem napiszę bez wahania, że warto. Cena aktualizacji nie jest wygórowana, a dostaje się za nią całkiem sporo, a przynajmniej więcej, niż rok temu przy pojawieniu się "dziesiątki" (tak, tak, tam doszła technologia ARA2, ale trzeba było na nią później pół roku poczekać, bo w pierwszej wersji "dziesiątki" była tylko zapowiedź).

Pochwalę (będę tego żałował!) stabilność - mimo wielu prób, nie udało mi się na razie "wywrócić" nowego Cubase'a. Ale i z "dziesiątką" jakoś nie miałem problemów, jednak przez ostatnie pół roku praktycznie nie pracowałem w DAW. Teraz może coś się ruszy - w razie czego, nie omieszkam dodać tutaj odpowiedniego suplementu.

czwartek, 19 grudnia 2019

Modularowe szaleństwo

Dobrze, dobrze, może nie szaleństwo, ale moda - na pewno. Chodzi mi o narastającą popularność tak zwanych syntezatorów modularnych, w których to sam muzyk buduje swój instrument na bazie gotowych "klocków" - czyli oscylatorów, filtrów, wzmacniaczy, obwiedni, efektów itd. Koniec z godzeniem się na zgniłe kompromisy!

Sam osobiście nie mam takiego instrumentu, choć grałem i używałem. Może jeszcze za wcześnie dla mnie na tego typu urządzenie, a może należę zdecydowanie do obozu "sprzętowego"? Ale może kilka słów o samym pomyśle na "modular".

Dawno, dawno temu

Na początku drogi syntezatory wyglądały inaczej, niż ich klasyczne wyobrażenie: nie były klawiaturami z "guziczkami i ekranikiem". To były pudła, wypełnione elektroniką i elektryką, w których sygnały trzeba było ręcznie "przekierowywać" z jednego bloku instrumentu do innego. Robiło się to... przepinając kable. Instrumenty miały też multum gałek i guziczków, które zastępowały wówczas graficzne ekrany, dostępne obecnie. Kształtowano nimi obwiednie, konfigurowano filtry itp. oraz... wyzwalano dźwięki (z braku tradycyjnego manuału). Potem - z grubsza - nadszedł pan Moog ze swoimi syntezatorami, wyposażonymi w manuały, dające możliwość grania jak na pianinie lub organach. Ten wariant zwyciężył, a stare syntezatory odeszły do lamusa.

Cherry Audio Voltage Modular

Okazuje się jednak, że nie był to jednak ich koniec. Kilkanaście lat temu zrodziła się stara-nowa moda na instrumenty, które - znów pozbawione klawiatury i dowolnie konfigurowane przez użytkownika - mogłyby wprowadzić nieco świeżości do skostniałego światka muzyki. I pomysł się przyjął - rzeczywiście muzycy rzucili się na proste moduły, budując z nich spersonalizowane instrumenty, dające dużą swobodę nie tylko jeśli chodzi o charakter brzmienia, ale także o wykonanie (czyli grę). Moda, jak to moda, wypączkowała w ostatnich latach do środowisk wirtualnych i pojawiło się już kilka różnych "rozwiązań" programowych, które umożliwiają budowanie wirtualnych modularów. Hm...

Czy jest sens?

Głównym celem, jak się wydaje, jest obniżenie ceny całego systemu (dobrej jakości fizyczne "klocki" są raczej drogie) oraz zwiększenie wygody (nie trzeba targać całej skrzyni, martwić się o zasilanie, dokupować ciągle nowych kabli). Bonusem jest możliwość skorzystania z automatyzacji, oferowanej przez DAW - chociaż osobiście wydaje mi się, że właśnie modulary miały za zadanie "oderwać się" od sekwencerów i być sterowane same przez siebie.

VCV Rack

Przy wszystkich tych zaletach, wirtualny modular nie daje jednej - według mnie kluczowej - funkcjonalności: możliwości sterowania fizycznymi manipulatorami. Kiedy ogląda się nagrania z tzw. live-actów, wyraźnie widać, że muzyka tworzy się i płynie właśnie dzięki temu, że muzyk na żywo reguluje poszczególne moduły, kręci gałkami, przestawia przełączniki, wyzwala sygnały itp. To organiczny proces, który bardzo wspomaga kreatywność - pamiętam swoje wielogodzinne "kręcenie gałami" przy Yamasze AN1x, a przecież tam nie było znowu aż tak wiele manipulatorów!

No, chyba że ktoś stosuje modulara tylko i wyłącznie do tego, by bez umiejętności programowania zbudować własny syntezator, wykorzystywany nastepnie jak każdy inny syntezator VST. Wtedy zgoda, takie rozwiązanie jakiś sens ma, chociaż w moim odczuciu w modularach najbardziej fascynujące jest... granie na nich, a nie programowanie.

Się wymądrzyłem

Ktoś może powiedzieć, że się wymądrzam, chociaż modularów nie używam - i prawda to, nie mam fizycznej skrzyni z modułami, a dłuższy kontakt miałem tylko z wersjami programowymi VCV Rack (szeroko propagowany przez "Estradę i studio") oraz Cherry Audio Voltage Modular. Zwłaszcza ten drugi był bardzo interesujący, ale znów: zabrakło gałek pod palcami. Próbowałem podmapować część manipulatorów pod kontrolery w KeyLabie, ale nijak się to miało do możliwości dotknięcia i przetestowania wszystkiego, co udało się umieścić w modularze. A przecież eksperyment jest tu kluczowym zagadnieniem!

Ostatecznie zatem patrzę na wirtualne modulary z pewnym zakłopotaniem. To trochę jak z wirtualną gitarą - niby można, niby da się uzyskać świetne rezultaty, ale jeśli już mam brzdąkać, to wolę zdjąć prawdziwą gitarę ze ściany niż klikać myszką w narysowane struny...

wtorek, 17 grudnia 2019

AKG D5 pod choinkę

Tak się składa, że wiem, co dostanę w tym roku pod choinkę. To znaczy... wiem i nie wiem. Bo będzie to mikrofon AKG D5 (to wiem), który dopiero sprawdzę w boju (i tych wyników nie znam jeszcze). Po co zatem o tym pisać? No, bo jestem trochę podekscytowany! Poza tym chciałbym opisać tutaj swoje oczekiwania, a następnie będę mógł skonfrontować je z rzeczywistością.

Na co komu tyle mikrofonów?

Hm, faktycznie, mam już kilka mikrofonów w kolekcji, więc po co mi jeszcze jeden? I czym się tu ekscytować? Otóż - może nie każdy uwierzy - każdy z tych mikrofonów jest kompletnie inny. I nie chodzi tylko o subtelne różnice w brzmieniu, ale też o to, co rzeczywiście dany mikrofon jest w stanie nagrać.

Źródło: http://www.djlab-lb.com

Kilka miesięcy temu nagrywałem szybki test mikrofonów, który zasiał w moim umyśle ziarno niepewności. Otóż podejrzanie dobrze w porównaniu z mikrofonami pojemnościowymi wypadł tam ponad dwudziestoletni Shure 14A, który powinien był przegrać z kretesem. Wcale tak się jednak nie stało, bo co mikrofon stracił w detalach rejestrowanego głosu, to zyskał na zamaskowaniu bardzo kiepskiej wówczas adaptacji akustycznej mojego "studia". To kazało mi przewidywać, że być może w moich nagraniach lepiej jednak sprawdziłby się mikrofon dynamiczny? Nawet nagrałem sobie fragment "Mitologii słowiańskiej", korzystając z Shure'a i efekty były zupełnie satysfakcjonujące. Dlatego właśnie strasznie jestem ciekaw, czy AKG D5 będzie w tym względzie jeszcze lepszy?

Ale dla lektora - pojemnościowy!

Zgadza się, dla lektora zazwyczaj polecane są mikrofony pojemnościowe, które - ze względu na swoją czułość - lepiej przekazują niuanse głosu. Jest jednak pewne "ale", a nawet kilka. Po pierwsze, lektor musi mieć bardzo dobry głos, by było warto to bogactwo zapisać. Po drugie, nagranie powinno być przeprowadzane w pomieszczeniu do tego w pełni przystosowanym, bez hałasów i zakłóceń, które mikrofony pojemnościowe z łatwością wyłapują. Po trzecie w końcu, mikrofon pojemnościowe wymagają z reguły zasilania fantomowego, więc trzeba je w odpowiedni sposób podłączyć i nagrywać.

Jasne, że warto byłoby rejestrować własne nagrania z najwyższą możliwą jakością - ale z drugiej strony, na 100% nie zamienię własnego pokoju mieszkalnego w takie studio, żeby w pełni cieszyć się nagraniem z mikrofonu pojemnościowego. Mikrofon dynamiczny (jak sobie obiecuję po próbach z Shure'em) da mi jednak lepsze "odcięcie" od odpowiedzi pomieszczenia, co powinno poskutkować lepszym, "bliższym" słuchacza głosem. Dlaczego jednak nie korzystać z Shure'a właśnie? Bo po testowych nagraniach słychać, że jednak ma "górę" dość wytłumioną, a tu AKG D5 (ponoć) nie ma się czego wstydzić. Teoretycznie dostałbym zatem jasny, ale pozbawiony pogłosu sygnał, który być może będzie łatwy dla mnie do obróbki, przynajmniej na moim etapie zaawansowania.

Oczekiwania

Jakie są zatem moje oczekiwania? Ha, wiadomo, że nie ma się co spodziewać nie wiadomo jakich cudów po budżetowym mikrofonie, ale mam nadzieję, że:

  • da sygnał lepszy niż Shure 14A
  • nie będzie zbierał zakłóceń z pomieszczenia
  • da radę nagrać nim przyzwoity dźwięk do audiobooków

Innymi słowy, chciałbym - idealistycznie - jakość WA-87, ale bez wad mikrofonu pojemnościowego, związanego z niedostateczną (ciągle jeszcze) adaptacją akustyczną. Wiadomo z góry, że tak się nie da, ale być może wyniki będą jednak akceptowalne.

Po drugie, jeśli do skutku dojdzie w końcu moja współpraca z wokalistką, dobrze będzie mieć kilka mikrofonów do sprawdzenia i dopasowania.

No to czekam!

Zacieram zatem ręce i czekam, co przyniesie przyszłość i... święty Mikołaj. Hm, jeśli dobrze liczę, to już za tydzień!

niedziela, 15 grudnia 2019

20 lat muzyki

Dzisiaj trochę nietypowo, ale z drugiej strony - koniec roku się zbliża, czas podsumowań jest jak najbardziej na miejscu. Z tym, że nie będę podsumowywał roku, a ostatnich 20 lat. Co się sprawdziło, a co zawiodło? Co się przydało, a co porasta kurzem? Zapraszam, może da to komuś do myślenia?

Krótko o tym, co cieszy

Cóż, tego, co cieszy, jest zdecydowanie więcej, więc - zgodnie z żelazną logiką braku logiki - nie będę się na tym skupiał. Generalnie - jest lepiej, jak mi się wydaje. Dorobiłem się małego, domowego studia, instrumenty są zawsze pod ręką, oprogramowanie skompletowane niemal w 100% - nic, tylko brać się ostro do roboty!

Co ważniejsze, moje "studio" służy nie tylko muzyce, ale także tworzeniu audiobooków, co mnie szczególnie ostatnio pochłonęło i dało okazję do zdobycia wiedzy z zakresu nagrywania i obróbki głosu - rzecz nie do przecenienia, bo do tej pory miałem tu poważne braki (w rzeczywistości nadal mam, ale odrobinkę mniejsze).

Czego szkoda?

W zasadzie to główny powód, dla którego powstaje cały wpis: chciałbym podsumować to, z czego nie jestem zadowolony i co powinno dać mi do myślenia w przyszłości, aby uniknąć podobnych błędów.

Studio

Dopiero w tym roku przekonałem się na własnej skórze, jak ważna jest adaptacja akustyczna pomieszczenia, w którym pracuje się nad dźwiękiem. Dotąd nie przywiązywałem do tego wagi - bo i faktycznie, przeważnie pracowałem w słuchawkach, monitory mam raczej kiepskie, więc odsłuch przez nie prowadziłem sporadycznie. Jednak w momencie, gdy zechciałem nagrywać swój głos, bardzo szybko okazało się, że niechciany pogłos, dudnienia, zakłócenia i szumy zdecydowanie pogarszają jakość materiału. Nieco już to skorygowałem, ale jeszcze nie wszystko i nie tak, jak bym chciał.

Sprzęt

O, tutaj jest zdecydowanie więcej rzeczy, których zakupu żałuję (a przynajmniej obecnie wiem, że nie sprawdziły się w praktyce). Po pierwsze: syntezatory, zwłaszcza Roland Juno G, bo na Korgu 76Le coś tam jednak nagrałem (a i oryginalnego Cubase'a 3SL sobie wtedy kupiłem!). Ale Juno G - kompletne fiasko. Nie dość, że obecnie nie ma sterowników do Windows 10, to jeszcze część (i to fajniejsza) kontrolerów w ogóle nie wysyła komunikatów MIDI, więc są one kompletnie bezużyteczne do sterowania elementami DAW. Jedyne, co mi się w tym instrumencie podoba, to praca klawiatury - jest bardzo przyjemna, choć od momentu zakupu Arturii KeyLab, to właśnie Arturia wygrywa.

Korg też okazał się ślepą uliczką, bo wprawdzie brzmi bardzo dobrze, ale obecnie jest już mocno przestarzały (powstawał w końcówce lat dziewięćdziesiątych!), jeśli chodzi o współpracę z komputerem. Brak USB, brak oprogramowania, które pomagałoby tworzyć barwy i nimi zarządzać, obsługa wyłącznie dawno już zapomnianego standardu kart SmartMedia... Z drugiej jednak strony, w tamtych czasach chyba nie było jeszcze zbyt wielu syntezatorów wirtualnych, więc może faktycznie nie było wówczas alternatywy? Na pewno jednak mogłem sobie darować Rolanda Juno G, którego wykorzystałem we własnych utworach 0 (słownie: zero) razy (w sensie brzmienia, bo jako klawiatura MIDI sprawdzał się przez jakiś miesiąc nieźle).

Co jeszcze ze sprzętu? MXL770 - zakupiony wyłącznie dlatego, że tani i pojemnościowy. I że taki "profesjonalny". W zasadzie wykorzystałem go ledwie parę razy i to w warunkach, które urągały zdrowemu rozsądkowi. Chociaż... Shure 14A to pod tym względem jeszcze słabszy zakup, bo praktycznie 20 lata przeleżał w futerale. No cóż, chciałem nagrywać głosy, ale jakoś... nie szło.

Na koniec perełka, czyli Focusrite Clarett 2Pre. Tego zakupu nie mogę przeboleć. Jeśli mógłbym się z niego wycofać albo chociaż zmienić na coś innego, wybrałbym teraz znacznie rozważniej. Skuszony wizją doskonałego interfejsu audio, zaprezentowaną w Estradzie i Studio, zawiodłem się straszliwie. Poza tym, nawet, jeśli miałbym jednak kupować Claretta ponownie, wybrałbym model 4Pre, ze względu na podwójne gniazdo słuchawkowe...

Oprogramowanie

Ooo, tutaj znajdzie się mnóstwo niepotrzebnych zakupów. Podzieliłbym to na trzy grupy: niepotrzebne efekty, niepotrzebne instrumenty i niepotrzebne inne oprogramowanie.

Jeśli chodzi o efekty, to w zasadzie... mało co bym sobie obecnie zostawił. Na pewno bezpieczne są wtyczki od FabFilter i OEK, przydają się rzeczy od iZotope i (niektóre) od Waves. Valhalla Room czy Soundtoys PanManteż by zostały, ale praktycznie całą resztę chętnie oddałbym, odzyskując zainwestowane środki. Te wszystkie magiczne wtyczki, robiące dziwne rzeczy (usuwanie pogłosu, jakieś efekty bramkowe itp.). Tony kompresorów i korektorów, dziwne i udziwnione pogłosy...

Z instrumentami jest jeszcze gorzej, bo tutaj mam obecnie taki natłok, że... Największe i najkosztowniejsze inwestycje to Serum i Sylenth1 - oba kupowałem na raty i oba wykorzystałem bardzo mało razy we własnych produkcjach. Dlaczego? Sam nie wiem, bo do bardzo dobre instrumenty. Podobnie podsumowałbym Komplete od Native Instruments - bardzo dobry i bardzo bogaty zestaw, z którego używam głównie... pełnej wersji Kontakta oraz Battery. Podobnie jest zresztą z V Collection od Arturii - niby mam, a w praktyce używam i tak troszkę dostosowanych brzmień z AnalogLaba.

W ogóle zauważam, że mam bardzo bogaty zbiór instrumentów, których bardzo pożądałem w pewnym momencie, a które - nie spełniwszy oczekiwań - wylądowały w kącie. Tak było ze Shreddage, rozmaitymi Gravity Packami, Eclipse, Orbit, Dune2, Korg M1/Wavestation/Mono/Poly, Damage, Arturia Spark czy Drumaxx.

No i na koniec pozostałe oprogramowanie. Tu na pewno na czoło wysuwa się Bitwig, który okazał się zupełnie ślepą uliczką. Wydawałoby się, że wrzucę tu też FL Studio, ale nie, bo chociaż już go nie używam, to jednak dzięki niemu w ogóle wróciłem do muzyki i się nie zniechęciłem. Prędzej wymieniłbym tu Studio One albo Cubase - zależy, który ostatecznie przegra walkę o miano głównego DAWa. Co dziwne, w ogóle nie czuję, żebym miał żałować zakupu Reapera parę lat temu - mimo że go nie używam na co dzień, to przydaje się tyle razy do zrobienia różnych drobnych, szybkich rzeczy, że zakup był bardzo dobrą decyzją.

Niepotrzebnie za to zainwestowałem w SoundForge - tu zdecydowanie lepiej wypada Acoustica. W kwestii edytora audio marzę jednak o Audition, ale w wersji nie-abonamentowej. Najlepiej zaś, by był dostępny jakiś program, będący połączeniem Audition i WaveLaba...

Podsumowanie

Jak widać, sporo rzeczy zrobiłbym obecnie inaczej i zainwestował w inne rzeczy. Ciągle miałem poczucie, że to czy tamto wreszcie popchnie mnie do przodu. I nie zrozumcie mnie źle, tak się w wielu przypadkach stało! Gdyby nie FL Studio, nie powstałaby płyta "Via", gdyby nie CME XKey, nie nagrałbym Flashbacka i tak dalej. Ale ciągłe poszukiwanie często też wiodło na manowce, czego można było uniknąć, gdybym raczej wykorzystywał to, co już posiadałem, zamiast inwestować w nowe zabawki. Szczególnie w kwestii efektów wolałbym, żeby tych kilka lat temu ktoś mi wprost powiedział: kup sobie pakiet od FabFilter, nic więcej nie będzie Ci potrzebne - a jeśli Ci się tak będzie wydawało, to źle korzystasz z dostępnych narzędzi.

To tak ku przestrodze.

wtorek, 10 grudnia 2019

Blaski i cienie nagrywania audiobooków

Zmagam się z nagrywaniem audiobooków już prawie rok, pomyślałem zatem, że opiszę swoje przemyślenia w tym temacie - a nuż się to komuś przyda, jeśli będzie chciał sam spróbować?

Przygotowania są wszystkim

Z mojego doświadczenia wynika, że kluczowe dla ostatecznej jakości są przygotowania. Należy odpowiednio przygotować pomieszczenie, sprzęt, książkę i... głos.

Pomieszczenie

Z pomieszczeniem, w którym nagrywamy, związane są dwa podstawowe problemy: hałas i pogłos. W pomieszczeniu powinno być przede wszystkim cicho: żadnych wentylatorów, buczących silniczków, hałasów zza okna. Jeśli nasz komputer hałasuje, powinniśmy go wyciszyć, wyłączyć albo wynieść do sąsiedniego pokoju. Najlepiej byłoby zakupić rejestrator audio, który jest całkowicie bezgłośny.

Jeśli chodzi o pogłos, to każdy pokój go wytwarza. Zasada jest taka, że im mniejszy pokój i im bardziej zagracony, tym pogłos mniejszy. W minimalizowaniu odbić dźwięku pomagają dywany, zasłony, koce albo specjalne ustroje akustyczne (panele, pianki). Adaptacja akustyczna pomieszczenia to dość zawiła sprawa i nie będę tu utrzymywał, że się na tym znam. U siebie zawiesiłem zrobione własnoręcznie panele, na podłodze mam dywan, a odkryte miejsca na czas nagrywania zasłaniam kocem. To zdecydowanie pomogło opanować odbicia dźwięku i polepszyło jakość, choć - naturalnie - dałoby się zrobić to jeszcze lepiej, o co może pokuszę się w przyszłym roku.

Tutaj taka mała porada: jeśli mamy dużą szafę albo garderobę, wypróbujmy te miejsca. Dużo tkanin i ubrań korzystnie wpływa na eliminację pogłosu, więc a nuż to właśnie tam uzyskamy najlepsze efekty!

Sprzęt

Myślę, że najlepiej na początku zainwestować właśnie w rejestrator audio, np. firm Zoom lub Tascam, przy czym dobrze byłoby zakupić urządzenie, posiadające gniazda XLR. To rozwiąże, przynajmniej tymczasowo, dwa problemy: mikrofonu i ciszy. Rejestratory mają całkiem niezłe, wbudowane mikrofony elektretowe, które - jak sądzę - na początek wystarczą. Są też ciche, nie szumią, są przenośne - same zalety. Minusem za to jest konieczność przenoszenia nagrań do komputera w celu edycji.

Alternatywą dla rejestratora jest zakup pojemnościowego mikrofonu USB. Da się go łatwo podłączyć do komputera bez inwestowania w osobny interfejs audio, zwykle też otrzymamy razem z nim statyw (stołowy). Minusem jest brak możliwości wykorzystania takiego mikrofonu z "normalnym" sprzętem audio (jeśli zaczniemy się "rozwijać sprzętowo"), ponieważ nie ma on standardowego gniazda XLR, którego wymagają wszelkie urządzenia, pracujące z mikrofonami.

Dalsze etapy są już związane z większymi inwestycjami. Dobre mikrofony pojemnościowe to koszt od tysiąca złotych w górę, do tego trzeba kupić porządny statyw, mocowanie (nie wszystkie mikrofony mają mocowanie statywowe w standardzie!), interfejs audio, żeby można było mikrofon podłączyć do komputera. Tutaj tyle jest możliwych wariantów, że poprzestanę tylko na zasygnalizowaniu potencjalnej możliwości.

Oczywiście, konieczny będzie też komputer do obróbki nagrań. Na szczęście nie musi być specjalnie mocarny, wystarczy bowiem, że da się na nim uruchomić darmowy program Audacity, który z pewnością wystarczy na początek. Później, wiadomo, można wydać w zasadzie dowolne kwoty na oprogramowanie: DAW, edytory audio, wtyczki etc. - ale na początek Audacity będzie w sam raz (a jeśli koniecznie chcemy używać programu DAW, to polecam Reapera - niedrogi, a ma praktycznie wszystko). O obróbce nagranego materiału już kiedyś pisałem, ale z pewnością wrócę niedługo do tego tematu.

Książka

Zapewne, chcąc nagrywać audiobooki, macie już upatrzonych kilka tytułów. Zwróciłbym uwagę na dwie rzeczy: prawa autorskie i postać książki.

Jeśli chcemy publikować swoje nagrania w jakimś serwisie w internecie, musimy zadbać o to, by nikt nie pozwał nas o naruszenie praw autorskich. Pod tym względem albo będziemy pisać do autorów czy wydawnictw i zdobywać zgody, albo skupimy się na książkach autorów, którzy nie żyją od przynajmniej 70-ciu lat. W tym wypadku prawa autorskie wygasają i w miarę bezpiecznie możemy takie książki publikować.

Tajemnicza "postać książki" to zdecydowanie, czy czytamy książki papierowe, czy w postaci elektronicznej. Zdecydowanie polecam tę drugą możliwość, z przyczyn czysto praktycznych. Łatwiej nawigować po książce, nie trzeba walczyć ze stronami (które szeleszczą, zamykają się itp.), dodatkowo - jeśli czytamy z ekranu komputera czy tabletu - mamy załatwioną sprawę oświetlenia.

Głos

Na koniec musimy zadbać o głos. A może nawet szerzej - o siebie. Do czytania należy siadać w dobrym humorze, będąc wypoczętym. Bez stresu, że trzeba szybko, szybko książkę nagrać. No i bardzo ważna sprawa: nie należy się denerwować, zaś sama książka powinna nas interesować. Wierzcie lub nie, ale to jest słyszalne, czy lektor się wczuwa, czy tylko "leci" na złamanie kartu, klepiąc słowa byle tylko szybko dobrnąć do końca. Sam to słyszę w niektórych własnych nagraniach i pamiętam, że w tym czy innym fragmencie byłem już zmęczony czy zdenerwowany. Jeśli coś nie wychodzi, lepiej zrobić przerwę, przełożyć nagranie na później, opowiedzieć sobie dowcip, a przynajmniej przez chwilę głęboko pooddychać.

W trakcie nagrania warto popijać wodę (letnią), ale należy dbać, by usta nie były mokre. Odradzam kawę, bo po niej bardzo szybko wysycha i drapie w gardle. Ponoć dobrze działa zrobienie sobie i wypicie kogla-mogla, ale osobiście jeszcze nie próbowałem. Z czasów uczelnianych pamiętam, że jeden profesor polecał picie siemienia lnianego, ale też nie testowałem osobiście.

Nagrywamy

Dobrze, wszystko gotowe, książka przed nami, czas na nagranie!

Upewnijmy się, że mamy ustawiony odpowiedni poziom głośności nagrywania. Nie powinien być zbyt wysoki (bo nagramy przesterowania w trakcie głośniejszych fragmentów), nie powinien być też zbyt niski, bo po zgłośnieniu będzie słychać dużo szumu. Trzeba dobrać to eksperymentalnie - najlepiej nagrać ten sam fragment z kilkoma ustawieniami i w komputerze sprawdzić, który z nich jest tym najlepszym.

Czytamy niezbyt szybko, tak, jak byśmy komuś opowiadali czytaną historię. Jeśli się pomylimy, robimy pauzę i odczytujemy od początku całe zdanie (polecam nabyć "klikacz", który ułatwi nam później odszukanie pomyłek w trakcie obróbki). Dobrze jest stać podczas czytania - mamy wówczas lepszą emisję głosu, lepiej się dotleniamy i możemy nawet lekko gestykulować, co pomaga wczuwać się w czytany tekst (spokojnie, nikt nas nie widzi).

Z mojego doświadczenia wynika, że lepiej nagrywać kilka osobnych fragmentów (plików) niż jeden bardzo długi. Zwłaszcza że możemy wówczas zrobić sobie przerwę, popić wodę, pomachać rękami czy przewietrzyć pokój.

No i najważniejsza rzecz: SPRAWDZAJMY, CZY URZĄDZENIE NAGRYWA, zanim przeczytamy kilkanaście kartek do mikrofonu, który niczego nie rejestruje. To naprawdę bardzo praktyczna porada, bo kilka razy mi się już zdarzało tego zaniedbać. A nie ma nic gorszego, niż konieczność czytania tego samego jeszcze raz.

Co potem?

Po nagraniu koniecznie wykonajmy backup, czyli skopiujmy pliki na zapasowy dysk, pendrive'a czy wręcz na płytę CD-R. Dopiero później przystępujmy do obróbki.

Obróbka dzieli się na zgrubną (odszumianie, usuwanie błędnych fragmentów, stuków, ściszanie zbyt głośnych oddechów) i dokładną (korekcja, kompresja, usuwanie "esek", zgłaśnianie). Na koniec możemy zadbać o szczegóły w rodzaju czołówki, muzyki, efektów dźwiękowych (jeśli ktoś lubi, by audiobook stał się czymś w rodzaju słuchowiska radiowego). Po wszystkim tworzymy pliki wynikowe, które publikujemy.

A gdzie publikować? Są serwisy do publikowania nagrań, jak SoundCloud czy BandCamp, zwykle jednak mają ograniczenia na długość czy liczbę plików (w darmowych wersjach, komercyjne dają większe pole do popisu). Można też wrzucić pliki na Dropboksa czy Google Drive i publikować linki do nich. Ja na razie zdecydowałem się na YouTube'a, bo ma najmniej ograniczeń.

Być lektorem!

No i tyle moich wynurzeń. Jeśli miałbym wskazać najważniejszy element, to byłoby to miejsce nagrywania: naprawdę, to, czy w pomieszczeniu jest hałas i pogłos, ma KLUCZOWE znaczenie dla ostatecznej jakości materiału. Jeszcze rok temu popukałbym się w głowę, ale teraz wiem, ile daje adaptacja akustyczna, choćby i najprostsza. Znajdźcie zatem cichy zakątek i... nagrywajcie!

piątek, 6 grudnia 2019

[T] Accusonus ERA4

No i proszę, ledwo się zarzekałem, że już nie potrzebuję żadnych pluginów, a trafiłem na pakiet ERA4 firmy Accusonus. Słyszeliście o nim? Nie? No to posłuchajcie.

To generalnie pakiet do walki z wszelkimi "zanieczyszczeniami" w dźwięku. Szumy? Eski? Głoski wybuchowe? Żaden problem - no, przynajmniej tak zapewnia producent. A jak jest w praktyce?

Pakiet składa się z sześciu (wersja standardowa) lub ośmiu (wersja profesjonalna) wtyczek, przy czym wersja profesjonalna zapewnia dodatkowy de-esser i wtyczkę "uniwersalną", połączenie odszumiacza z usuwaczem pogłosu.

ERA D

Jest to właśnie owa "uniwersalna" wtyczka, w której jednocześnie usuwamy szum i pogłos. Nachodziło mnie pytanie, po co dołączać coś takiego do pakietu, który zawiera odszumiacz i usuwacz pogłosu jako osobne wtyczki? Okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda. Otóż samodzielne wtyczki możemy połączyć tylko szeregowo - to znaczy, że albo najpierw odszumiamy, a później usuwamy pogłos, albo odwrotnie. Tymczasem ERA D ma możliwość pracy równoległej obu algorytmów. Wprawdzie trudno jest mi ocenić rzeczywistą skuteczność, ale wydaje się (efekt placebo?), że faktycznie daje to nieco lepszy efekt niż dwie wtyczki stosowane jedna po drugiej. Pytanie tylko, dlaczego ERA D nie zawiera wszystkich wtyczek z pakietu albo nie jest jakimś rackiem, w którym można by je poustawiać i skonfigurować?

De-Esser Pro

Jest to ta bogatsza wtyczka, pomagająca w walce z sybilantami. Ma zdecydowanie więcej ustawień i dodatkowo widać w niej (na przebiegu fali dźwiękowej), które fragmenty są uznawane za niepożądane. Pomaga to skonfigurować narzędzie tak, by nie przesadzić z przetwarzaniem, co prowadziłoby do specyficznego seplenienia. Skuteczność oceniam na niezłą i chyba większą, niż zazwyczaj używany przeze mnie Waves De-Esser.

De-Esser

Tu się nie będę rozpisywał. To jeden z pozostałych pluginów, które mają maksymalnie uproszczony interfejs użytkownika. Duże pokrętło siły działania i drobne kontrolki, lekko dopasowujące otrzymywany efekt. Działa nadspodziewanie dobrze.

De-Clipper

Ta wtyczka bardzo mnie zaciekawiła, bo jest to usuwacz przesterowania. Jeśli mamy sygnał, który został przycięty ze względu na zbyt dużą głośność, De-Clipper powinien sobie poradzić. Niestety, zawiodłem się - tutaj cudów nie ma. Przesterowanie to przesterowanie. Owszem, były fragmenty, gdzie wtyczka jakoś tam dała radę, "zaokrąglając" dźwięk tak, że prawie nie było słychać przycięcia, ale w większości wypadków - rady nie dała.

Noise Remover

No, muszę powiedzieć, że z kolei ta wtyczka zaskoczyła mnie pozytywnie. Jak na tak ubogie ustawienia, działa nadzwyczaj sprawnie. Wprawdzie, gdy zakłócenia są duże, pozostaje troszkę metalicznych artefaktów, ale te da się usunąć bramką szumów.

Plosive Remover

To chyba największe pozytywne zaskoczenie. Zawsze myślałem, że z głoskami wybuchowymi nie da się skutecznie walczyć. Wszelkie "pe" i "ky", będące wynikiem braku pop-filtra, w zasadzie albo skazywały nagranie na skasowanie, albo wymagały mnóstwa pracy z zaznaczaniem, ściszaniem i tak dalej. A tu proszę: wtyczka działa i wszelkie wykryte głoski są sprowadzane do normalnego, akceptowalnego poziomu.

Reverb Remover

Mam już dwie tego typu wtyczki: Acon Deverberate oraz SPL De-Verb Plus. Ratowałem się nimi, gdy jeszcze nie miałem zaadaptowanego pokoju i efekty, zwłaszcza w przypadku Reverberate, były jako-takie (w przypadku SPL - mizerne). Od biedy można było przymknąć oko na degradację sygnału - przynajmniej wówczas tak myślałem. Teraz nie używam, chyba że muszę ratować nagranie dokonane w kuchni czy łazience. Reverb Remover umieściłbym gdzieś pomiędzy tymi dwiema wtyczkami - jest łatwy w obsłudze jak SPL, a efekty momentami daje jak Deverberate. Tak czy owak - to wtyczka stosowana w "ostatecznej ostateczności".

Voice Leveler

No i na koniec wtyczka, która - generalnie - służy do pogłośnienia sygnału i działa trochę jak kompresor, a trochę jak kontroler głośności. Mnie zaciekawił przełącznik Breath Control - myślałem, że to będzie coś w rodzaju usuwacza oddechów, coś w stylu Waves De-Breath. Może w zamyśle tak miało być, ale wyszło mocno tak sobie. Głośność - OK, ale usuwanie oddechów - mizeria.

I jak wrażenia?

Pakiet, jako całość, wypadł bardzo przyjemnie. Zadziwiające, jak sprawnie można zautomatyzować dobieranie parametrów tak złożonych w końcu algorytmów, by posługiwać się w zasadzie jednym pokrętłem! Oczywiście, są też minusy - jeśli wtyczka nie działa dobrze przy "inteligentnej" kontroli, nie da się pomyśleć "za nią" i ustawić parametrów ręcznie. Coś za coś.

Za to trochę zniechęca cena - wprawdzie obecnie, w "cybernetycznym tygodniu" jest obniżona o ponad 70%, ale to wciąż daje 99 dolarów (mam na myśli wersję standardową, profesjonalna, zawierająca ERA D i De-Esser Pro, jest o 200 dolarów droższa). Tak, dostajemy 6 wtyczek za cenę jednej (albo i połowy) porządnej (np. de-essera od FabFilter), ale i też nie mamy takiej kontroli jak w profesjonalnej wtyczce. Jeśli ten pakiet rzeczywiście w normalnych warunkach kosztuje ponad 350 dolarów, to jest to cena nieadekwatna do możliwości. Te 99 dolarów wydaje się już bardziej odpowiadać wartości pakietu. Ciekawym, czy po zakończeniu tych wszystkich promocji, związanych z końcem roku, producent rzeczywiście przywróci oryginalną cenę?

czwartek, 5 grudnia 2019

Reaper 6!

Właśnie ukazała się najnowsza, szósta już wersja Reapera, świetnego, lekkiego programu DAW. Jest to (przynajmniej dla mnie) dość spore zaskoczenie, bo nie śledzę zbytnio linii rozwojowej, a jeszcze trzy czy cztery dni temu instalowałem update do wersji 5.x.

Money, money, money

Z Reaperem sprawa jest nietypowa w porównaniu do całej reszty aplikacji typu DAW. Otóż "pełne" wersje Reapera, czyli 1, 2, 3, 4, 5, 6, ukazują się dość rzadko - dotychczasowa wersja 5 powstała w sierpniu 2015, czyli prawie 4 i pół roku temu. Co ciekawe, w ramach dwóch "pełnych" wersji legalni użytkownicy mają dostęp za darmo do wszystkich aktualizacji, a tych w przypadku Reapera jest multum - w zasadzie kolejne wychodzą co 2-3 tygodnie. Jest to zatem bardzo interesujący program dla budżetowych, domowych studiów nagraniowych - choć znam wiele osób, które używają go z powodzeniem do normalnej, zawodowej pracy. Płaci się raz na parę lat i ma się ciągle aktualizowany program.

W przypadku pozostałych producentów, można spotkać się dwoma innymi modelami: każda ważniejsza aktualizacja jest płatna (np. z 7 na 7.5) albo obowiązuje model subskrypcyjny, czyli płacimy za cały rok czy miesiąc używania aplikacji i wszystkie aktualizacje, pojawiające się w ciągu tego czasu mamy gratis (wyjątkiem jest FL Studio, bo tu płaci się raz, a wszystkie kolejne wersje są darmowe). Zaznaczyć przy tym należy, że Reaper jest tańszy niż wszystkie "duże" DAWy, bo licencja dla kogoś, kto zarabia na muzyce mniej niż 20 tysięcy dolarów rocznie wynosi... 60 dolarów. Przypomnę, że to jest jedyna opłata na kilka lat. Taki - dajmy na to - Steinberg kasuje tyle (albo i więcej) co roku za każdy większy update, zaś roczna subskrypcja Bitwiga to koszt 169 dolarów.

No dobrze, wiemy zatem, że przejście z wersji 5 na 6 będzie nas kosztowało 60 dolarów lub nic (zależy, czy kupiliśmy wcześniej wersję 4 czy 5). Czy warto? Co nowego oferuje najnowsza wersja?

Nowości

Lista nowych rzeczy wyszczególniona jest na stronie producenta i jak wszystko związane z Reaperem, jest dość "techniczna". Wybiorę z niej zatem kilka ciekawostek.

W pierwszej kolejności zmienił się wygląd. I nie mam tu na myśli tylko kolorów, ale w ogóle wygląd kontrolek - ścieżki czy klipów. Zwłaszcza panel ścieżki wygląda teraz nad wyraz elegancko i czytelnie.

Po drugie, program zapamiętuje teraz pozycje okienek modalnych (czyli takich, w których trzeba wykonać pewną akcję, bo bez tego nie można wrócić do głównego okna programu). Jest to bardzo przydatne dla osób, które pracują z wieloma wyświetlaczami - możemy sobie teraz ustalić, na którym ekranie mają się wyświetlać takie okna.

Poprawiono wydajność: obsługę wielu wątków, automatyczne zamykanie nieużywanych, a otwartych plików, możliwość wczytywania obrazów plików dźwiękowych do pamięci (żeby nie tworzyć ich za każdym razem, odczytując plik z dysku). Generalnie nie mam pod ręką żadnych rozbudowanych sesji w Reaperze, żeby te zapewnienia zweryfikować, wypada wierzyć na słowo.

Ciemne strony

Do Reapera przylgnęła łatka narzędzia budżetowego, który dzięki niskiej cenie i długiemu okresowi próbnemu może poratować co biedniejszych producentów muzyki, którzy potem przesiądą się na "poważne" aplikacje. Jest to opinia delikatnie rzecz biorąc krzywdząca, bo osobiście nie widzę jakichś dużych braków w narzędziach do pracy nad muzyką - owszem, w pewnych bardziej specjalizowanych zastosowaniach (np. montaż wielokanałowego dźwięku do filmu) są pewnie lepsze narzędzia, ale z punktu widzenia zwykłego użytkownika Reaper ma według mnie jedną wadę: zbytnią "techniczność". Rozumiem przez to szpikowanie i interfejsu, i dokumentacji różnymi technicznymi nazwami - co robi w opisie nowości taki opis: "add MIDI_GetCCShape, MIDI_SetCCShape"? Kto zrozumie "replace tcp.dragdropchild with tcp.dragdropinfo [indent_sibling_track indent_child_track]"? Co gorsze, w samym programie też jest sporo takich kwiatków, które sprawiają, że muzycy, którzy nie są programistami, mogą czuć się przytłoczeni.

Za to, gdy przywykniemy już do Reapera, w innych programach będzie nam brakowało jego elastyczności - np. tego, że praktycznie każda kontrolka, pokrętło, miernik itp. posiada własne menu kontekstowe i zwykle daje się skonfigurować zgodnie z potrzebami użytkownika.

No to warto czy nie?

Moim zdaniem warto, bo dla obecnych użytkowników jest to możliwość korzystania ze świetnego programu przez kolejne lata. Dla nowych - możliwość korzystania ze świetnego programu przez kolejne lata (ha, ha). A poważniej, nawet jeśli przesiądziecie się kiedyś na któryś z popularniejszych programów w rodzaju Cubase czy Ableton, Reaper pozostanie doskonałym rozwiązaniem do robienia małych, szybkich projektów. Dla porównania: start Cubase'a na moim stacjonarnym komputerze trwa ok. 1,5 minuty, po czym trzeba koniecznie utworzyć projekt, żeby w ogóle wejść do programu. To samo w Studio One, choć ono uruchamia się nieco szybciej, bo tylko około minuty. Reaper w 15 sekund, a jeśli go zamkniemy i uruchomimy ponownie, zajmie mu to niecałych 5 sekund (wszystkie pomiary przeprowadzane na dysku SSD!). W dodatku możemy od razu pracować, a efekty tylko wyrenderować bez tworzenia żadnego projektu! Do szybkiego scalenia kilku plików dźwiękowych z jednoczesnym okraszeniem ich jakimiś efektemi - idealna sprawa!

niedziela, 1 grudnia 2019

Czarny piątek - kompletne nasycenie

I tak oto powoli kończy się szaleństwo czarnego piątku i cybernetycznego poniedziałku. I tym razem - beze mnie.

Nie można wprawdzie narzekać na brak atrakcyjnych okazji: były i duże obniżki od iZotope, i ścięcie cen przez Native Instruments, tradycyjne promocje od Waves, ba, w tym roku popisały się nawet FabFilter i U-he, które bardzo rzadko przyłączały się do czarnopiątkowych obniżek.

No i co? No i nic. Przeglądałem te oferty, i owszem, zwłaszcza że moja skrzynka została wręcz zasypana atrakcyjnymi promocjami (co zresztą poskutkowało w niektórych przypadkach anulowaniem subskrypcji newsletterów). Niemniej nie trafiłem kompletnie na nic, czego jakoś pilnie bym potrzebował do pracy z dźwiękiem czy muzyką. Instrumenty? W zasadzie przydałby się tylko Thrill, ale to raczej generator efektów. Oczywiście, fajnie byłoby mieć pełny pakiet od Spitfire czy EastWest, ale i tak jestem za słaby (muzycznie), by je sensownie wykorzystać. Efekty? W zasadzie mam wszystko - kompresory, korektory, pogłosy, delaye i tak dalej, i tak dalej. Wprawdzie korci pogłos od FabFilter, ale to już byłaby fanaberia. DAWy? No, proszę Was!...

W związku z powyższym, zamiast kupować jakiś kolejny "cyfrowy grat", wydałem 20zł na kurs obróbki wokalu. I to się nazywa promocja!

Najnajnaj 2019

W zeszłym roku zdarzyło mi się popełnić post, traktujący o moich naj-i-ulubionych instrumentach, efektach i innych programistycznych cudeńkach, z których korzystam na codzień. Postanowiłem, że zaszło parę zmian, które warto zaznaczyć.

Instrumenty

Spectrasonic Omnisphere 2

Nadal najlepszy i nadal najczęściej używany, choć przyznam, że mam coraz większe obawy, że zawieszanie się Studio One przy współpracy z tym instrumentem nie jest tylko winą tylko produktu od PreSonusa. Po upgrade Cubase do wersji 10 Pro także zaobserwowałem dwa razy problemy właśnie podczas pracy z Omnishpere...

Generalnie jednak, jeśli chodzi o jakość dźwięku i uniwersalność, Omnisphere nie ma sobie równych.

Arturia V Collection, AnalogLab

I tutaj raczej nie będzie zmiany - wprawdzie pokazała się wersja 7, ale wnosi ona na tyle mało, a aktualizacja kosztuje na tyle dużo, że skórka niewarta jest wyprawki. W kategorii symulowanych brzmień starych instrumentów pakiet Arturii jest - w moich oczach - bezkonkurencyjny.

Native Instruments Battery 4

Mimo ukazania się pakietu Native Instruments Komplete 12, ja ciągle używam sobie "jedenastki", a co za tym idzie, także Battery 4 (choć, nawiasem mówiąc, Komplete 12 wcale nie zawiera wersji 5). To ciągle mój ulubiony moduł perkusyjny, łatwy w obsłudze, prosty - po prostu praktyczny i działający.

Modartt Pianoteq 6

To pierwsza zmiana w zestawieniu. Zamiast pakietu brzmień orkiestrowych zdecydowałem się umieścić Pianoteq 6, z dwóch powodów. Pierwszy jest oczywisty - okazuje się, że to z reguły pierwszy instrument, który wrzucam do każdego nowego projektu. Zwyczajnie brzmienie fortepianu jest dla mnie najwygodniejsze, jeśli chodzi o komponowanie - można opracować i melodię, i harmonię. Druga sprawa to kompaktowość tego konkretnego instrumentu - jest mały (objętościowo), więc wczytuje się szybko, a do tego modelowanie fizyczne stoi w nim na tak wysokim poziomie, że nie czuję absolutnie potrzeby stosowania innej wtyczki do brzmień fortepianowych.

Dmitry Sches Thorn 1.2

Divę zastępuje czarny koń, czyli Thorn, tym razem już w wydaniu od Plugin Alliance. Thorn wygrywa nawet nie tym, że ma całkiem porządny tor syntezy i stosunkowo prostą obsługę, ale wiele (naprawdę wiele!) razy po prostu mnie ratowała z opresji pt. "chcę takiego-a-takiego brzmienia". Zazwyczaj chodziło albo o jakiś fajny, wyrazisty bas, albo o sensowne, ładne brzmienie melodyczne, albo ciekawe "plumkanie" i... jakoś zawsze po przejrzeniu listy brzmień Thorna znajdowałem inspirujące brzmienie bazowe, które mogłem łatwo dostosować do oczekiwań.

Efekty

Tu nastąpiło chyba najwięcej zmian, co wynika pośrednio z faktu, że zajmowałem się mniej muzyką, a bardziej audiobookami, więc siłą rzeczy bardziej skupiałem się na efektach, a nie instrumentach.

Oeksound Soothe

Soothe zdecydowanie pozostaje w zestawieniu i chyba nieprędko z niego zniknie. To fantastyczna wtyczka i doceniam ją coraz bardziej, można wręcz powiedzieć: z każdym użyciem.

Oeksound Spiff

Obróbka głosu lektorskiego doprowadziła do tego, że wreszcie zacząłem używać Spiffa - i okazał się on fantastycznym remedium na walkę z transjentami i ostrym brzmieniem. Nie znalazłem nic lepszego w tym zakresie, zatem to Spiff ląduje w piątce najbardziej zasłużonych efektów.

Valhalla Room

Valhalla Room także wydaje się być zupełnie niezagrożona. Używam często i przy każdej okazji, kiedy chcę zastosować pogłos. Sprawdza się wyśmienicie i nie jest jakoś specjalnie zasobożerna.

FabFilter - C2, L2, Q3, G, Timeless 2

Od tego producenta mam całkiem sporo wtyczek: kompresor, limiter, korektor, delay, a nawet bramkę szumów. To właśnie ta ostatnia zaważyła, żeby potraktować cały pakiet jako jedną, bardzo silną pozycję na liście - jeśli jeszcze kiedyś rozbuduję listę tych wtyczek, to może tylko wzmocnić ich pozycję i nie wyobrażam sobie, żeby kiedykolwiek miało tu zabraknąć wtyczek FabFilter.

SoundToys PanMan

Nadal bardzo lubię i nie przestałem używać.

DAW

Tutaj jest przetasowanie, ale raczej takie nieśmiałe i niezdecydowane.

Cubase 10 Pro

Wersja Pro Cubase ma bardzo dużo do zaoferowania. A wersja 10.5 jeszcze więcej. Poprawiono nawet to, czym i tak Cubase się wyróżniał, czyli nagrywanie retrospektywne. Jako że traktuję Cubase równorzędnie ze Studio One, tym razem zestawienie wygrywa aplikacja od Steinberga.

Studio One 4.5 Professional

Wciąż w czołówce. Mój ulubiony DAW.

Cockos Reaper

Ten DAW to fenomen. Szybki, bezproblemowy i używam go do dorywczych prac, kiedy np. trzeba na szybko zmontować jeden plik z kilku składowych, dodać parę efektów i wyrenderować. Nawet nie trzeba tworzyć pliku projektu.

Bitwig 2.4

Używam tylko do testów, kiedy mam problem z jakąś wtyczką. Zwykle Bitwig okazuje się najbardziej stabilny.

FL Studio 20

A tej aplikacji już w zasadzie nie używam. Chyba, że muszę wczytać jakiś starszy projekt.

Inne narzędzia, niekoniecznie dźwiękowe

Tutaj odnotowuję jedną zmianę: podczas intensywnych prac nad audiobookami Acon Acoustica 7 został zastąpiony przez Steinberg WaveLaba 10 Elements. Chociaż zdarza mi się jeszcze odpalić Acoustikę, zwykle do szybkich prac "offline", czyli takich, gdy chcę przetworzyć plik dźwiękowy kilkoma efektami i zapisać tak zmieniony materiał do dalszych prac (zwykle w ten sposób odszumiam nagrania, bo moduł odszumiania w tej aplikacji daje bardzo dobre efekty). Total Commander - bez zmian popularny i używany namiętnie, Resonic Player - obecnie już sporadycznie, zastąpił go właśnie... Total Commander, który ma obecnie bardzo fajnie rozwiązane przeglądanie multimediów.

Podsumowanie

Widać, że następuje powoli pewna stabilizacja. Najbardziej cieszyłbym się, gdyby ostatecznie wyklarowała się sprawa DAW. Tak naprawdę WOLAŁBYM Studio One, bo bardziej odpowiada mi i wygląd, i workflow, i sposób działania pewnych funkcji. Cubase nadrabia jednak w innych miejscach, między innymi za sprawą technologii VariAudio, którą zamierzam poznać lepiej przy okazji nagrywania najbliższej płyty, a której obsługa wygląda dużo prościej niż zmagania z Revoice Pro. No i mam do programu Steinberga ogromny sentyment...

Natomiast liczę na to, że w kwestii wtyczek osiągnąłem już poziom docelowy. Wprawdzie kusi ciągle FabFilter Pro-R, czyli pogłos, ale Valhalla Room trzyma się mocno. Trudno jest mi sobie wyobrazić typ wtyczki, której nie miałbym choćby dwóch przedstawicieli do wyboru. Kompresory, korektory, pogłosy, de-essery, poprawiacze brzmienia (w rodzaju Soothe lub Gullfoss), limitery, bramki szumów, delaye - wszystko to mam i w większości w tych lepszych wersjach. Głodu więc nie ma tu żadnego.

Na przyszły rok prognozuję jeden jedyny zakup, o ile będzie w ogóle możliwy: uaktualnienie do Studio One 5. Pod warunkiem, że będą tam te funkcje, o których po cichu marzę. Czy tak się stanie? Zobaczymy.