czwartek, 2 kwietnia 2020

[G] Adam Gilmore - Draconus

Dziś ciąg dalszy nagrywania cudzej muzyki - jakoś łatwiej się do tego zebrać ostatnimi czasy, więc korzystam. Tym razem uległem naciskom Siostry Be, która namawia mnie na nagranie płyty z coverami muzyki z gier z "małego" Atari. Na razie o płycie nie może być mowy, bo mam tylko "Zybeksa", trzy części "Lasermanii" i "Freda", ale ziarnko do ziarnka...

Problem z tym zbieraniem utworów jest jednak inny - kończą mi się pomysły na kolejne covery. Nie kojarzę już zbyt wielu gier z Ataraka, z których muzyka wbiłaby mi się w pamięć tak, bym chciał ją ocalić od zapomnienia - może jeszcze Jet Set Willy?

Co do samego "Draconusa", to 30 lat temu miałem go na "małym" Atari, ale nigdy w niego nie grałem, bo po prostu moja kopia się nie uruchamiała. Znałem za to muzyczkę i już kojarzyłem, że to tego samego Adama Gilmore'a, co "Zybex". Jakiś czas temu, kiedy popróbowałem grać w różne gry na emulatorze, włączyłem i "Draconusa" - ale niestety, gra zupełnie mi nie podeszła i wydała się przeraźliwie nudna.

W mojej wersji pominąłem drugą część utworu, która jakoś nigdy mi nie pasowała do bardzo fajnego początku. Stąd utwór ma niecałe 2 minuty - ale to w końcu mój wybór, a z dwojga złego, lepiej odczuwać niedosyt niż przesyt.

Zapraszam zatem do słuchania, a nuż się komuś moja wersja spodoba:

wtorek, 31 marca 2020

Muzyczka na zamówienie

Dzisiaj chciałbym opisać, jak to dostałem od Siostry Be zamówienie na muzykę. A raczej muzyczkę, taką krótką, do czołówki nowego programu pt. "Literackie ciekawostki". Nie dostaję takich zamówień dużo (wcale?), więc się ucieszyłem, bo to zawsze coś świeżego.

Godzina

Dysponując w miarę wolną godziną (reszta rodziny oglądała w tym czasie drugą część "Pierścienia i róży"), siadłem do Cubase'a i zacząłem dumać. Do głowy przyszła mi myśl, by skorzystać z napisanego dopiero co programu "Chorder" i stwierdziłem, że jeśli mam mieć z niego pociechę, to dlaczego nie. Uruchomiłem i już za pierwszym razem dostałem całkiem ciekawy początek. To nie było jeszcze "to", ale błyskawicznie złapałem pomysł i dalej potoczyło się to bardzo szybko.

Założenia Siostry Be były takie, że ma powstać krótka (15 sekund) muzyka do czołówki programu, który nie będzie programem bardzo serio. Czyli muzyka raczej wesoła, choć nie głupkowata, lekka i zachęcająca do oglądania. Raczej odpadały ciężkie motywy "trailerowe", z bębnami i orkiestrą oraz rozmarzone plumkania na fortepianie.

Początkowo chciałem zrobić prostą aranżację na organy B-3 i nawet mi się to spodobało, bo w zasadzie nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek w ostatnich latach wykorzystał tego rodzaju brzmienie. W ciągu kwadransa miałem gotowy główny motyw i rytm, ale ciągle wydawało mi się to troszkę zbyt mało:

 

Podumawszy chwilę, dodałem drugi głos grający motyw, ale tym razem na dzwonkach, zwanych potocznie cymbałkami. O, teraz melodia stała się wyraźniejsza i bardziej wpadająca w ucho. Może dodać więc czegoś "w środku", żeby wzmocnić puls? Fajna byłaby gitara... To może gitara?

I kiedy po trzech kwadransach słuchałem prawie gotowej muzyczki, tknęło mnie, że brakuje jeszcze "dołu". Wrzuciłem więc dodatkową ścieżkę z Trilianem i uzupełniłem organowy rytm lewej ręki. Basistą wprawdzie nie jestem, ale wydaje mi się, że nie brzmi to tragicznie.

Po godzinie

Po godzinie dysponowałem zatem czymś, co dało się wysłać Siostrze Be do przesłuchania. No i spodobało się! Siadłem więc ponownie do utworu i go troszkę "dopieściłem" oraz zmiksowałem należycie. Finalną postać możecie usłyszeć w czołówce pierwszego odcinka "Literackich ciekawostek", do obejrzenia którego serdecznie zachęcam (nie tylko ze względu na mój niewielki wkład).

Dodatkowo Siostra Be namówiła mnie do nagrania dwóch "stingów", czyli krótkich fragmentów dźwiękowych do oddzielania poszczególnych ciekawostek w trakcie trwania filmu. Efekt końcowy możecie sprawdzić tutaj:

niedziela, 29 marca 2020

[T] Arturia V Collection 7

Korzystając z promocji firmy Arturia, zaktualizowałem posiadaną wersję 6 V Collection do "siódemki". Co w niej nowego i czy warto?

Może jeszcze zanim o konkretach, słowo wyjaśnienia dla tych, którzy z V Collection nie mieli jeszcze do czynienia. Jest to obecnie zestaw 24 "klasycznych" instrumentów elektronicznych (+ fortepian), które są zrealizowane na zasadzie modelowania fizycznego. Różnią się tym samym od kolekcji IK Multimedia Syntronik oraz UVI Vintage Vault, które bazują na brzmieniach próbkowanych, a co za tym idzie, dają też całkiem nowe możliwości w dziedzinie rozbudowy funkcjonalności emulowanych instrumentów (jednym słowem, emulacje Arturii potrafią - opcjonalnie - sporo więcej, niż ich protoplaści).

Nowe instrumenty

Nowa wersja V Collection dorzuca do znanych wcześniej 21 modeli 3 nowe: Synthi, CZ oraz Mellotron, znacznemu unowocześnieniu poddając także istniejący wcześniej B-3. Oczywiście w pakiecie otrzymujemy także nową, czwartą wersję Analog Laba, który jest swego rodzaju "przeglądarką" dla zgromadzonych w pakiecie ponad ośmiu tysięcy (!) presetów.

Synthi

Synthi emuluje dość stary syntezator EMS VCS3 z 1969 roku. To - jak się domyślam - prawdziwa gratka dla wielbicieli syntezatorów modularnych - główną część bowiem zajmuje specjalna matryca, w której ustawiamy, co i na co ma wpływać. Uzyskiwane brzmienia są prawdziwie "kosmiczne", choć przyznam, że akurat do mojego typu muzyki niespecjalnie przystają, przynajmniej takie na razie mam wrażenie. Przyznam też szczerze, że tego typu instrumenty prawdziwie mnie onieśmielają wielością gałek i tym, jak co na co działa...

CZ

To emulacja Casio CZ-101, odpowiedzi z roku 1985 firmy Casio na słynną i dziś już "kultową" Yamahę DX7 (zresztą również dostępną w ramach emulacji w V Collection). Modele CZ oferowały unikalny rodzaj tworzenia dźwięku i jeśli mam być szczery, bardziej mi się podoba ten rodzaj brzmienia od DX7.

Mellotron

Ten instrument to w ogóle ewenement, bo jego działanie opierało się na odtwarzaniu poszczególnych brzmień z... taśm. Każdy klawisz miał osobną taśmę z nagranym dźwiękiem (a raczej trzema brzmieniami dźwięku o tej samej wysokości), a naciśnięcie klawisza powodowało odtwarzanie tego dźwięku - czyli było to coś w rodzaju zespolonych 35 magnetofonów. Dziwne, ale działało. I do dzisiaj dźwięk z mellotronu jest... no, charakterystyczny. Mnie się podoba - wcześniej jakoś omijał mnie kontakt z emulacjami tego konkretnego instrumentu.

Inne nowości

Użytkownik może cieszyć się ponadto specjalnym zestawem 800 brzmień o nazwie Synthopedia, uporządkowano interfejs Analog Laba (łatwiej nawigować po ogromnej bazie presetów), do chyba wszystkich instrumentów pojawiły się też samouczki, bo może być przydatne przy pierwszym kontakcie z oprogramowaniem. Mnie osobiście cieszy (obecna już wcześniej) bardzo dobra integracja Analog Laba i V Collection ze sterownikiem KeyLab, którego używam. Bardzo przyjemnie używa się tego zestawu.

W sumie nie jest to nowość, ale może nie każdy o tym wie, że z wszystkich instrumentów pakietu można korzystać zupełnie samodzielnie - nie potrzebujemy uruchamiać programu DAW, tylko sam instrument i... gramy! Bardzo przydatne, jeśli chcemy sobie tylko niezobowiązująco "poplumkać".

Podsumowanie

Czy warto zatem rozbudować posiadaną wersję szóstą czy piątą? Wszystko zależy, czy pasują nam nowe modele syntezatorów. W moim przypadku zaważył CZ, ale i Mellotron potrafi zainspirować. Do tego "presetowcy" będą w siódmym niebie - samo przesłuchanie 8000 przygotowanych brzmień pochłonie ich na długie godziny.

W promocji - wydaje mi się, że warto (do 7 kwietnia upgrade jest o połowę tańszy niż normalnie). Przy normalnej cenie - chyba bardzo mocno bym się zastanowił.

środa, 25 marca 2020

[T] UVI Drum Designer

Moją podstawową maszyną perkusyjną jest obecnie Groove Agent od Steinberga, jednak w zeszłym roku udało mi się w bardzo promocyjnej cenie zdobyć także UVI Drum Designer. Do tego tekstu zabierałem się długo, bo i nie używam tej wtyczki tak często jak tego początkowo oczekiwałem. Nie brzmi to zachęcająco? Nie jest na szczęście tak źle - zapraszam do dalszej lektury.

Skąd ten Drum Designer?

Drum Designer pojawił się dość nieoczekiwanie jesienią ubiegłego roku i jest propozycją firmy UVI na dość zatłoczonym rynku maszyn perkusyjnych. Można ją uruchomić wewnątrz "flagowca" od UVI, czyli Falcona, ale można się też posłużyć darmowym UVI Workstation, z czego osobiście korzystam. Co w niej takiego ciekawego, że warto się jej przyjrzeć bliżej?

Mnie urzekła przede wszystkim prostota. Na tle niezwykle "barokowego" Groove Agenta ta aplikacja prezentuje się niezwykle skromnie. Jednocześnie ma bardzo zaawansowane możliwości, tyle tylko, że są one dostępne dopiero na wyraźne życzenie użytkownika. A jest tych możliwości cała masa.

Jak używać?

Drum Designer, tak jak Groove Agent, jest nie tylko instrumentem odtwarzającym próbki, ale także prostym sekwencerem. Nie ma tu jednak padów, tylko osiem slotów - dla "stopy", dwóch werbli, "klapa" i czterech "talerzy". Sekwencer daje dostęp do 4 "stron", a na każdej stronie można zaprogramować kompletne ścieżki dla każdego instrumentu, przy czym możemy programować nie tylko uderzenia, ale także panoramę, wysokość dźwięku i echo (delay). Co więcej, i tak dla każdego instrumentu w ramach miksera możemy ustawiać te parametry (+ pogłos). Mamy też pokładowe efekty - kompresor, korektor, delay i pogłos.

Najciekawiej robi się jednak, kiedy wejdziemy w ustawienia poszczególnych brzmień. Każde z nich może się składać z maksymalnie czterech elementów - czyli np. brzmienie werbla możemy sobie złożyć nawet z czterech próbek. Dodatkowo dla brzmienia można regulować jako całości oraz dla poszczególnych składowych znów można regulować wysokość, filtry, delay, a także obwiednię. Możliwości obróbki danego brzmienia zależą od jego charakteru (inny zestaw parametrów ma "stopa", a inny "talerze").

Co boli najbardziej?

W sumie jedyną bolączką - jak dla mnie - tego instrumentu jest fakt, że nie da się zaimportować do niego własnych próbek. Ma on oczywiście bardzo bogatą bazę "gotowców", co w połączeniu z możliwościami edycji w zasadzie powinno każdemu wystarczyć, ale mam nadzieję, że w kolejnych wersjach autorzy pomyślą jednak o tym, żeby móc wykorzystać także własne sample.

Podsumowanie

UVI Drum Designer to bardzo dobry instrument. W tym, do czego został zaprojektowany, jest świetny i w zasadzie mógłbym korzystać z niego, zamiast z Groove Agenta, ale... Brakowałoby mi możliwości wykorzystania własnych próbek (oraz całych pętli!), brakowałoby też możliwości mapowania różnych dodatkowych próbek pod pady w kontrolerze Arturii. Z drugiej jednak strony, nigdy nie mów "nigdy"...

Chorder

Postanowiłem ostatnio połączyć miłe z pożytecznym i stworzyłem sobie program, rozwiązujący wiele problemów niewyedukowanego muzyka. Program jest bardzo prosty i w zasadzie większość DAWów ma w sobie podobne narzędzie, może więc powstać pytanie, po co pisać to po raz kolejny. Miałem w tym swój zamysł, a było to praktyczne zapoznanie się z teorią skal i budowania akordów - i powiem Wam, że rzeczywiście, konieczność zaimplementowania tych w zasadzie matematycznych algorytmów bardzo mi rozjaśniła w głowie. No, a teraz, żeby móc coś na szybko sprawdzić, nie muszę uruchamiać "ciężkiego" programu DAW.

Więcej informacji o programie i jego powstawaniu znajdziecie tutaj, zaś chętni mogą pobrać program stąd, jest to archiwum jar, do uruchomienia którego potrzeba Javy w wersji przynajmniej 8 (1.8).

wtorek, 24 marca 2020

[G] Brad Fiedel - Terminator 2

No, tym razem coś nie z serialu - czyli temat przewodni z jednego z moich ulubionych filmów sci-fi, czyli Terminator 2: Dzień sądu (dacie wiarę, że ten film ma już prawie 30 lat?).

Kompozytor - Brad Fiedel, wersja moja; zapraszam do słuchania i dzielenia się uwagami:

niedziela, 22 marca 2020

[G] Andrzej Kurylewicz - Lalka

Ledwo co nagrałem "Pieśń o Małym Rycerzu", a już mnie wzięło na kolejny cover, również z polskiego serialu. Tym razem chodzi o utwór Andrzeja Kurylewicza, otwierający każdy odcinek "Lalki" w reżyserii Ryszarda Bera, z trójką wspaniałych aktorów w głównych rolach: Małgorzatą Braunek, Jerzym Kamasem i Bronisławem Pawlikiem.

Starałem się w miarę możliwości i umiejętności trzymać oryginału:

sobota, 21 marca 2020

[G] Wojciech Kilar - Pieśń o Małym Rycerzu

Strasznie mnie wczoraj "męczył" ten utwór - aż pomyślałem, dlaczego by nie spróbować go odtworzyć? I to spowodowało, że wieczór spędziłem przy Cubase, pracowicie przenosząc ze słuchu kompozycję nieodżałowanego Wojciecha Kilara, która niegdyś okrutnie rozpalała moją dziecięcą wyobraźnię. Ech, pędzić jak ten Michał Wołodyjowski na pohańców, machać szabelką i wzbudzać ten prześliczny uśmiech u Baśki!... No!

No i nagrałem. I łudzę się, że nie wyszło tragicznie, chociaż pewnie jeszcze będę przerabiał i kombinował, jak to ja. Ale póki co, możecie posłuchać!

A dla fanów BandCamp:

niedziela, 15 marca 2020

Genesis Pro - król jest nagi?

Jakiś miesiąc, półtora miesiąca temu w miejscach odwiedzanych w internecie przez muzyków pojawiła się elektryzująca informacja: oto Ummet Ozcan (o którym dowiedziałem się wówczas po raz pierwszy, przyznaję) postanowił stworzyć nowy, rewolucyjny i najlepszy syntezator VST, a co więcej - sprzedawać go za szaloną cenę 1 euro! Rozpoczęła się wielka akcja pompowania balonika - Ummet publikował filmiki, pokazujące grę na nowym instrumencie i prezentujące brzmienia (przyznać trzeba, że całkiem niezłe), a ludzie się nakręcali, jaki to zaraz dostaną świetny produkt (i to za grosze!)

Potwór Frankensteina

Zacząłem mieć wątpliwości od strony informatycznej, kiedy strona Ummeta nie wytrzymała po raz pierwszy, w momencie ogłoszenia, że można się zapisywać do newslettera. No, ale zgoda - rzeczywistość przerosła oczekiwania, ludzie się nakręcili i bombardowali nieprzygotowany do takiego obciążenia serwer. Zdarza się, zwłaszcza na początku.

Druga wątpliwość naszła mnie, gdy przeczytałem, że Genesis Pro ma wyjść tylko jako 32-bitowy VST. W 2020 roku? Hm... podejrzane. Dlaczego autor zdecydował się na taki krok? Odpowiedź okazała się prosta. Ummet nie jest programistą, zaś Genesis Pro został "wyklikany" w jednym ze środowisk do tworzenia własnych wtyczek - Synth Edit. A że Synth Edit był w wersji 32-bitowej, to i Genesis Pro jest taki. Płynie stąd smutny wniosek, że zwyczajnie wersji dla Maka i dla sześćdziesięciu czterech bitów NIE BĘDZIE. Chyba, że Ummet wykupi licencję na 64-bitową wersję Synth Edita.

No i nadszedł czas premiery. Oczywiście, zgodnie z przewidywaniami, serwer nie wytrzymał obciążenia i błąd numer 500 pokazywał się aż do południa. Postanowiłem bowiem odżałować ten 1 euro i przyjrzeć się z bliska muzycznej rewolucji, która ma wywrócić rynek do góry nogami, jak to zapowiadał twórca. W końcu udało się, a ważący 600MB (sic!) instalator znalazł się na moim dysku.

Czy Genesis Pro daje radę?

Z uruchomieniem syntezatora miałem niejaki problem, bo w zasadzie do współpracy udało mi się zmusić tylko Reapera oraz FL Studio (obie te aplikacje obsługują jeszcze wtyczki 32-bitowe). Kłopot w tym, że nie wyświetlało się okno syntezatora. Po dłuższej chwili okazało się, że DAW trzeba uruchamiać jako administrator, inaczej instrument nie działa... No cóż.

Koniec końców jednak niezawodny Reaper dał radę wyświetlić Genesis Pro i można było zacząć przesłuchiwać dostępne presety, demonstrujące potencjał nowego giganta rynkowego. Cóż można powiedzieć - brzmienia same w sobie są dość imponujące, ale zdecydowanie większe wrażenie zrobiła na mnie swego czasu Diva, więc o jakiejkolwiek rewolucji nie ma tutaj mowy. Firmowych presetów jest zaledwie 128, więc nie ma rady, trzeba "wykręcać" własne.

Budując nowe brzmienie, możemy się zdecydować na pracę z dwoma normalnymi oscylatorami (o standardowych przebiegach), z jednym oscylatorem normalnym, a jednym "samplowanym" oraz na swego rodzaju combo złożone z czterech ustalanych niezależnie przebiegów. Do tego mamy zaledwie 2 generatory wolnych przebiegów (LFO) oraz raczej standardowe obwiednie i filtry, wzbogacone o efekty i skromniutką "matrycę", gdzie możemy wskazać, że np. aftertouch ma mieć wpływ na wysokość dźwięku (czy na inny parametr oscylatora lub modulatora). No i to tyle.

Z ciekawych rzeczy wyszukałem X-Gen Tone Generator, który pozwala generować losowo brzmienia w trzech różnych kategoriach: soft tone, hard tone i plucked tone, co czasem nawet daje ciekawe wyniki, więc leniwi mogą klikać i sprawdzać, aż program sam nie wylosuje im czegoś ciekawego.

Podsumowując tę część: nie jest to, oczywiście, żadna rewolucja i istnieje całe mnóstwo równie ciekawych, a może i ciekawszych darmowych syntezatorów. W dodatku takich, które działają w środowisku 64-bitowym i na Makach. Balonik pękł więc z hukiem...

Kopiąc leżącego

Na domiar złego (32 bity, konieczność uruchamiania DAW z prawami administratora), Genesis Pro jest bardzo słabo zoptymalizowany (zgaduję, że w ogóle, bo został zwyczajnie wygenerowany). Nie robiąc nic, tylko wyświetlając się na ekranie (nie wydając żadnego dźwięku!), program "zjada" nawet 10% procesora, zajmując 600MB w pamięci. Każda kolejna instancja zabiera tyle samo, więc jeśli chciałbym zrobić sobie gęstą aranżację, to niestety, bardzo szybko doszedłbym do granicy. Co gorsza, gdy instrument już zacznie grać, bardzo szybko okazuje się bardziej procesorożerny niż wspomniana już Diva, a to wyczyn nie lada. W dodatku na moim komputerze przy buforze 256 wyzwalanie dźwięków powodowało powstawanie trzasków - tego nie robi nawet Diva.

Podsumowując

Po raz kolejny okazuje się, że marketing wygrał z pragmatyką. W obecnej postaci Genesis Pro jest tylko ciekawostką, bo według mnie nie ma niczego, co by uzasadniało wybranie go jako np. głównego instrumentu. Wszystko ma standardowe (może poza generatorem losowym), za to wymagania sprzętowe takie, że ho, ho! Najgorsze, że aby się pozbyć mankamentów tego syntezatora, trzeba by go po prostu NAPISAĆ od podstaw (podejrzewam, że nawet 64-bitowa wersja Synth Edita nie optymalizuje kodu). Wtedy - jestem pewien na 100% - działałby szybciej, wydajniej, a dodatkowo łatwiej byłoby go dostosować do innych platform. Może Ozcan ma taki plan - ja dołożyłem cegiełkę i będę teraz obserwował rozwój (jeśli taki nastąpi). Może faktycznie zgromadzi się jakaś grupka fascynatów i przerobi Genesis Pro tak, by pasował do buńczucznych haseł reklamowych?...

czwartek, 27 lutego 2020

Praca z instrumentem

Przygotowałem ostatnio przewody audio i podłączyłem moje porastające kurzem instrumenty do komputera. Naturalnie, że były podłączone także wcześniej, ale tylko za pomocą interfejsu MIDI, czyli były wyłącznie klawiaturami sterującymi. Teraz ma się to zmienić, bo chcę sprawdzić inny sposób pracy.

Natchnął mnie do tego DoctorMix, a konkretnie założyciel kanału, Claudio Passavanti. Publikuje on co jakiś czas filmiki, na których rekonstruuje stare, bardzo znane przeboje (np. motyw przewodni z "Gliniarza z Beverly Hills"). Robi to, używając syntezatorów i nagrywając je (jako sygnał audio), ścieżka po ścieżce. Wychodzi to znakomicie, zwłaszcza że Claudio potrafi bardzo dobrze grać - tego ja, naturalnie, nie mam. Ale sam sposób pracy wydał mi się inspirujący - poza tym Korg Triton 76LE ma naprawdę ciekawe brzmienie, a i Juno G może byłby wreszcie wykorzystany.

No i tak sobie o tym dumam - na razie mam gotowe przewody, ale już wiem, że nie podłączę obu instrumentów na raz do Focusrite Claretta, muszę ściągnąć ze strychu Alesisa iO4 - po prostu brakuje torów wejściowych. Poza tym zamierzam (inaczj niż Claudio) nagrywać także komunikaty MIDI, tak na wszelki wypadek. Czy taki sposób pracy się sprawdzi? Trudno na razie przewidzieć, ale spróbować warto.

czwartek, 20 lutego 2020

Jak Groove Agent jednak wygrał z Battery

Używam Native Instruments Battery od bardzo dawna. To taki sprawny "odgrywacz" sampli (na ogół perkusyjnych), który zastąpił mi wszelkie Drumaxxy, Shreddage Drumsy i tym podobne wynalazki. Nawet Impact XT ze Studio One nie dał rady go "wygryźć". I oto stało się, że w poprzednim roku zacząłem używać nieco częściej Cubase - a w niego wbudowany jest Groove Agent 5 SE. No i się zaczęło.

Dlaczego Battery jest dobre?

Battery używam (czy używałem?), bo było okrutnie proste, a jednocześnie pozwalało na całkiem sporo. Już wyjaśniam: przede wszystkim dzięki Battery nareszcie jako tako "ogarnąłem" puchnącą kolekcję próbek perkusyjnych (których na chwilę obecną mam pewnie z kilkadziesiąt gigabajtów). W prosty sposób mogłem tworzyć swoje własne zestawy, zbierając różne próbki i przypisując je do określonych padów. Nic też nie stało na przeszkodzie, by wykorzystać jeden z kilkudziesięciu gotowych zestawów, nieco dopasowując go do własnych potrzeb.

Bo i w dopasowywaniu Baterry jest bardzo dobre. Oprócz tak oczywistych spraw, jak położenie w panoramie i głośność, da się dodać filtr, kompresor, pogłos, delay czy zmienić wysokość dźwięku. Bez problemu da się też zestaw przemapować, co - dobrze pamiętam - szalenie ułatwiło mi rewitalizację nagrań na płytę Flashback. Czego chcieć więcej?

A dlaczego Groove Agent jest lepszy?

Bo ma to, co Battery i jeszcze trochę więcej - nawet wersja SE, ja natomiast korzystam z wersji pełnej. Przede wszystkim daje dostęp do patternów, czyli z dźwięków pojedynczego zestawu można ułożyć sobie całe fragmenty - wypełnienia, zakończenia, różne warianty rytmiczne. I je też da się przypisać do padów i... nimi grać. Można także, oczywiście, przeciągać patterny bezpośrednio do programu DAW, dzięki czemu zawsze zachowujemy zapis MIDI (a jak uczy doświadczenie, nie należy zbytnio polegać na instrumentach i zostawiać wszystkiego w ich "wnętrzu").

Miłe dodatki

W Groove Agencie jest też nieco bardziej rozwinięta edycja próbek, włącznie z tym, że można rozdzielać brzmienia na część tonalną i "szumową", po czym osobno edytować im np. obwiednię. W obu wtyczkach dostępne jest korzystanie z wielu wyjść, dzięki czemu można osobno miksować poszczególne instrumenty zestawu perkusyjnego. Tutaj też przewagę ma Groove Agent, zwłaszcza jeśli korzystamy z niego wewnątrz Cubase'a - można bowiem jednym kliknięciem przenieść ustawienia kanałów z wnętrza pluginu na kanały w Cubase, łącznie z ustawieniami filtrów, kompresora, korektora itp.

Bardzo ciekawa jest także funkcja tworzenia próbek i patternów z gotowej pętli: dzielimy taką pętlę na "plasterki" i upuszczamy na okienko Groove Agenta. Ten wyciągnie z pętli poszczególne instrumenty, podmapuje je do padów, a dodatkowo stworzy od razu pattern, który będzie brzmiał praktycznie identycznie, jak źródłowa pętla (choć już będzie odtwarzany z pociętych kawałków). Stąd już tylko krok do podmiany niektórych brzmień na bardziej pasujące do naszej koncepcji i voila!, mamy nowy rytm.

Umarł król, niech żyje król!

Przyznam się, że ta cicha migracja z Battery do Groove Agenta odbyła się jakoś tak... naturalnie. Nie była to rewolucja, raczej powolna rezygnacja z Battery. Całkowita "transformacja" dokonała się w momencie, gdy w cubase'owym szablonie zastąpiłem Battery Groove Agentem.

Niemniej będę ciepło wspominał produkt Native Instruments - służył mi wiernie wiele lat i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zawiódł. Kto wie, może jeszcze do niego wrócę za jakiś czas?

wtorek, 11 lutego 2020

Ranking programów DAW

W dziedzinie programów cyfrowych stacji roboczych DAW od lat panuje dość duża różnorodność i w odróżnieniu od światka graficznego, gdzie bezapelacyjny prym wiedzie Photoshop, tutaj jest przynajmniej kilku liderów. Z jednej strony to dobrze, bo zwiększa wybór i każdy znajdzie coś dla siebie, biorąc pod uwagę zasobność portfela, umiejętności czy potrzeby. Z drugiej strony jednak aż takie szerokie spektrum dostarcza niemałych zgryzot właśnie tym wybierającym.

Problem zazwyczaj jest jeden: jak, nie mając doświadczenia i wiedzy, wybrać dla siebie coś odpowiedniego? FL Studio różni się dość znacząco od Cubase'a, ProTools to coś odmiennego niż naszpikowany modulacjami Bitwig, zaś Ableton Live stoi obok tańszego kilka razy, a przecież wciąż potężnego Reapera!

Stąd właśnie popularność wszelkiego typu zestawień, porównań i poradników, pozwalających dokonać choćby pobieżnej oceny. Osobiście mam do takich zestawień (w tym nawet własnych) mieszane odczucia - moim zdaniem nic nie zastąpi wypróbowania wersji testowych oraz przepytania znajomych muzyków o wykorzystywane przez nich aplikacje. A jeśli ktoś nie ma znajomych muzyków, powinien sprawdzić np. dostępność rzetelnych filmików instruktażowych na YouTube - chodzi o to, że zwłaszcza w pierwszym okresie będziemy potrzebować pomocy, bo programy DAW są na tyle złożone, że jak grzyby po deszczu będą pojawiać się pytania, jak zrobić tę czy inną rzecz.

Tak czy owak, z ciekawości przejrzałem parę w miarę aktualnych rankingów i mam tylko jeden wniosek: zdecydowanego lidera nadal brak. Rankingi, oczywiście, różnią się między sobą kolejnością, raz ten, raz inny program jest na szczycie. Zagregowałem i uśredniłem sobie wyniki z sześciu miejsc i wyszło dość niespodziewanie, że liderem takiego uśrednionego rankingu zostało... Presonus Studio One. Dlaczego? Wynika to z przyjętej metodologii: jako że mało kto podaje procentowe punkty, swoje punkty przyznawałem wyłącznie za numer miejsca w konkretnym zestawieniu. I Studio One właśnie dzięki temu, że rzadko wypadało z "podium", dało radę (minimalnie bo minimalnie) wyprzedzić takie tuzy jak Cubase, Logic X czy Ableton Live, które miewały wieksze wahnięcia.

  1. PreSonus Studio One
  2. Steinberg Cubase
  3. Ableton Live
  4. Apple Logic Pro
  5. Avid Pro Tools

Zestawienie uwzględnia tylko wyniki spoza Polski, bo z polskich zestawień znalazłem tylko wyniki ankiety na blogu Piotra Białasiewicza z 2016 roku, gdzie zdecydowanie wygrały FL Studio (35%) i Ableton Live (31%), zaś taki Cubase jest dopiero ósmy.

I choć podobne zestawienia są tylko rodzajem zabawy i ciekawostką, to przekładają się na np. liczbę dostępnych w internecie szkoleń czy filmów instruktażowych, o czym warto pamiętać, decydując się na program mało popularny w środowisku muzycznym. Bo choć większość DAW-ów ma dość zbliżone możliwości, to dochodzenie do konkretnego rozwiązania może w każdym z nich wyglądać zupełnie inaczej...

Źródła:

  1. www.musicradar.com
  2. www.musicianonamission.com
  3. www.macprovideo.com
  4. www.careersinmusic.com
  5. www.gearslutz.com
  6. www.productionmusiclive.com

piątek, 7 lutego 2020

Pop filtr - czy potrzebny?

Każda osoba, rozpoczynająca zabawę z nagrywaniem ludzkiego głosu, spotka się koniec końców z radą, że trzeba zainwestować w tzw. pop-filtr. Do czego on służy i czy naprawdę jest niezbędny? Postanowiłem napisać o tym kilka słów.

Po co to?

Pop-filtr służy do tłumienia głosek wybuchowych: p, k, t. Czyli takich, które generują dość duże uderzenie strumienia powietrza w membranę mikrofonu, prowadząc do powstawania nieprzyjemnych, chwilowych przesterowań. Na pewno każdy, kto nagrywał cokolwiek na dworze przy wiejącym wietrze, wie co nieco o tym efekcie:

Pop-filtr zatrzymuje energię takiego "wybuchu", dzięki czemu unikamy problemów przy obróbce i słuchaniu nagrania.

Oczywiście wiele zależy też, czego używamy do nagrywania i w jakich warunkach to robimy: niektóre mikrofony znoszą podmuchy dość dobrze, inne - wprost przeciwnie. Istotna jest także odległość - im więcej powietrza dzieli nas od mikrofonu, tym lepiej rozproszy się energia "wybuchu" i efekt "pykania" będzie słabszy.

Rodzaje

Oczywiście, jak to w życiu, są różne rodzaje pop-filtrów. Najpopularniejsza jest tzw. "pończocha", którą da się czasem zaobserwować przed mikrofonem w teledyskach, pokazujących "nagrywanie w studio". Czasem nylonowa siatka zastąpiona jest siatką metalową, czasem zaś na mikrofon zakłada się osłonę z gąbki - a ekstremalnym przykładem takiej osłonki są tzw. "martwe koty" (ang. deadcat): też pewnie widzieliście reporterów z mikrofonem w... futrze.

Ja mam dostęp w moim studio do dwóch typów: "pończochy" i gąbki:

Nagranie z gąbką

Nagranie z "pończochą"

Nagranie z gąbką i "pończochą"

A co, jeśli się nie ma?

Myślę, że powyższe przykłady pokazują, że da się prosto i elegancko rozwiązać problem "pykania". Jeśli jednak jeszcze pop-filtra nie macie, można poradzić sobie na dwa sposoby. Pierwszy dla leniuchów: znaleźć oprogramowanie lub wtyczkę, która zniweluje nagrane niepoprawnie głoski - na przykład opisywany niegdyś Accusonus Plosive Remover. Działa on dość sprawnie i da się w ten sposób choć trochę odratować "zadmuchane" nagranie:

Drugi sposób jest dla majsterkowiczów, nagrywających wyłącznie siebie. Bierzemy prawdziwą pończochę tudzież rajstopę (nie wnikam - skąd), bierzemy drut, drut wyginamy w kółko i naciągamy na niego materiał. Mocujemy do statywu/mikrofonu i cieszymy się z wykonanego pop-filtra.

Namawiam

Tak czy inaczej, warto sobie pop-filtr sprawić, bo to naprawdę działa, a nie wymaga jakichś szalonych nakładów finansowych (nylonowe pop-filtry kosztują kilkadziesiąt, a gąbeczka na mikrofon dynamiczny dosłownie kilku złotych!). Zdecydowanie warto!

czwartek, 30 stycznia 2020

Jak nagrywać audiobooki?

Chciałbym podzielić się kilkoma informacjami o nagrywaniu audiobooków - być może dla kogoś okażą się one przydatne. Oczywiście, trzeba brać pod uwagę fakt, że jestem w tej dziedzinie kompletnym amatorem i samoukiem, więc z góry przepraszam ewentualnych profesjonalistów, których rozbolą zęby od mojego tekstu. Takie osoby prosiłbym o konstruktywne komentarze, żebym mógł poprawić tekst, a i nauczyć się czegoś byłoby warto.

Głos

Podstawą wszystkiego jest głos - im lepszy, tym lepiej wyjdą nam nagrania. Osobiście nie uważam się za posiadacza "ładnego" głosu, za to staram się nadrabiać intonacją i dykcją, choć tego też się dopiero uczę. Dobry głos to jednak baza, bez której trudno myśleć o dobrych efektach. Zainteresowanym polecam ćwiczenie różnych łamańców językowych albo ćwiczenia czytania z korkiem (takim od wina) trzymanym między zębami.

Dobrze jest rozejrzeć się za jakąś szkołą dla wokalistów/lektorów w najbliższym większym mieście - czasem można skorzystać z konsultacji (czasem nawet darmowych), żeby dowiedzieć się czegoś o swoim głosie czy rzeczach, które można poprawić. W zależności od determinacji można się wręcz zapisać na szkolenie, podczas którego można nauczyć się prawidłowego oddychania, emisji czy wręcz pewnych zdolności aktorskich.

Ja osobiście "walczę" obecnie z monotonią czytania oraz hiperpoprawnością wymawiania głosek nosowych "ą" i "ę", ale na konsultacji wyszło też to, że nieświadomie próbuję obniżać głos, żeby brzmieć bardziej "radiowo".

Książka

Żeby nagrać audiobooka, trzeba mieć oczywiście co czytać (chyba, że chcemy nagrać swój własny tekst). Polecam poszperać wśród klasyki literatury, na przykład na stronie Wolnych lektur - po pierwsze, są tam książki, które można w miarę bezpiecznie czytać bez obawy, że po opublikowaniu pozwie nas do sądu jakieś wydawnictwo, prawa autorskie bowiem do zgromadzonych tam tytułów wygasły. Po drugie, pobierzemy stamtąd wersję elektroniczną książki, która ma pewne zalety w porównaniu do wersji papierowej.

Polecam książki "elektroniczne" głównie z trzech powodów: nie szeleszczą, wygodniej zmienia się w nich strony i... można zmienić wielkość kroju czcionki. Szeleszczenie jest irytujące, bo rejestruje się razem z naszym głosem i trzeba je później pracowicie wycinać podczas obróbki. Wygodna zmiana strony to coś nie do przecenienia, zwłaszcza jeśli autor książki z lubością posługuje się długimi, złożonymi zdaniami (tak, Panie Lem!). Idealne byłoby czytanie z ciągłego dokumentu, gdzie można przewijać zawartość i zawsze ma się całość akapitów przed oczami. Zalety zmiany wielkości liter chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć.

Ja osobiście preferuję Kindle'a, bo jest wygodny, czytelny i cichy.

Czytanie

Przed rozpoczęciem czytania należy usiąść wygodnie przed mikrofonem i przygotować sobie stanowisko - żeby nie trzeba było się pochylać, przechylać, odchylać itp. Wprawdzie głos lepiej brzmi, kiedy stoimy (wtedy też dobrze się oddycha), jednak zauwżyłem u siebie, że wówczas z biegiem czasu człowiek się po prostu męczy, zaczyna przestępować z nogi na nogę, mówi raz z jednej strony mikrofonu, raz z drugiej i w ostatecznym rozrachunku wypada to "tak sobie". Najlepiej ustawić mikrofon w ten sposób, by nie musieć w ogóle zmieniać pozycji i zachowywać ciągle tę samą odległość, a jednocześnie nie garbić się i mieć brodę leciutko uniesioną. Książka (czy wyświetlacz) powinien być umieszczony na tyle wygodnie, by bez problemu i zmiany pozycji odczytywać tekst i móc zmieniać strony. Warto przeprowadzić "rozgrzewkę", porobić głupie miny, porozciągać język i policzki czy choćby kilkukrotnie powiedzieć głośno i wyraźnie "A E I O U Y", mocno pracując mięśniami twarzy i szeroko otwierając usta.

Powinno się czytać "normalnym głosem", nie nadwerężając go, ale też nie szepcząc. Aby zapobiec ewentualnym "przesterowaniom" nagrania, gdy w tekście są fragmenty "krzyczące", podczas ich głośniejszego czytania po prostu lekko oddalamy głowę od mikrofonu. Z kolei aby minimalizować głoski syczące, należy delikatnie obrócić kapsułę mikrofonu, żeby nie mówić do niego wprost, a pod pewnym kątem.

Gdy wszystko jest gotowe, sprawdzamy jeszcze raz dla pewności poziom nagrywanego sygnału mówiąc sakramentalne "Próba mikrofonu, raz, dwa, raz, dwa, trzy" i włączamy nagrywanie. UWAGA! Należy zawsze upewnić się, że na pewno włączyliśmy nagrywanie, zanim przeczytamy dwadzieścia stron i zorientujemy się, że jednak program lub urządzenie nagrywające ciągle jest tylko w trybie przygotowania (pauzy)! Wiem, bo znam to z własnego doświadczenia.

Czytamy ze spokojem, niezbyt szybko, ale i niezbyt wolno. Staramy się w miarę dokładnie wymawiać końcówki wyrazów oraz głoski nosowe, ale bez popadania w hiperpoprawność (moja bolączka!), starajmy się też poprawnie akcentować słowa. Jeśli zdarzą się przejęzyczenia (a zdarzą się, nie ma przebacz!), czytamy od początku całe zdanie, nawet jeśli jest długie (warto skorzystać z patentu z klikaczem). Wierzcie mi, dużo łatwiej jest potem obrabiać takie całościowe fragmenty, niż sklecać jedno zdanie z trzech fragmentów. Zwłaszcza, że mówiąc nie zdajemy sobie sprawy, jak mocno niekiedy wyrazy są ze sobą połączone w zdaniu - późniejsze próby połączenia takich słów wypadają najczęściej sztucznie. Nagranie w postaci cyfrowej nie zajmuje jakichś szalonych ilości miejsca (kwadrans to około 60MB materiału), więc nagrajmy po prostu całą frazę raz jeszcze. W mojej opinii nie ma sensu zatrzymywania nagrywania, bo zaczynamy się rozpraszać.

Tutaj uwaga natury psychologicznej: siadajmy do nagrywania wypoczęci. Przy zmęczeniu zaczynamy popełniać więcej błędów, którymi się denerwujemy i popełniamy jeszcze więcej błędów (a najgorsze, że w pewnym momencie zdenerwowanie zaczyna być słyszalne w nagranym materiale!)

Sprzęt

Skoro akurat mamy chwilę czasu, bo trwa nagranie, kilka słów na temat sprzętu. Potrzebnych jest kilka elementów, zwłaszcza jeśli chcemy osiągnąć przynajmniej jako taki poziom.

Wariant najprostszy - rejestrator audio

Kupujemy rejestrator audio w rodzaju Tascama DR-05 czy Zooma HN4. Rejestratory te mają wbudowane przyzwoite mikrofony elektretowe oraz możliwość podpięcia mikrofonu zewnętrznego (chociaż tylko Zoom obsługuje mikrofony pojemnościowe z zasilaniem phantom). Zapis następuje z wykorzystaniem karty pamięci, zaś rejestrator zasilany jest z akumulatorów, co znacznie zwiększa mobilność i daje możliwość czytania w dowolnym w zasadzie miejscu. Rejestrator i tak warto kupić, o jego zaletach jeszcze napiszę.

Mikrofon USB

Ten wariant to po prostu mikrofon pojemnościowy USB. Na rynku jest sporo tego typu produktów, przeznaczonych na ogół dla osób nagrywających podcasty czy filmiki na YouTube. Jedyne, co musimy zrobić, to podłączyć taki mikrofon do komputera za pomocą złącza USB, wybrać go w programie do nagrywania (np. darmowy Audacity) i tyle.

Minusem tego typu sprzętu jest fakt, że jeśli wzrosną nasze wymagania dotyczące jakości dźwięku czy będziemy chcieli skorzystać z różnego typu efektów/urządzeń audio, będziemy zmuszeni do kupienia nowego mikrofonu, bo będziemy potrzebować standardowego mikrofonowego złącza XLR.

Mikrofon pojemnościowy

W drodze kompromisu między jakością a ceną, mikrofon pojemnościowy średniej klasy wydaje się być dobrym wyborem. Powinien precyzyjnie zarejestrować nasz głos, a jednocześnie zapewnić niskie szumy. W moim wypadku poszukiwania mikrofonu zaczynałem od przyjęcia jakiegoś nieprzekraczalnego budżetu. Później wyszukałem modele znanych i uznanych firm (np. AKG, AudioTechnica, MXL, Neumann, Røde, SE Electronics, Shure, WarmAudio), które mieściły się w zakładanych granicach. Poszukałem recenzji i opisów, zwracając szczególną uwagę na opisy traktowania przez mikrofon sybilantów, czyli głosek syczących. Są mikrofony (zwykle te tańsze), które wręcz podkreślają takie głoski, co powoduje, że trzeba się później mocno męczyć podczas obróbki. Najlepiej byłoby wybrane modele przetestować swoim głosem, ale nie zawsze jest to możliwe w sklepie.

Kupując mikrofon pojemnościowy musimy pamiętać, że wymaga on odpowiedniego sprzętu rejestrującego, wyposażonego w dobre przedwzmacniacze mikrofonowe oraz potrafiącego dostarczyć zasilanie phantom, bez którego mikrofon zwyczajnie nie będzie działał. Pewnym kompromisem mogą być spotykane na rynku mikrofony pojemnościowe USB, które mają przedwzmacniacz "w sobie", a które podpinamy po prostu do komputera/laptopa za pomocą zwykłej wtyczki USB. Decydując się na takie właśnie rozwiązanie trzeba mieć świadomość, że taki mikrofon da się podłączyć wyłącznie do komputera, a w przypadku rozbudowy domowego studia o interfejs audio, mikser czy zewnętrzny przedwzmacniacz, trzeba będzie kupić też nowy mikrofon ze standardowym gniazdem XLR.

Mikrofon dynamiczny

Mikrofonom dynamicznym warto się przyjrzeć choćby dlatego, że nie wymagają one specjalnego zasilania phantom i można je podłączyć (mając odpowiedni przewód) do zwykłego gniazda mini-jack. Drugim, często niebagatelnym plusem jest lepsza współpraca ze słabo zaadaptowanym pomieszczeniem - dynamiczne mikrofony są mniej czułe niż ich pojemnościowi krewniacy, więc nie słychać tak bardzo pogłosu czy cichych hałasów zza ścian. Jednocześnie jednak rejestrowany przez nie głos jest ciut mniej szczegółowy (czy to przeszkadza? polecam przesłuchanie przykładów). Niektóre modele (np. legendarny w branży Shure SM7b) wymagają dobrego przedwzmacniacza, bo są dość ciche.

Interfejs audio

Aby podłączyć do komputera mikrofon pojemnościowy, nie wystarczy zrobić tego za pomocą zintegrowanej karty dźwiękowej (w przypadku mikrofonów dynamicznych także warto zainwestować w interfejs, możecie mi wierzyć). Po pierwsze, nie posiada ona odpowiedniego gniazda, po drugie, nie ma odpowiedniego przedwzmacniacza, a po trzecie, nie potrafi zasilić mikrofonu pojemnościowego. Konieczny staje się zakup tzw. interfejsu audio, koniecznie z gniazdami XLR, zasilaniem phantom i przedwzmacniaczami mikrofonowymi. Praktycznie każdy współczesny interfejs te elementy posiada, więc możemy wybierać spośród dziesiątek, jeśli nie setek modeli różnych firm. W tym przypadku zwykle cena idzie w parze z jakością toru audio.

Przedwzmacniacz mikrofonowy

Popularne (najtańsze) interfejsu audio mogą nie mieć odpowiedniego "zapasu mocy", aby prawidłowo wysterować mikrofon pojemnościowy dla lektora (często wymagają "podkręcenia" gałki wzmocnienia do 3/4 lub praktycznie do wartości maksymalnej). W takim wypadku można rozejrzeć się za osobnym przedwzmacniaczem mikrofonowym, który da nam swobodę w ustalaniu poziomu głośności. Ja sam spotkałem się z efektem "zbyt cichego głosu" - po prostu czytałem zbyt cicho, by głos zarejestrować za pomocą interfejsu i musiałem zakupić osobny przedwzmacniacz.

Statyw, akcesoria

Bardzo przydatny przy nagrywaniu okazuje się statyw mikrofonowy. Nie jest to duży wydatek, a znacząco poprawia komfort czytania i jakość materiału (w porównaniu do trzymania mikrofonu w ręce lub statywów "stołowych"). Równie dobrze sprawdza się profesjonalne "ramię", przypinane do stołu - musi jednak być solidne, aby utrzymać dość ciężki mikrofon.

NIEZBĘDNYM dodatkiem jest filtr przeciw podmuchowy, tzw. pop-filtr (zwany niekiedy "pończochą"), bo jest to w zasadzie jedyny sposób na zabezpieczenie się przed głoskami wybuchowymi (np. "p"), które w zasadzie są nie do odratowania w trakcie obróbki. Ponadto filtr taki, mocowany przed mikrofonem, pozwala na utrzymanie w miarę stałej odległości, z jakiej czytamy.

Pomieszczenie

Pomieszczenie do nagrywania jest bardzo ważne, o wiele ważniejsze, niż się początkowo wydaje. Nie bez powodu każdy, kto nagrywa, zgadza się, że pomieszczenie trzeba odpowiednio przygotować. Należy wyeliminować zbyt duży pogłos (echo) - często nieprzyjemny pogłos pojawia się w pomieszczeniach, gdzie nic nie leży na podłodze ani nie wisi na ścianach/oknach. Wykładzina czy dywan, firanki, szafki, makatki - wszystko to powoduje usuwanie niechcianego pogłosu, można się też zaopatrzyć w specjalne maty, naklejane na ściany lub panele/dyfuzory, które rozpraszają lub pochłaniają fale dźwiękowe (zdecydowanie jednak odradzam naklejanie na ściany wytłoczek od jajek, co jest polecane gdzieniegdzie - naprawdę nie róbcie tego).

Po zaadaptowaniu pomieszczenia należy przeprowadzić nagrania testowe i bardzo dokładnie ich posłuchać, zwracając uwagę na pogłos i odgłosy w tle. W moim przypadku okazało się, że muszę zamykać szczelnie drzwi i okno w pokoju oraz (koniecznie!) wyłączyć komputer stacjonarny. Komputer szumiał, zaś przez drzwi i okno wpadało mnóstwo odgłosów z zewnątrz: szczekający pies, ćwierkające ptaki, przejeżdżające samochody.

Dobrym rozwiązaniem (w kontekście akustycznym) może być... wnętrze samochodu, o ile oczywiście nie musimy podłączać zbyt wielkiej ilości sprzętu - idealny byłby tutaj rejestrator z wejściami XLR dla mikrofonu pojemnościowego. Nieźle sprawdza się też nagrywanie przed szafą z ubraniami (!) - zresztą, nagrałem krótkie porównanie pomieszczeń, więc można to ocenić samodzielnie.

Obróbka

Po nagraniu fragmentów (lub całości) należy w pierwszej kolejności zarchiwizować materiał - utworzyć kopię w bezpiecznym miejscu, co uchroni nas nie tylko przed skasowaniem, ale i przed zniszczeniem w wyniku nieudanej obróbki. Następnie uruchamiamy jakiś edytor audio, np. popularny darmowy Audacity lub komercyjne Acoustica, WaveLab, SoundForge czy Audition i dokonujemy niezbędnych poprawek. Nie będę tutaj wszystkiego szczegółowo opisywał, bo o obróbce już co nieco pisałem, tu tylko szybkie przypomnienie:

  • przesłuchujemy całość, usuwając błędnie nagrane fragmenty i zostawiając te poprawne
  • ponownie przesłuchujemy całość, usuwając wszelkie przeszkadzające dźwięki (skrzypnięcia, oddechy, mlaśnięcia); czasem można pomóc sobie tzw. bramką szumów, ale KONIECZNIE przesłuchajmy całość po zastosowaniu takiego narzędzia, bo często oprócz niepożądanych dźwięków usuwane są... ciche końcówki wyrazów, a całość zaczyna brzmieć "metalicznie"
  • zapisujemy przycięty i wyczyszczony plik oraz archiwizujemy go
  • stosujemy odpowiednią korekcję, kompresję, uruchamiamy w razie potrzeby de-esser oraz limiter, doprowadzając materiał do finalnej postaci
  • jeśli głos chcemy ubarwić muzyką lub innymi dźwiękami (tworząc rodzaj słuchowiska), dodajemy kolejne ścieżki, dobieramy poziomy itd., całość zgrywamy do ostatecznego pliku

Obróbka jest, niestety, konieczna i często zabiera ona więcej czasu, niż wszystko pozostałe, ale warto się do niej przyłożyć, jeśli nasz materiał ma brzmieć przynajmniej przyzwoicie.

Publikacja

Jeśli mamy taką fantazję i możliwości (w tym nie grożą nam pozwy wydawnictwa, którego książkę chcemy opublikować w formie audio), wrzucamy audiobooka do sieci czy nagrywamy na płytę CD i zmuszamy znajomych do przesłuchania. Możemy też spróbować nawiązać kontakt z wydawnictwem - może wyrażą zgodę na publikację, a może (jeśli jesteśmy naprawdę dobrzy) zaproponują nam wydanie przeczytanego materiału? Nigdy nie wiadomo.

A w międzyczasie ćwiczymy: "w czasie suszy szedł Sasza suchą szosą do cesarza ze Szwecji", "Wyindywidualizowaliśmy się z rozentuzjazmowanego tłumu przeintelektualizowanych prestidigitatorów", "Zawoalowana ewaluacja i wyewoluowana owulacja" czy inne ciekawe łamańce językowe.

środa, 29 stycznia 2020

Dalsze adaptacje akustyczne

Czekało mnie niedawno nagrywanie wokalistki (sic!), więc postanowiłem ostatnim rzutem na taśmę poprawić adaptację akustyczną w domowym studio. Nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej.

Adaptacja sprowadziła się do trzech rzeczy: zbudowania dwóch paneli oraz wymyślenia jakiegoś "ustroju" na drzwi, które są już jedną z ostatnich twardych powierzchni w pokoju. Zacząłem od paneli, bo to już znałem i wiedziałem, co zrobić.

Panele dwa

Panele wprawdzie wykonałem dwa, ale za to zupełnie inne. Pierwszy z nich powędrował na ścianę, zabezpieczając ostatni jej fragment. Jedyny problem był z tym, że musiałem wykonać ścięty narożnik (bo mam pokój z ukośną ścianą) - i, niestety, właśnie ten element zawaliłem. I to wcale nie dlatego, że nie potrafiłem przymocować desek albo dociąć wełny - od strony wykonawczej nie było najmniejszego problemu. Problem za to miałem z pomyślunkiem. Zamiast bowiem ZMIERZYĆ kąt pochylenia ściany, na oko oceniłem, że ma 45o i tak też przygotowałem panel. Dopiero przy montażu okazało się, że jednak kąt jest inny i teraz mam paskudnie niepasujący panel - było już jednak za późno na zmiany, bo i wełna docięta, i materiał przymocowany... No cóż, może dzięki temu nie zapomnę następnym razem rzetelnie przyłożyć się także do pomiarów.

Drugi panel, dużo mniejszy, bo mający ledwie 50x50cm, zrobiłem od razu jako przenośny. Okazało się bowiem, że jednak brakuje wytłumienia kąta z monitorami, przez co zresztą musiałem wyrzucić do kosza sześć nagranych rozdziałów "Puca, Bursztyna i gości". Tym razem jednak zastosowałem solidną drewnianą ramę zamiast kartonu, a sam panel ma zamontowaną specjalną podstawkę, dzięki której nie powinien się przewracać (co byłoby bardzo niewskazane z uwagi na bliską odległość wyświetlaczy LCD). I znów, jak po pierwszej adaptacji, dosłownie USŁYSZAŁEM różnicę. To zadziwiające, jak bardzo może się zmienić odpowiedź akustyczna nawet po zastosowaniu tak prostego ustroju akustycznego.

Drzwi

Drzwi męczyły mnie od dawna, bo to duża, twarda powierzchnia, dodatkowo zaopatrzona w szybki. Dobre efekty uzyskiwałem, wieszając na nich koc czy choćby prześcieradło, postanowiłem więc iść w tę stronę. Z resztek metalowego płaskownika wygiąłem dwa uchwyty i zamocowałem je do górnej krawędzi skrzydła drzwi. Uchwyty przytrzymują stalowy pręt, będący swego rodzaju karniszem dla włochatego koca poliestrowego. No i koc przykrywa zdecydowaną większość skrzydła drzwi, w tym szklane okienka. Nie jest to rozwiązanie może szalenie skuteczne, ale efekt tak czy inaczej słychać.

Czy coś jeszcze pozostało?

Generalnie jestem zadowolony z tego, jak teraz "brzmi" mój pokój, ale wiadomo, że zawsze coś można poprawić. Na pewno coś muszę wymyślić, jeśli chodzi o lampę, bo kompletnie nie myśląc dwa lata temu kupiłem taką z wielkim, metalowym kloszem. No i, jak pewnie zgadujecie bez problemu, rezonuje ona jak... no, mocno. Wystarczy w kilku określonych miejscach zwyczajnie klasnąć i słychać metaliczne bzyczenie. Znika ono, gdy np. zawieszę na lampie tkaninę. Czyli trzeba by albo zmienić klosz, albo uszyć "pokrowiec" na istniejący. Sam nie wiem, co głupsze.

Trochę razi mnie też odkryty kawałek podłogi z panelami, ale tu akurat nie słyszę dużej różnicy między nagrywaniem w tej postaci, a kiedy położę na podłodze np. koc. Zdecydowanie lampa przeszkadza bardziej.

Do następnego razu

No, to chyba na razie tyle. Wokalistka swoje rzeczy nagrała i wypadło to całkiem fajnie (jeśli chodzi o jakość sygnału, bo nagranie trzeba będzie powtórzyć ze względów muzycznych). Co ciekawe, zupełnie nie było tu problemu ze zbyt słabym wzmocnieniem - jednak śpiew to zupełnie inna energia niż mamrotanie lektora...

PS. 2020-02-10: No i już, dalsze adaptacje wykonane! Teraz można skupić się na korzystaniu, czyli nagrywaniu...

poniedziałek, 27 stycznia 2020

Kiepski statyw dostaje drugie życie

Nowy mikrofon w użyciu już od prawie miesiąca i... kłopot. Bo jedne rzeczy nagrywam za pomocą WA-87, inne za pomocą D5, a statyw mikrofonowy jeden, więc ciągle trzeba odkręcać jeden mikrofon, a przykręcać drugi. Kiepskie rozwiązanie.

To kazało mi przypomnieć sobie o leżącym w szafie zepsutym statywie "stołowym" - takim przykręcanym do stołu. Kłopot z nim taki, że zwyczajnie nie trzyma. Po zamocowaniu dowolnego mikrofonu, nawet niezbyt ciężkich D5 czy 14A zaciski nie potrafią zachować pozycji, nawet przy ekstremalnie silnym docisku - zwłaszcza chodzi o mocowanie tuż przy "stopce".

Nie chcąc wydawać pieniędzy na nowy statyw czy uchwyt, postanowiłem naprawić ten stary. Niestety, konstrukcja jest taka, że zwyczajnie działać nie będzie (bez mechanicznych zmian). To zostawiam sobie na później, bo po prostu wymyśliłem inny sposób. Mam w swoim stole pionowe ścianki i pomyślałem, że skoro statyw nie trzyma, przymocowany do stołu pionowo, przymocuję go poziomo do takiej właśnie ścianki. Jedyne, co trzeba było zrobić, to lekko obrócić i mocno dokręcić ramię tak, aby zamocowany mikrofon znalazł się na wysokości moich ust.

Jak widać, statyw zupełnie nieużywany i kompletnie zakurzony

Operacja wymagała pewnych zmian, bo musiałem zdjąć Claretta 2Pre z przedwzmacniacza GoldenAge, a to z kolei wymusiło przeniesienie huba USB na inną powierzchnię. Nie ma jednak tego złego, bo w ten sposób mam lepszy dostęp do huba i przestał mi się on plątać w okolicy prawego łokcia.

Ostatecznie wygląda to nieźle i działa bardzo dobrze. Jedyny kłopot mam znów z samym nagrywaniem. D5, mimo nieco wyższej czułości niż 14A, produkuje zbyt słaby sygnał, żeby rejestrować go za pomocą Focusrite'a - potencjometr musi być "odkręcony" praktycznie do maksymalnej wartości. Hm... zaczynam wierzyć, że albo czegoś nie wiem, albo wszystkie przedwzmacniacze w interfejsach mam uszkodzone. Ewentualnie nagrywanie głosu mówionego to jest coś tak ekstremalnego, że wymaga koniecznie osobnego przedwzmacniacza...

wtorek, 14 stycznia 2020

Usuwanie sybilantów, czyli przestajemy syczeć

Było całkiem niedawno o odszumianiu, czas zatem przyjrzeć się innej, często koniecznej obróbce głosu, czyli walce z sybilantami.

Oczywiście wypada zacząć od wyjaśnienia, czym sybilanty są. A są to spółgłoski wysokoszumowe, czyli wszelkie głoski "syczące" i "świszczące" - s, sz, c, ś, cz, ż, rz, z. W zależności od urządzenia rejestrującego (mikrofonu) ich zawartość w materiale może rosnąć lub maleć - są mikrofony, które wręcz uwypuklają sybilanty, a są takie, które są na nie wyjątkowo odporne. Niestety, z mojego doświadczenia wynika, że zdolność "asymilacji" sybilantów przez mikrofony rośnie wraz z ich ceną - nie jest to może żelazna zasada, ale pewna prawidłowość.

Tak czy owak, nawet jeśli mamy mikrofon bardzo tolerancyjny dla głosek wysokoszumowych, to możemy trafić na... głos, który tych sybilantów produkuje naprawdę dużo. Trzeba się zatem zawsze nad problemem pochylić i posłuchać, czy w nagraniu głoski te przeszkadzają. No, i jeśli przeszkadzają, troszkę je okiełznać. Tutaj uwaga: jeśli samodzielnie nagrywamy, warto wypróbować sposób z lekkim obróceniem mikrofonu tak, aby powietrze nie trafiało bezpośrednio i prostopadle w kapsułę, często pomaga to nieco osłabić "świsty", a to z kolei ułatwia obróbkę.

Właśnie do walki z sybilantami służą de-essery (z czego wzięła się ich nazwa, jak łatwo zgadnąć). Są to tak naprawdę specjalizowane kompresory pasmowe: tłumią one dynamicznie określoną częstotliwość. Częstotliwość tę ustawiamy na podstawie analizy głosu i znajdujących się w nim sybilantów, ponieważ dla każdego przypadku będzie to trochę inna wartość. Wystarczy później wyregulować stopień tłumienia (nie za wysoki, bo zamiast syczenia dostaniemy seplenienie) i już.

W praktyce, naturalnie, dostajemy zwykle jakieś dodatkowe możliwości korekty - wygładzanie, próg zadziałania, korektor itp. - to już zależy od konkretnego de-essera. Oczywiście, uparci i posiadający nadmiar wolnego czaru mogą z lupką przeglądać cały materiał w edytorze audio i ściszać poszczególne głoski ręcznie (czasem jest to jedyna droga, by się jakiegoś wyjątkowo opornego sybilantu pozbyć), jednak z reguły dobrze skonfigurowany de-esser powinien sobie gładko poradzić z problemem.

Jeśli ktoś nie ma zamiaru inwestować w specjalizowane narzędzia, może użyć dynamicznego korektora, jak np. FabFilter Pro-Q3, gdzie można dla określonej częstotliwości zaaplikować korekcję na zadanym poziomie, dodatkowo definiując próg zadziałania - czyli zrobić dokładnie to, co robią zwykle de-essery.

Niemniej, postanowiłem zrobić krótki przegląd de-esserów, które wypróbowałem w praktyce (a kilku z nich używam na co dzień). Jako materiał do obróbki posłużył mi fragment nagrany na potrzeby płyty Expectation. Rejestrowałem go mikrofonem MXL770, który zdecydowanie ma problem z sybilantami, nawet mimo odchylania kapsuły (inna rzecz, że sam głos ma ich sporo już "z natury"). Jest to zatem przykład ekstremalny:

FabFilter Pro-Q3

Przykład usuwania sybilantów za pomocą korektora dynamicznego - po ustaleniu ("na oko") częstotliwości syczących głosek wprowadziłem filtrowanie dynamiczne (czyli następuje ono tylko po przekroczeniu pewnego progu). Efekt nie jest może powalający w analizowanym przypadku, ale przy mniej wymagającym materiale powinno to wystarczyć:

Wynik:

Revoice Pro 4

To kolejny przykład usuwania sybilantów bez de-essera - dla krótkich fragmentów warto zrobić to po prostu ręcznie. Revoice Pro ma tę zaletę, że automatycznie wykrywa "eski" i pozwala łatwo je wyciszyć, co brzmi dość transparentnie i nie powoduje zniekształceń. Wada - trzeba to wszystko zrobić ręcznie, głoska po głosce. Dla piosenki - da się przeżyć, dla audiobooka - raczej trzeba o tej drodze zapomnieć, chyba że mamy czasu jak lodu...

Wynik:

Waves DeEsser

Jeden z prostszych de-esserów, niemniej zwykle okazuje się dostatecznie skuteczny. Ustawiamy częstotliwość oraz próg - i to najczęściej wystarcza, by ujarzmić sybilanty. Do tego plugin nie jest przesadnie drogi, bo kosztuje niecałych 30 dolarów. Według mnie warto go mieć w swoim arsenale i wypróbowywać w pierwszej kolejności.

Wynik:

Waves Sibilance

To już bardziej zaawansowany de-esser - dochodzi tu nieco więcej parametrów, którymi możemy kontrolować nie tylko samo redukowanie "esek", ale także ich wykrywanie (parametry Lookahead oraz Detection). Sprawia to jednak, że plugin jest już trudniejszy w obsłudze - mnie się rzadko udaje ustawić go tak, by usuwał sybilanty lepiej niż tańszy prawie o połowę DeEsser.

Wynik:

Sonnox Supresser

Akurat ten de-esser to jedno z moich dużych rozczarowań, bo kupowałem go już dość dawno temu z przeświadczeniem, że jest to najlepszy de-esser wśród dostępnych. Przeświadczenie to wyniosłem z czytania opisów i pewnego kursu obróbki głosu. W praktyce kompletnie nie potrafię go odpowiednio skonfigurować.

Wynik:

Accusonus ERA4 De-Esser

Obecnie mam dostęp tylko do wersji uproszczonej de-essera (wersja Pro jest dostępna... w wersji Pro pakietu). Wersja uproszczona jest bardzo prosta w obsłudze - ma w zasadzie tylko jedno wielkie pokrętło, którym kręcimy usuwając sybilanty. Na ogół sprawdza się to dobrze, ale w bardziej ekstremalnych czy trudnych sytuacjach po prostu brakuje dalszych regulacji i zamiast oczyszczonego sygnału dostajemy coś brzmiącego bardzo nienaturalnie. Nic tu nie poradzimy, narzędzia typu "jedno pokrętło" zwykle tak właśnie działają...

Wynik:

Klevgrand Esspresso

Odkryta niedawno firma Klevgrand oprócz zacnego odszumiacza ma też ciekawy de-esser. Wyróżnia się on już samym interfejsem użytkownika - brak tutaj pokręteł, są tylko dwa obszary: detekcji i działania. Przyznam, że bardzo to pomysłowo wykonano, a i całość działa dość dobrze.

Wynik:

Eiosis e2deesser

Z tym de-esserem miałem trochę zachodu, ponieważ testowałem go dwa lata temu, przez co "zużyłem" swoją próbę i po ponownym zainstalowaniu obecnej wersji, zabezpieczenie iLok nie pozwalało na ponowne uruchomienie. Na szczęście poskutkował krótki e-mail do supportu firmy Eiosis i otrzymałem nową próbną licencję. A ten de-esser wypada naprawdę nieźle, na tyle, że chyba przygotuję osobny wpis na jego temat. Cechą charakterystyczną jest to, że e2 może działać na paru zakresach częstotliwości, co poprawia efekty jego pracy. Dodatkowo ma też możliwość "wygładzania" przetwarzanych fragmentów, co zwykle prowadzi do usunięcia negatywnych efektów korekcji.

Wynik:

OEK Sound Soothe

Soothe znalazło się w tym zestawieniu nieco nieoczekiwanie, bo nie jest to tak naprawdę de-esser. To bardziej narzędzie do walki z "chropowatością" brzmienia i rezonansami, ale da się je tak skonfigurować, że minimalizuje także sybilanty. I powiem, że robi to całkiem sprawnie, a dodatkowy plus należy się temu narzędziu za względną "przezroczystość brzmieniową", bo nie degraduje ono materiału obrabianego. W zasadzie, przy niezbyt wyżyłowanych parametrach w zasadzie nie słychać, że jakaś obróbka ma miejsce - do momentu, aż Soothe wyłączymy.

Wynik:

Podsumowanie

Usuwanie zbyt natarczywych sybilantów jest smutną koniecznością - dobrze, że jest na rynku szeroka paleta narzędzi pomagających w tej operacji. Warto też sprawdzić różne mikrofony, jeśli nagrywamy głos samodzielnie - z własnego doświadczenia wiem, że naprawdę ma to znaczenie. Tradycyjnie załączam materiał źródłowy i wszystkie obrobione przykłady - można ich więc posłuchać poza przeglądarką internetową albo wypróbować swój ulubiony de-esser.

sobota, 11 stycznia 2020

[T] Klevgrand Brusfri - ciekawy odszumiacz

Pisałem całkiem niedawno o problemach z odszumianiem materiału dźwiękowego - podczas jego przygotowania przetestowałem kilka wtyczek i programów, porównując ich możliwości i osiągane z ich pomocą efekty. Całkiem przypadkowo trafiłem przy tej okazji na szwedzką firmę Klevgrand, producenta "odszumiacza" Brusfri, co w wolnym tłumaczeniu znaczy "bezgłośny". Brusfri okazał się na tyle ciekawy, że postanowiłem przyjrzeć mu się bliżej.

Przede wszystkim przekonuje mnie prostota interfejsu użytkownika. Okno wtyczki jest bardzo ascetyczne, co jest o tyle interesujące, że mamy - wbrew pierwszemu wrażeniu - dość dużo parametrów do regulacji. Jednak zanim zaczniemy cokolwiek regulować, najpierw należy uruchomić odtwarzanie odszumianego materiału w miejscu, gdzie występuje tylko szum (najlepiej włączyć dla tego fragmentu zapętlenie). Teraz klikamy i przytrzymujemy duży przycisk Learn - w ten sposób "uczymy" wtyczkę, jak brzmi szum. Od tego etapu zależy, jak skutecznie Brusfri będzie działać - szum powinien być reprezentatywny dla całego materiału i powinien być w miarę długi - najlepiej przynajmniej parę sekund.

Po "nauce" możemy wybrać z materiału jakiś normalny fragment i zacząć słuchać działania Brusfri. Teraz należy bowiem dopasować pozostałe parametry, przede wszystkim zaś Edge, który to parametr zawiaduje tak naprawdę intensywnością odszumiania. Jeśli słyszymy metaliczne artefakty lub wyraźne zakłócenia, możemy nieco złagodzić działanie algorytmu, aczkolwiek to, co mnie w tym konkretnym pluginie ujęło, to właśnie fakt, że te typowo metaliczne zakłócenia występują tu zdecydowanie rzadko.

Dodatkowo możemy kontrolować (za pomocą krzywej Attack-Threshold-Release) czasy zadziałania i zaprzestania działania odszumiacza. Do dyspozycji mamy także filtr górnoprzepustowy oraz kontrolę nad wysokimi częstotliwościami, zaś ostateczny efekt możemy w dowolnych proporcjach zmiksować z sygnałem oryginalnym, co pozwala zamaskować ewentualne niedoskonałości, jednocześnie pozbywając się części szumu.

Czym ta konkretna wtyczka mnie ujęła? Jakością działania. Do tej pory korzystałem głównie z odszumiania w programie Acon Acoustica, czasami stosując wymiennie Waves NS1 (ten jednak działa dość kapryśnie). Prowadziło to do irytujących mnie sytuacji, gdy materiał najpierw obrabiałem w Acoustice, przeprowadzając tam odszumianie, zapisywałem przetworzoną kopię i otwierałem ją później w WaveLabie, przeprowadzając dalszą obróbkę. Mając w arsenale Brusfri, mogę go wrzucić na sam początek łańcucha wtyczek w WaveLabie i nie przejmować się więcej osobnym krokiem (a w razie potrzeby mogę w każdej chwili albo złagodzić, albo wręcz wyłączyć odszumianie). To wielka wygoda, a z mojego doświadczenia (fakt, że na razie zaledwie kilkutygodniowego) wynika, że Brusfri działa daleko bardziej przewidywalnie niż NS1

Ze swej strony zatem polecam choćby przetestowanie - i to nie tylko tej konkretnej wtyczki, bo z rozpędu zainstalowałem sobie też darmowe Svep, FreeAMP oraz syntezator SyndtSphere. Wszystkie one mają utrzymany w podobnym stylu, oszczędny i zwyczajnie ładny interfejs i zwyczajnie robią to, do czego zostały stworzone. Chyba się polubiłem z firmą Klevgrand...

[T] AberrantDSP Sketch Cassette

Prawie rok temu pisałem testowałem wtyczkę GoodHertz WOW Control, służącą do "brudzenia" dźwięku. Można było za jej pomocą nanieść na własne nagrania różnego rodzaju zakłócenia, charakterystyczne dla magnetofonów - szumy, brumy, buczenie, nierówności przesuwu taśmy i tym podobne. Wyraziłem wówczas opinię, że tego typu wtyczki są zupełnie nie dla mnie, bo ja akurat wcale za tym całym magnetofonowym brudem nie tęsknię.

Tymczasem dzisiaj prezentuję króciutki test innej wtyczki tego samego typu: AberrantDSP Sketch Cassette. "Niszczymy" dźwięk, przepuszczając go przez wirtualny magnetofon. Ale - moi drodzy! - cóż to jest za wtyczka!

Kiedy pierwszy raz zobaczyłem okno tej aplikacji, oczom nie mogłem uwierzyć - zresztą, zobaczcie sami:

W te wszystkie kontrolki da się normalnie kliknąć, a one normalnie działają! Jak dla mnie wygląda to świetnie i pasuje jak ulał do tego, co wtyczka robi. A robi! Dźwięk można niszczyć na wiele sposobów, dobierać odpowiedni typ taśmy w magnetofonie (żelazowa, chromowa, metalowa), zwiększać szumy czy "wiek" sprzętu (oczywiście, im dalej na osi czasu, tym większa degradacja dźwięku). Nie jest to może lista parametrów aż tak rozbudowana, jak w WOW Control, ale według mnie sprawdza się to całkiem dobrze.

Co do jakości dźwięku - trudno pisać o czymś podobnym w kontekście wtyczki, której zadaniem jest psucie tejże jakości. Niemniej, sygnał przetworzony przez Sketch Cassette brzmi w mojej opinii bardzo prawdziwie i gdybym tylko podobnej obróbki potrzebował, raczej zainwestowałbym 20 dolarów w tę wtyczkę niż 129 w WOW Control. A za sam wygląd przyznaję duży plus, bo wtyczka wygląda bardzo niecodziennie, ale nie odbywa się to w najmniejszym stopniu kosztem czytelności czy wygody obsługi.

środa, 8 stycznia 2020

Steinberg SpectraLayers - nikt nie wie, jak używać?

Jakoś w zeszłym roku Steinberg pochwalił się, że kupił aplikację SpectraLayers, dotąd dostępną m. in. jako jeden z modułów SoundForge 12. Dlaczego mówię o chwaleniu? Bo na różnych targach otrąbiono, jakie to fantastyczne narzędzie, jak bardzo ułatwia pracę z dźwiękiem, a głównie jego naprawianie (w sensie: usuwanie szumów, stuków, zakłóceń, niechcianych dźwięków). Wszystko to miało być dodatkowo bardzo proste w obsłudze i przypominać (dzięki tytułowym layers - warstwom) pracę grafika w Photoshopie.

Oczywiście, takie narzędzia bardzo mnie interesują (sam jestem połączeniem grafika i muzyka), nic więc dziwnego, że rzuciłem się na wersję testową, żeby sprawdzić prawdziwość deklaracji producenta.

I co?

I nic. Jakoś nie potrafiłem tego programu okiełznać. Niby znalazłem jakiś filmik czy dwa na YouTube, gdzie można było zobaczyć, że obróbka spektralna rzeczywiście może pomagać w pewnych sytuacjach, ale...

Kto wie?

Odnoszę dziwne wrażenie, że ten rodzaj obróbki dźwięku to jakieś niezbadane obszary. Materiałów szkoleniowych brak, nikt nic nie wie, nie sposób doszukać się przykładów praktycznego wykorzystania narzędzia Steinberga w praktyce. Oczywiście, trochę informacji o obróbce spektralnej można znaleźć (bo oferuje ją np. Adobe Audition czy wspomniany SoundForge 12), ale w SpectraLayers są warstwy, specjalne narzędzia, zaznaczanie harmonicznych i inne udogodnienia, więc warto byłoby umieć z nich skorzystać.

Co gorsza, producent wypytywany przez użytkowników na forum najpierw zasłaniał się "czasem wakacyjnym", a dopiero w listopadzie 2019 napisał, że "wreszcie zatrudnił osobę, która przygotuje filmiki instruktażowe". Oczywiście, mamy niedługo połowę stycznia, filmików jak nie widać, tak nie widać. Podejrzewam, że skończy się podobnie, jak sprawa z ARA2 w Cubase w zeszłym roku. Czyli obsuwą.

Czy jest w ogóle na co czekać?

Myślę, że dopiero dobrze przygotowane filmy instruktażowe mogą w pełni pokazać potencjał SpectraLayers - bo bez wiedzy, jak tego programu używać, na pewno nie osiągnie się zbyt wiele, jest on na to zbyt hermetyczny. Wierzę jednak, że ostatecznie okaże się, że SpectraLayers będzie bardzo przydatnym narzędziem i kto wie, czy nie zagości w moim dźwiękowym "arsenale".