wtorek, 4 maja 2021

[T] nVidia RTX Voice

Z reguły jestem sceptyczny, jeśli chodzi o przechwałki producentów oprogramowania dźwiękowo-muzycznego. Zwykle wypróbowywanie "rewolucyjnych" rozwiązań wiąże się ze sporym rozczarowaniem, bo coś, co miało działać rewelacyjnie, działa "tak sobie" lub wręcz nie działa w ogóle. Tym razem, gdy usłyszałem o programie nVidia RTX Voice, pomyślałem podobnie - e, to nie może działać aż tak dobrze. Ale że program jest darmowy i wbrew nazwie, działa nawet na mojej stareńkiej karcie GTX 960, postanowiłem spróbować.

Dla tych, którzy jeszcze o RTX Voice nie słyszeli - jest to aplikacja, potrafiąca w czasie rzeczywistym usunąć wszelkie zakłócenia z nagrywanego materiału - a że odszumianie jest procesem pożerającym moc obliczeniową, RTX Voice korzysta z mocy... karty graficznej. I nie chodzi tu tylko o szum - szum jest ponoć wyzwaniem zbyt trywialnym. Program nVidii potrafi usunąć stuki, szczekanie psa, odgłos komputerowego wentylatora czy nawet uruchomionego obok mikrofonu odkurzacza. Przyznacie, że brzmi intrygująco i aż się prosi o weryfikację.

Instalacja i konfiguracja

Najpierw należy ze strony producenta pobrać instalator, "ważący" dobrze ponad 300MB. Po krótkiej instalacji, która raczej nie powinna nikogo zaskoczyć czymkolwiek, program RTX Voice uruchamia się i pokazuje okienko konfiguracyjne:

Należy wybrać w nim urządzenie, do którego mamy podpięty mikrofon. RTX Voice przejmie sygnał z tego urządzenia, udostępniając dodatkowy "wirtualny mikrofon" o nazwie Mikrofon NVIDIA RTX VOICE. Wystarczy zatem w programie nagrywającym wybrać tenże wirtualny mikrofon i... dzieją się prawdziwe czary. Jeśli włączymy usuwanie zakłóceń:

to w nagraniu nie usłyszymy ani szumów, ani hałasów - tylko własny głos. Jest on, rzecz jasna, nieco zdegradowany, ale nie jest to degradacja dyskwalifikująca sygnał. Brzmi raczej tak, jakbyśmy przepuścili nagranie przez niezłej klasy odszumiacz - może nie Brusfri i nie iZotope Spectral DeNoise, jednak naprawdę jestem pod wrażeniem. Możecie zresztą sami pobrać plik, zawierający nagrania z programu Acoustica, przetworzone w czasie rzeczywistym przez RTX Voice. To znaczy, jest tam też fragment, kiedy wyłączyłem usuwanie zakłóceń - dla porównania. Moim zdaniem działa to naprawdę bardzo dobrze.

Na wspomnianej wyżej stronie producenta można znaleźć listę wspieranych aplikacji, ja testowałem skuteczność RTX Voice w programach OBS i Acoustica - ta druga aplikacja nie jest wymieniana, a działa bardzo dobrze, więc myślę, że warto samodzielnie przetestować program, na którym nam zależy. Mikrofon NVIDIA RTX VOICE nie pokazał się natomiast w Steinberg WaveLab.

Cuda na kiju

Muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem. Odszumianie działa bardzo dobrze i właśnie o czymś takim marzyłem, kiedy testowałem bramkę szumów w dbx286 - żeby istniało urządzenie, które na żywo "próbkowałoby" szum i usuwało go nie tylko z przerw między słowami, ale z całego sygnału. No i okazuje się, że nVidia coś takiego stworzyła!

Co ważne, odszumianie to nie obciąża procesora, więc nie powoduje powstawania opóźnień (nie zwiększa latencji) - a wcześniej testowałem w OBS odszumianie "na żywo" za pomocą Brusfri, jednak było to bardzo karkołomne i praktycznie nieużywalne. Tutaj, to zupełnie co innego.

Żeby nie było tak do końca słodko, oczywiście pozbycie się szumów nie powoduje, że sygnału można już nie obrabiać - korekcja, kompresja czy usuwanie sybilantów są nadal raczej niezbędne. Przetworzony przez RTX Voice sygnał też nie jest taki idealny - nie wykorzystałbym go do nagrania audiobooka ani podcastu, ale już do udźwiękowienia filmiku instruktażowego - czemu nie?. No i takie moje małe westchnięcie - szkoda, że nVidia nie oferuje tego programu także jako wtyczki VST do przetwarzania off-line...

wtorek, 27 kwietnia 2021

[T] Waves DeBreath

Tej "magicznej" wtyczki używałem już dwa lata temu mając nadzieję, że automatycznie rozwiąże ona moje problemy z głośnymi oddechami w materiale audio. Nie rozwiązała. Ale że w ostatnim czasie przekonuję się, jak wiele rzeczy robiłem wówczas źle, postanowiłem dać i tej wtyczce ponowną szansę. Bo, wierzcie lub nie, na pewno nie jest ona wzorem intuicyjności...

Co do czego?

Wtyczka ma bardzo prosty interfejs i może się wydawać, że jej ustawienie jest również banalnie proste. Ale nie, pozory mylą. Przede wszystkim trzeba dobrze zrozumieć, co się tutaj w ogóle wyprawia, bo inaczej odbijecie się od DeBreath jak ja kiedyś.

Po pierwsze, górny wykres i towarzyszący mu suwak umieszczony po lewej stronie to "rozpoznawanie oddechu". Firma Waves w podręczniku użytkownika twierdzi, że wtyczka ma wbudowaną dużą bazę "obrazów oddechów", którą na bieżąco porównuje z przepływającym przez nią sygnałem. Wykres Breath pokazuje zgodność sygnału ze wzorcami oddechu - innymi słowy, im wyżej sięga wykres, tym bardziej prawdopodobne, że to właśnie oddech.

W moim testowym przypadku ciężko było o przykład rodem z instrukcji, gdzie głos jest prawie jednorodną linią, zaś oddechy znacząco "wyskakują" do góry. Radzę ustawić próg tak, aby oddech (który słyszymy i widzimy na wykresie) znajdował się ponad linią, a jednocześnie jak najwięcej pozostałego wykresu tej linii nie przekraczało.

Teraz pora przejść do dolnego wykresu, Energy (Gate). Tutaj określimy, do jakiego poziomu sięgają nasze oddechy - wszystko ponad linią progu zostanie przepuszczone, zaś to, co niżej, zostanie porównane z górnym wykresem i jeśli się okaże, że jest tam rozpoznawane jako oddech (przekracza poziom), to zostanie ściszone. Jak bardzo? To zależy od ustawienia trzeciego suwaka, Reduction. Tu uwaga, bo domyślnie jest on ustawiony na nieskończoność, przez co wtyczka po prostu wycina wszystkie oddechy - brzmi to zwykle mocno nienaturalnie, więc zalecam ograniczenie redukcji do 6-12dB.

"Gwałtowność" redukcji można nieco osłabić, ustawiając parametry Fade Out i Fade In, które sprawiają, że zmiany są wprowadzane łagodniej, bez gwałtownych skoków. Domyślnie jest tu ustawione 5ms, ale można ten czas wydłużyć nawet do 200ms.

Na końcu znajdują się przyciski monitorowania - można słuchać albo sygnału przetworzonego przez wtyczkę (z usuniętymi oddechami), albo samych oddechów, co bywa przydatne przy ocenie, czy wtyczka nie wycina czegoś za dużo.

Ciekawostką jest przełącznik Room Tone - działa on w ten sposób, że w miejsce wyciętego oddechu wstawiany jest delikatny biały szum, który zapobiega krótkiej, cyfrowej ciszy, jeśli używamy ściszania całkowitego (suwak Reduction ustawiony na nieskończoność). Przyznam, że nie korzystam, bo zdecydowanie wolę tylko odrobinę oddechy ściszyć, zamiast je kompletnie wyrzucać.

Działa albo nie działa

Muszę przyznać, że przeczytanie instrukcji ze zrozumieniem wiele zmienia w obsłudze tej wtyczki. Faktycznie zaczyna ona wówczas działać sensownie i kiedy przepuściłem przez nią surowe nagranie jednego z podcastów, bardzo przyjemnie wyciszyła ona niemal wszystkie "oddechy", pomijając tylko trzy najgłośniejsze, które po prostu przekroczyły ustawiony próg.

Niemniej, należy zawsze najpierw dobrze tę wtyczkę wysterować - presety w jej przypadku sprawdzają się bardzo kiepsko. No, a po jej zadziałaniu i tak trzeba cały plik dokładnie przejrzeć albo (lepiej) przesłuchać. Przeglądaniem można bowiem skontrolować przerwy między słowami (czyli oddechy), ale kontrola wzrokowa nie pomoże w wykryciu tych miejsc, że wtyczka okaże się zbyt gorliwa i wyciszy końcówki czy początki słów. Tu wprawdzie nieco mogą pomóc parametry Fade Out i Fade In, lecz ustawienie ich na zbyt duże wartości obniży efektywność działania wtyczki.

Ostatecznie faktycznie można z DeBreath korzystać, ale trzeba ściśle sprawdzać efekty jej działania. ZWŁASZCZA na długim materiale, który może mieć spore wahnięcia poziomów oddechów (np. z czasem lektor był coraz bardziej zmęczony, więc jego oddech stawał się coraz głośniejszy). Jak dla mnie, całkiem niegłupim pomysłem jest korzystanie z tej wtyczki w jakimś edytorze wielościeżkowym. Na pierwszą ścieżkę wrzucamy oryginał, konfigurujemy DeBreath, po czym renderujemy na drugą ścieżkę. Teraz przestawiamy w DeBreath monitoring z Voice na Breath i renderujemy ponownie na trzecią ścieżkę. Teraz kontrolujemy wzrokowo tę ostatnią ścieżkę, czy przypadkiem nie ma tam jakichś podejrzanych, głośnych dźwięków (np. resztek słów), przeglądamy drugą ścieżkę, czy gdzieś nie zawieruszyły się jakieś szczególnie głośne oddechy i mamy sprawę załatwioną. Chociaż ja i tak muszę końcowy efekt przesłuchać.

Tak czy owak, nic nie zastąpi ręcznej obróbki, jednak DeBreath przy dobrym skonfigurowaniu sporo czasu pomoże oszczędzić. Radzę spróbować i ocenić samodzielnie. Poniżej materiał wideo, w części pierwszej opisujący wtyczkę DeBreath:

sobota, 17 kwietnia 2021

[T] iZotope RX 8 Standard

W swoich zmaganiach z głosem już zdarzało mi się szukać kompleksowego rozwiązania, które pozwoliłoby obrobić głos od A do Z. Czyli wrzucam sobie do jakiegoś magicznego programu plik dźwiękowy i ciach, ciach, mam go odszumionego, pozbawionego mlaśnięć i "pyków", z opanowanymi transjentami i sybilantami, skompresowany i skorygowany. Jednym słowem, gotowy do publikacji. Dotychczas załatwiałem to w WaveLabie, który (choć naprawdę świetny!) nie spełniał wszystkich moich wymagań, nawet dozbrojony w kilka wtyczek VST. Po ostatnich przygodach i (jak się wydaje) ostatecznym skonfigurowaniu sprzętu, chciałbym też "znormalizować" obróbkę, by nie musieć za każdym razem wszystkiego ustawiać od nowa (w końcu jeśli sygnał będzie w założeniach identyczny, to i obróbka powinna być identyczna). I tu na scenę wchodzi RX 8 Standard, zastępujący wersję Elements i dający dużo większe możliwości obróbki (choć nie oszukujmy się, do wersji Advanced się nie umywa, zwłaszcza jeśli chodzi o przetwarzanie mowy).

Niedoceniony?

Do tej pory RX 8 używałem rzadko, bo i wersja Elements nie ma za dużo funkcji. Dopiero Standard pozwala na więcej, o czym właśnie się przekonałem.

Zadanie z gatunku prostych i praktycznych: obrobić nagranie audiobooka z jak najlepszym skutkiem i doprowadzając je do jak najdalszego etapu. A na początku takiej obróbki zwykle zaczynam od odszumiania, żeby zakłócenia nie przeszkadzały w dalszej pracy. Żeby być precyzyjnym, najpierw jeszcze normalizuję nagranie, usuwając uprzednio wszelki "piki" pochodzące np. od kasłania. Mam wtedy najmocniejszy sygnał, w którym i szumy są najmocniejsze.

Odszumianie

W RX 8 odszumianie można zrobić na dwa sposoby. Pierwsza funkcja to Voice De-noise:

Działa całkiem przyzwoicie, tak na poziomie Brusfri, mojego "standardowego" odszumiacza. Dodatkowo, jeśli nie mamy możliwości spróbkowania szumu funkcją Learn, możemy skorzystać z działania adaptacyjnego, które nie sprawdza się źle. Na szczęście odkryłem też drugą funkcję, czyli Spectral De-noise:

No i tutaj, moi mili, właśnie tutaj dzieją się prawdziwe czary. Spróbkowałem fragment zaszumiony i po włączeniu Preview nie mogłem uwierzyć własnym uszom: szum zniknął! Nie tak, że został stłumiony, ale ciut, ciut jeszcze go słychać (jak przy Brusfi czy Voice De-noise, gdzie da się zejść z szumem do -50, -60dB). Tutaj po prostu znika, zaś poziom sygnału sięga nawet -70, -80dB (przy szczytach w okolicy -6dB). Co jednak najważniejsze, głos wydaje się nietknięty i nie słychać w nim żadnych zniekształceń! Jeszcze nigdy nie spotkałem tak dobrze działającego odszumiania!

Mlaski i piki

Drugim problemem, który należy zwalczyć, są takie delikatne "pyknięcia", powstające w wyniki sklejania się i rozklejania warg, a także rejestrowane przy głoskach w rodzaju "k", "p" czy "t". Do tej pory rzecz te likwidowałem wtyczką OEKSound SPIFF, która radziła sobie całkiem nieźle. RX 8 na dwa tego typu narzędzia, jedno typowo przeznaczone do sygnału z wokalem, czyli Mouth De-click:

Drugie, nieco zbliżone w efektach pracy narzędzie to De-crackle, które wykrywa i osłabia wszelkie nagłe piki. Oba działają bardzo dobrze, choć na razie jeszcze nie udało mi się ich skonfigurować na tyle dobrze, by osiągnąć poziom SPIFFa.

Eski

Ten etap obróbki, czyli łagodzenie sybilantów, też jest możliwy w RX 8 dzięki funkcji De-ess (a jakże!). Tutaj przyznam, że po wypróbowaniu wersji "klasycznej" i "spektralnej" wybieram raczej "klasyczną", bo "spektralna" doprowadzała u mnie za każdym razem do pojawienia się tu i ówdzie jakichś zakłóceń w sygnale, więc zwyczajnie boję się jej stosować. W pierwszej wersji obróbki stosowałem właśnie ją i dopiero po wyeksportowaniu pliku, wczytaniu go do Acoustiki i odsłuchaniu od początku okazało się, że tu i ówdzie głos "chrupie" - drogą eliminacji i powtórzenia całego procesu ustaliłem, że to właśnie efekt działania trybu "spektralnego". Klasyczny działa skutecznie i tu nie zauważyłem, by miał wpływ na coś innego, niż sybilanty.

Remedium na oddechy?

Przy pierwszym uruchomieniu wersji RX 8 Standard z nadzieją spojrzałem na obiecującą funkcję Breath Control, jednak bardzo szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Działa ona wprawdzie całkiem dobrze, ale nie na wszystkie "oddechy". Niektóre pozostawia nietknięte, zaś zdarzyło mi się, że zadziałała też na kilka końcówek wyrazów, "zjadając" je. Pod tym względem nie ma różnic między nią, a De-Breathem od Waves - niby działają, ale i tak trzeba dokładnie przesłuchać cały materiał i ewentualnie naprawiać opuszczone miejsca, co w zasadzie stawia pod znakiem zapytania sensowność ich stosowania.

Korektor jest, kompresora nie ma

Ucieszyłem się z obecności korektora, zasmuciłem zaś z nieobecności kompresora. Jednak nawet korektor jest raczej średni, bo np. w ogóle nie pokazuje widma dźwięku - ja rozumiem, że należy się kierować uszami, jednak lubię, kiedy też "widzę dźwięk". Na szczęście wśród opcji dostępny jest Plug-in, który umożliwia zastosowanie wtyczki VST z systemu. Niestety, mimo że iZotope przygotowuje swoje wtyczki także w formacie VST3, to RX 8 rozpoznaje tylko wtyczki VST2.

Alternatywą dla takiego podejścia może być rezygnacja z edytora audio RX 8 i wykorzystywanie opisanych wyżej efektów edycyjnych jako zwykłych wtyczek w innych edytorach, z czego zresztą już parę razy skorzystałem. Czyli, np. będąc w Acoustice, odpalamy najpierw odszumianie za pomocą Spectral De-noise, potem usuwanie "mlasków" za pomocą Mouth De-click, potem już robimy normalną obróbkę korektorem, kompresorem, de-esserem (jeśli trzeba) i końcowe pogłaśnianie limiterem. Z mojego doświadczenia wynika, że raczej nie ma sensu używać tych izotopowych wtyczek w WaveLabie, bo ze względu ich zapotrzebowanie na moc obliczeniową, latencja (opóźnienie sygnału) jest potworna i o wygodnej pracy trzeba zapomnieć... To są raczej efekty do przetwarzania off-line.

Zmiana warty?

Na razie muszę przyznać, że RX 8 bardzo mi się spodobał. Odszumianie działa rewelacyjnie, zdecydowanie lepiej nawet niż Brusfri, dobry jest także reduktor pogłosu (testowałem na nagraniach od Siostry Be, która w swoich archiwach ma niejedno nagranie robione w bardzo trudnych warunkach), aczkolwiek w tym przypadku jeszcze długa droga przed programistami do osiągnięcia takiego poziomu jak przy odszumianiu. Nieźle działa usuwanie mlaśnięć, podobnie de-esser też robi dobre wrażenie. Redukcja oddechu działa tak sobie i zdecydowanie lepiej jest polegać na dobrze skonfigurowanej bramce szumów (której, jak na nieszczęście, akurat w wersji Standard brak) albo (lepiej) ręcznej redukcji.

Póki co, obecnie wykorzystuję RX 8 głównie do czyszczenia materiału (odszumianie, "odmlaszczanie", usuwanie artefaktów z nagrania głosek wybuchowych), potem zapisuję sobie efekty do osobnego pliku i ten otwieram w WaveLabie, gdzie przechodzę całość, kontrolując "oddechy" i wyrzucając źle nagrane fragmenty, mogąc w każdej chwili włączyć korektor, kompresor, de-esser i limiter. I stąd dopiero wychodzi gotowy plik.

czwartek, 15 kwietnia 2021

Czas dojść z tym wszystkim do ładu

Testy Shure SM7B dały mi okazję do sprawdzenia wielu wariantów przy nagrywaniu. Nie jest bowiem tak, że po prostu podłączam mikrofon do interfejsu audio, ustawiam poziom i nagrywam. To, niestety, nie takie proste.

Wariant najprostszy - za cicho

Faktycznie, najprościej byłoby podłączyć mikrofon bezpośrednio do interfejsu przewodem XLR, ustawić wzmocnienie i cześć. Tak się jednak składa, że mimo iż ponoć Focusrite Clarett ma świetne przedwzmacniacze, to jednak nie są one w stanie "napędzić" SM7B. O ile przy AKG D5 i WA-87 dało się coś nagrać po przekręceniu wzmocnienia na maksimum, to już SM7B daje zbyt cichy sygnał...

Wariant z FetHeadem

Powyższy problem dla AKG D5 rozwiązałem jakiś czas temu za pomocą urządzenia o nazwie FetHead. Wpięte do mikrofonu, po dostarczeniu napięcia fantomowego, wzmacnia ono sygnał o ok. 25dB. I faktycznie, tak się dzieje, więc nagrywanie mikrofonów dynamicznych staje się łatwiejsze, chociaż w przypadku SM7B gałka wzmocnienia wcale nie cofnęła się aż tak znacznie - no, ale przy maksymalnym ustawieniu da się wygenerować przesterowanie samym głosem, więc jest dużo lepiej.

Wariant z przedwzmacniaczem

Na potrzeby WA-87 zdobyłem przedwzmacniacz Golder Age Project Pre-73 Mk3. To bardzo fajne urządzenie i do tej pory, kiedy korzystałem właśnie z WA-87 i nagrywałem za pomocą rejestratora Tascam, wystarczyło ustawić wzmocnienie na 50, wysterować wyjście mniej więcej na godzinę 14-tą i było ok.

Jak sobie ułatwić życie, komplikując je

Kiedy zająłem się "produkcją" filmików na YouTube, postanowiłem ułatwić sobie życie. AKG D5, podpięty bezpośrednio do interfejsu z wykorzystaniem FetHeada sprawdza się całkiem nieźle, dzięki czemu mogłem ominąć etap wyłączania komputera, przygotowania rejstratora, nagrania i tak dalej. Po prostu sięgam po mikrofon i nagrywam, nawet przy włączonym komputerze, bo D5 o wiele słabiej nagrywa jego szum.

Niestety, tak przygotowany sygnał był dość słabej jakości pod względem szumów, "esek" i dynamiki. W swej wielkiej mądrości postanowiłem więc wyposażyć się w dbx286s, czyli tzw. channel strip, który przetworzy sygnał z D5 (kompresja, de-esser, bramka szumów) i dostarczy do nagrania coś, co dla filmików okaże się wystarczające.

Miałem w tamtej chwili dwa łańcuchy: pierwszy to D5-dbx286s-Clarett, drugi zaś: WA-87-Golden Age-Clarett. Największa wada - sygnał z D5 zawsze był przetworzony, co przy korzystaniu z bramki szumów może się nieprzyjemnie zemścić. Postanowiłem zrobić "myk" i wykorzystać funkcję dbx286s, który umożliwia wyprowadzenie z siebie sygnału przetworzonego i "czystego" (przez gniazdo INSERT). Czyli - mikrofon (D5 albo WA-87) podłączam do przewodu XLR na ramieniu, stamtąd sygnał wędruje do Golden Age'a, skąd też doprowadzone jest napięcie phantom. Z Golden Age'a sygnał wędruje do dbx286s i stąd z gniazda OUTPUT wychodzi sygnał przetworzony, a z INSERT - czysty; oba wchodzą osobno do Claretta, więc docelowo, nagrywając stereo, mogę mieć oba ślady jednocześnie (czyli "czysty" staje się swoistą kopią zapasową).

Ten system działał przez chwilę, ale po kilku nagraniach okazało się, że jednak "czysty" sygnał jest zbyt zaszumiony, bo niepotrzebnie przechodzi przez wzmocnienie w dbx286s. Na szczęście okazało się, że choć Golden Age ma tylko jedno wejście, to aż dwa niezależne od siebie wyjścia. Tzn. oba jednocześnie podają ten sam sygnał. Wykorzystałem to więc i odtąd z Golden Age'a jeden sygnał wędruje bezpośrednio do Claretta, drugi zaś przechodzi po drodze przez dbx286s. Mam więc to samo, ale z mniejszymi szumami w "czystym" sygnale.

Oszaleć można

Widać zatem, że łańcuch przetwarzania robi się długi. Co gorsza, przybywa możliwości regulacji, bo wzmocnienie reguluję teraz i w Golden Age'u (i to na dwa sposoby, bo jest tu pokrętło GAIN, ale jest i OUTPUT). Czysty sygnał mogę jeszcze wzmocnić gałką w Claretcie, a zmodyfikowany - dwiema gałkami w dbx286s (wejście przedwzmacniacza i OUTPUT). Musiałem zatem przeprowadzić szereg prób, czym najlepiej kręcić i kiedy dostaje się najlepsze rezultaty (największą dynamikę sygnału).

Po wielu ślepych ścieżkach obecnie mam całość ustawioną tak: w Golden Age wzmocnienie na 50dB i wyjście wysterowane na maksimum; dbx286s ma wejście ustawione na +5dB liniowego wzmocnienia, OUTPUT na zero. W Claretcie czysty sygnał ustawiłem na pozycji 4 (10 to maksimum), sygnał z dbx286s jest na zero.

Powyższe ustawienie jest całkiem w porządku dla podłączonego SM7B - jeśli zamiast niego podłączę D5 lub WA-87, to śmiało OUTPUT w Golden Age'u skręcam na "godzinę 15tą", bo te dwa mikrofony dostarczają silniejszego sygnału. Reszta ustawień pozostaje bez zmian. Do Tascama wpuszczam tylko sygnał czysty (wypinam go wówczas z Claretta), więc tu też ustawienie jest stałe.

Czas ma mikser?

Przyznam, że osiwieć można przy tym początkowym ogarnianiu, co z czym i jak połączyć oraz jak wysterować. Do tego stopnia, że zamarzył mi się teraz RØDECaster Pro, który ma po prostu osobne wejścia na 4 mikrofony, wbudowane efekty i możliwość nagrywania na karcie pamięci. Jest jednak pieruńsko drogi i jego zakup oznaczałby, że niepotrzebnie kupiłem dbx286s, który tak naprawdę jest ćwiartką RØDECastera, bez możliwości nagrywania. Poza tym na biurku nie mam już zwyczajnie miejsca, żeby jeszcze gdzieś tu wcisnąć mikser - chyba, że sporządzę sobie szafkę rackową i tam przełożę cały sprzęt audio...

Mam nadzieję, że na razie wystarczy rozterek. Nagrywam kolejne rozdziały "Baśni z czterech świata stron" i w wyniku ciągłych eksperymentów, każda brzmi inaczej, bo albo nagrywana innym mikrofonem, albo z innymi ustawieniami, albo inaczej obrabiana lub inaczej rejestrowana... Czas chyba wreszcie wypracować ostateczny wariant, bo inaczej rzeczywiście osiwieję przed końcem roku do reszty...

wtorek, 13 kwietnia 2021

[T] Shure SM7B

Ten mikrofon to prawdziwa klasyka studiów radiowych - Shure SM7B jest znany od wielu, wielu lat. Jego podstawowa wersja, SM7, zadebiutowała w 1976 roku i posłużyła w 1982 roku do nagrania wszystkich wokali na płytę "Thriller" Michaela Jacksona (o czym wie każdy, kto próbował się czegokolwiek dowiadywać o SM7B - trąbią o tym wszyscy). Poprawiona wersja SM7A pojawiła się w 1999 roku, zaś dwa lata później światło dzienne ujrzała wersja SM7B, która jest obecna na rynku do dzisiaj i nadal jest standardem w rozgłośniach radiowych. Ten właśnie mikrofon miałem okazję testować w ostatnich dniach, co dało mi możliwość porównania go zarówno do AKG D5 (to również model dynamiczny), jak i do pojemnościowego WarmAudio WA-87. Poniżej znajdziecie moje przemyślenia, które - przyznam - nieco zbiły mnie z tropu.

Dziwaczne mocowanie

Mikrofon - w odróżnieniu od tych, których używam zazwyczaj - ma dziwny sposób montażu (co nie znaczy, że zły). Otóż nie wtyka się go w żadną "rurkę" (jak D5 czy Shure 14A), nie zawiesza się też w standardowym "koszyczku" (jak większość mikrofonów pojemnościowych). Ma on po prostu zintegrowany uchwyt-obejmę, do którego zamocowane jest również gniazdo XLR. Z tyłu obudowy znajdziemy zatem tylko kilka mikroprzełączników do kształtowania charakterystyki brzmieniowej (płaska, z podciętym basem lub z uwypukloną prezencją). Mikroprzełączniki są nieco niewygodne w obsłudze, ale w zasadzie wystarczy ustawić je raz, a potem wręcz zasłonić (w zestawie znajduje się specjalna klapka do przykręcenia).

Całość - niestety - zajmuje sporo miejsca w przestrzeni, czyli jest zwyczajnie duża. Cieszy za to całkiem sprawnie działająca, dołączona do zestawu osłona przeciwpodmuchowa w postaci gąbki nakładanej na drucianą siatkę. Właściwie w pudełku znajdziemy dwie takie osłony, jedna jest dużo grubsza i tę właśnie zamontowałem, bo standardowa (choć wygląda ładniej), nie do końca powstrzymywała moje "pyknięcia".

Mikrofon jest dynamiczny, więc nie potrzebuje zasilania phantom, jednak ja - pouczony doświadczeniami wielu lektorów, których testy SM7B oglądałem - od razu zamontowałem FetHeada. Tak się bowiem składa, że SM7B jest doskonale "znany w branży" z tego, że wymaga dużego wzmocnienia (jest mało czuły). Z jednej strony to duża wada, bo przedwzmacniacze w zwykłych interfejsach nie dają rady go prawidłowo wysterować (trzeba ok. 60dB wzmocnienia), ale z drugiej - niska czułość powoduje, że mikrofon bardzo dobrze "odcina" niechciane hałasy tła, przez co nagrywanie w kiepsko zaadaptowanych pomieszczeniach staje się łatwiejsze.

To co - używamy?

Nie pozostało nic innego, jak tylko wypróbować mikrofon "w praniu", czyli przeczytać z jego pomocą to i owo. Padło, jak to ostatnio bywa, na jedną z baśni ze zbioru "Baśnie z czterech świata stron". Czytało się bardzo przyjemnie, a obróbka przebiegła standardowo, aczkolwiek na potrzeby SM7B musiałem podnieść poziom wzmocnienia (faktycznie jest cichy). Efekty są do posłuchania na stronie GadesLector:

Bardzo przyjemną rzeczą jest to, że po zamontowaniu gąbkowej osłony można mówić do mikrofonu nawet z bliska bez obawy o głoski wybuchowe, a w takim wypadku głos staje się pełniejszy i bardziej masywny. Dodatkowo, jeśli zrezygnujemy z pop-filtra, nic nie przeszkadza w czytaniu (duży pop-filtr potrafi napsuć sporo krwi, zanim się go odpowiednio ustawi, by nie przysłaniał tekstu). Uchwyt pomaga w prawidłowym ustawieniu mikrofonu, zaś waży on akurat tyle, by z ramieniem RØDE PSA1 pracowało się bardzo wygodnie (jest ono odpowiednio dociążone i ani nie ucieka do góry, ani nie opada na blat biurka). Wadą uchwytu jest natomiast to, że przyczepiony bezpośrednio do ramienia PSA1 (bez dodatkowej przedłużki), zahacza o ramię i mikrofonu nie można swobodnie obracać w osi pionowej. Z drugiej jednak strony, pionowo zamocowany FetHead nie obciąża i nie wygina złącza mikrofonu, jak to ma miejsce w przypadku AKG D5.

Muszę przyznać, że w wypadku tego mikrofonu faktycznie warto doczytać przed zakupem o jego właściwościach, zwłaszcza słabym sygnale, który wymaga albo specjalizowanego, niskoszumowego przedwzmacniacza, albo "aktywatora" w rodzaju FetHeada czy Cloudliftera. Bez tego będzie praktycznie bezużyteczny - kiedy podłączyłem go bezpośrednio do Claretta, sygnał przy maksymalnym wysterowaniu sięgał raptem -25dB. Chyba załamałbym się, kupując SM7B dwa lata temu.

Porównania

Oczywiście, nie mogło się obejść bez porównań z moimi dotychczasowymi ulubieńcami: AKG D5 i WA-87. Aby mieć jakiś wspólny mianownik, postanowiłem ustawić cały tor sygnałowy jednakowo dla wszystkich mikrofonów, po czym dokonać nagrań testowych. Plan był taki, by te pliki można było z sobą bezpośrednio porównać, jednak - jak to ja - nie pomyślałem o tym, że SM7B wymaga przecież większego wzmocnienia, stąd do porównania wszystkie nagrania po prostu znormalizowałem. Żadne z nich nie jest obrobione, wszystkie pochodzą z "czystego" toru, który nie zawiera dbx286s, a dla ciekawych efektu - można je pobrać jako archiwum ZIP.

Ten bardzo nieprofesjonalny test przydał się jednak. Po pierwsze, nagrania z obu dotychczas wykorzystywanych mikrofonów zawierają mnóstwo "szczegółów", takich jak sklejenia warg, mlaśnięcia, westchnięcia. Ogromnie mnie to zawsze irytuje i jak tylko mogę, walczę z tym np. za pomocą aplikowania Spiffa, który tego typu artefakty nieco ogranicza. SM7B jest pod tym względem dużo bardziej wyrozumiały i nagranie z niego jest dużo łagodniejsze, takie - nazwałbym to - "tępe". Trudno mi na razie osądzić, czy to dobrze, czy źle - wydaje się, że dobrze, bo osobiście odbieram jego sygnał jako przyjemniejszy dla ucha, ale być może słuchacze audiobooków są zupełnie przeciwnego zdania...

Dodatkowo nagranie z WA-87 zawiera dużo więcej dźwięków otoczenia, w tym straszliwy szum komputera, który był włączony podczas nagrania. Pod tym względem SM7B idealnie wpasowuje się w moje obecne warunki, kiedy trudno o moment, że w domu siedzę sobie sam i mogę spokojnie nagrywać bez martwienia się o hałasy z innych pomieszczeń. Dowodem jest zaprezentowana wyżej baśń, którą nagrałem bezpośrednio w komputerze, bez kombinowania z rejestratorem audio i absolutną ciszą w pomieszczeniu.

Podsumowanie

Niewątpliwie SM7B jest świetnym mikrofonem, czy jednak usprawiedliwia to jego wysoką cenę? Cóż, zawsze można sprawdzić tańszego brata, MV7, który nawet z dedykowanym sobie ramieniem kosztuje mniej niż "goły" SM7B, oferując większą funkcjonalność: jest hybrydowym modelem XLR/USB, dodatkowo wyposażonym w możliwość podłączenia słuchawek do monitoringu bez opóźnień. Chętnie sprawdziłbym też Electro-Voice RE20, jednak obecnie w polskich sklepach osiąga on horrendalną cenę 2500zł, podczas gdy w sklepach zagranicznych (np. w Amazonie) kosztuje z VATem 399 dolarów (licząc nawet 4zł za dolara powinno to dać cenę 1600zł).

Czy polecam ten mikrofon? Jeśli macie dobry przedwzmacniacz albo już kupiliście aktywator w rodzaju FetHead, to raczej nie powinniście być zawiedzeni. W mojej opinii brzmi bardzo dobrze i gdybym miał wybierać, to zastąpiłby mi obecnie oba dotychczasowe: D5 i WA-87. Byłby koniec z przekładaniem mocowań, z regulacją dbx286s i z różnymi ustawieniami wtyczek w WaveLabie. No i nie da się ukryć, że ramię bez przykręconego pop-filtra wygląda zdecydowanie zgrabniej!

czwartek, 8 kwietnia 2021

[T] Klevgrand Brusfri 1.2

Kwiecień zaskoczył nie tylko śniegiem, ale także aktualizacją wtyczki Brusfri do wersji 1.2. Aktualizacja jest darmowa dla wszystkich dotychczasowych posiadaczy, więc nie widzę przeciwwskazań, by jej dokonać. Co i też zrobiłem niezwłocznie i... nie żałuję.

Zmiany widoczne i niewidoczne

Interfejs programu został nieco przeorganizowany - teraz więcej miejsca zajmuje w poziomie niż w pionie, co chyba nikomu w niczym nie powinno przeszkadzać. Wykres działania wtyczki jako ekspandera jest teraz wyraźniejszy, z czytelną kontrolką włączającą tryb lookahead. Kontrolkę Edge zastąpiła kontrolka Smooth o przeciwnym działaniu (tzn. poprzednia zwiększała intensywność działania redukcji, obecna łagodzi tę intensywność - widocznie jest to bardziej intuicyjne dla użytkowników).

Mamy do dyspozycji także filtr górnoprzepustowy (0-200Hz), który umożliwia pozbycie się np. przydźwięku sieciowego czy uciążliwych brumów poniżej częstotliwości ludzkiego głosu. Nadal też istnieje możliwość podbicia wysokich częstotliwości (do 6dB), co pomaga zwiększyć "jasność" wokalu, jednak producent ani wewnątrz wtyczki, ani w instrukcji nie podaje, od jakiej częstotliwości to podbicie ma miejsce. Z moich pomiarów wynika, że chodzi tu o częstotliwość od mniej więcej 3,5kHz:

Podbicie pasma od 3,5kHz, wykres z wtyczki Voxengo SPAN

O ile zmiany w interfejsie użytkownika są raczej natury kosmetycznej, to znacznie bardziej podobają mi się zmiany KONKRETNE. Czyli przede wszystkim brzmienie. Już wcześniej wtyczka działała bardzo dobrze i bardzo słabo degradowała dźwięk, jednak tym razem przy równie efektywnym odszumianiu mamy zachowanych więcej detali w wysokich pasmach, więc głos nie traci zbytnio na jasności. Czyli zwyczajnie jest lepiej!

Dodatkowo mała rzecz, która bardzo mnie ucieszyła - pojawiła się możliwość korzystania z presetów! Może niektórych zdziwi, po co komu coś takiego, w końcu odszumiacz należy za każdym razem skonfigurować, dopasowując go do specyfiki aktualnie przetwarzanego sygnału. I tak, to prawda, ale wcześniejsza wersja nie miała nawet możliwości zresetowania ustawień! To nie kłopot, jeśli dodajemy nową instancję wtyczki, ale np. Acon Acoustica zapamiętuje ostatnio ustawione wartości parametrów i je przywraca, podobnie robi WaveLab. I w momencie, gdy coś poprzestawiamy, a potem wracamy do ustawień po dłuższym czasie, już nie wiemy, czy dana wartość jest domyślna czy nie i trzeba wszystko dokładnie ustawiać "na ucho".

Teraz nie ma takiego problemu - możemy sobie zapisać ustawienia domyślne (lub jakiekolwiek inne) i je po prostu wczytać. Jeszcze nie jest to doskonałe, bo za każdym razem trzeba wskazywać plik na dysku, zamiast nazwę presetu, ale lepsze to niż nic.

Poprzedni interfejs użytkownika

Warto

Tak czy owak, aktualizację warto przeprowadzić, bo Brusfri po prostu działa lepiej. Wygląd to sprawa gustu, mnie się bardziej wtyczka podobała w poprzedniej odsłonie, ale lepsze działanie i presety wynagradzają nowy interfejs użytkownika.

środa, 7 kwietnia 2021

[T] Audacity i konkurencja

O tym programie słyszał chyba każdy, kto kiedykolwiek musiał coś zrobić z materiałem audio, zwłaszcza na komputerze PC. To sztandarowy tytuł podawany zawsze, gdy ktokolwiek zapyta, czym ma obrobić albo nagrać coś prostego. Jest dobry, bo darmowy czy też dobry i darmowy? I czy istnieją jakieś alternatywy?

Na Audacity będę patrzył przez pryzmat funkcji i czynności, które najczęściej wykonuję w tego typu programie, czyli:

  • normalizacja sygnału (podniesienie jego poziomu do określonej wartości)
  • zgłaśnianie i wyciszanie (fade-in i fade-out)
  • usuwanie szumu (specjalnym algorytmem oraz bramką/ekspanderem)
  • przycinanie pliku dźwiękowego
  • konwersja stereo-mono
  • możliwość przetworzenia pliku za pomocą efektów VST

Idąc tym tropem, Audacity spełnia wszystkie moje wymagania, może z lekkim wahaniem przy ostatnim - wykorzystaniem wtyczek VST. Jest to wprawdzie możliwe, ale dość niewygodne, bowiem wtyczki te trzeba w zasadzie skopiować do określonego folderu Audacity, żeby ten je zobaczył (nie znalazłem sposobu, żeby wskazać programowi po prostu listę katalogów do przeskanowania). Widać, że coś jest sprawdzane, bo w menu Effect można przejść do okna Add/Remove Plugins, gdzie znajdziemy np. wtyczki z katalogu c:\Program Files (x86)\Steinberg\VstPlugins\ - dlaczego jednak nie ma w ustawieniach programu, np. w sekcji Directories, możliwości ustawienia choćby jednej własnej ścieżki? Nie wiem.

Ciemny temat interfejsu robi całkiem niezłe wrażenie!

Reszta funkcji jednak jest jak najbardziej obecna i używalna, nawet odszumianie sprawdza się całkiem nieźle. Jedyny kłopot, jaki mam z Audacity, wynika z interfejsu użytkownika, który jest dość toporny. Mnie najbardziej doskwierała podczas testów (i wcześniejszego użytkowania) funkcja "podglądu" zmian, robionych przez dany efekt. Nie da się, niestety, przeprowadzać regulacji w czasie rzeczywistym, czyli słuchając zmian i zmieniając parametry efektu. Trzeba robić to kroczkami - zmieniamy parametr, włączamy odsłuch, słuchamy, znów zmieniamy, włączmy odsłuch i tak dalej, i tak dalej.

Przez to "wystające" okienko podsłuchu nie można niczego regulować...

Przyznam, że o ile dawniej było to do przełknięcia, to korzystając obecnie z Acon Acoustica czy Steinberg WaveLab męczyłem się okropnie, próbując ustawić działanie efektów "na głucho". Po raz kolejny potwierdziła się zasada, że człowiek szybko przyzwyczaja się do dobrego i trudno jest mu z tego zrezygnować.

Niemniej, wszystkie zadania z mojej listy da się wykonać bez większych problemów, więc Audacity faktycznie pozostaje takim awaryjnym narzędziem, które można pobrać i wykorzystać w sytuacjach "podbramkowych", gdy nie ma niczego innego pod ręką.

Alternatywy

Najczęściej przywoływaną alternatywą dla Audacity jest Wavosaur i muszę przyznać, że wypada on na tle Audacity dość biednie. Zgoda, obsługuje sterowniki ASIO i daje możliwość przeskanowania wielu katalogów z pluginami VST, ale ich aplikowanie do sygnału jest bardzo mało intuicyjne, zaś w samym programie nie uświadczymy ani kompresora, ani limitera, ani nawet usuwania szumu (choć jest usuwanie wokalu).

Drugim, dość popularnym programem jest OcenAudio i ten, przyznam, podoba mi się już znacznie bardziej. Sam wykrywa dostępne wtyczki VST, bez problemu radzi sobie z ASIO, ładnie wygląda i ma wbudowany zestaw podstawowych narzędzi w rodzaju kompresora czy korektora. Potrafi odszumić materiał czy nawet go przetransponować.

Jedyny problem, na jaki się natknąłem, to awaryjność - na potrzeby testu uruchamiałem go kilka razy i próbowałem wykonywać testowe czynności, ale tylko tutaj aż dwa razy program po prostu się zamknął, nawet bez komunikatu z błędem. Sprawia to, że osobiście nie miałbym do niego zaufania i pewnie zapisywałbym plik po wykonaniu każdej pojedynczej operacji.

Da się pracować?

Czy z pomocą tych programów da się pracować? Tak, tutaj odpowiedź musi być twierdząca - zwłaszcza Audacity nadaje się do podstawowych zadań, kiedy trzeba na szybko nagrać plik dźwiękowy z mikrofonu, dociąć go, znormalizować i zapisać w określonym formacie (np. jako plik wav mono). Od biedy można także przeprowadzać takie operacje jak odszumianie, kompresja czy korekcja, jednak jest to już dużo mniej wygodne, niż w komercyjnych aplikacjach (ale się da).

Jeśli ktoś szuka pierwszego edytora albo po prostu musi coś zrobić na szybko w komputerze, który nie ma żadnego oprogramowania do edycji audio, to Audacity jest na pewno sensownym ratunkiem.

wtorek, 6 kwietnia 2021

[T] Luftrum Equilibrium

No i jak tutaj nie wierzyć w siłę promocji? Jednak 50% przeceny na produkty firmy Luftrum to nie w kij dmuchał, więc skoro dają taką właśnie zniżkę do połowy kwietnia, skorzystałem i nabyłem Equilibrium, pakiet brzmień do instrumentu Omnisphere 2.6. I powiem Wam, że nie żałuję.

Takie zwyczajne

W odróżnieniu od wielu pakietów brzmieniowych (także od Luftrum), Equilibrium nie jest specyficzny. To znaczy, nie zawiera charakterystycznych czy typowych dla danego gatunku brzmień - co czyni z niego przeciwieństwo np. Luftkraftu, pakietu inspirowanego twórczością zespołu Kraftwerk (i wszyscy wielbiciele tej grupy już mogą sobie wyobrazić, jakiego typu brzmienia zawiera Luftkraft). Tymczasem w Equilibrium znajdziemy brzmienia dość "anonimowe", które po pierwsze bardzo dobrze sprawdzą się w tle i które też można dość łatwo zmienić pod swój gust, nie obawiając się, że zawierają jakiś charakterystyczny, zawsze rozpoznawalny sampel, który wykorzysta tysiąc innych muzyków.

Biblioteka zawiera 64 brzmienia, podzielone na arpeggia, pady, basy, głosy melodyczne i tekstury. Podobnie jak w przypadku pakietu Axion, także tutaj bardzo mało jest brzmień, które mi nie pasują - zdecydowana większość wydaje się być bardzo przydatna, a niekiedy wręcz inspirująca.

Ech, Luftrum!...

To straszne, że każdy kolejny bank z tej firmy okazuje się tak dobry. Znacząco zwiększa to pokusę, żeby przy okazji kolejnej wyprzedaży lub premiery sięgnąć do portfela. Jak pisałem dwa i pół roku temu, to i tak wypada ekonomiczniej, niż kupowanie ciągle nowych instrumentów. Czy wypada też taniej niż programowanie własnych? Patrząc przez pryzmat kosztu "roboczogodziny", tak. Takiego zestawu jak opisywany nie "wykręciłbym" w ciągu godziny.

piątek, 2 kwietnia 2021

[G] Gades&String - Klony

Nadszedł kwiecień i skończyło się "embargo" na bonusowy utwór z płyty Synergy. Do końca marca bowiem trwał konkurs na odgadnięcie jego tytułu, więc nie można było go upubliczniać, żeby nie psuć zabawy. Zapraszam zatem do przesłuchania:

Publikuję ten utwór i tutaj, i na głównym blogu, bo oprócz chęci pochwalenia się muszę wspomnieć, że pod pewnymi względami był to utwór przełomowy. Po pierwsze dlatego, że został dorzucony do płyty niemal w ostatniej chwili i pojawił się na niej bez oryginału stRinga. Odbiega też od innych utworów, które wprawdzie są dość różnorodnie zaaranżowane, ale w pełni orkiestrowy nie jest żaden z nich. Po trzecie - kosztował mnie mnóstwo pracy, ale i też sporo się podczas tej pracy nauczyłem.

Wstępny zarys powstał szybko, bo oryginał wręcz go "narzucał" - przepiękna melodia aż prosiła się o rozwinięcie i przygotowanie finału. Tylko nie mogłem sobie poradzić z zaaranżowaniem właśnie tej finałowej części. Myślę, że Michał - który słyszał wszystkie, nawet wczesne, wersje, zgodziłby się, że były one dość paskudne. Orkiestra po prostu robiła hałas, zamulony i kompletnie nieczytelny.

Próbowałem tak i owak, dodając coraz więcej głosów, coraz więcej sekcji, żeby było naprawdę POTĘŻNE grzmotnięcie - i nic. Kompletny brak energii... Już chciałem się wycofać z publikacji "Klonów", ale najpierw w akcie desperacji po prostu wywaliłem wszystko, co zrobiłem do tej pory i zacząłem od podstaw, bardziej skupiając się na artykulacjach i ekspresji. I to okazało się strzałem w dziesiątkę - wystarczyło zrozumieć różnicę między ekspresją a dynamiką i odpowiednio tę wiedzę wykorzystać. Nagle się okazało, że wszystko wskakuje na swoje miejsca bez żadnego kłopotu. Bez stosowania "na siłę" sekcji łączonych typu "cała orkiestra gra tutti" czy wciskania wszędzie przebogatej sekcji "blach".

To doświadczenie uczy pokory - bo już myślałem, że pozjadałem wszystkie rozumy, już potrafię jako tako aranżować na orkiestrę i... jednak nie. Bardzo dobra lekcja.

czwartek, 1 kwietnia 2021

[T] SWAM Solo Strings v3 - pierwsze wrażenia

W połowie marca pisałem o przygodach związanych z SWAM Solo Strings w wersji trzeciej, tymczasem znienacka nadszedł kwiecień i wspomniana wersja trzecia jest już dostępna. Pobrałem (nie bez przygód) i zainstalowałem. No i zaczęło się!

Zmiana na lepsze?

Razem z pojawieniem się wersji trzeciej Solo Strings sporo się pozmieniało. Przede wszystkim zmieniła się strona producenta, na taką "nowocześniejszą". Najważniejsza zmiana, to możliwość kupienia upgrade'u bez konieczności pisania do supportu, który generuje jakieś specjalne kody do wpisania w sklepie itp. Teraz po prostu jest przycisk, klik i załatwione. Widać, że to dopiero przetarcie szlaków, bo np. nie można sobie wrzucić dwóch rzeczy do koszyka - trzeba aktualizacje kupować po kolei. No cóż.

Nowa witryna to też więcej czekania. Panel użytkownika został poszatkowany i trochę trzeba się naklikać, zanim dotrzemy do linku pobierającego instalator. Ale można przyjąć, że jest może trochę przejrzyściej, zwłaszcza po oddzieleniu wersji pełnych od tymczasowych. Szkoda, że nie ma możliwości pobrania i zainstalowania całego pakietu Solo Strings jednocześnie - trzeba pobierać pojedyncze instrumenty i kolejno przechodzić przez identycznie wyglądające instalatory.

Uruchamiamy i gramy

Mimo że instrumenty mają swoje wersje samodzielne (standalone), odpaliłem od razu Reapera i wrzuciłem na pierwszą ścieżkę skrzypce. Zamiast instrumentu dostałem takie oto okienko:

Ech... no, co zrobić, zalogowałem się i oto zostałem uraczony kompletnie przebudowanym interfejsem instrumentu:

Jest dużo przejrzyściej, choć (całkiem jak na witrynie AudioModeling) jest więcej klikania, zwłaszcza na początku, zanim pozna się wszystkie zakamarki. Nie da się jednak ukryć, że całość prezentuje się nad wyraz elegancko i przyjemnie, zwłaszcza jeśli teraz porównać to z wersją drugą:

Najważniejsze jest jednak brzmienie, które miało być o wiele lepsze, dopracowane i bardziej przypominające prawdziwe instrumenty. Póki co, nie mogę tego potwierdzić. Miałem równolegle uruchomione instancje wersji drugiej i trzeciej, i przełączając się między nimi, nie spostrzegłem praktycznie żadnej różnicy w brzmieniu. Być może są to jakieś niuanse wykonawcze, które docenią tylko osoby dysponujące specjalizowanymi kontrolerami - możliwe, że tak właśnie jest. Ja jednak jestem nieco rozczarowany, bo spodziewałem się Bóg wie czego - że Violin zabrzmi jak instrument sygnowany przez Joshua Bell? Nie zabrzmi. Oczywiście, dodanie pogłosu tradycyjnie pomaga w lepszym odbiorze, ale jednak do samplowanej biblioteki jeszcze troszkę pakietowi SWAM brakuje...

W opisach poszczególnych instrumentów czytamy, że polepszono kontrolę przy grze w czasie rzeczywistym (czego nie potwierdzę, bo zwyczajnie nie potrafię na tyle dobrze grać), poprawiono artykulację legato i zmieniono model pizzicato (tu faktycznie coś niby słychać). Dodano też wspomnianą wersję standalone, co może ucieszyć osoby włączające ten instrument tylko po to, by sobie pograć.

Pod górkę

Muszę wspomnieć o jeszcze jednej sprawie. Wyżej pisałem, że trzeba się do instrumentu zalogować, żeby aktywować go na danym komputerze. U mnie się to nie udało - nie tylko każde dodanie instrumentu powodowało konieczność logowania się, to jeszcze każde POKAZANIE okienka z instrumentem wymagało wpisywania loginu i hasła. Napisałem do supportu i po godzinie dostałem serię e-maili z kodami aktywacyjnymi. Nie wiem, czy to działanie linii wsparcia, czy po prostu po rejestracji trzeba odczekać parę godzin, aż się instrumenty "wygrzeją" na naszym koncie, faktem jest, że nie mogłem z nich korzystać od razu, co - jak zwykle - kładę na karb chorych systemów zabezpieczeń, które przeszkadzają głównie legalnym użytkownikom... Trochę kiepskie jest też to, że podobnie jak z instalacją, aktywację trzeba także przeprowadzać indywidualnie dla każdego instrumentu, a nie dla całego pakietu.

Rozczarowanie

Tak, myślę, że poczułem spore rozczarowanie wersją trzecią Solo Strings. Producent zapowiadał nie wiadomo jakie zmiany, rozgłosił, że będzie to zupełnie nowy produkt (dlatego aktualizacja z wersji drugiej nie jest darmowa), a tymczasem to, co najważniejsze, czyli brzmienie, nie zmieniło się prawie wcale. To znaczy, podkreślam, pewnie wirtuozi ze specjalnymi kontrolerami docenią "bardziej realistyczne legato" i "nowy model pizzicato" - nie twierdzę, że wymieniono tylko grafikę (ale zauważcie, że sam producent wcale się nie chwali, co konkretnie zmienił czy poprawił). Ale jak na takie zapowiedzi i takie koszty, to rzecz jest niewarta moim zdaniem zachodu.

I mam dziwne wrażenie, że producent zdaje sobie dokładnie z tego sprawę - dlatego właśnie ta aktualizacja jest płatna (i to niemało), zaś wersja druga już obecnie ma dopisek DISCONTINUED. I pewnie też dlatego przed premierą nie było żadnych dem, prezentacji, pokazów - nikt nie wiedział, jak będą brzmiały instrumenty w nowej wersji. Zrzuty ekranu obiecywały faktycznie rewolucyjne zmiany, tymczasem w sferze sonicznej zmieniło się dużo mniej, niż w warstwie graficznej.

Może jednak to tylko taka premierowa wersja, a wkrótce czekają nas jakieś fantastyczne aktualizacje (których nie można byłoby zrobić w starej wersji) - trzymam za to kciuki, ale wiary za dużo mi nie zostało...

[T] dbx286s

No i mam już ostatni element układanki, którą kompletuję od paru lat, a która ma mi pozwolić swobodnie realizować pasję nagrań głosowych, lektorskich. Były ustroje akustyczne, były mikrofony, były statywy, były interfejsy audio i przedwzmacniacz, był nawet "aktywator" FetHead i w końcu pojawił się także dbx286s. Cóż to takiego i do czego będzie mi potrzebny?

Krótko o bohaterze wpisu

dbx286s jest przedwzmacniaczem (nie tylko mikrofonowym) z wbudowanym całym łańcuchem procesorów przetwarzających sygnał dźwiękowy (tzw. channel strip). Jego celem jest przygotowanie dźwięku "na gotowo", od razu do finalnej rejestracji. Najczęściej przydaje się to przy transmisjach na żywo, np. streamach, ale w moim przypadku bardziej chodzi o przyspieszenie pracy przy rejestracji dźwięku do filmików na YouTube. Tutaj nie jest najważniejsza jak najwyższa jakość (jak np. przy audiobookach), jednak także surowy dźwięk prosto z mikrofonu nie jest wskazany - zawiera on zwykle różne artefakty, szumy, stuki, szurnięcia, mlaśnięcia czy głośne oddechy, które trzeba najpierw "wyczyścić". Prowadzi to do tego, że nagrywając na szybko filmik trwający dziesięć minut, muszę później dobre pół godziny (jeśli nie dłużej) obrabiać ścieżkę dźwiękową, potem łączyć ją na powrót z obrazem, renderować całość itp. I tu widzę szansę dla dbx-a.

Co my tu mamy?

dbx286s jest to narzędzie studyjne, stąd jego widok nie dziwi - dostosowano go do montażu w specjalnej szafce, tzw. racku, więc na biurku prezentuje się nieco osobliwie ze względu na specjalne uchwyty, ale mnie to nie przeszkadza. Gorzej, że nie ma tutaj fizycznego włącznika - zmusiło mnie to do drobnej ekwilibrystyki i podpięcia wszystkich urządzeń audio do listwy zasilającej z "pstryczkiem", aby można było urządzenie wyłączać nieco bardziej humanitarnie niż przez wyciąganie wtyczki z gniazdka.

Urządzenie jest przede wszystkim przedwzmacniaczem, choć obsługuje także wejście liniowe. Zakres regulacji wzmocnienia wejściowego sięga 60dB, więc jest całkiem, całkiem. Do GA Pre-73 nie ma wprawdzie podejścia (80dB!), ale już Claretta pokonuje o 3dB. Oczywiście, dostępne jest zasilanie phantom dla mikrofonów pojemnościowych, można także w sekcji przedwzmacniacza włączyć filtr górnoprzepustowy działający od 80Hz. Urządzenie należy tak wysterować, by przy normalnym poziomie sygnału świeciły się dwie zielone diody, żółta może zapalać się na krótkie chwile, zaś czerwona (oznaczająca przesterowanie) nie powinna zapalać się nigdy.

Za blokiem przedwzmacniacza znajdują się procesory, łatwe do ominięcia za pomocą jednego przycisku. To świetne rozwiązanie, jeśli z jakiegoś powodu dane nagranie chcemy zrealizować "na surowo", a nie uśmiecha się nam ustawianie wszystkich gałek urządzenia na pozycji "OFF". Istnieje jeszcze jeden sposób nagrania "surowego" materiału, ale o nim później.

Kompresor

Jest to pierwszy z bloków "efektowych". Przypomnę, że praca kompresora polega zasadniczo na ściszaniu sygnału, który przekracza zadany próg. Ściszanie przeprowadzane jest z określoną siłą, opisywaną zwykle jako ratio. Dodatkowo kompresor może mieć regulowane czasy zadziałania (ataku - jak szybko zacznie działać kompresja po przekroczeniu progu) oraz uwolnienia (release, czyli czas, po którym kompresor przestaje działać). Zwykle kompresory mają też możliwość kompensowania utraty głośności (tzw. make-up), przez co zresztą często użytkownicy odnoszą wrażenie, że kompresor służy właśnie do pogłaśniania sygnału (bo pogłośniony po kompresji jest zwykle głośniejszy, czasem dużo głośniejszy, niż wcześniej).

W dbx całość regulowana jest dwoma pokrętłami: Drive oraz Density. O ile Density to w sumie jeden parametr, czas release, to Drive steruje... wszystkimi pozostałymi parametrami, zwłaszcza progiem, ratio i wzmocnieniem. W efekcie po pokręceniu tym pokrętłem odczuwamy, że sygnał robi się głośniejszy i bardziej wyrównany - szept i donośny głos w zasadzie przestają się różnić głośnością.

Rzeczone pokrętło należy stosować jednak z rozwagą, aby po pierwsze nie wzmocnić za bardzo szumu (zwłaszcza jeśli mamy mikrofon pojemnościowy, ale pomieszczenie nie jest bardzo dobrze zaadaptowane). Po drugie, "przekompresowany" głos nie brzmi dobrze i trudno oddawać nim różne niuanse. Przy nagrywaniu filmików instruktażowych nie jest to może bardzo ważne, ale już przy audiobookach jak najbardziej. Czyli - stosujemy z umiarem.

De-esser

Rzecz bardzo przydatna przy nagraniach lektorskich, zwłaszcza jeśli ma się "jasny" mikrofon. Tutaj sprawa jest prosta - jednym pokrętłem ustawiamy częstotliwość naszych "esek", drugim zaś decydujemy, jak mocno mają być one tłumione. Rzecz wymaga paru chwil eksperymentów, ale działa całkiem sprawnie.

Jeśli ktoś się zastanawia, jak najłatwiej dobrać parametry, to należy najpierw włączyć maksymalne tłumienie "esek", a potem zacząć mówić do mikrofonu kolejne "eski" i jednocześnie powoli kręcić pokrętłem częstotliwości de-essera. W pewnym momencie wyraźnie usłyszymy jego działanie - właśnie znaleźliśmy częstotliwość naszych "esek". Teraz wystarczy tylko wyregulować siłę działania tak, aby "eski" przestały kłuć w uszy i po sprawie.

Enhancer

Jest to troszkę odpowiednik korektora w starych zestawach stereo, gdzie osobno regulowało się basy i soprany. Tu jest podobnie - pierwsze pokrętło reguluje "szczegóły" niskich częstotliwości, drugie - "szczegóły" częstotliwości wysokich. Nie jest to regulacja liniowa, np. dla niskich częstotliwości podbijana jest częstotliwość tuż poniżej 100Hz, ale jednocześnie osłabiana 250Hz, co ma zapobiec powstawaniu "zamulonego", przebasowanego dźwięku. Całość działaniem nieco przypomina tzw. efekt zbliżeniowy, czyli mówienie do mikrofonu z bliskiej odległości (kiedyś nazywane przeze mnie "radiowym głosem"). Osobiście po paru próbach wyłączyłem działanie obu pokręteł i nie korzystam z tego modułu.

Ekspander/bramka

Jest to blok procesora, na który mocno liczyłem. Ma działanie nieco zbliżone do kompresora, ale podczas gdy kompresor redukuje sygnał przekraczający pewien próg, ekspander redukuje sygnał nie przekraczający danego progu. Jednym pokrętłem ustalamy próg zadziałania (w decybelach), a drugim decydujemy o stopniu tłumienia. Przy skrajnym położeniu (ratio na poziomie 10:1) ekspander tak naprawdę zamienia się w bramkę szumów, a jego działanie jest bardzo agresywne.

Przyznam, że podoba mi się działanie ekspandera w dbx286s. Wprawdzie dla mnie ideałem były działający w czasie rzeczywistym odszumiacz, ale i tak jest bardzo dobrze. Zresztą, mnie nawet nie bardzo chodziło o wycięcie szumów jako takich, co o zminimalizowanie głośności oddechów, mlasków czy przełykania śliny, usuwanie czego zawsze doprowadza mnie przy obróbce nagrań do pasji. I tutaj w udało się rzecz opanować w stopniu zadowalającym, co uznaję mimo wszystko za sukces.

Wzmocnienie końcowe

Ostatnim pokrętłem jest wzmocnienie wyjściowe, które działa w obu kierunkach, tzn. oprócz pogłośnienia sygnału, można go też ściszyć, jeśli np. zbyt szalejemy z kompresorem. Przydatna rzecz, aczkolwiek działa wyłącznie w momencie, gdy nie omijamy przyciskiem Process bypass całego bloku procesorów. W tym wypadku sygnał zaraz po przedwzmacniaczu trafia na wyjście, bez dodatkowych ingerencji.

Praktyka

Na razie mam za sobą etap łączenia wszystkiego z wszystkim i próbnych nagrań, ale już widzę plusy nowego łańcucha przetwarzania. Obecnie sytuacja ma się tak: sygnał z mikrofonu (czy to dynamicznego z FetHeadem, czy też pojemnościowego) trafia do przedwzmacniacza Golden Age Pre-73. Tutaj jest wzmacniany do odpowiedniej wartości i podawany jako sygnał liniowy na liniowe wejście dbx286s (nadal używam Golden Age, gdyż daje mi dużo swobody, jeśli chodzi o stopień wzmocnienia, dodatkowe filtry, saturację itp.) W dbx286s sygnał wędruje przez procesory efektowe i wychodzi prosto do jednego z wejść interfejsu Clarett.

Początkowo planowałem, że przed nagraniem będę decydował, czy nagrywać sygnał czysty czy przetworzony, ale okazało się, że jest lepsze rozwiązanie. Otóż dbx286s ma z tyłu wyjście insertowe, które wysyła sygnał po przedwzmacniaczu (a przed efektami) na potrzeby przepuszczenia przez jakiś zewnętrzny procesor. Sygnał ten można wpiąć sobie do drugiego wejścia Claretta i w ten sposób jednocześnie rejestrować sygnał przetworzony oraz czysty. Jest to bardzo przydatne rozwiązanie, bo jeśli z jakiegoś powodu przetworzony sygnał okaże się uszkodzony (np. nie zauważyliśmy przesunięcia się gałki bramki szumów i wszystko jest przez tę bramkę "poszatkowane"), to druga ścieżka, z czystym sygnałem, ratuje nas przed koniecznością ponownego nagrania. Więcej, ścieżkę tę można nagrywać nieco ciszej, aby uchronić się przed ewentualnymi przesterowaniami. Należy tylko pamiętać, że aby skorzystać z tej funkcji gniazda insertowego, wtyczka powinna być w nim "wyjęta" o jeden klik (nie wiem, jak to lepiej opisać). Dla zainteresowanych odsyłam do rozdziału Section 2 - Operating Controls instrukcji obsługi, opis INSERT Jack.

Testy

Na razie przeprowadzałem tylko testy, mające na celu sprawdzić, jaka jest najlepsza obecnie metoda nagrywania, aby uzyskać jak najlepszy efekt dźwiękowy. Okazuje się, że przepuszczenie sygnału przez Golden Age ma sens, bo paradoksalnie uzyskuję przez to czystszy dźwięk (!). Zdziwiło mnie to nieco, bo wydawałoby się, że bezpośrednie wpięcie się mikrofonem do dbx-a powinno poskutkować lepszym sygnałem (mniej połączeń, krótsza droga). Wygląda jednak na to, że sam przedwzmacniacz dbx-a nie wytrzymuje konfrontacji z Golden Age'em - nieco buczy, ma też zdecydowanie większe szumy przy porównywalnym poziomie sygnału użytecznego.

Po pewnym czasie testowania wypracowałem optymalne dla mojego głosu ustawienia procesorów, zwłaszcza ekspandera (na którym najbardziej mi zależy). W wyniku tego otrzymuję bardzo przyjemny sygnał przetworzony i do tego (jako "kopię bezpieczeństwa") sygnał czysty, który w razie czego będzie przydatny. De-esser działa dość subtelnie, ale zadowalająco, zaś kompresję stosuję oszczędnie, ustawiwszy pokrętło Drive na wartość 3.

Przy okazji poeksperymentowałem także z ustawieniami samego Golden Age'a, co też wyszło mi na zdrowie, bo okazało się, że udało mi się uzyskać jeszcze czystszy sygnał.

No i co, jest lepiej?

Moim zdaniem jest dużo lepiej. Do szybkiej realizacji nagrań jest to naprawdę świetne urządzenie - włączamy nagrywanie i w zasadzie po jego zakończeniu mamy już gotowy materiał audio, wymagający co najwyżej jakiejś delikatnej kosmetyki. Jeszcze nie czytałem żadnego audiobooka, wykorzystując dbx286s, ale mając już parę nagrań przez D5 na potrzeby filmików i testów, jestem pełen optymizmu!

wtorek, 30 marca 2021

[T] Statyw mikrofonowy RØDE PSA1

Australijska firma RØDE jest znana chyba każdemu miłośnikowi mikrofonów i nagrywania, głównie za sprawą świetnych modeli mikrofonów, ale także bardzo pomysłowym i skutecznym systemom ich montażu. Właśnie temu ostatniemu zagadnieniu przyjrzę się dzisiaj uważniej, ponieważ będę miał okazję porównać statyw-ramię RØDE PSA1 do używanego wcześniej modelu Marantz Pod Stand 1.

Statyw i statyw

Zacznę od razu od wyjaśnienia, że nie ma najmniejszego sensu porównywać tych - zdałoby się podobnych - statywów. Matantza dostałem jako bonus przy zakupie WarmAudio WA-87. Było to o tyle śmieszne, że pan ze sklepu zadzwonił specjalnie, by przekazać mi, że statyw NIE NADAJE SIĘ do tego konkretnego modelu mikrofonu, który jest... za ciężki. Jak się okazało, Marantz nie nadawał się do praktycznie żadnego mikrofonu, ba, w pionie nie potrafił utrzymać w zadanej pozycji nawet samego siebie bez obciążenia. Swojego czasu prowizorycznie rozwiązałem ten problem, mocując statyw poziomo do pionowej ścianki biurka, jednak ostatnio nawet to mocowanie przestało wystarczać. Pojawienie się FetHeada zwiększyło częstotliwość użycia mikrofonu D5 i poluzowało mocowanie, które przestało utrzymywać mikrofon w odpowiedniej pozycji. Jako że zaciski w tym statywie wołają o pomstę do nieba, już nic chyba (poza spawaniem może) mu nie pomoże...

W odróżnieniu od Marantza, PSA1 zwyczajnie robi to, do czego jest przeznaczony - trzyma mikrofon w zadanej pozycji i tyle. A obciążyć można go nawet masą 2kg - czyli większość mikrofonów pojemnościowych i dynamicznych się tutaj łapie bez kłopotu. Co ważne, statywu nie trzeba dociskać żadnymi śrubami - po prostu wyciągamy go na żądaną długość (w promieniu ponad 80cm) i on... zastyga w tym położeniu (przynajmniej w teorii, zaraz zdradzę, w czym rzecz). Używa się go bardzo łatwo i przyjemnie, i w ogóle mnie teraz nie dziwi, że bardzo wielu jutuberów używa tego właśnie modelu.

Z tym zastyganiem jest problem, gdy mikrofon wraz z uchwytem nie waży zbyt wiele - wtedy statyw ma tendencję do prostowania się, bo zwyczajnie nie jest dostatecznie dociążony. Miałem tak notorycznie z AKG D5, dopóki nie zamocowałem na ramieniu także osłony przeciwpodmuchowej. Wtedy masa była już na tyle duża, że statyw "zaczął się słuchać".

Zdecydowanie polecam

Jeśli rozglądacie się za podobnym rozwiązaniem, to gorąco polecam PSA1 - jest bardzo solidny i wygodny w użyciu. Trzeba się tylko mocno za nim rozejrzeć, bo ja nigdzie go nie mogłem dopaść (wszędzie oznaczony jako niedostępny), dopiero zapisałem się na powiadomienie w jednym ze sklepów i załapałem na jakąś sztukę (po moim zakupie w sklepie znów statyw ma status "niedostępny"). Ale warto było czekać!

poniedziałek, 22 marca 2021

Prywatny ranking popularności efektów VST

Był już prywatny ranking popularności instrumentów VST, tym razem czas na listę ulubionych efektów wtyczkowych. Nie będzie to lista długa, ponieważ - mimo obszernej kolekcji - w praktyce używam dosłownie garstki efektów i to w zasadzie tylko w razie konieczności. Dość jednak wstępu, przejdźmy do konkretów.

FabFilter

Podobnie jak we wspomnianym wyżej zestawieniu instrumentów zrobiłem zbiorczy wpis dla firmy u-he, tutaj będzie zbiorczy wpis dla firmy FabFilter. A to dlatego, że jeśli używam kompresora, jest to zwykle kompresor Pro-C 2, jeśli używam korektora - Pro-Q3. Limiter? Pro-L 2 - praktycznie zawsze. Deesser? Pro-DS. Pogłos? Od roku Pro-R. A, no i bramka szumów - tylko Pro-G. Czy coś jeszcze? Timeless 2 jako delay. Czy mam coś jeszcze pisać?

I to nie jest efekt braku konkurencji, bo kompresorów czy korektorów naprawdę mam sporo i to całkiem niezłych (np. od IK Multimedia czy Waves). Także deeserów się nazbierało przez lata, a i na pogłosy nie mogę narzekać (Valhalla Room do tej pory istnieje w większości moich projektów). Po prostu podoba mi się jakość tych wtyczek, ich przemyślany interfejs użytkownika, możliwości konfiguracyjne - no, wszystko w zasadzie.

OEK Sound

Mam tylko dwa produkty tej firmy: Soothe oraz Spiff. Obu używam namiętnie, bo po prostu świetnie działają. Soothe to coś, co sprawia, że miks brzmi lepiej, tak po prostu. Taka magiczna skrzynka. Dzięki Spiffowi zaś udało mi się ujarzmić transjenty w nagraniach wokalnych, dzięki czemu pozbyłem się "kłujących" początków wyrazów oraz drobniutkich "mlaśnięć", pochodzących od sklejonych ust. W zasadzie o ile dla Soothe jakąś tam konkurencją jest Soundtheory Gullfoss, to dla Spiffa żadnej sensownej konkurencji nie znam.

iZotope Ozone 9

Produktów z firmy iZotope mam sporo, ale w praktyce używam w zasadzie tylko Ozone'a. Wersja 9 działa bardzo dobrze i nie obciąża komputera tak bardzo jak wersja 8 (ale być może to tylko wrażenie). W każdym razie często zdarza mi się stosować tę wtyczkę, choć chyba nie w sposób, który planowali twórcy. Otóż jest w niej umieszczony "wirtualny asystent", który potrafi na podstawie wbudowanych wzorców lub dostarczonego wzorca dobrać odpowiednią obróbkę, aby przetwarzany materiał brzmiał "dobrze". No i korzystam z tego dość często, ale nie po to, by nie musieć niczego ustawiać samodzielnie - wręcz przeciwnie. Po prostu wykorzystuję te algorytmy do sprawdzenia, jak mógłby brzmieć mój utwór, gdybym zrobił coś tak czy inaczej. Czyli, mówiąc krótko, podglądam, co robi "asystent", żeby utwór brzmiał "lepiej". To zwykle bardzo pouczające.

Swoją drogą, nie ukrywam, że w wersji 9 Ozone jest bardzo sprawny w "naprawianiu" drobnych niedogodności miksu i w trakcie pracy nad jakimś utworem często używam go na sumie, jeśli chcę posłuchać roboczej wersji na jakimś konsumenckim odsłuchu.

Klevgrand Brusfri

Odszumiacz, jakiego szukałem od dawien dawna, a używam już ponad rok. Jest ekstremalnie prosty w użyciu i przy umiejętnym użyciu niemal przezroczysty brzmieniowo. Bardzo go cenię i jest na stałe wpięty w łańcuch przetwarzania w WaveLabie, gdzie obrabiam nagrania głosowe.

Youlean Loudness Meter 2 Pro

Coś, co z pozoru wydaje się zbędne - miernik głośności. W postaci wtyczki? I jeszcze odpłatny? Po co? Ano między innymi po to, by bez gryzienia palców robić np. mastering na określoną platformę. Mnie się ogromnie przydał w końcówce ubiegłego roku, kiedy przygotowywałem do tłoczenia płytę CD "Synergy", jednocześnie robiąc też wersje dla SoundClouda oraz na potrzeby odsłuchu formacie mp3. Każde z tych mediów wymaga innego potraktowania i inaczej toleruje głośne sygnały. Dodatkowo wtyczka Youlean ma możliwość analizy off-line od razu całego pliku dźwiękowego (nie trzeba go przesłuchiwać) oraz wygenerowania raportu z takiej analizy (co - jak wiem - przydaje się, żeby pokazać klientowi, że zrobiony przez nas miks czy master ma odpowiednie parametry związane z głośnością).

Cableguys PanCake 2

Jeden z trzech darmowych pluginów w tym zestawieniu, a jednak daje sobie radę. Zastąpił mi wysłużonego PanMana, którym przez lata całe sterowałem cyklicznymi efektami panoramującymi. Teraz robi to PanCake, nie tak zgrzebny i łatwiejszy w obsłudze.

Infected Mushroom Wider

Banalnie prosta, darmowa wtyczka do... poszerzania obrazu stereo. Tu nie ma co więcej pisać - po prostu działa tak, jak trzeba.

Cockos ReaStream

Niektórych zdziwi może obecność tej wtyczki w zestawieniu najczęściej używanych narzędzi tego typu. Jednak jest to niemal idealne rozwiązanie dla osób, które chcą nagrywać filmy z pracy w programie DAW, a ich interfejsy dźwiękowe nie oferują osobnego kanału umożliwiającego jednoczesne nagrywanie dźwięku z mikrofonu i z aplikacji. Wtedy sprawa jest prosta: wrzucamy na sumę DAWa wtyczkę ReaStream, którą konfigurujemy do transmisji dźwięku. Jednocześnie w programie przechwytującym filmik (np. OBS) wpinamy drugą wtyczkę, tym razem skonfigurowaną do odbioru. I gotowe, dźwięk ląduje tam, gdzie powinien - opisałem to zresztą swego czasu bardziej szczegółowo, jeśli ktoś jest ciekaw.

Słowo na koniec

I to tyle wtyczek najpopularniejszych w moim środowisku "produkcyjnym". Nie ma tego dużo, bo raczej nie lubię zmian (chyba że jest to zmiana na dużo lepsze). Sam pakiet Gold firmy Waves ma ponad pięć razy tyle wtyczek. Z mojego doświadczenia wynika, że jednak mniej zwykle znaczy lepiej i staram się maksymalnie upraszczać łańcuchy przetwarzania dźwięku. Czasem - wiadomo - nie da się, o czym świadczą choćby nagrania lektorskie, gdzie bez korektora, kompresora, deesera i procesora transjentów się "nie da". Ale opracowując pierwszą wersję głównego wokalu w utworze Seventh Encounter w pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że kanał zawiera dziesięć różnych wtyczek, po czym wędruje jeszcze na szynę z trzema kolejnymi i... brzmi fatalnie. Wywaliłem praktycznie wszystko, zostawiając korektor, kompresor i pogłos. I wyszło zdecydowanie lepiej. Tyle mojej nauki.

Prywatny ranking popularności instrumentów VST

Publikowałem już kilka razy listę Najnajnaj, jednak chciałbym zamieścić nieco bogatszą listę moich ulubionych instrumentów VST z krótkimi notatkami, co sprawia, że wybieram właśnie ten konkretny instrument. Być może komuś się te uwagi przydadzą przy decydowaniu o zakupie konkretnego instrumentu?

Spectrasonics Omnisphere

Omnispere to bez wątpienia prawdziwy gigant i bezapelacyjnie najczęściej używany przeze mnie instrument. Dozbroiłem bo o kilkanaście dodatkowych bibliotek dźwiękowych i w obecnej postaci mogę tu znaleźć praktycznie każdy rodzaj brzmienia (poza może bardzo realistycznymi brzmieniami orkiestrowymi, ale i tu parę fajnych chórków czy "smyczków" się znajdzie). Są fajne basy, są fajne leady, są pady (dla których tak naprawdę kupowałem niegdyś ten instrument), są tekstury... Zwykle zresztą podczas tworzenia nowego utworu na większości ścieżek wpinam właśnie Omnisphere, dopiero na późniejszym etapie ewentualnie ustawiając jakiś konkretny, inny instrument.

W zasadzie jedyny minus (ale i tak pozorny) to rozmiary - standardowa wersja zajmuje ponad 60GB. Do tego dochodzi Trilian (instrument z brzmieniami basowymi) oraz dodatkowe biblioteki - i setka "pęka". Niemniej, jeśli na szybko nie jestem pewien, jakiego konkretnie brzmienia użyć, na pewno coś w przepastnym zbiorze Omnisphere się znajdzie.

u-he

Pozwoliłem sobie wpisać nazwę firmy, bo tak naprawdę korzystam z kilku jej instrumentów i trudno mi jednoznacznie określić, z którego najbardziej (minimalnie pewnie wygrywa Diva). Bo i Repro-1, i Repro-5, i Diva, i Zebra2, i Dark Zebra są świetne. To mój pierwszy wybór, jeśli decyduję się zastąpić czymś Omnisphere w aranżacji. Każdy z tych instrumentów mam rozszerzony o parę bibliotek brzmień, więc baza inspiracji jest naprawdę szeroka, chociaż jakoś tak się utarło, że zwykle Repro są źródłem fajnych brzmień basowych czy arpeggio, zaś Diva i Zebra dostarczają brzmień melodycznych i padów.

To, co mi się podoba w instrumentach firmy u-he (poza brzmieniem), to prostota (no, może poza Zebrą). Interfejsy użytkownika są dopracowane i wręcz zachęcają do tego, żeby sobie czymś pokręcić i posłuchać efektów. To, co mi się nie podoba, to "procesorożerność", zwłaszcza w przypadku Divy, która jednym brzmieniem typu pad w trybie divine jest chyba w stanie zatkać każdy dostępny obecnie procesor... Jeśli wydaje Ci się, że masz tak wydajny komputer, że żadna aranżacja nie jest mu straszna, stwórz kilkunastościeżkowy utwór z brzmieniami z Divy w trybie divine.

Arturia V Collection

Kolejny "grupowy" przedstawiciel, ale w moim przypadku nie potrafię wskazać ulubionego syntezatora z tego pakietu. Jeśli miałbym wybierać, to chyba zdecydowałbym się na... AnalogLaba, bo ma on w sobie wszystkie składowe (ale bez możliwości zaawansowanej edycji).

Nie da się ukryć, że choć nie jest to mój pierwszy wybór, to często przy poszukiwaniu konkretnego charakteru brzmienia kończę poszukiwania w V Collection. Może "staro brzmiący" pad? Przyjemne brzmienie organowe? Syntetyczne smyczki z Jupitera 8? Pokręcone sekwencje albo vocoder? W dziedzinie muzycznej elektryki i elektroniki jest tu chyba wszystko, czego może oczekiwać domorosły twórca. Profesjonaliści też z pewnością odnajdą tu sporo dla siebie.

Od dłuższego czasu przyglądam się produktom firmy Cherry Audio, która - jak się wydaje - nieco pozazdrościła Arturii pomysłu na wirtualizację klasycznych syntezatorów i wypuściła już trzy podobne produkty, a na dniach ma się pokazać czwarty. Troszkę im jeszcze do jakości Arturii brakuje, ale za to są dużo tańsze, mniejsze i mniej obciążają procesor. Kto wie jednak, czy za jakiś czas Arturia nie doczeka się pełnoprawnego konkurenta?

Modartt Pianoteq

Pianoteq używam od lat jako wirtualnego fortepianu i jest to jeden z tych instrumentów, który ma pewne miejsce w moim arsenale. Nie dość, że jest malutki, szybko się ładuje, to jeszcze brzmi bardzo dobrze, zwłaszcza teraz, w wersji 7. Nie bardzo jest tu co więcej pisać - po prostu świetny instrument, który (jak dla mnie) brzmi rewelacyjnie i świetnie robi to, do czego jest przeznaczony.

Dmitry Sches Thorn

Mam ciągle wrażenie, że jest to bardzo niedoceniony instrument. Sam bym pewnie o nim nie wiedział, gdyby w którymś numerze "Estrady i Studia" nie pojawił się jego test. Pobrałem demo, sprawdziłem i... jeszcze tego dnia kupiłem licencję. Siła i czystość dźwięku jest tutaj rewelacyjna, a wrażenie po pierwszym posłuchaniu Thorna w akcji było podobne do tego, jakie miałem przy pierwszym zetknięciu z Serum czy Divą. Być może powodem mniejszej niż u konkurencji popularności jest troszkę bardziej skomplikowana edycja brzmień, bo przyznam, że i w Serum, i w Divie brzmienia konstruuje mi się przyjemniej. Niemniej, na pewno warto się z tym instrumentem zapoznać, bo jest wart tego.

AIR Hybrid3

Przy opisywanych wyżej zaawansowanych syntezatorach Hybrid3 wygląda trochę jak brzydkie kaczątko. Jest mały, bury i niepozorny, i chociaż pewnie dałoby się za jego pomocą zrobić kompletną aranżację, to jednak ja wykorzystuję go głównie jako źródło ruchu. A konkretnie, jako źródło fascynujących, "ruchomych" padów, wędrujących sekwencji i intrygujących pulsacji. Jeśli chodzi o dodawanie "życia" do aranżacji w szeroko rozumianej muzyce elektronicznej, Hybrid3 jest prawdziwą perełką. Jest wręcz idealny do dodawania delikatnych warstw tła, które wprawdzie nie rzucają się mocno w uszy, ale ich wyłączenie zauważalnie zubaża utwór.

Dużą zaletą tego instrumentu jest cena, bo bardzo często można go znaleźć w wyprzedażach, w śmiesznych wręcz cenach. Biorąc pod uwagę przydatność, wydatek w rodzaju 5-10 dolarów to naprawdę tyle, co nic.

Native Instruments Battery 4

Ten instrument zwyczajnie nie chce odejść do lamusa. Tyle razy już ogłaszałem jego zmierzch i zastąpienie go inną maszyną perkusyjną! Miał to zrobić ImageLine Drumaxxx, miał to zrobić Arturia Spark2, UVI Drum Designer, Steinberg Groove Agent, a w końcu i Melda MDrummer. A on się trzyma i nadal ląduje w projektach, chociaż przyznam, że coraz częściej po prostu jako prosty zasobnik na próbki dźwiękowe. Zamiast robić mnóstwo ścieżek na pojedyncze próbki (typu "przeszkadzajki"), wolę często wrzucić te próbki do Battery i po prostu wyzwalać je komunikatami MIDI. W prostszych przypadkach można dla każdej próbki aplikować proste efekty wbudowane, ale Battery oferuje także 16 wyjść stereo, które można przekierować do kanałów w mikserze DAW i tam dodać zewnętrzne efekty VST.

Nie jest to najlepsza z maszyn perkusyjnych, jest za to chyba najprostsza pod słońcem, jeśli chodzi o obsługę. Używam jej już piąty rok i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek odmówiła posłuszeństwa. Nic chyba dziwnego, że trudno jest mi się z nią rozstać i podejrzewam, że zostanie już na zawsze. No, chyba że Native Instruments zrobi jakąś bardzo rozsądną wersję Battery 5, która nie będzie przekombinowana.

Spitfire BBC Symphonic Orchestra

Były syntezatory, pora jeszcze wspomnieć o bibliotece orkiestrowej. Bez wątpienia BBC SO jest najlepsza spośród wszystkich posiadanych przeze mnie bibliotek (Berlin Inspire 1, Nucleus, Hollywood Orchestra). Wprawdzie rywalizuje ostro z Nucleusem (który jest naprawdę świetny), jednak gdy chodzi mi po głowie orkiestrowa aranżacja, BBC SO jest pierwsza w kolejce. Brzmieniowo bardziej podoba mi się wprawdzie wydana w końcówce ubiegłego roku Abbey Road ONE, jednak z uwagi na brak artykulacji legato nie skusiłem się na nią - aczkolwiek mam dodatek Legendary Low Strings, w którym zawarto ŚWIETNE legato dla połączonych sekcji kontrabasów i wiolonczel. Gdyby tylko Spitfire uzupełniło jakimś patchem Abbey Road ONE o legato, byłbym pierwszy w kolejce do zakupu.

Tak czy inaczej, BBC Symphonic Orchestra jest numerem jeden i nie zanosi się, żeby prędko miało się to zmienić.

Słowo na koniec

Tak prezentuje się lista moich ulubionych i najczęściej używanych instrumentów. Oczywiście, dla postronnego obserwatora nie wynika z tego kompletnie nic zgoła, to bardziej zapis dla mnie samego - ale jak wspomniałem we wstępie, a nuż kogoś wahającego się nad wyborem przekona, że ten czy inny instrument po prostu świetnie sprawdza się w pracy? Mnie żadna z opisanych wyżej wtyczek nigdy nie zawiodła (może z wyjątkiem drobnych perturbacji Omnisphere we współpracy ze Studio One, co zostało już naprawione). Polecam i dodam dla porządku, że żaden z tych instrumentów nie został mi zasponsorowany przez producenta, wszystkie zakupiłem samodzielnie, więc nie jest to artykuł reklamowy.