piątek, 9 sierpnia 2019

Szybki test mikrofonów

Korzystając z faktu, że mam udostępniony przedwzmacniacz Golden Age Project 73 Mk3, postanowiłem przeprowadzić kilka szybkich testów posiadanych mikrofonów. Celem jest, oczywiście, porównanie "produkowanego" przez nie dźwięku w kontekście wokalu, a nawet bardziej - opracowań lektorskich, którymi się ostatnio zajmuję. Wprawdzie jakieś tam porównania robiłem i wcześniej, głównie między MXL770 a WarmAudio WA87, jednak teraz do boju wszedł także stareńki już (ponad dwudziestoletni!) Shure 14A, zabawkowy mikrofon pożyczony od córki oraz mikrofony elektretowe, wbudowane w rejestrator Tascam DR-05.

Co, jak i czym?

Aby ominąć problem szumiącego komputera, do rejestracji śladów wokalnych używam zwykle rejestratora Tascam - jest on bezgłośny i daje odpowiednią jakość zapisu (używam zwykle 48kHz i 24bitów). Aby przetestować jego wbudowane mikrofony, wystarczy tylko odpowiednio ustawić poziom sygnału i już. Aby sprawdzić pozostałe mikrofony, podłączałem je do przedwzmacniacza GAP73, a stamtąd przewodem XLR-TRS do wejścia liniowego rejestratora (z przejściówką na "małego jacka"). Poziom w rejestratorze ustaliłem na stałe, dopasowując głośność pokrętłem Output w przedwzmacniaczu.

Jak tekst posłużył mi fragment opowiadania Stanisława Lema, najeżony "eskami" i innymi zgłoskami sycząco-szumiącymi oraz głoskami "k" i "p", które także często sprawiają problem podczas rejestracji (przynajmniej w moim wykonaniu).

Wyniki

Przed podsumowaniem zachęcam do samodzielnego odsłuchania fragmentów i wyrobienia sobie własnego zdania na ich temat. Zamieszczone fragmenty są plikami zgranymi bezpośrednio z rejestratora, bez jakiejkolwiek edycji, odszumiania czy kompresji.

Mikrofon zabawkowy

Nie da się ukryć, że jakość nagrania z tego mikrofonu jest najsłabsza w całym teście. Dźwięk jest niewyraźny, pozbawiony wysokich częstotliwości. Czyli generalnie, mikrofon dobrze się sprawdzi tylko w tym, do czego został zaprojektowany i wykonany.

Tascam DR-05

Przyznam, że tu się nieco zawiodłem, bo miałem niegdyś o tych mikrofonach lepsze zdanie. To znaczy, może źle to ująłem. Do rejestracji mobilnej odgłosów są ok, ale jeśli oczekujemy dobrej jakości nagranej mowy, trzeba jednak postawić na mikrofony zewnętrzne, choćby jakąś "krawatówkę". Wyraźnie słychać braki w dolnym środku pasma oraz jakieś dziwne podbicie w górze, przez co nagrany materiał jest dość nieprzyjemny w odbiorze.

Shure 14A

Sam się dziwię, że ten mikrofon wciąż działa - wprawdzie nie był jakoś ekstremalnie eksploatowany, jednak wiek robi swoje. Tu się cudów nie spodziewałem, ale nie jest źle. Widać pewną przewagę nad mikrofonami pojemnościowymi - Shure nie zbierał tylu odgłosów z pomieszczenia, dzięki czemu dźwięk jest dość selektywny, choć może mało w nim szczegółów.

MXL770

Król sybilantów - tak mogę śmiało powiedzieć po zakończeniu testu i przesłuchaniu wyników. Wszystko tu syczy i świszczy, a zdarzały się przecież sytuacje w przeszłości, że nagranie lądowało w koszu, bo było słychać wręcz "gwizdy". Zdecydowanie ten mikrofon nie jest ze mną (ale nie tylko ze mną) kompatybilny. W porównaniu do WA87 ma też nieco uboższy dźwięk. Pamiętam, że całkiem nieźle wypadały w nim partie grane na gitarze akustycznej, ale do nagrań lektorskich... nie, wolę już Shure'a 14A.

WarmAudio WA87

Ma zdecydowanie przyjemniejszy dźwięk niż MXL770, a co za tym idzie, wymaga mniej pracy podczas obróbki, zwłaszcza po wysterowaniu go GAPem 73. W walce z sybilantami wystarcza zwykle pojedynczy deesser, nie trzeba tutaj wiele kombinować. Mój zdecydowany faworyt i podstawowe narzędzie pracy.

Czy to ma znaczenie?

Czy wybór mikrofonu ma aż takie znaczenie? Moim zdaniem tak. Tutaj bardzo wyraźnie widać, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ćwierć wieku temu miałem do nakrywania jakiś kiepski mikrofon za kilkadziesiąt złotych. Z ulgą wymieniłem go na Shure'a. Później był zakup "świętego Graala", czyli mikrofonu pojemnościowego (padło na MXL770, bo był najtańszy). Nie miałem wówczas pojęcia, jak pracować z takim mikrofonem i całe szczęście, że mój ówczesny interfejs audio, Alesis iO4, miał zasilanie phantom, więc w ogóle dało się tego mikrofonu użyć. Wtedy ekscytowałem się dużą czułością, a o obróbce wokalu nie miałem zielonego pojęcia. To były czasy, gdy budżetowych mikrofonów pojemnościowych praktycznie nie było na rynku, najtańszy kosztował w granicach dwóch tysięcy złotych. Na tym tle MXL za 400zł to był hit, którego wady nawet w recenzjach były bagatelizowane ("za tę cenę?").

W bardziej świadomy sposób wybrałem dopiero WarmAudio WA87 - miał on obyć tym, czym nie był MXL, czyli mikrofonem do wokalu, z którym nie będę się bał świszczenia i syczenia. I tak się właśnie stało - chociaż akurat może WA87 nie radzi sobie z sybilantami tak dobrze, jak jego protoplasta, Neumann U87, jednak robi to znacznie lepiej, niż mikrofony budżetowe. Na razie jego możliwości zupełnie mi wystarczają, ale gdyby tak podłączyć do GAP73 coś jeszcze lepszego?...

Tutaj wtrącę jeszcze kilka słów o tym, do czego podłączamy mikrofon. Współczesne interfejsy audio mają dobre przedwzmacniacze i można je spokojnie wykorzystywać do nagrań, potrafią też dostarczyć zasilania phantom dla mikrofonów pojemnościowych - tak było z Alesisem iO4, Native Instruments Session I/O oraz aktualnie z Focusrite Clarett. Rzecz w tym, że dopóki nie podłączy się mikrofonu do prawdziwego przedwzmacniacza, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie narzędzia posiada. Oczywiście, Golden Age Project 73 Mk3 to nie jest jakiś ósmy cud świata i nie wiadomo, jaka półka jakościowa. Ale już i tutaj widać przepaść w porównaniu do preampów w interfejsach audio.

Spodziewałem się lepszej jakości

Należy pamiętać, że zamieszczone powyżej nagrania są "surowe", czyli zupełnie nieprzetworzone. Należy nad nimi jeszcze popracować (sposób obróbki materiału lektorskiego zamieszczę chyba tutaj w najbliższej przyszłości), o czym czasem się zapomina.

Podsumowanie

Nie chcę tworzyć jakiegoś podium czy przyznawać punktów, ale zwycięzca jest jeden: WA87. To z niego dźwięk najbardziej mi się podoba i to jego najczęściej wykorzystuję podczas sesji nagraniowych. To po prostu najlepszy mikrofon do nagrywania mojego głosu w dostępnej mi "kolekcji".

wtorek, 6 sierpnia 2019

Przedwzmacniacz wymagany

Narzekałem niedawno na polskie fora, ale to właśnie na nich ostatecznie znalazłem rozwiązanie problemu z nagrywaniem wokalu przez mikrofon WarmAudio WA87. A było to tak.

Dawno, dawno temu...

Streszczając pokrótce: podczas nagrywania audiobooków przez mój ulubiony mikrofon WA87 i interfejs Focusrite Clarett, skarżyłem się na niedostatecznie wysoki poziom rejestrowanego sygnału. Interfejs miałem już wysterowany maksymalnie, ale ciągle - za mało. W efekcie musiałem zwiększać poziom głośności podczas obróbki, co z kolei podnosiło poziom szumów i generalnie komplikowało mi przygotowanie materiału. Wypróbowałem bardzo dobry przewód, ale niewiele on pomógł. Jedynym wyjściem wydawał się osobny przedwzmacniacz mikrofonowy, ale czy na pewno pomoże on w rejestrowaniu? Czy taki wydatek się opłaci?

I właśnie na forum https://dzwiek.org/ znalazłem rozwiązanie. Firma MusicToolz udostępniła mi za darmo (!) na tydzień przedwzmacniacz Golden Age Project 73 Mk3, żebym po prostu sobie sprawdził, czy będzie on lepszy od przedwzmacniaczy z Focusrite'a. Bez zbędnych komplikacji i przedłużania: GAP 73 Mk3 dotarł, rozpakowałem, podłączyłem i...

O to chodziło!

W pierwszej chwili poczułem się nieco dziwnie - pierwsze próby nagrywania wyglądały tak, jakby dopiero odkrył mój mikrofon na nowo. Dźwięk był głośny i bez problemu dawało się go odpowiednio wysterować. Oczywiście, na początku, przy włączonym pececie i otwartym oknie nagrania były fatalne, bo zbierały mnóstwo szumów z pomieszczenia, ale wystarczyło się przerzucić na rejestrator Tascam DR-05, zamknąć okno i wyłączyć komputer, by rejestrować praktycznie sam głos (plus odgłosy typu skrzypienie fotela). Normalnie magia, powiadam Wam.

Właśnie czegoś takiego oczekiwałem, kupując swego czasu interfejs Focusrite Clarett. Jedno, co mi nie daje spokoju, to odpowiedź na pytanie, czy Clarett ma przedwzmacniacze o tak małej mocy, czy też w moim egzemplarzu z jakiegoś powodu są one jakoś uszkodzone? Z testów wynika, że raczej to pierwsze, bo interfejs poprawnie zachowuje się przy załączaniu zasilania phantom, działa funkcja AIR, nie ma też problemu, by wysterować sygnał liniowy (chociaż tutaj przedwzmacniacze nie działają). W ostateczności nawet ten nagrywany przez Focusrite'a sygnał od biedy się nadaje, jednak spędzałem zbyt dużo czasu na późniejszej obróbce.

W tym miejscu chciałbym podziękować firmie MusicToolz za umożliwienie przeprowadzenia testu - na pewno ułatwi do ewentualną przyszłą decyzję co do inwestycji w podobny sprzęt, bo widać od razu, że przynosi to oczekiwany efekt. No i przekonałem się, że z takim przedwzmacniaczem nagrywanie jest czystą przyjemnością - wystarczy skupić się na czytaniu i to bez tkwienia nosem w osłonie przeciwpodmuchowej.

piątek, 2 sierpnia 2019

Jan Parandowski - Mit o Orfeuszu i Eurydyce

Na przekór problemom ze sprzętem, postanowiłem nagrać krótki fragment mojej ulubionej "Mitologii" Jana Parandowskiego. A że akurat byliśmy z Perełką przy opowiadaniu o Orfeuszu i Eurydyce, stanęło właśnie na tym. Zapraszam zatem do słuchania:

środa, 31 lipca 2019

Polscy "fachowcy"

Miałem ostatnio problem z nagrywaniem wokalu. Generalnie rzecz sprowadza się do tego, że nagrywany sygnał jest zbyt słaby, a przynajmniej tak mi się wydaje. Używam WarmAudio WA87, podłączonego do interfejsu Focusrite 2Pre i muszę pokrętło wzmocnienia odkręcić praktycznie do maksimum, żeby sygnał miał odpowiednią moc. Przy tym muszę mówić do mikrofonu z odległości nie większej niż 10cm, co przy założonym pop-filtrze jest raczej mało komfortowe. Oglądając różne filmiki z wykorzystaniem tego samego mikrofonu widzę, że tam raczej nie ma problemu, odległości są już w granicach 20-30cm.

WarmAudio WA87, zdjęcie producenta

Ze znalezionych rozwiązań mam dwa: nagrywanie w 24 bitach, co pozwala wzmocnić sygnał na etapie obróbki oraz nagrywanie w Studio One, gdzie mogę podnieść poziom nagrywanego sygnału kosztem szumów. Żadne z tych rozwiązań mnie nie satysfakcjonuje, bo wydłuża się czas przetwarzania nagrania - trzeba materiał ostrożniej odszumiać (bo poziom szumów jest wyższy), a w przypadku nagrań lektorskich ostrożniej dobierać np. ustawienia bramkowania.

Zmęczony tym wszystkim, postanowiłem "zapytać internetu", choć tak naprawdę jedynym rozwiązaniem wydaje mi się po prostu zakup odpowiedniego przedwzmacniacza mikrofonowego, który będzie pracował lepiej niż przedwzmacniacze wbudowane w 2Pre. Aby uniknąć zbędnych pytań, całość opisałem dość szczegółowo - że mam taki a taki mikrofon, który zastąpił mi MXL770 (a to zastąpienie miało wyeliminować trudne do opanowania sybilanty), taki interfejs, takie są objawy, używam odpowiedniej charakterystyki, na pewno wyłączyłem tłumik, mikrofon jest dobrze skierowany, a rozważam zakup przedwzmacniacza mikrofonowego z lepszym wzmocnieniem, bo najwyraźniej 60dB z 2Pre to za mało. Z analizy rynku wyszło mi, że niezły byłby Golden Age Project 73, zatem pytanie: czy warto, czy ktoś zna lepszy przedwzmacniacz w podobnej cenie, czy może ma jakieś inne rady. Pytanie zadałem na kilku forach tematycznych i w kilku grupach na Facebooku. No i się zaczęło.

Odzew pozytywny

Na forach i w grupach anglojęzycznych dość szybko otrzymałem informację, że rzeczywiście warto zainwestować w przedwzmacniacz, ten wybrany przeze mnie ma na ogół dobre opinie, padło też kilka nazw preampów alternatywnych oraz porada, żebym spróbował użyć innych, lepszych przewodów do łączenia mikrofonu z przedwzmacniaczem (tu nawet otrzymałem link do ciekawego porównania i rozwiązanie z przewodem sprawdzę w pierwszej kolejności). Generalnie odpowiedzi były "na temat" i każdy biorący udział w dyskusji starał się podpowiedzieć coś interesującego albo przydatnego.

A to Polska właśnie

Pisałem o tym już cztery lata temu, ale nic się nie zmieniło. W polskim internecie "fachowcy" znają się na wszystkim, więc dowiedziałem się, że:

  • jestem nieukiem, bo nie chciało mi się nauczyć porządnie usuwać sybilanty z nagrań z MXL770
  • MXL770 jest super mikrofonem i mam za swoje, że zamieniłem go na badziewny (?!) WA87
  • chcę wyrzucać pieniądze w błoto, forumowicz nagrywał wokale odwróconymi słuchawkami i miał super efekty
  • amatorzy bez wiedzy biorą się za nagrywanie i tak to się kończy
  • pieniądze nie zlikwidują ignorancji
  • używam zbyt gęstego (!) pop-filtra i dlatego sygnał jest słaby
  • to wina Windows 10, ścisza sygnał
  • to wina oprogramowania, którego używam (cytat: "ja używam Audacity i nie mam nigdy problemów")
  • ktoś ma ten sam zestaw, a nagrywa mu się dobrze (po serii pytań okazało się, że i mikrofon, i interfejs są inne, ale przecież "to bez znaczenia, bo to praktycznie to samo")
  • to wina braku adaptacji pomieszczenia do nagrań (i światła rada: "nagrywaj w szafie, poziom sygnału wzrośnie")
  • światłe rady: obróć odpowiednio mikrofon, wyłącz tłumik, dobierz charakterystykę (czyli typowy problem braku czytania ze zrozumieniem)

Uwaga: ANI JEDNEJ odpowiedzi na pytanie o przedwzmacniacz. NIKT się nie odniósł do tego, co bym chciał kupić, jakie są alternatywy. Przyznam, że trafiła się jedna osoba, u której było widać CHĘĆ POMOCY, aczkolwiek za bardzo skupiła się na samym mikrofonie (czy nowy, czy nie uszkodzony, czym podłączony do interfejsu itp.) Zdecydowana większość jednak pisała tylko po to, żeby COŚ napisać i wyjść na specjalistę (zwłaszcza podobali mi się fachowcy od obróbki i usuwania sybilantów, wg których lepiej poprawiać złe nagranie niż dobrze nagrać)...

Ze świecą szukać

Nie wiem, czy istnieją na polskim rynku fora czy grupy prawdziwych specjalistów. Mam wrażenie, że nie chcą oni tracić czasu i nerwów na użeranie się z internautami (poza tym, dlaczego mają się za darmo dzielić zdobywaną latami wiedzą?). Nie trafiłem jeszcze na takie miejsce - a tam, gdzie byłem, poziom jest mniej więcej taki, jak opisałem wyżej. Pomocy w sprawach mniej oczywistych trudno się doczekać...

No nic, na razie spróbuję porady z przewodem (już zamówiony) i zobaczymy, co dalej.

ANEKS - ważne!

Minęło parę dni od zamieszenia wpisu i nagle... znalazłem forum https://dzwiek.org/. Bez większych nadziei wkleiłem tam opis mojego problemu i bardzo szybko dostałem odpowiedzi. Jedną z pierwszych była propozycja od firmy MusicToolz, że mogą mi bez problemu i opłat wypożyczyć na tydzień przedwzmacniacz Golden Age Project 73 Mk3 (!). Z pozostałych odpowiedzi także było widać, że ludzie starają się znaleźć przyczynę, a nie tylko piszą, by pokazać, że "się znają".

To przywróciło mi trochę wiary w polski internet - warto było sprawdzić to forum!

wtorek, 23 lipca 2019

Źródła dźwięku - Spectrasonics Omnisphere 2.6

Chciałbym zaingurować na łamach tego bloga nową serię pt. "Źródła dźwięku", gdzie będę pokrótce opisywał niektóre z instrumentów muzycznych, jakie udało mi się przez lata muzykowania zgromadzić. Rzecz jasna, chodzi w większości o instrumenty wirtualne w postaci wtyczek VST, bo to właśnie ich głównie używam. Cykl rozpocznie prawdziwy kombajn, czyli Omnisphere od firmy Spectrasonics.

Omnisphere wielkim instrumentem jest

To chciałbym zaznaczyć już na wstępie. Omnisphere jest po prostu i zwyczajnie - przynajmniej według mnie - "szefem wszystkich szefów". To piorunująca mieszanka samplera z syntezatorem, z podłączonym modułem efektowym, arpeggiatorem, gdzie możliwości kombinacji jest tyle, że twórcę ogranicza w zasadzie tylko wyobraźnia i... wydajność komputera. Nie spotkałem jeszcze podobnie wszechstronnego instrumentu - podobno UVI Falcon albo Steinberg HALion są podobnej klasy, ale nie mam ani jednego, ani drugiego, aby zweryfikować to twierdzenie. Przyjrzyjmy się zatem, dlaczego Omnisphere ma taką opinię, jaką ma.

Co można?

Jak już wspomniałem, znajdziemy tutaj połączenie syntezatora z samplerem. Zasadniczo mamy do dyspozycji cztery warstwy dźwiękowe (nazwane A, B, C i D), z których każda może korzystać albo z oscylatora (synteza) albo z próbki (sampler). Jeśli chodzi o syntezę, to mamy tu dość rozbudowany syntezator typu wavetable, z ogromem wbudowanych tablic próbek (jest ich ponad 500!). Mówiąc o próbkach, mamy do dyspozycji ponad 14 tysięcy dostarczonych z programem oraz możliwość stosowania własnych (choćby w formacie wav).

Taką pojedynczą warstwę możemy oczywiście dość mocno zmodyfikować: do dyspozycji są filtry, obwiednia głośności i cztery obwiednie modulacyjne (wspólne dla wszystkich warstw), mamy też wielką swobodę w modulowaniu czegokolwiek czymkolwiek (np. wysokość dźwięku pedałem ekspresji, rezonansem filtru funkcją aftertouch). Do dyspozycji są oczywiście także generatory wolnych przebiegów (LFO, w liczbie ośmiu), funkcje losowe, wszelkiego rodzaju kontrolery MIDI.

Proporcje między warstwami można ustawiać zupełnie dowolnie, a dodatkowo każdej warstwie możemy przypisać do czterech efektów (których też jest całkiem sporo, od pogłosów przez delaye po efekty distortion czy kompresory i limitery). Także cztery efekty możemy przypisać do sumy warstw, czyli do całego brzmienia. Trzeba przyznać, że efekty brzmią całkiem dobrze.

To jeszcze nie wszystko jednak. Mamy zatem barwę, złożoną z czterech warstw (z efektami), ale ciągle nam mało? Możemy w Omnisphere stworzyć barwę typu multi, składającą się nawet z ośmiu barw składowych! Czyli rzeźbimy pierwszą barwę (np. trzy warstwy + efekty, filtry itp.), potem drugą, po czym łączymy je w jedno multi. A tutaj mamy do dyspozycji jeszcze cztery efektowe tory wysyłkowe (AUX, po cztery efekty na tor) i możliwość dołożenia jeszcze czterech globalnych efektów na sumę (MASTER). Jeśli to komuś nie wystarczy, to ja już nie wiem.

Brzmienia wbudowane

Omnisphere jest idealnym (według mnie) rozwiązaniem dla osób, które chcą szybko znaleźć szukane barwy i zacząć tworzyć muzykę, bez zbytecznego wgłębiania się w sound design. Dzieje się tak po pierwsze dzięki świetnej wyszukiwarce barw, a po drugie - dzięki dużej liczbie przygotowanych presetów, które brzmią w większości świetnie, a czasem wręcz obłędnie.

Jeśli chodzi o wyszukiwarkę, to ma ona kilka cech, której często brakuje innym tego typu rozwiązaniom. Istnieje możliwość sortowania barw oraz wybierania grup (to drugie jest zazwyczaj obecne w większości instrumentów). Bardzo przydatnym rozwiązaniem jest funkcja Sound Match - wskazujemy barwę, która zasadniczo nam odpowiada (jest to np. gitara z pogłosem), a program wyszukuje inne barwy, podobne charakterem do tej zaznaczonej (pokazuje też "stopień podobieństwa"). Nie tracimy w ten sposób czasu na przeglądanie BARDZO bogatego zestawu wbudowanego.

Ciekawą funkcją związaną z przeglądaniem barw jest możliwość blokowania poszczególnych sekcji - np. spodobał nam się układ arpeggiatora z jednej barwy i chcielibyśmy go zachować podczas przeglądania - blokujemy i już zmiana barwy nie zmienia nam ustawień arpeggiatora. Genialne w swojej prostocie.

Istnieje także system pięciostopniowej oceny barw czy automatycznego odgrywania dźwięku po zaznaczeniu i wczytaniu barwy. Niby nic, a przydaje się w codziennej pracy.

Bardzo istotna rzecz: barwy przygotowane przez autorów są w zdecydowanej większości zwyczajnie bardzo dobre. Nawet jeśli nie do końca nas coś przekonuje, to do tymczasowej pracy na pewno jakościowo się te barwy nadają, a można je na późniejszym etapie wymienić na zupełnie inny instrument. Na pewno jednak COŚ uda się w Omnisphere znaleźć - i to obojętnie, czy ma być to piękny, powłóczysty pad, realistycznie brzmiąca gitara basowa czy nawet chór.

Brzmienia dodatkowe

Omnisphere jest na tyle potężnym i popularnym instrumentem, że bardzo łatwo jest znaleźć dodatkowe biblioteki z brzmieniami lub przygotować swoje własne. Ze swojej strony miłośnikom padów i brzmień "atmosferycznych" polecam biblioteki Delight od Josepha Hollo - są fantastyczne i zdecydowanie warte swej ceny. Bardzo przyjemne są też biblioteki od Triple Spiral Audio.

Co ważne, biblioteki od "poważnych" producentów zachwycają nie tylko jakością zastosowanych barw, ale także ich budową i... opisem. W większości wypadków zastosowane są modulacje za pomocą pitch bend, koła modulacji i siły docisku aftertouch, co bardzo podnosi wrażenia z gry i jest naprawdę inspirujące, gdy barwa ewoluuje, zmienia się, narasta lub cichnie itp.

Dobry opis i kategoryzacja ułatwiają późniejsze odszukanie dźwięku oraz korzystanie z niego - bez wchodzenia na poszczególne karty instrumentu można przeczytać, że koło modulacji robi coś, a aftertouch coś innego.

Rodzinka

Firma Spectrasonics oferuje oprócz Omnisphere także takie instrumenty, jak Trilian (barwy basowe) oraz Keyscape (różnego rodzaju pianina i organy). Dla Omnisphere są to instrumenty "satelickie", a ich brzmienia można zintegrować i wykorzystać w ramach Omnisphere. Jest to kolejne bardzo trafne rozwiązanie - bo znacząco wzbogaca możliwości tworzenia barw. Można połączyć piękne piano elektryczne z niskim basem i szerokim padem, a całość tak dobrze się integruje, że nie trzeba być nawet tego świadomym.

Wady?

Nie wiem, czy cenę można uznać za wadę - jest wyższa, niż standardowa cena syntezatorów VST, ale biorąc pod uwagę, co dostajemy w zamian... Nie wiem, moim zdaniem jest to cena adekwatna do jakości, a nawet nieco zaniżona (!).

Pewną wadą są wymagania sprzętowe - przy co bogatszych barwach można sobie "zapchać" aranżację, jednak to już bardziej uniwersalna wada współczesnego sprzętu, że jeszcze nie do końca potrafi "udźwignąć" bogactwa instrumentarium (dla chętnych ćwiczenie na zbudowanie gęstej aranżacji za pomocą Serum i Divy i uniknięcie "zapychania się" procesora).

Bardziej dokuczliwe jest to, że Spectrasonics nie udostępnia wersji testowej. Można pooglądać sobie filmiki na YouTube, poczytać recenzje i tyle. Fakt, że instrument jest obszerny (to ok. 40-50GB!), jednak jakaś mała wersja z np. pięćdziesiątką przekrojowych brzmień z pewnością by nie zawadziła, gdyby ją mądrze "poprzycinać".

Dla mnie pewną wadą jest to, że ewidentnie Omnisphere ma jakiś problem przy współpracy ze Studio One 4 Pro, przynajmniej na moim komputerze. Nie raz, nie dwa i nie trzy potrafiłem doprowadzić do zawieszenia się Studio One, kiedy zmieniałem barwy w Omnisphere (czy Trilianie) podczas odtwarzania aranżacji. W sieci nie znalazłem opisów podobnej przypadłości, więc może to wina mojej konkretnej konfiguracji sprzętowo-programowej.

Miej to, człowieku!

Bez wątpienia Omnisphere jest bardzo użytecznym narzędziem. Podejrzewam, że gdybym miał wybrać tylko jeden instrument do dalszej pracy, to byłby to właśnie instrument od Spectrasonics - żaden inny nie jest na tyle elastyczny, by dostarczyć tak bogate i różnorodne brzmienia.

Na pytanie, czy warto, odpowiadam zatem - oczywiście, że warto. Ale z braku wersji demonstracyjnej polecam zapoznać się z filmami na YouTube - choćby i z tym, prezentującym część presetów. A potem wystarczy sięgnąć głęboko do kieszeni, ha, ha!

środa, 29 maja 2019

Obiecanki-cacanki

Dzisiaj krótki, acz kontrowersyjny temat, do którego skłoniły mnie poczynania dwóch dużych wytwórców oprogramowania muzycznego. Chodzi o Native Instruments oraz Steinberg, a rzeczą wywołującą kontrowersje jest sprzedawanie niekompletnych produktów z obietnicą, że "kiedyś coś się pojawi".

Zaczęło Native Instruments, które jesienią otrąbiło nową, dwunastą już wersję swojego sztandarowego produktu, czyli Komplete. Jedną z atrakcji tego pakietu miał być nowy syntezator, Massive X. Nie został jednak umieszczony w pakiecie od razu z powodu "dużej ilości pracy, którą jeszcze trzeba w niego włożyć". Premierę przełożono najpierw na luty 2019, obecnie program ma się pokazać w czerwcu.

O ile jeszcze sytuację Native Instruments można jakoś tłumaczyć (w końcu reszta pakietu się pokazała, a Massive X jest jednak odrębnym programem), to Steinberg - moim zdaniem - nie ma wytłumaczenia. Przy okazji premiery Cubase 10 w listopadzie ubiegłego roku jedną z głośno podkreślanych nowości miało być wsparcie dla technologii ARA2. W materiałach prasowych i na stronie Cubase'a wsparcie dla ARA2 zostało opisane jako coming soon (czyli "dostępne wkrótce"). To "wkrótce" zmieniło się szybko z końca roku na koniec pierwszego kwartału 2019, obecnie mamy koniec maja, a funkcjonalności nadal brak. Użytkownicy, którzy - skuszeni ową obietnicą coming soon - zakupili wersję 10, dzisiaj plują sobie w brodę, bo pieniądze wydane, a ARA2 w Cubase nie ma.

To, co mnie martwi, to podejście ogółu użytkowników. Producenci są generalnie przez nich usprawiedliwiani: że przecież mogło coś "wypaść", że to podnosi jakość (można dłużej popracować i "doszlifować" produkt), że to nic takiego. Moim zdaniem jednak to bardzo niepokojący i niekorzystny (dla użytkownika) trend. Jeśli czegoś nie ma, nie powinno znaleźć się w materiałach promujących czy chwalących produkt. W wielu artykułach dotyczących Cubase 10 ARA2 jest wymieniane jako zaimplementowana i działająca funkcjonalność, bo autorzy po prostu pominęli to nieszczęsne coming soon.

Zresztą, jaki jest cel chwalenia się czymś, czego się nie ma? Znam tylko jeden powód: czysto marketingowy. Bo chce się "złapać" nowych klientów, którym oczy się zaświecą, kiedy zobaczą wśród funkcji te nieszczęsne ARA2. Kupią spodziewając się, że "wkrótce" oznacza kilka tygodni, a nie ponad pół roku. A jak już kupią, to zostaną, bo przecież Cubase nie jest tani, więc szkoda już wydanych pieniędzy. Procesować się nikt nie będzie, bo przecież - jak przeczytałem na forum Steinberga - producent uczciwie napisał, że funkcjonalności jeszcze nie ma. No, napisał, ale moim zdaniem część użytkowników może się poczuć nabita w butelkę. Poza tym istnieje presja wydawania nowych wersji, bo wiadomo - użytkownicy mogą wtedy znów wydać pieniądze na uaktualnienie.

Bardzo się obawiam, że podobne incydenty zasieją ziarno, a plony zbierzemy za rok czy dwa - coraz więcej ośmielonych takim procederem producentów zacznie oferować rzeczy, które "będą", "pojawią się", "zostaną dodane", "być może kiedyś ktoś zaimplementuje". Dodawane coming soon staną się mniejsze, zastąpione gwiazdkami lub adnotacjami gdzieś z boku, że "lista funkcji może się zmienić" albo jest tylko "listą prognozowaną".

Czy w ogóle warto się tym przejmować? W mojej opinii jest to jednak dość nieczysta gra na utrzymanie klienta przy sobie, bo jeśli ktoś pilnie potrzebuje jakiegoś rozwiązania, może zwyczajnie przejść do konkurencji. Pokażmy mu zatem, że przecież już, zaraz, za chwilę (jak pokazuje życie - pół roku? rok?) nasz produkt też będzie tę funkcję miał! A jak już, skuszony obietnicą, klient zapłaci, to przecież poczeka...

sobota, 25 maja 2019

Zybex (cover)

Jeśli ktoś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych miał w domu "małe" Atari, to z pewnością zetknął się z grą Zybex. Gra jak gra, trzeba było mieć niezłą koordynację ręka-oko, żeby przejść choćby pierwszy poziom, ale muzyka! Podobała mi się wówczas i podoba teraz - a stworzył ją Adam Gilmore, jeden z najbardziej uznanych muzyków czasów ośmiobitowych (świetna muzyka do takich gier, jak Draconus, Blinky's Scary School, Ninja Commando).

Żeby nie przedłużać - posiedziałem chwilkę lub dwie i zrobiłem własny cover tytułowego utworu z gry Zybex. Może się komuś spodoba?

środa, 22 maja 2019

Migracja z FL Studio

Ostatnie lata zrobiły się bardzo burzliwe, jeśli chodzi o wybór programu DAW, z jakiego korzystam podczas tworzenia muzyki. W efekcie ani Via, ani Runaway, ani nawet Flashback nie mają wszystkich utworów przygotowanych w jednym formacie. Via i Runaway to przede wszystkim FL Studio, pożenione wszak z Cubase. Flashback to z kolei głównie Cubase właśnie, z małą domieszką FL Studio.

Jest to, naturalnie, bardzo kłopotliwe, bo chcąc np. zremasterować Flashback przed tłoczeniem CD, muszę albo znów pracować w dwóch programach, albo pracowicie przenieść aranżacje z jednego do drugiego. Czy jest to trudne? Sprawdźmy.

Die of Cold

Wybór padł na utwór Die of Cold z płyty Runaway. Kierunek przenosin: z FL Studio do Studio One. Była to pierwsza próba przeniesienia utworu z FL Studio (drugą był Caravan). I zaraz na początku okazało się, że... się nie da?

Przygotowania

Szybko doszedłem do wniosku, że coś, co miało być proste, będzie badziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. Musiałem zapłacić cenę za brak wiedzy i doświadczenia.

Po pierwsze, chciałem przenieść dane MIDI, a nie tylko audio, więc prosta konwersja ścieżek w FL Studio na pliki wav nie wchodziła w grę. Ale okazało się, że nie można sobie ot, tak, wyeksportować utworu jako pliku MIDI, mimo że w menu istnieje stosowna opcja. Daje ona jednak w efekcie... pusty plik.

Po pół godzinie mozolnych prób zacząłem wreszcie zachowywać się rozsądnie i zajrzałem do internetu. No i okazało się, że w FL Studio utwór przed eksportem trzeba... przygotować. Robi to polecenie Prepare for MIDI export, ukryte w menu Tool-Macros. Przekształca ono projekt i dodaje wyjścia MIDI (UWAGA! nie należy tej wersji zapisywać zamiast oryginalnej!). Dopiero tak spreparowany projekt powoduje stworzenie właściwego pliku MIDI, który można z kolei zaimportować do docelowego DAW.

Dalsze prace zależą od tego, czego użyliśmy w pierwotnym projekcie. Ja np. często korzystałem z samplera do tworzenia ścieżek perkusyjnych, wczytując tam próbki z folderu Pack. Teraz się to zemściło, bo w większości tych próbek nie da się wprost przenieść do nowego DAW, bowiem są albo w formacie WavePack (rozszerzenie wv), albo w formacie Vorbis Ogg, mimo rozszerzenia wav (!). Aby ułatwić sobie późniejsze prace, napisałem szybko program, który "przebiegł" mi po całej bibliotece próbek i dokonał odpowiednich konwersji.

Prace właściwe

Mając skopiowane sample i inne pliki dźwiękowe (np. wokale) do katalogu nowego projektu można było wreszcie uruchomić Studio One i zaimportować do niego stworzony w FL Studio plik MIDI. Pliki dźwiękowe najłatwiej przeciągnąć do okienka Pool, aby można było bez problemu dodawać je do aranżacji lub wskazywać w SampleOne XT.

W pierwszym kroku przystąpiłem do porządkowania - pokolorowałem ścieżki zgodnie z tym, co miałem wcześniej w FL Studio. Później pociąłem je na klipy, bo z pliku MIDI każda ścieżka wczytywana jest jako jeden pasek długości całego utworu, co ogromnie zaciemnia widok.

Po tej operacji rozpocząłem mozolne przenoszenie ustawień - każdej ścieżce trzeba było przypisać odpowiedni instrument z odpowiednim brzmieniem oraz "zapiąć" odpowiednie efekty. Tutaj "zemściło się" stosowanie efektów wbudowanych w FL Studio, bo nie dało się w jednym miejscu zapisać presetu, a w drugim go wczytać - trzeba było przenosić ustawienia "mniej więcej".

Mając instrumenty i efekty, dorzuciłem sobie w Studio One ścieżkę aranżera i pooznaczałem kolejne fragmenty utworu.

Kolejnym etapem było umieszczanie klipów audio w odpowiednich miejscach aranżacji. Tutaj się trochę namęczyłem, bo każdy klip trzeba było precyzyjnie przemieszczać myszką, gdyż nie były odpowiednio docięte i nie pokrywały się z siatką utworu.

Problemy

Dość irytującym problemem okazały się dane MIDI. Z jakiegoś powodu FL Studio podczas eksportu koniecznie musi dołączyć dane typu Program Change, na które reagują niektóre syntezatory, np. Hybrid. Nie byłoby w tym jeszcze nic złego, jeśli powodowałoby ustawienie identycznego presetu, co w oryginale. Ale nie - preset był z uporem godnym lepszej sprawy ZAWSZE przesunięty o dwa, trzy sloty. Jedynym sposobem na zapobieżenie temu, jaki znalazłem, było wchodzenie w dane każdej ścieżki i ręczne usuwanie wszelkich danych Program Change oraz skojarzonych z nimi automatyzacji.

Drugim problemem, czy może sporą niedogodnością, było przenoszenie krzywych automatyzacji. Sprowadziło się to do ręcznego przerysowywania ich "na wzór" oryginalnych.

Wykończenie

Pozostało dobranie odpowiednich poziomów i parametrów w mikserze, ale już bez wzorowania się na starej wersji. Obecnie bowiem korzystam już np. z korektorów, aby odpowiednio pomieścić brzmienia w dostępnym spektrum, stosuję też kanały wysyłkowe i wiem, jak ustawić deeser. To wszystko pozwoliło uzyskać brzmienie spójniejsze niż ponad rok temu, co było dla mnie powodem do zadowolenia, bo oznacza, że jednak jakiś tam progres nastąpił, przynajmniej w kwestii miksu.

Efekt

W rezultacie uzyskałem (moim zdaniem) lepiej brzmiący utwór, dodatkowo odtwarzany bez problemów wydajnościowych, ładujący się szybciej i dużo czytelniejszy na ekranie. Same plusy - ale wszystko to kosztem wielu godzin (szacuję, że w sumie ok. 5-6). Późniejszy Caravan już tyle nie zajął, bo zaprocentowało doświadczenie (i skonwertowane wcześniej próbki).

Tak czy owak, podobne zabawy są bardzo uciążliwe. W ogóle muszę przemyśleć całość problemu otwierania starych projektów po latach. Wprawdzie można wszystko archiwizować jako pliki MIDI, ale jednak w ten sposób traci się mnóstwo informacji, z klipami audio włącznie. Z kolei przechowywanie wszystkiego jako osobnych ścieżek audio zajmuje ogromnie dużo miejsca (jeden utwór może zająć kilkaset megabajtów albo i więcej) oraz powoduje utratę danych MIDI, ułatwiających aranżowanie.

Przyglądam się obecnie formatowi AAF, który jest obsługiwany np. przez Logic Pro, ProTools, Studio One oraz Cubase. Jeśli zdobędę jakąś konkretną wiedzę, niechybnie się nią tutaj podzielę.

Aktualizacja PreSonus Studio One 4.5

Wczoraj została udostępniona aktualizacja DAW Studio One do wersji 4.5 - jest ona bezpłatna dla wszystkich posiadaczy wersji 4.x. Producent chwali się, że zamieścił w niej ponad 70 zmian, głównie sugerowanych przez samych użytkowników. Cóż zatem ciekawego znajdziemy w tej wersji? Niestety, ciągle brak nagrywania retrospekcyjnego, ale jest parę innych fajnych rzeczy:

  • kanały wejściowe zostały wyposażone w pokrętło poziomu oraz przełączniki polaryzacji (fazy) i napięcia fantomowego (dostępne, jeśli interfejs audio jest zgodny ze Studio One - nie trzeba gmerać w ustawieniach interfejsu)
  • można kopiować wtyczki między kanałami z zachowaniem ustawień sidechain
  • znacząco ułatwiono pracę z sidechain, bo poza kopiowaniem, można teraz zależność sidechain zdefiniować nie tylko z poziomu wysyłki z kanału, ale także z wnętrza wtyczki "odbierającej"
  • dodano nieco funkcji MIDI (np. odwracanie lustrzane, randomizacja, wypełnianie, trymowanie zdarzeń MIDI)
  • dodano opcję kwantyzacji z ustawieniem Snap to Zero
  • przebudowano opcję grupowania kanałów z możliwością nadawania grupom nazw, kolorów oraz przypisywania skrótów klawiaturowych do włączania/wyłączania grup; szczególnie fajnie wygląda to, że można sobie dla grup włączać/wyłączać części wspólne - np. chcemy łatwo ustawiać panoramę poszczególnych kanałów w grupie, to panoramowanie wyłączamy z "zakresu grupowania" i już
  • poszerzono możliwości eksportu, w tym dano możliwość obsługi formatu mp3 ze zmiennym bitrate'em oraz formatów aac i alac; ponadto można eksportować pliki wideo z osadzonym miksem
  • dodano nowy manager wtyczek oraz poprawiono działanie filtra (już nie gubi focusa - BARDZO na to czekałem!)
  • dodano funkcję blokowania zdarzeń i partii, co ma zapobiec przypadkowym przesunięciom czy edycji
  • polepszono wydajność instrumentów wielokanałowych (np. Kontakt) oraz instrumentów wbudowanych w Studio One (osobiście na razie nie zaobserwowałem dużych różnic)
  • ulepszono podgląd fragmentów audio (trzeba sobie to włączyć w opcjach, ale rzeczywiście partie audio wyglądają dzięki temu lepiej)
  • dodano Audio Batch Converter, który do tej pory był dostępny tylko w postaci rozszerzenia (notabene szkoda, że wersja Studio One Artist nadal nie dostała wsparcia dla wtyczek VST i nadal trzeba kupować specjalne rozszerzenie)

Przyznaję, że to całkiem zgrabny zestaw przydatnych opcji (mnie osobiście bardzo podoba się manager wtyczek i nowe grupowanie kanałów

wtorek, 30 kwietnia 2019

Lasermania

Dawno temu, na ośmiobitowe Atari, pokazała się gra rodem z L.K.Avalon pod tytułem Lasermania. Głównym autorem był Mirosław Liminowicz, a za grafikę odpowiadali Janusz Pelc i Marek Siewior. Muzykę, o której za chwilę kilka słów więcej, pisali Janusz Pelc (prawdziwy człowiek-orkiestra, bez cienia ironii) oraz prawdopodobnie Daniel Kleczyński (piszę prawdopodobnie, bo pamiętam go z tamtych czasów, zaś w grze jest podpisany jako D.K.).

Gry nigdy nie ukończyłem, choć jest bardzo ciekawa i doszedłem w niej dość daleko - brak "sejwów" jednak dał znać o sobie i po prostu się zniechęciłem po jakimś czasie. W ucho wpadła mi za to bardzo fajna muzyka, którą notabene dołączano też do programu Chaos Music Composer, w którym to programie jako dzieciak zaczynałem "pisać" swoje utwory.

Tak naprawdę okazuje się po latach, że tytułowy utwór jest coverem piosenki Touched By The Hand Of God grupy New Order, co nie jest w żaden sposób opisane w samej grze (co z kolei dziwi, bo panowie Liminowicz i Pelc bardzo zwykle narzekali na piratów i złodziei, wykorzystujących cudzą pracę). Być może podobnie jest z pozostałymi utworami, jednak nie znalazłem nic więcej na ten temat, choć wiara w ich oryginalność została mocno zachwiana.

Tak czy inaczej, postanowiłem w ramach ćwiczeń przygotować własny cover muzyki z Lasermanii - właśnie tak, czyli będzie to cover covera. Przed Wami zatem moja wersja growej wersji przeboju (?) New Order:

Idąc za ciosem, przeniosłem do Studio One także dwa pozostałe utwory z gry, bo zwyczajnie mam do nich sentyment. Teraz przemyśliwuję, czy nie pokusić się o cover muzyki z gry Fred - pamiętam, że ta muzyczka była moją ulubioną z czasów, gdy używałem Chaos Music Composera na początku lat dziewięćdziesiątych. Pożyjemy, zobaczymy. Na razie - tylko Lasermania.

czwartek, 18 kwietnia 2019

[O] FabFilter - Q3, C2, L2, Timeless 2

Dzisiaj trochę nietypowe, bo zbiorcze, omówienie czterech wtyczek od FabFilter: korektora Q3, kompresora C2, limitera L2 oraz delaya Timeless 2. Mają one bowiem wiele cech wspólnych, które wyróżniają je na zatłoczonym rynku wirtualnych procesorów (czyli efektów).

Co wyróżnia wtyczki FabFilter?

Przede wszystkim są to wtyczki bardzo nowoczesne. Żadnego tam udawania analogowego sprzętu, śrubek, uchwytów, potencjometrów czy wskaźników wychyłowych. Żadnego szczotkowanego aluminium i błyskających lampek. Prostota i funkcjonalność - każdy, kto używał wspomnianych procesorów, na pewno miał podobne wrażenie. Aha, i elegancja, zdecydowanie.

Wszystkie wymienione wtyczki zaopatrzone są w czytelny i łatwy do obsługi interfejs graficzny (szczególnie wygodny jest korektor Q3 - jego konfigurowanie to czysta przyjemność). Analizatory widma są płynne i zwyczajnie ładne, wszystko jest czytelne i widoczne na pierwszy rzut oka. Graficzna powłoka tych wtyczek wykorzystuje wsparcie karty graficznej, odciążając główny procesor, a wiadomo, że mocy procesora nigdy zbyt wiele.

Oczywiście, nie samym wyglądem żyje człowiek, ale na szczęście we wtyczkach postarano się także o jakość przetwarzania materiału audio. Myślę, że nikt nie będzie narzekał na materiał wychodzący z wtyczek (chyba że ewidentnie zepsuje to ustawieniami). Co najważniejsze, wtyczki są także wydajne i nie obciążają przesadnie procesora komputera, dzięki czemu można je aplikować do wielu ścieżek.

Ciekawostki

Q3

Korektor jest - w mojej opinii - zdecydowanie najciekawszą wtyczką z zestawienia. Możliwości są ogromne - oprócz tego, że dysponujemy dwudziestoma czterema zakresami, to każdy zakres może mieć przypisany swego rodzaju kompresor - czyli filtruje tylko wtedy, gdy spełnione są pewne warunki dynamiczne. FabFilter oferuje tutaj także bardzo strome odcięcia, bo oprócz -96dB/oktawę, dostępnego w wersji Q2, dostajemy tzw. brickwall, czyli w zasadzie "ostre" odcięcie. Co ciekawe, nawet tak ekstremalne przycięcia działają bardzo naturalnie.

Co ciekawe, jeśli zaaplikujemy Q3 na kilku ścieżkach, poszczególne instancje wtyczki "widzą się" nawzajem, dzięki czemu można wyszukiwać np. nakładające się, "problematyczne" zakresy.

L2

Limiter jest bardzo przydatnym efektem, zwłaszcza podczas masteringu (przynajmniej ja go wówczas dużo intensywniej używam, niż podczas miksowania). W wersji 2 FabFilter postarało się, żeby ich flagowy limiter nie tylko dobrze uwzględniał true peak, ale przede wszystkim nie przepuszczał żadnych peaków międzypróbkowych. Można włączyć w limiterze bardzo dokładny tryb pracy i uchronić się w 100% przed niechcianymi przesterowaniami, choć zwiększa to zużycie czterordzeniowego procesora do ok. 20% (wystarczy jednak to zrobić tylko do finalnego zgrania).

Timeless 2

To, co oferuje Timeless, to sporo więcej, niż można by się spodziewać po wtyczce opóźniającej. Jest to delay ze wszech miar zaawansowany, z możliwością własnego definiowania odbić czy użycia filtrów. Tutaj polecam przesłuchanie przynajmniej części przygotowanych przez producenta presetów, czasami efekty są zadziwiające i inspirujące.

C2

Kompresor jaki jest, każdy widzi. Jest to jeden z najczęściej używanych efektów podczas prac przy produkcji. W rozwiązaniu od FabFilter bardzo ładnie widać, kiedy kompresor działa i jak wpływa na materiał audio.

Warto - bardzo

W zasadzie trudno jest mi na coś narzekać - przynajmniej do tej pory wszystko działało bez żadnych problemów i zawsze udawało mi się uzyskać zamierzony efekt. Na koniec nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić gorąco wspomniany zestaw pluginów (oraz pozostałe - miałem jeszcze do czynienia z deesserem DS i pogłosem R). Wątpię, żeby ktokolwiek był zawiedziony.

wtorek, 26 lutego 2019

Expectation na CD

Dzisiaj doszła paczka z nagranymi płytami CD "Expectation". Po raz pierwszy jestem mocno rozczarowany - niestety, pretensje mogę mieć jedynie do siebie... albo do Photoshopa. Ale po kolei...

Najważniejsze, czyli muzyka, została nagrana prawidłowo, więc przynajmniej w tym, co najistotniejsze, płyta nie zawodzi. Czyli jest tak, jak chciałem, a jeśli brzmienie nie jest idealne, to głównie dlatego, że nie potrafię lepszego w obecnej chwili uzyskać.

Gorzej z okładką - zawiera dwa poważne błędy: lista utworów z tyłu jest wydrukowana zaledwie w 2/3, zaś tekst wiersza "Lullaby" w ogóle prawie zniknął. To wynik błędnego eksportu do formatu pdf, wymaganego przez "tłocznię". Okładka w samym Photoshopie wygląda w porządku, ale konwersja do pdf zawiera wspomniane błędy. Nie zauważyłem ich przy zatwierdzaniu i dałem zielone światło na druk - stąd też nie mam szans na reklamację. Cóż, gorzki jest smak własnej głupoty - pozostaje tylko nadzieja, że w przyszłości to doświadczenie zaprocentuje i DOKŁADNIE sprawdzę wszystko trzy razy.

Tak czy inaczej, płyty stały się faktem - nie będę robił poprawek, bo to i tak bezcelowe. Najważniejsze, że słychać to, co miało być słychać.

piątek, 22 lutego 2019

IK Multimedia - Niezbyt czyste zagrywki

IK Multimedia to producent sprzętu i oprogramowania muzycznego, np. cenionego Miroslav Philharmonik Orchestra, MODO Bass, SampleTANK czy interfejsów iRig. Do jakości software'u, np. wtyczek z zestawu T-RackS, nie mam zastrzeżeń - używam i chwalę sobie. Sprzętu nie mam, ale z testów, które czytałem, to też bardzo solidne produkty. Ale...

Zgrzyt pierwszy

Zgrzyt pierwszy dotyczy sposobu instalacji i autoryzacji - a ten jest w przypadku oprogramowania IK Multimedia dość zagmatwany i momentami kuriozalny. Żeby użyć jakiejś wtyczki efektowej, nie wystarczy jej zainstalować. Trzeba najpierw zainstalować Authorization Managera, a potem specjalny program CustomShop. Dopiero w tym programie możemy "kupować", czyli aktywować poszczególne wtyczki - aplikacja synchronizuje się z naszym kontem i "widzi", do czego mamy dostęp.

Przyznam, że rozwiązanie IK Multimedia jest mocno irytujące, bo są to już dwie aplikacje, które lubią się "przeterminować" i wymagają aktualizacji - a do normalnej pracy w ogóle nie są przecież potrzebne.

Zgrzyt drugi

Ten zgrzyt jest dużo poważniejszy i właśnie "na dniach" się z nim zetknąłem. Zaczęło się od tego, że serwis AudioPlugin.DEALS zaoferował za darmo bank brzmień Memory-V do syntezatora IK Multimedia o wymownej nazwie Syntronik FREE. To brzmienia legendarnego Memorymooga, czyli rzecz nie do pogardzenia. Wypełniłem formularz, dostałem numer seryjny i przystąpiłem do instalacji. Trwało to długo, bo musiałem pobrać Authorization Managera i - osobno - dwa pliki brzmień (każdy po ok. 2GB). I dobrze. Ale będąc w dziale z moimi produktami IK Multimedia przypomniałem sobie, że mam też kupiony niegdyś bank 99 z brzmieniami Yamahy SY-99. No to myślę sobie: "Pobiorę i może coś z tych dwóch instrumentów wycisnę ciekawego". No i się nie udało, bo... 99 się przeterminował.

"Przeterminowanie" oznacza, że nie działa link pobierania. Zadziała, jeśli zapłacę jeden tzw. reactivation credit. Rzecz w tym, że "kredyty" można kupować tylko w paczkach, a najmniejsza paczka to koszt 30 euro. Podsumowując: żeby pobrać legalnie zakupiony produkt, muszę jeszcze raz zapłacić producentowi. I to niemałą kwotę - sam 99 kosztuje obecnie 60 euro.

Uprzedzam też, że tak, widziałem, podczas zakupu pojawia się informacja, że link do pobrania ma ważność 180 dni - jednak bazując na doświadczeniach z innych firm (i logice) użytkownik może łatwo założyć, że "w razie czego" support pomoże i link (za darmo) odnowi. A już wymuszanie zakupu pakietu 25 creditów, choć potrzebny jest tylko jeden, to - moim skromnym zdaniem - ta tytułowa niezbyt czysta zagrywka, tym bardziej, że samo IK Multimedia ma jeszcze "wirtualną walutę" w postaci tzw. JamPointów, przyznawanych jako bonus za zakupy. Czy nie można by użyć po prostu tych punktów? No nie, bo to tylko "wirtualne punkty", a nie żywa gotówka...

Konkluzja

Przyznam, że pierwszy raz spotkałem się z podobną taktyką producenta. Miałem już do czynienia z wygasającymi linkami, np. tak się dzieje przy zakupie banków brzmień Luftrum - ale wystarczy napisać do supportu i za chwilę dostaje się mailowo nowe linki. Także inni producenci, np. Impact Sounds, dbają o klienta i umożliwiają pobranie zakupionego oprogramowania, nawet gdy oryginalne linki już nie działają. A tu, jak widać, można na tym jeszcze biznes zrobić... Przykre to bardzo.

czwartek, 21 lutego 2019

Po co mi ta muzyka?

Ostatnio w facebookowej grupie Produkcja muzyczna - homerecording rozgorzała dyskusja, dlaczego w ogóle obecnie ludzie "robią" muzykę. Teza była taka, że przecież to się kompletnie nie opłaca, bo serwisy streamingowe płacą grosze (jeśli w ogóle), konkurencja duża i w zasadzie zdecydowana większość twórców jest skazana na zignorowanie przez rynek i słuchaczy. Teza śmiała, ale w dużej części chyba prawdziwa...

Według mnie są dwa podejścia do tworzenia muzyki: komercyjne i hobbystyczne. Komercyjne zakłada naturalnie zarabianie na swojej muzyce (a może wręcz utrzymywanie się z niej) i wymaga bardzo dużego zaangażowania (czasu, ale także pieniędzy) i jako takie w moim przypadku w ogóle nie wchodzi w grę.

Ja zajmuję się muzyką wyłącznie hobbystycznie i można nieco złośliwie powiedzieć, że nie tylko nie zarabiam, ale wręcz dokładam do interesu - ale tak jest chyba z każdym hobby. Robi się to dla przyjemności i własnej satysfakcji. Wierzcie lub nie, ale nawet taka samodzielnie "wytłoczona" płyta w zawrotnym nakładzie dwudziestu sztuk potrafi ucieszyć - no i ładnie wygląda na półce.

Przede wszystkim jednak tworzenie muzyki jest nad wyraz przyjemne. Jeśli do głowy wpadnie jakiś pomysł, siadasz sobie przy instrumencie i zaczynasz ten pomysł urzeczywistniać, krok po kroku. Albo inaczej: siadasz przed instrumentem, włączasz jakąś inspirującą barwę (dla mnie taką jest barwa pianina) i brzdąkasz to i owo, aż coś w głowie "zaskoczy" i zaczną pojawiać się coraz to nowe pomysły (to właśnie na takie sytuacje przydaje się funkcja retrospective recording, obecna w niektórych programach DAW, która po prostu daje możliwość zapisania ostatnich granych 10-15 minut, jeśli uznamy, że coś fajnego nam "wyszło"). Mnie się często zdarza, że po prostu siedzę i gram, sprawdzam sobie nowe brzmienia, nowe kombinacje akordów - nawet bez zapisywania czy tworzenia z tego jakichś utworów. Takie granie tylko i wyłącznie dla przyjemności.

A jeśli uda się wreszcie nagrać - jak to nazywam - sedno utworu, można później dowolnie długo siedzieć nad nim i "rzeźbić" - rozwijać jedne pomysły, usuwać inne, rozbudowywać lub upraszczać. Zmieniać barwy, dopracowywać szczegóły. A na koniec, gdy już strona muzyczna jest gotowa, pozostaje "szlifowanie" za pomocą miksowania i masteringu. A na koniec można komuś utwór zaprezentować i cieszyć się (lub nie) z efektu.

W moim przypadku dochodzi jeszcze jedna motywacja: zdobywanie nowych umiejętności. Album "Via" pozwolił mi na poznanie nowego oprogramowania DAW (FL Studio) oraz umożliwił testowanie wielu różnych instrumentów oraz kontrolerów sprzętowych. Miałem też sposobność przekonać się, czy po ćwierćwieczu jestem nadal w stanie nagrać muzykę.

Płyta "Runaway" to z kolei nauka konsekwencji w działaniu, pierwsze wysiłki w miksowaniu i masteringu oraz próba współpracy z prawdziwą wokalistką (niestety, tylko częściowo udana). "Flashback" to z kolei praca w warunkach mocno spartańskich, bez dobrego odsłuchu, to także powrót do Cubase'a jako aplikacji DAW i mnóstwo pracy nad aranżacjami.

Koniec końców "Expectation", która nie jest już udowadnianiem komukolwiek czegokolwiek. To już praca na spokojnie, podczas której powstało dwa razy tyle materiału, ile ma płyta. To też - mam nadzieję - początek współpracy z innymi osobami. To w końcu płyta, gdzie rzeczywiście długo siedziałem nad miksami i ostatecznym masteringiem, wreszcie osiągając jakieś wymierne rezultaty.

O ile po nagraniu albumu "Via" miałem głupie wrażenie, że już prawie wszystko umiem, to obecnie wiem, że jest całe MNÓSTWO rzeczy, które jeszcze robię źle i mógłbym nauczyć się robić dobrze. Jeśli zatem powstanie nowy album, mam wiele obszarów do testowania i sprawdzania nowych rozwiązań.

I jest jeszcze jedna rzecz, której się przez tych parę lat nauczyłem. To konieczność podładowania akumulatorów. "Runaway" powstała bardzo szybko po "Via" i z perspektywy czasu oceniam, że zdecydowanie za szybko. Zabrakło dystansu, zabrakło pomysłów. Chciałem szybko, szybko udowodnić, że dam radę. Teraz wiem już, że nie warto się spieszyć - dlatego kolejna płyta, jeśli powstanie, będzie rodziła się w długo i spokojnie.

A na koniec link do playlisty w serwisie YouTube, gdzie można posłuchać albumu Expectation - to możliwość dla tych, którzy nie korzystają z innych serwisów.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Expectation nie tylko w BandCamp

Osoby, które niespecjalnie przepadają za serwisem BandCamp, gdzie opublikowałem Expectation, mogą skorzystać już z serwisów streamingowych, czyli Spotify, Tidal, Deezer czy Amazon Music. Lada chwila album powinien być też dostępny w Apple Music. Pełna lista serwisów poniżej:

  • Spotify
  • Apple Music
  • iTunes
  • Google Play/YouTube
  • Amazon
  • Pandora
  • Deezer
  • Tidal
  • Napster
  • iHeartRadio
  • ClaroMusica
  • Saavn
  • Anghami
  • KKBox
  • MediaNet

Życzę przyjemnego słuchania!

czwartek, 7 lutego 2019

Expectation cyfrowo

Dzisiaj opublikowałem mój najnowszy album, czyli Expectation - na razie w postaci cyfrowej, w serwisie BandCamp. Wersja CD się tworzy - trzeba przygotować okładkę i nadruk na płytę, wytłoczyć i tak dalej. Tym niemniej, słuchać już można, do czego gorąco namawiam - a krytyczne uwagi najlepiej zamieszczać w komentarzach!

poniedziałek, 4 lutego 2019

Goodhertz WOW Control

Ostatnimi czasy (no dobrze, trend trwa już ładnych parę lat) muzyczny świat oszalał na punkcie "analogowości", czyli udawaniu, by krystalicznie czyste i precyzyjne cyfrowe dźwięki przypominały te, uzyskiwane na "kultowych" urządzeniach z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Ma to dodać nowej muzyce jakiejś szlachetności - przynajmniej tak to odbieram, bo zupełnie tego trendu nie rozumiem.

Tak czy owak, sklepy z pluginami VST aż puchną od wszelkiego rodzaju "taśmowych saturatorów", "lampowych emulacji wzmacniaczy" czy innych wynalazków. Mnie zaciekawił Goodhertz WOW Control i napiszę o nim kilka słów.

Co potrafi?

Najprościej można opisać działanie WOW Control jako wirtualnego magnetofonu, przez który przepuszczamy naszą muzykę. A magnetofon - wiadomo - nasyci brzmienie harmonicznymi, trochę osłabi wysokie tony albo doda szumu. Ale to nie wszystko - ten konkretny "magnetofon" potrafi symulować rozstrojenie oraz błędy przesuwu taśmy, co spowoduje powstanie zabawnych (lub nie) zniekształceń, zafałszowań i tym podobnych brudów.

Trzeba uczciwie przyznać, że możliwości w zakresie psucia brzmienia (albo uszlachetniania, zależy od której strony na tę operację spojrzeć) jest tu wcale sporo. Istnieje nawet tryb losowy, który powoduje, że całość brzmi nad wyraz realistycznie, bo nie jest z niczym zsynchronizowana. Złudzenie odsłuchiwania na starym sprzęcie jest bardzo mocne.

Tyle tylko, że...

Jeśli ktoś potrzebuje akurat takiego zabiegu, to rzeczywiście WOW Control jest najlepiej brzmiącym efektem, z jakim miałem do czynienia, zwłaszcza jeśli chodzi o "uszkodzenie" głowicy czy przesuwu taśmy. Brzmi to rewelacyjnie i realistycznie, ale... Na pewno nie jest to efekt dla mnie - głównie przez zaporową cenę prawie 130 dolarów. Poza tym nadal mam uraz z młodości, kiedy za wszelką cenę pragnąłem UCIEC przed podobnymi zakłóceniami, jakie WOW Control wywołuje. Chciałem za wszelką cenę zamienić magnetofon na odtwarzacz CD, między innymi właśnie po to, by taśma mi się nie wkręcała, by nie trzeba było ciągle czyścić głowicy, by nie martwić się buczeniem czy szumami. I do teraz alergicznie wręcz reaguję na wszelkie przycięcia i zakłócenia.

Niemniej dla wielbicieli audiobrudu jest to plugin bardzo wartościowy i jeśli budżet pozwala, a pomysły wykorzystania wypełniają głowę, na pewno warto zainwestować.

czwartek, 31 stycznia 2019

MIDI 2.0

Używacie MIDI? Bo ja używam. Od dawna. Nawet od bardzo dawna. Niemal od samego początku tego standardu, który - przypomnijmy - ma już 35 lat! I co ciekawe, przez ten cały czas praktycznie się nie zmienił, czyli, przynajmniej w teorii, bez problemów możemy podłączyć prawie czterdziestoletni syntezator do współczesnego komputera.

Czym jest MIDI?

Dla tych, którzy z MIDI spotkali się przelotnie lub w ogóle ominęła ich okazja do zapoznania się z tym standardem, małe wyjaśnienie. MIDI oznacza Musical Instrument Digital Interface i jest systemem przekazywania informacji między instrumentami muzycznymi, a właściwie służy do sterowania tymi instrumentami.

Z grubsza rzecz biorąc, chodzi o to, by można było przesłać do lub z instrumentu, który klawisz muzyczny został naciśnięty, z jaką szybkością i na jak długo. Oprócz tego można przesyłać dość sporo dodatkowych parametrów, np. modulację, podtrzymanie (sustain) czy inne parametry, które producent zastosował w swoim instrumencie. Lista tych parametrów obejmuje 128 pozycji.

Wbrew pozorom, MIDI zmieniło bardzo wiele w kontekście możliwości sterowania urządzeniami - zamiast dedykowanych rozwiązań poszczególnych producentów (niezgodnych między sobą), dostaliśmy coś, dzięki czemu urządzenia "dogadują się" ze sobą.

Oczywiście nie jest też tak, że MIDI przez ten cały czas W OGÓLE się nie zmieniło - pojawiły się standardy General MIDI czy możliwość przesyłania danych sysex, były to jednak rozszerzenia bazujące na istniejących rozwiązaniach (np. General MIDI po prostu porządkowało w określony sposób numery brzmień instrumentów).

Po co wersja 2.0?

Skoro jest już tak dobrze od 35 lat, po co wprowadzać zmiany? Ano okazuje się, że przydałoby się kilka rozszerzeń istniejącego standardu, na przykład:

  • komunikacja dwustronna między urządzeniami
  • szybszy transfer danych przez MIDI
  • 16 bitowe velocity (dotychczas 7 bitowe)
  • 32 bitowe wartości kontrolerów (dotychczas 7 bitowe)
  • konfiguracja połączenia (automatyczne ustalenie zgodności)
  • 16 grup po 16 kanałów MIDI (dotychczas 1 grupa 16 kanałów)
  • możliwość ustawiania dowolnych zdefiniowanych właściwości instrumentów poprzez MIDI (Property Exchange)

Wydaje się zatem, że mamy "powtórkę z rozrywki", bo część tych funkcjonalności (np. sterowanie czy transfer pewnych danych) poszczególni producenci już rozwiązali we własnym zakresie, podłączając instrumenty za pomocą USB i stosując własne sterowniki/nakładki/edytory. MIDI 2.0 ma zatem znów uporządkować to wszystko i ułatwić pracę np. twórcom DAW.

Tak czy owak kluczową rzeczą przy wprowadzaniu wersji 2.0 będzie utrzymanie wstecznej zgodności - nowy standard MUSI być zgodny z tymi dziesiątkami tysięcy urządzeń, które już od dziesięcioleci są na rynku.

Spokojnie

Chociaż prace nad nową wersją trwają już jakiś czas, nadal jesteśmy daleko od praktycznej implementacji. Tym niemniej wydaje mi się, że zmiany idą w dobrym kierunku i jeśli zostaną wprowadzone sensownie i bez zaburzania zgodności, to będą wartością dodaną.

Czekamy w takim razie na pierwsze praktyczne testy.

poniedziałek, 14 stycznia 2019

Flashback na CD

Prace nad "Expectation" są w zasadzie skończone, postanowiłem zatem wrócić do albumu "Flashback", który - jako miksowany na słuchawkach podłączonych do laptopa - brzmieniowo podoba mi się najwyżej średnio... Jednak nie tylko ogólne brzmienie jest tu problemem.

Co jest do zrobienia?

Plan jest taki, żeby wszystkie utwory odsłuchać raz jeszcze, a dysponując obecnie lepszym odsłuchem (i także wiedzą, bo sporo rzeczy się przez ten prawie rok nauczyłem) zrobić ponownie miks oraz mastering. To nie wszystko, w planach są przynajmniej cztery zmiany.

Po pierwsze chciałbym ujednolicić format projektów - większość jest nagrana w Cubase, ale trzy - w FL Studio. Wzorem Caravan z "Expectation", chciałbym te trzy utwory przenieść do Cubase, co w zasadzie już się dzieje.

Po drugie kompletnie nowego nagrania wymaga utwór Internal, który był aranżowany i nagrywany "na kolanie", co widać zwłaszcza teraz, z perspektywy czasu. Na pewno nie może zostać w obecnym kształcie - w najgorszym wypadku po prostu zniknie.

Trzecią zmianą będzie modyfikacja Schodów do nieba - to tutaj swój wkład ma mieć JG i jego gitara. Mam nadzieję, że utwór stanie się o wiele lepszy po tym zabiegu.

Czwarta zmiana jest już bardzo hipotetyczna i w sumie jest niezależna ode mnie - poprosiłem JG o przesłuchanie utworu Princess i przemyślenie, czy dałby radę go zagrać na gitarze akustycznej. Jestem bardzo przywiązany do tej kompozycji i chciałbym, żeby nareszcie zabrzmiała tak, jak trzeba.

Na kiedy i po co?

Terminem zakończenia prac na razie się zupełnie nie przejmuję, bo i tak wcześniej na CD wyjdzie "Expectation". Zresztą, "Flashback" jest już wydany w sieci, więc tu zupełnie nie ma presji - wolałbym po prostu doprowadzić go do zdecydowanie lepszego stanu, a już idealne byłoby nagranie na nowo Princess. Raczej przed Wielkanocą nie ma się co spodziewać wydania, a najpewniej odbędzie się to dopiero latem albo nawet po wakacjach.

A po co w ogóle to wszystko? W zasadzie tylko dlatego, żeby wersja na CD była lepsza od tej sieciowej. W końcu to ją właśnie zachowam sobie na pamiątkę oraz rozdam przyjaciołom. To taki gadżet, ale chciałbym, żeby wersja "fizyczna" była jak najlepsza. Skoro do momentu wydania jest sporo czasu, można go poświęcić na szlify. Tym bardziej, że na razie mitycznej weny do kolejnego albumu nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie.

czwartek, 10 stycznia 2019

Plugin, którego nie ma

Kilka dni temu dostałem e-maila z informacją na temat świetnego (jak wynika z treści maila) pluginu o nazwie SPL HawkEye. Specyfikację można znaleźć tutaj, a w skrócie powiem tylko, że to wszechstronne narzędzie pomiarowe. Nawet pobrałem sobie wersję próbną (bo jest) i chociaż cudów nie stwierdziłem, to plugin może się przydać. Cóż więcej?

Otóż rozbawiła mnie jedna rzecz: plugin ma już dwie pozytywne opinie od użytkowników mimo tego, że... nie można go kupić. Tzn. jest to oprogramowanie komercyjne, ale ceny u producenta jeszcze próżno szukać i pluginu kupić się nie da. Obie "wartościowe" oceny są zatem od osób, które - jak ja - pobrały wersję próbną i poużywały jej przez maksymalnie kilka godzin. No, tak się robi marketing!