czwartek, 14 listopada 2019

Nowy Cubase 10.5

Tradycyjnie w listopadzie Steinberg wypuszcza nową wersję swojego DAWa - tym razem mamy rok z wersją "połówkową". Co w niej nowego i czy warto wysupłać pieniądze na aktualizację?

  • połączone narzędzie zaznaczenia - można połączyć narzędzie zaznaczania obiektów i zakresów, wówczas na górnej części (np. ścieżki) kursor działa jako zaznaczanie obszarów, na dolnej części - jako zaznaczanie obiektów (klipów)
  • porównywanie ustawień korektorów - jeśli stosujemy korektory Cubase'a na kilku ścieżkach, możemy porównać je między sobą na jednym ekranie; do tej pory korzystałem z podobnej funkcjonalności wbudowanej w korektor FabFilter Pro Q-3, jak widać, porównywarka się spodobała w środowisku
  • import ścieżek z innych projektów - wprawdzie funkcja była już wcześniej, ale ograniczona do ścieżek audio i MIDI; obecnie można zaimportować z innego projektu w zasadzie wszystko: ścieżki instrumentalne, efektowe, grupy; nie można importować ścieżek zmiany tempa czy metrum
  • kolorowanie kanałów w mikserze - wydawałoby się, że to szczegół bez znaczenia, ale ja osobiście bardzo lubię rozróżniać poszczególne ścieżki nie tylko po nazwach, ale też po kolorach, z czego korzystałem już i w FL Studio, i w Studio One; wprawdzie poszczególne ścieżki w oknie projektu były kolorowane już od dawna, ale teraz jest ścisłe powiązanie koloru ścieżki w oknie projektu i w oknie miksera
  • eksport plików wideo łącznie z dźwiękiem - tu przyznam się, że ani nie wiem, czy było to wcześniej, ani jakie daje profity nowe rozwiązanie; kompletnie nie używam Cubase'a do obróbki wideo
  • multitap delay (fachowo się to chyba nazywa wieloodczepową linią opóźniającą, ha, ha) - czyli nowy steinbergowy plugin efektowy
  • \
  • możliwość otwarcia Cubase'a w trybie bezpiecznym (ang. safe mode) - wówczas wybieramy, czy chcemy wyłączyć zewnętrzne wtyczki VST (jeśli sprawiają problemy), czy np. wyczyścić ustawienia lub uruchomić program z ustawieniami domyślnymi
  • nagrywanie retrospektywne - Ooo! cudo! chociaż Cubase akurat był właśnie tym programem, w którym nagrywanie retrospektywne było już od dawna zaimplementowane (i jest to jedna z jego przewag nad Studio One w moim prywatnym rankingu), to teraz inżynierowie tę funkcję jeszcze rozwinęli - każdy kanał ma bowiem własny bufor, więc jeśli będziemy podczas odtwarzania przełączać się między kanałami i coś tam sobie grać, możemy po fakcie przywołać te zagrane frazy na konkretnych ścieżkach; ponadto, jeśli odtwarzanie działało w pętli, możemy nagrany w buforze materiał wstawić albo jako nałożone frazy (overlapping), albo jako "rozwinięte", które następnie można sobie pociąć i przenieść np. w inne miejsce utworu
  • PadShop 2 - do nowego Cubase'a dołączono instrument PadShop 2, który (póki co) nie jest jeszcze dostępny indywidualnie; na screenach wygląda jak wersja PadShop Pro, którą już dysponuję, ale że to bardzo dobry instrument, więc na pewno warto go mieć
  • do tego dochodzi garść usprawnień, np. w ramach edytora nutowego czy lepszej obsługi grafiki, doszło tworzenie makr oraz normalizacja LUFS, ale tu się szerzej nie wypowiadam, bo jest mi to - póki co - kompletnie obce

Przyznam, że ta aktualizacja korci mnie bardziej niż zeszłoroczna "pełna dziesiątka" i jeśli do przyszłego roku nie pojawi się nowa wersja Studio One z nagrywaniem retrospektywnym, to nie wiem, czy się nie zdecyduję (ha, ha). Mam dziwne wrażenie, że wersje "połówkowe" zawsze wnoszą więcej niż te "pełne", dodatkowo zwiększając stabilność (choć to na razie plotka, bo słyszałem to tylko na filmikach, gdzie różni producenci opisują nową wersję). No, i wersja "połówkowa" przynajmniej nie obiecuje czegoś, co ma się dopiero pojawić - wszystko ma od razu. Czyli można?

wtorek, 29 października 2019

Adobe ma swoje standardy

Dzisiaj będzie trochę kręcenia głową z niedowierzaniem nad tym, co proponuje firma Adobe w kwestii oprogramowania dla muzyków. Większość ludzi Adobe kojarzy z jej sztandarowego produktu, czyli Photoshopa, filmowcy znają Premiere, fotografowie - Lightrooma, zaś twórcy publikacji - Illustratora. Jest też coś dla muzyków i dźwiękowców: Adobe Audition. Czyli Cool Edit Pro.

Od Cool Edita do Audition

Cool Edit Pro był ongiś bardzo znany i bardzo dobry, choć w Polsce mało kto miał na niego oryginalną licencję. Nic dziwnego, że Adobe wyłożyła worek pieniędzy (ponad 16 milionów dolarów!) i wykupiła go w 2003 roku od firmy Syntrillium Software, zmieniając nazwę właśnie na Adobe Audition. Sama licencja dla pojedynczego użytkownika kosztowała w granicach $200, przynajmniej do czasu nadejścia szczęśliwej (na pewno dla Adobe) ery Creative Cloud - wprowadzenia abonamentu. Teraz przyjemność korzystania z Audition to ok. 25 euro miesięcznie (jeśli podpiszemy cyrograf na rok) lub 36 euro miesięcznie, jeśli nie chcemy być skrępowani umową. Czyli trzeba liczyć przynajmniej 300 dolarów - za rok. Potem zostajemy z niczym, chyba że płacimy dalej.

Za darmo?

Nic więc dziwnego, że jako były użytkownik Cool Edit Pro, przez moment patrzyłem z radosnym niedowierzaniem na pierwszy wynik wyszukiwania frazy "adobe audition": Free Audition | Download Adobe Audition full version - a wynik pochodził z firmowej strony Adobe! Ale złudzenie trwało tylko - jak rzekłem - moment, bo link widniejący pod tym krzyczącym tytułem zawiera już frazę "free-trial-download", czyli chodzi o wersję próbną. Niemniej postanowiłem kliknąć przeczuwając, że Adobe nie zawiedzie i po takim tytule może być już tylko ciekawiej.

Już sama długość okresu próbnego robi kolosalne wrażenie: jest to całych siedem dni! No, no. Co ciekawe, ten czas biegnie nie od momentu, kiedy pobierzemy program, zainstalujemy go w swoim komputerze i pierwszy raz uruchomimy. Czas biegnie od momentu opuszczenia wirtualnej kasy w sklepie Adobe.

Czytajcie umowę!

Zwykle (a instalowałem naprawdę wiele wersji próbnych, wierzcie mi!) wygląda to tak, że wersja próbna ma nam zademonstrować możliwości programu na tyle skutecznie, by klient wysupłał odpowiednią liczbę banknotów na zakup. Okres próbny trwa zazwyczaj od dwóch tygodni do (najczęściej) miesiąca, a czasem jest powiązany z jakimiś drobnymi ograniczeniami (np. brak możliwości zapisu). Po zakończonej próbie program przestaje działać lub tylko wyświetla jakąś informację, że tu czy tam można kupić pełną wersję. Czyli - sprawdziliśmy i albo kupujemy, albo odinstalowujemy, i już.

Adobe wymyśliło inaczej. Ot, zamawiasz próbną wersję, zegar zaczyna tykać i po siedmiu dniach - UWAGA! - jeśli jawnie nie wypowiesz umowy, zostajesz wciągnięty do projektu Creative Cloud i musisz płacić za licencję do już pełnego, a nie próbnego Audition. I nie ma znaczenia, czy w ogóle pobrałeś program ani czy go zainstalowałeś (czy w ogóle - uruchomiłeś i przetestowałeś). Aż zacytuję odpowiedni zapis ze strony Adobe:

Bezpłatny okres próbny rozpoczyna się w momencie opuszczenia kasy i trwa siedem dni. Jeśli nie anulujesz wersji próbnej, po zakończeniu okresu bezpłatnego nastąpi automatyczna konwersja na płatne członkostwo Creative Cloud.

Tak się robi biznes!

Ja wiem, że trzeba czytać umowy i wiedzieć, na co się zgadzamy. I że Adobe o wszystkim de facto informuje i ma formalnie czyste ręce. ALE - i to jest moje zdanie - wszystko to tak naprawdę jest obliczone na to, by złapać jak najwięcej tych najbardziej nieświadomych klientów. Krzyczący nagłówek "Free Audition!", siedem dni liczone nie od pierwszego uruchomienia wersji próbnej, tylko od momentu wizyty w sklepie i finansowe konsekwencje, jeśli się nie anuluje subskrypcji - czy to nie jest podobne do zakazanych już praktyk operatorów komórkowych, którzy przemycali w umowach różne dodatkowe opłaty i koszty, a czego w końcu zabronił im UOKiK?

Oczywiście argument, że praktycznie cała konkurencja postępuje inaczej z wersjami próbnymi, nie jest żadnym argumentem - tutaj pełna zgoda. Adobe może sobie ustalać warunki, jakie tylko chce. I nie twierdzę, że Audition jest złym programem - jest naprawdę świetny. Ja wiem tylko tyle, że jeśli nie zmieni się polityka tej firmy, nigdy więcej nie będę już jej klientem. Czego notabene Adobe nawet nie odczuje...

środa, 16 października 2019

[ZD] Arturia V Collection 6

Po Omnisphere to drugi, używany przeze mnie wielki kombajn. Od produktu Spectrasonics różni go jednak niemal wszystko - od filozofii pracy przez interfejs użytkownika po zakres zastosowań.

Po co? Na co?

Lata temu, szukając brzmień "klasycznych syntezatorów", natrafiłem na Arturia AnalogLab, czyli zbiór kilkunastu instrumentów za relatywnie niewielką cenę. Brzmieniowo bardzo mi się to spodobało, ale niestety, w kwestii edycji barw czy dostosowywania ich do własnych gustów było kiepsko - AnalogLab jest raczej tylko źródłem barw nieedytowalnych, przynajmniej dopóki nie dołoży się do niego całej V Collection. Wówczas możemy albo używać poszczególnych symulacji instrumentów (np. na osobnej ścieżce ARP 2600, a obok B-3 czy Yamaha DX7), albo korzystać ze zintegrowanego interfejsu AnalogLaba, który daje dostęp do tych wszystkich instrumentów wprost ze swojego ekranu.

AnalogLab 4

Arturia skupiła się na dopracowywaniu algorytmów, które mają wiernie odtwarzać brzmienia starych, bardzo znanych instrumentów elektronicznych. Brzmienia takie miały być mi potrzebne, bo parę lat temu planowałem, że mój pierwszy album po długiej przerwie będzie takim "hołdem", złożonym "starej elektronice", czyli muzyce zapoczątkowanej dawno temu przez "Oxygene" Jeana Michela Jarre'a. Tak planowałem, tak planowałem, aż wyszła mi z tego "Via", która nijak się ma do analogowych brzmień syntezatorowych. Ale V Collection pozostało.

Brzmienie

Kolekcja zawiera 20 emulacji klasycznych syntezatorów, w większości analogowych. W wersji 7 kolekcji pojawiły się dodatkowe instrumenty, a całość zawiera już 24 pozycji.

Przeglądarka presetów dla Mini

Brzmienie określiłbym jako bardzo dobre. Nie jestem w tej dziedzinie zbyt kompetentny, bo żadnego z emulowanych nie tylko nie miałem, ale nawet nie dotykałem, a jednak z mojego punktu widzenia brzmienia są idealne. To znaczy, że przesłuchując niezwykle bogatą kolekcję (ponad 6000 presetów!) wciąż natrafiałem na brzmienia ciekawe, bogate i inspirujące. Jest tu w zasadzie wszystko: basy, leady, pady, stringi, arpeggia, czego tylko ktoś może potrzebować. Z jednym zastrzeżeniem: wszystko jest syntetyczne i nie znajdziecie tutaj żadnych naturalnych brzmień.

Obsługa

Każdy instrument ma swój unikalny interfejs użytkownika, najczęściej nawiązujący do wyglądu emulowanego modelu. Co ciekawe, można przełączać widoki: mamy widok uproszczony, mamy i bogatszy, a w większości instrumentów da się wręcz "pogmerać w bebechach". Poznam bez bicia, że widok nawet wirtualnego "analoga", z tymi wszystkimi kabelkami na wierzchu, bywa onieśmielający czy wręcz przytłaczający. Tak jednak wówczas było - muzycy musieli nauczyć się te wszystkie kabelki przełączać i podłączać, żeby móc uzyskiwać brzmiania o określonym charakterze. Wierzcie mi, że od razu o wiele bardziej zacząłem doceniać współczesną cyfrową wygodę.

Prosty interfejs Mini

Oczywiście, wirtualne modele obsługuje się o wiele sprawniej niż oryginały, choćby dzięki presetom, które mogą przywołać wcześniejsze ustawienia i dzięki którym możemy zapisywać stworzone w pocie czoła brzmienia. Co ważne, presety można kategoryzować, tj. przypisywać je do grupy basów czy padów, co później ułatwia ich odnalezienie.

Plątanina przewodów w ARP 2600

Kto tego potrzebuje?

Myślę, że Arturia V Collection jest produktem specyficznym, skierowanym do określonej grupy muzyków. Bo, nie oszukujmy się, brzmienia syntetyczne trzeba lubić, a i nie wszędzie można je zastosować, więc pod tym względem pakiet Arturii nie jest uniwersalny.

Jeśli jednak, tak jak ja, lubicie te wszystkie syntetyczne, kwaskowe albo ciężkie brzmienia, to chyba nie znajdziecie na rynku lepszego pakietu, który by w dodatku zawierał tyle dobra w sobie. Jedyną konkurencją, która przychodzi mi do głowy, jest pakiet IK Multimedia Syntronik, ale jest to tak naprawdę ROMpler, a nie prawdziwy syntezator.

Jeśli zatem macie odpowiedni zapas gotówki, polecam wypróbować wersję testową czy choćby sam AnalogLab - jest duża szansa, że wydacie te pieniądze.

poniedziałek, 14 października 2019

WaveLab 9.5 Pro

Przez ostatnie dwa tygodnie korzystałem z dobrodziejstw programu Steinberg WaveLab 9.5 Pro. Od dawna używam wersji Elements i byłem ciekaw, czy w praktyce dostrzegę jakieś różnice, uzasadniające wydatek na upgrade. Nie będę więc poniżej opisywał szczegółowo funkcji wersji profesjonalnej ani porównywał ich z wersją amatorską, bo w sumie nie tego szukałem. Mam jakiś określony sposób pracy i chodziło mi bardziej o sprawdzenie, czy wyższa wersja wniesie do niego coś nowego.

Tacy sami, a ściana między nami

Na pierwszy rzut oka programy różnią się ogromnie, bo wersja Pro wręcz przytłacza liczbą zakładek, przycisków, przełączników i wskaźników. Większości nawet nie dotykałem, ale i w wersji Elements poprzestaję zwykle na podstawowym panelu.

WaveLab 9.5 Elements

 

WaveLab 9.5 Pro

Nie da się ukryć, że wersja zawodowa ma zdecydowanie więcej funkcji - wyższa cena skądś się musi brać. Pełną listę różnic można przejrzeć sobie na stronie Steinberga. Mnie przydała się tylko jedna rzecz - więcej slotów w master section. A co to takiego?

Jak się tu pracuje?

Użytkownicy zwykłych edytorów audio mogą być nieco zagubieni po uruchomieniu WaveLaba. To znaczy, będą zagubieni, jeśli oprócz prostych czynności edycyjnych (wycinanie, ściszanie, zgłaśnianie, wstawianie ciszy itp.) zapragną skorzystać z zewnętrznych wtyczek. Zwykle edytory audio mają osobne menu, w którym można wybrać żądany plugin i zastosować go na obrabianym materiale (lub na zaznaczeniu). Nie tutaj - WaveLab nie oferuje takiej możliwości.

Jak to? Profesjonalny edytor i nie można korzystać z wtyczek VST?! Uspokajam od razu - można, oczywiście, że można. Ale robi się to za pomocą tzw. master section. Jest to po prostu zestaw slotów, w których umieszcza się poszczególne wtyczki, a sygnał przechodzi przez nie po kolei. Nie trzeba zatem ryzykować, że na dalszym etapie obróbki okaże się, że np. początkowo zastosowana korekcja była niepotrzebna lub szkodliwa - wówczas zwykle wracaliśmy do pierwotnej wersji pliku (jeśli ją zachowaliśmy!) i aplikowaliśmy efekty od nowa. W WaveLab tak nie jest - po prostu wchodzimy do wtyczki i zmieniamy jej ustawienia. Całkiem jak w programach DAW.

To według mnie błogosławieństwo i przekleństwo WaveLaba. Z jednej strony mamy bowiem opisaną wyżej korzyść, ale z drugiej wybrany zestaw wtyczek nie jest zapisywany razem z plikiem, tylko jako preset aplikacji. Oznacza to, że otwierając nowy plik dźwiękowy, zestaw wtyczek pozostanie niezmieniony. Trzeba zatem zapisywać zawartość master section osobno. Ma to swoje zalety, gdyż możemy utworzyć sobie "zestawy na określone okazje", np. obróbka wokali, audiobook, mastering itp. Wydaje mi się jednak (z własnego doświadczenia), że nie jest to zbyt dobry pomysł. Zgoda, zwykle określone zadania wykonujemy podobnym zestawem wtyczek, ale i tak trzeba je specjalnie konfigurować pod kątem obrabianego materiału. Audiobook może być czytany przez różne osoby i w zależności od tego różne będą ustawienia korektora czy de-essera.

Takie podejście rodzi za to pewien problem - bo gdy zapomnimy zapisać ustawień master section, to przy powrocie do obrabianego kiedyś pliku nie uzyskamy identycznych efektów, bo zwyczajnie nie będziemy pamiętać, jakie wtedy były ustawienia poszczególnych pluginów (ani nawet, których wtyczek rzeczywiście wówczas użylismy).

Tak czy siak, dla mnie główna różnica między wersjami WaveLaba to liczba slotów w master section. Wersja Elements ma ich zaledwie 5, wersja Pro aż 12. Przyznam, że albo jest to bardzo sprytnie policzone, ale ja mam pecha, bo w niemal każdym zastosowaniu do pełni szczęścia brakuje mi w Elements dokładnie jednego slotu. Wersja Pro daje tu dużą swobodę i tego będzie mi brakowało.

Różnica w cenie

Różnica w cenie między wersjami powala. 559 euro (wersja Pro) i 99 euro (wersja Elements) to naprawdę spora różnica - pomijam fakt, że w ogóle wersja Pro jest ekstremalnie droga. To raczej bardzo wyspecjalizowane narzędzie dla firm i profesjonalistów, z którego zwyczajnie należy korzystać w pełni. Na pewno w moim przypadku obecność dodatkowych slotów w master section nie jest warta 450 euro dopłaty.

Dla użytkowników Elements

Myślę, że użytkownicy wersji Elements mają bardzo proste rozwiązanie: edytować plik źródłowy w programie Steinberga, ale obróbkę efektami i ostateczne renderowanie pliku wynikowego robić już w dowolnym programie DAW. Ma to dwa podstawowe plusy: po pierwsze brak limitu do pięciu efektów, a po drugie zapisanie razem z plikiem wszystkich zastosowanych pluginów wraz z ich ustawieniami. I raczej pójdę w tę stronę, zamiast ciułać na wersję Pro, której i tak bym w pełni nie wykorzystał. No, chyba że pojawią się jakieś bardzo atrakcyjne akcje promocyjne - wówczas czemu nie, można rzecz rozważyć.

czwartek, 10 października 2019

Klikacz, czyli jak oszczędzić czas

Do znudzenia narzekam na to, że mnóstwo czasu tracę na obróbkę audiobooków. Niewątpliwie najwięcej upływa go podczas przesłuchiwania i to tego pierwszego, zgrubnego. Dlaczego tak się dzieje? Bo trzeba wówczas wychwycić tzw. duble, czyli fragmenty, w których pojawił się błąd i które zostały nagrane ponownie (a czasem ponownie, i ponownie). Do tej pory wyglądało to tak: wczytywałem plik z nagraniem do edytora i widziałem coś takiego:

Teraz, żeby dowiedzieć się, czy ten fragment zawiera potknięcia i duble, musiałem go całego przesłuchać, od początku do końca, dodatkowo przy usuwaniu ciągle traciłem z oczu, gdzie kończy się zły fragment, a gdzie zaczyna dobry. Jednym słowem, spędzałem na tym mnóstwo czasu.

Na szczęście obserwuję na YouTube kanał Booth Junkie, prowadzony przez Mike'a DelGaudio. No i Mike znalazł (a przynajmniej wykorzystuje) świetny patent. Na początek trzeba zaopatrzyć się w tzw. "klikacz" do tresury psów, zwykle jest to po prostu klikająca blaszka:

Potem nagrywamy nasz materiał i jeśli się pomylimy, klikamy. Potem nagrywamy dubel i czytamy dalej, a po kolejnej pomyłce znów klikamy. I tak aż do końca.

Po wczytaniu pliku do edytora wygląda on już tak:

Widać doskonale wszystkie "kliki", więc też wiadomo, gdzie są pomyłki i gdzie zacznie się poprawnie nagrany fragment.

Przyznam, że sposób jest genialny w swojej prostocie i aż się nieco zawstydziłem, że sam na niego nie wpadłem. Oczywiście, zamiast "klikacza" można używać pstryknięcia palców, klaśnięcia, głośnego cmoknięcia - czegokolwiek, co wygeneruje taki "pik". Psi klikacz jest jednak bardzo wygodny i nie męczy, a praktycznie za każdym razem wygląda (w pliku) identycznie.

Nawiasem mówiąc, polecam pooglądać kanał Mike'a, zwłaszcza jeśli zajmujemy się nagraniami lektorskimi - są tam np. fajne pomysły na szybką adaptację wnętrza do nagrywania (np. w szafie), budowa własnej kabiny dla lektora itp.

wtorek, 24 września 2019

GoldenAge Pre-73 MK3

Początek intrygi

Wszystko zaczęło się w momencie, gdy postanowiłem spróbować, jak to jest nagrywać audiobooki. No i szybko wyszło na jaw, że Focusrite 2Pre, używany przeze mnie interfejs audio, nie daje mi wystarczającego pola manewru jeśli chodzi o ustawianie poziomu wejściowego z mikrofonu. Innymi słowy, sygnał był zbyt słaby, jak na moje potrzeby.

Zrazu myślałem, że to albo interfejs ma uszkodzone przedwzmacniacze, albo moje mikrofony są zbyt ciche - ale testy porównawcze z interfejsem Native Instruments Session I/O pokazały, że da się rejestrować z wyższym poziomem. Czyżby zatem konieczny był zewnętrzny przedwzmacniacz? Jak się o tym przekonać?

Do głowy przyszła mi myśl, żeby się wybrać do jakiegoś sklepu muzycznego z moim mikrofonem i poprosić o podłączenie do jakiegoś przedwzmacniacza. Niestety, szybko okazało się, że w normalnych sklepach muzycznych akurat nie mają na stanie tego typu urządzeń. Zadzwoniłem jeszcze do dwóch studiów nagraniowych, czy nie mógłbym przeprowadzić testów u nich - w jednym usłyszałem zdecydowane "nie", w drugim - że raczej musiałbym sobie wynająć studio na godzinkę i wtedy zrobić test.

Pomoc

Dość niespodziewanie uzyskałem pomoc na forum dzwiek.org, gdzie odezwał się do mnie przedstawiciel firmy MusicToolz, proponując wypożyczenie przedwzmacniacza GoldenAge Pre-73 MK3 do testów. Bez zobowiązań.

Kiedy przyszła paczka, od razu wypakowałem urządzenie. O obsłudze naczytałem się wcześniej, więc nie było z tym problemów. Nawet sobie nie wyobrażacie mojej ulgi, kiedy okazało się, że sygnał z mikrofonu ma odpowiednią moc, a sam przedwzmacniacz daje rewelacyjne wzmocnienie i wcale nie trzeba w tym celu przekręcać gałek na maksymalne wartości.

Odtąd rejestrowanie głosu przestało być problemem - oczywiście po drodze okazało się, że teraz przyszła pora na adaptację akustyczną mojego pokoju, żeby podnieść jakość materiału. Nie muszę jednak już zmagać się z problemem zbyt cichego sygnału, a i czytanie bez nosa przytkniętego do pop-filtra jest dużo bardziej komfortowe.

Urządzenie

Sam przedwzmacniacz prezentuje się bardzo ładnie i, dzięki swojemu kolorowi, komponuje się z Focusrite'em. Przednia ścianka zawiera dwa duże pokrętła - pierwsze, o skokowej pracy, służy do sterowania wzmocnieniem sygnału wchodzącego; drugie - już o pracy ciągłej - do sterowania poziomem wyjściowym. Jest to o tyle istotne, że przedwzmacniacz wprowadza pewien własny charakter brzmieniowy - a jest go tym więcej, im większe wzmocnienie ustawimy pierwszym pokrętłem. Dobierając odpowiednio proporcje między wzmocnieniami, definiujemy tak naprawdę brzmienie całego przedwzmacniacza.

Oprócz tego, mamy do dyspozycji filtr dolnozaporowy oraz możliwość włączenia jednej z dwóch funkcji typu "air", czyli nieznacznego podbicia wysokich częstotliwości i dodania "oddechu". Jest także funkcja zmiany impedancji wejściowej (LOW-Z) oraz funkcje typowo techniczne: załączenie zasilania fantomowego czy wyboru rodzaju wejścia (liniowe/mikrofonowe). Urządzenie ma także wbudowane diody, prezentujące poziom wejściowy.

Główne wejście i wyjście są zlokalizowane z tyłu urządzenia, co akurat jest niezbyt szczęśliwym dla mnie rozwiązaniem z uwagi na sporą głębokość urządzenia. Po podłączeniu przewodów całość staje się naprawdę spora i wysuwa się spod półeczki, gdzie przechowuję sprzęt. Musiałbym się zaopatrzyć w kable z wtykami kątowymi...

Jeśli miałbym mieć zastrzeżenia do obsługi, to nie bardzo mi się podoba dość ciężko działająca praca "skokowego" pokrętła - trudno je przestawić jedną ręką, nie zmieniając przy okazji położenia całego urządzenia. Oczywiście, jeśli ktoś sobie przedwzmacniacz zamontuje w raku, tego problemu mieć nie będzie.

Działanie

Do działania nie mam zastrzeżeń. Na wstępie przeprowadziłem szereg testów, m. in. dobierając proporcje między wzmocnieniami, a teraz przedwzmacniacz... po prostu działa. Chcę coś nagrać, to po prostu włączam rejestrator, włączam Golden Age'a, przysuwam mikrofon i jazda! Jest prosto i nic nie zniechęca. A potrafię sobie bez trudu wyobrazić problemy z komputerem (pomijam szum): włączanie, uruchamianie odpowiedniego programu (a ten na starcie np. zaczyna skanować katalog z wtyczkami, bo coś ostatnio dodaliśmy), potem wyświetla się okienko, że dostępna jest aktualizacja albo że jest problem z odczytaniem licencji, tutaj odpalamy program do licencji, ten z kolei twierdzi, że jest nieaktualny, więc pobieramy nową wersję, instalujemy, restartujemy... W końcu udaje się odpalić nagrywanie, ale nie zauważamy, że ostatnio zmienialiśmy parametry pliku i nagrywamy nie ten kanał. Tak, tak to potrafiło czasem wyglądać, więc nawet trochę za tym nie tęsknię.

Z tego, co zauważyłem, przedwzmacniacz nie wprowadza jakichś dających się odczuć zakłóceń czy szumów. Niemniej, jak już wspominałem, sygnał jest na tyle mocny, że od razu zaczęło być słychać problemy z adaptacją pomieszczenia, głównie pogłos. Wprawdzie po zainstalowaniu absorberów jest już znośnie, ale myślę, że jednak trzeba będzie na skosy nakleić jeszcze panele z pianki, bo ciągle taki minimalny, irytujący pogłos daje się usłyszeć.

Czy warto było?

Urządzenie wykupiłem, w czym pomógł mi sponsor - Siostra Be. I nie żałuję, bo naprawdę różnica jest spora. Nie wiem jeszcze, jak przedwzmacniacz zachowa się podczas rejestracji śpiewanych wokali (a mam w planach nagranie płyty z takimi utworami), jednak nie sądzę, żeby to akurat ten kawałek toru audio miał być wąskim gardłem. Tak czy owak, to jeden z tych gratów, które po prostu działają i robią to, co mają robić (czyli całkiem jak np. Tascam DR-05 lub Arturia KeyLab)

piątek, 30 sierpnia 2019

Adaptacja akustyczna pomieszczenia

Ech, do wszystkiego trzeba dorosnąć - do dobrych rad również. Zmagam się od paru miesięcy z jakością nagrań, dokonywanych za pomocą mikrofonu (tak, chodzi o audiobooki). Na wszystkich forach, w artykułach i w dyskusjach podkreśla się, że trzeba zacząć od adaptacji akustycznej, a dopiero później zająć się sprzętem czy oprogramowaniem. Tradycyjnie dla siebie, zacząłem rzecz zupełnie "od tyłu" - najpierw testowałem programy do nagrywania, potem zająłem się mikrofonem i gdy to wszystko nie przyniosło spodziewanych rezultatów, zacząłem przyglądać się baczniej pomieszczeniu, w którym nagrywam.

Zbudowane przeze mnie panele, jeszcze przed zawieszeniem na ścianach

Generalnie głównym problemem z nagrywaniem w pomieszczeniu są: hałasy oraz pogłos. W moim przypadku początkowo nagrywałem w kompletnie nieprzygotowanym pomieszczeniu - trzy puste ściany, w tym jedna z oknem, na czwartej ścianie półeczka z książkami. Do tego włączony szumiący komputer stacjonarny oraz odgłosy wpadające przez otwarte okno, jak również dodatkowy pogłos wynikający z otwartych drzwi. Aha, no i połowa podłogi tylko przykryta dywanem, reszta to gołe panele. Efekt?

Jak słychać, jakość nie jest rewelacyjna (próbek należy słuchać w słuchawkach, w głośnikach nie będzie prawdopodobnie słychać niuansów, choć w tym pierwszym przypadku chyba nawet głośniki są w stanie uwidocznić wady). Szum, odgłosy z dworu, pogłos. Oczywiście, wówczas próbowałem walczyć z tym za pomocą wtyczek redukujących pogłos, odszumiając materiał i robiąc inne, z perspektywy czasu niezbyt mądre rzeczy.

Potem dostrzegłem, że sporo mogę zyskać, zamykając okno i drzwi. "Przeprosiłem się"" także z rejestratorem Tascam, co pozwoliło mi wyłączyć komputer. Na dużej ścianie za plecami powbijałem haczyki (niech mi Żona wybaczy!) i rozwieszałem do każdej sesji koce, zasłony czy prześcieradła. Podczas nagrania miałem tuż za plecami dodatkowy "ekran", zrobiony z blendy fotograficznej. W ten sposób nagrałem kilka kolejnych audiobooków:

Było lepiej, to na pewno, ale ciągle przeszkadzał mi ten minimalny, ale słyszalny pogłos. Nijak nie dało się zniwelować za pomocą koców - dopiero postawienie przy ścianie wyjętego z łóżka materaca (sic!) spowodowało, że pogłos się zmniejszył. Diagnoza zatem brzmiała - bez absorberów się nie obędzie. Postanowiłem się więc w takowe zaopatrzyć, co efekcie dało taki rezultat:

Nagranie jest już całkiem w porządku, jak na obecny mój poziom wiedzy i doświadczenia. Co ważne, nie muszę do każdego nagrania "konfigurować" całego pomieszczenia, wieszać szmat na ścianach i robić innych, irytujących swą powtarzalnością rzeczy.

Ostateczny cel został (chwilowo) osiągnięty, więc wypada teraz skupić się na samym czytaniu, już teraz bez zgrzytania zębami, że materiał wyjściowy jest beznadziejny. Dodam tylko tytułem wyjaśnienia, że powyżej wstawione fragmenty są nieprzetworzone - nie zmieniałem głośności, nie odszumiałem, nie usuwałem pogłosu; wszystko prosto z plików zarejestrowanych w rejestratorze.

wtorek, 27 sierpnia 2019

Obróbka głosu lektora

Bawię się ostatnio w kompletnie amatorskie nagrywanie audiobooków, starając się wypracować jakieś metody doprowadzenia głosu do poziomu przynajmniej przyzwoitego. Postanowiłem nieco uporządkować moją dotychczasową wiedzę, a że może się to komuś przydać, wrzucam tutaj moje przemyślenia.

Nagranie

Jest to najważniejsza część całego procesu. Bez dobrego materiału wejściowego niewiele da się zdziałać na późniejszym etapie, więc warto przyłożyć się do rejestracji głosu. Moje spostrzeżenia są następujące:

  • nagrywamy najlepszym dostępnym dla nas mikrofonem, najlepiej podłączając ten mikrofon do dobrego przedwzmacniacza czy dobrego interfejsu audio
  • warto nagrywać ze średnim poziomem sygnału, za to w 24 bitach - takie parametry pozwolą uniknąć przesterowań, a później w razie czego pogłośnić materiał
  • bardzo przydaje się filtr przeciwpodmuchowy (pop-filtr, czyli tzw. "pończocha") - nagrane bez niego "pyknięcia" wybuchowych głosek (np. "p") będą raczej nie do odratowania; pamiętajmy, że filtr musi być oddalony od mikrofonu o przynajmniej kilka centymetrów, inaczej nie spełni swojego zadania
  • lektor powinien czytać w pozycji wyprostowanej, z lekko uniesioną brodą
  • jeśli w trakcie czytania lektor popełni pomyłkę, warto od razu przeczytać daną frazę (zdanie, a lepiej - akapit) jeszcze raz, zamiast przerywać i wznawiać nagrywanie (w filmiku Booth Junkie znalazłem BARDZO przydatny patent - po zrobieniu błędu klikamy, klaszczemy lub pstrykamy palcami; wówczas w edytorze zobaczymy wyraźne "piki", które wskażą nam miejsca, w których trzeba zrobić poprawkę, więc przy pierwszej, zgrubnej obróbce nie trzeba przesłuchiwać całości)
  • udane nagranie warto od razu zarchiwizować gdzieś i nie pracować na oryginale (tak na wszelki wypadek)

Czyszczenie

Chodzi oczywiście o oczyszczenie i uporządkowanie nagrania. Przeprowadzamy odszumianie (jeśli jest konieczne) lub stosujemy bramkę szumów, usuwamy frazy źle przeczytane, zostawiając tylko te poprawne, usuwamy też przeróżne "mlaski", stuki, westchnięcia, wyciszamy głośne oddechy - przy czym warto zachować odpowiednią kolejność, czyli najpierw usuwamy źle nagrane fragmenty, a dopiero później słuchamy całości i usuwamy pojedyncze "brudy".

Wszystkie powyższe czynności można wykonać w dowolnym edytorze audio, choćby i w darmowym Audacity. W rezultacie powinniśmy dysponować "czystym" nagraniem, które "doszlifujemy" do ostatecznej postaci. Oczywiście, tę wersję też warto zarchiwizować, chyba że ktoś lubi spędzać czas na powtarzaniu raz wykonanej pracy, jeśli coś pójdzie nie tak.

Szlifowanie

Dalszą obróbkę można przeprowadzić także w zwykłym edytorze audio, ja jednak zachęcam, aby skorzystać z dowolnego programu typu DAW, z tego prostego powodu, że możemy dowolnie dublować ścieżki, nakładać efekty, tworzyć przejścia, dodawać muzykę czy efekty dźwiękowe. Oczywiście, część współczesnych edytorów audio (np. Acoustica, ale też i Audacity) ma możliwość pracy wielościeżkowej - to dobra opcja. Ja posłużę się przykładem Reapera, który - w mojej ocenie - bardzo dobrze nadaje się do tego typu prac: szybko się uruchamia, daje wszystkie możliwości typowej aplikacji DAW, ma też wbudowanych sporo efektów.

Dalszy opis będzie traktował tylko o obróbce ścieżki z głosem lektora - zabawy z efektami dźwiękowymi i muzyką zostawiam na inną okazję.

Korekcja

Celem korekcji jest przede wszystkim ukształtowanie brzmienia głosu. Zazwyczaj należy zrobić przynajmniej trzy kroki:

  • wyciąć niskie tony filtrem górnoprzepustowym, zwykle poniżej 100Hz - zwykle nie są potrzebne, chyba że nagrywamy niski, męski głos do trailera filmowego
  • podkreślić filtrem półkowym wysokie częstotliwości (od mniej więcej 8-9kHz) - doda to trochę "powietrza"
  • lekko podbić/osłabić częstotliwości odpowiedzialne za czytelność mowy, czyli 200-400Hz - słuchamy i oceniamy, co lepiej brzmi

Można też filtrem "szpilkowym" wyszukać pewną "dzwoniącą" częstotliwość, zwykle gdzieś w granicach 500-1000Hz i ją "wyciąć". Jeśli nasz korektor posiada funkcję dynamicznej korekcji częstotliwości, warto delikatnie osłabić sybilanty, jeśli takowe występują i już na tym etapie przeszkadzają.

Kompresja

Zadaniem kompresji jest wyrównanie poziomu głośności poszczególnych fragmentów nagrania. Ludzki głos jest dość dynamiczny, zwłaszcza w wykonaniu dobrego lektora, dlatego niektóre fragmenty trzeba nieco ściszyć, aby nie odstawały od pozostałych.

Kompresor jest na pierwszy rzut oka dość nieoczywistym narzędziem - w odróżnieniu od korektora, gdzie praktycznie natychmiast wyraźnie słychać wpływ manipulacji głośnością określonych częstotliwości. Najważniejsze parametry kompresora to:

  • threshold - próg zadziałania kompresora; wszystkie fragmenty cichsze niż wskazana tu głośność będą pozostawione bez zmian, te głośniejsze zostaną ściszone - skompresowane
  • ratio - czyli współczynnik kompresji; im większą wartość ustawimy, tym kompresja będzie głębsza, np. przy ratio na poziomie 2:1, wartości powyżej threshold będą ściszane dwukrotnie (np. 2dB do 1dB, 4dB do 2dB itd.); dla wokalu dobrym punktem wyjścia jest np. 4:1
  • attack - czas zadziałania kompresora; jeśli ustawimy tu dłuższy czas, kompresor zadziała z opóźnieniem, przepuszczając część sygnału; na nasz użytek ustawmy ok. 20ms
  • release - czas, po którym kompresor ma przestać działać; dla nas niezłe efekty da wartość ok. 100ms
  • knee - niektóre kompresory dają możliwość wyboru tzw. kolana kompresji; twarde kolano powoduje, że wszystko poniżej threshold nie jest kompresowane, a powyżej - jest ze 100% siłą; łagodne kolano z kolei powoduje, że coraz głośniejszy sygnał jest kompresowany coraz bardziej, aż do osiągnięcia maksimum;

Kompresora trzeba się nauczyć słuchać - dobrze, jeśli wybierzemy taki, na którym WIDAĆ wprowadzane zmiany, najczęściej na przebiegu fali naniesione są graficznie wprowadzane przez kompresor modyfikacje. To ułatwia wychwycenie uchem, że rzeczywiście COŚ się dzieje z sygnałem.

Ze swojej strony dodam, że ciekawą alternatywą dla kompresji są narzędzia typu Waves Voice Rider. Voice Rider nie kompresuje sygnału, tylko dynamicznie pogłaśnia go i ścisza, utrzymując na zadanym poziomie - czyli tak, jakbyśmy sami kontrolowali głośność kanału z wokalem za pomocą suwaka. Co więcej, te zmiany głośności możemy zapisać w DAW jako automatykę i w razie potrzeby zmienić ręcznie, jeśli w którymś momencie wtyczka zaaplikowała zbyt duże lub zbyt małe wartości.

Warto jest po kompresji podnieść głośność ścieżki (większość kompresorów ma służące do tego celu pokrętło Gain, czasem też występuje funkcja auto-gain, która automatycznie pogłaśnia materiał do poziomu wejściowego, co pozwala łatwiej porównać sygnał z kompresją i bez niej). Wiąże się to z faktem, że kompresor generalnie ścisza (kompresuje) dźwięk, czyli wyrównuje głośność "w dół", za to później można ten sygnał znacząco pogłośnić bez ryzyka przesterowania (bo szczyty są już "ścięte", skompresowane).

De-esser

Etap z usuwaniem głosek syczących nie jest obowiązkowy i zależy przede wszystkim od trzech czynników: mikrofonu, lektora i... ustawionej krok wcześniej kompresji.

Mikrofony, dostępne na rynku, są bardzo różnorodne i w różnym stopniu podkreślają (lub nie) sybilanty, czyli głoski syczące i świszczące, takie jak "s", "sz", "cz". Zwykle najtańsze mikrofony pojemnościowe (za 200-300zł) mają tu najwięcej problemów, a im lepszy mikrofon, tym łatwiej problem zanika.

Drugą kwestią jest sposób mówienia lektora. Są osoby, które wymawiają sybilanty czytelnie, choć bez świszczenia, a są i takie, które prawie gwiżdżą przez zęby (czego na ogół się nie zauważa w normalniej rozmowie, dopiero podczas obróbki materiału rzuca się to w uszy). Jeśli trafimy na takiego "świszczącego" lektora, musimy przede wszystkim nagrywać go dobrym mikrofonem, warto też nieco odchylić membranę mikrofonu tak, aby głos nie uderzał w nią wprost, tylko pod pewnym niewielkim kątem.

Trzecia sprawa, to wcześniejszy etap kompresji, która zwykle bardzo "wyciąga" wysokie częstotliwości, w wyniku czego nagle sybilanty mogą zacząć być mocno słyszalne.

Jeśli chcemy ratować sygnał przed "świszczeniem", możemy to zrobić albo za pomocą korektora, osłabiając wąskie pasmo zawierające niechciane dźwięki, albo - lepiej - za pomocą de-essera, który jest specjalizowanym kompresorem pasmowym. Działa tak, że w wybranym zakresie częstotliwości przycisza sygnał przekraczający pewien próg głośności (czyli tak naprawdę kompresuje "eski").

Z de-esserem należy uważać, bo przesadne wartości zadziałania spowodują, że lektor zacznie seplenić niczym Kaczor Duffy. Ważna jest też kolejność - de-esser powinien być stosowany już po kompresji.

Limiter

Końcowym zabiegiem powinno być pogłośnienie materiału, połączone z ograniczeniem sygnału, aby nie powodował przesterowań. Robi się to specjalizowanym kompresorem, zwanym limiterem. Limiter może być też użyty bardziej kreatywnie, do "prasowania" sygnału w celu uzyskania specyficznego brzmienia (tzw. radiowy głos), ale w tym wypadku ograniczymy się tylko do podniesienia głośności tak, aby tylko szczyty sygnału dotykały granicy ok. -0.7dB.

Działania końcowe

W tym momencie nasz materiał jest już w postaci docelowej, możemy zatem przystąpić do właściwej pracy nad audiobookiem - dodajemy ścieżki z muzyką, ewentualnymi odgłosami czy efektami, po czym renderujemy całość i publikujemy, ciesząc się sławą i ogromnymi pieniędz... ej! do tego etapu chyba nie dotarłem. Ale życzę sobie tego Wam i sobie.

SoundForge Audio Cleaning Lab - nadzieje

W drodze do usprawnienia samodzielnych prac nad audiobookami rzuciło mnie do sprawdzania różnych aplikacji, które mają (rzekomo) ułatwiać obróbkę głosu. Przetestowawszy WavePada, Wavosaura, WaveShopa, a nawet Hindenburg Journalista natrafiłem w publikowanych w sieci zestawieniach na tytułowy produkt. SoundForge'a mam i znam (chociaż nie używam), więc postanowiłem przetestować narzędzie, które przynajmniej w opisach miało znacząco skracać czas obróbki materiału audio. Pobrałem wersję próbną, zainstalowałem i...

Co można przyspieszyć?

Zanim jednak o aplikacji, kilka słów wyjaśnienia, o co właściwie chodzi i co chcę przyspieszyć. Podczas samodzielnego tworzenia audiobooków najwięcej czasu spędzamy, obrabiając nagrywany materiał. O samym nagrywaniu będę jeszcze pisał (artykuł już jest, ale czeka na ostatnie szlify), tutaj chciałbym tylko uświadomić Czytelnika, jak długotrwały jest to proces. Wydawałoby się, że wystarczy usiąść wygodnie, włączyć nagrywanie i przeczytać jakąś książkę, po czym można wrzucić efekt do sieci i gotowe. Otóż... nie.

Nagranie jest w zasadzie najkrótszą, najprostszą i najprzyjemniejszą częścią całego tworzenia audiobooka. Niestety, zwykle już tutaj pojawiają się małe problemy, bo trzeba korygować popełnione błędy, przejęzyczenia, złą intonację czy opuszczenia, więc po nagraniu trzeba najlepiej odczekać dzień i wziąwszy książkę do ręki, sprawdzić, czy wszystko jest dobrze nagrane (wierzcie mi, czasem można przeczytać INNE SŁOWA niż są w książce, czego się zwyczajnie nie zauważa). Podsumowując czasy tego etapu dla materiału, który trwa docelowo pół godziny: czytanie ok. godziny, pierwsze przesłuchanie i usuwanie pomyłek czy dubli to godzina, czasem mniej (zależy, jak nam szło przy czytaniu), drugie słuchanie z porównywaniem z tekstem - jakieś pół godziny, może czterdzieści pięć minut. Czyli już na tym etapie spędziliśmy prawie trzy godziny, żeby dostać pół godziny materiału.

Teraz przychodzi czas na dalszą obróbkę - usuwanie niechcianych dźwięków tła czy "przeszkadzaczy" (skrzypienie krzesła, mlaśnięcia), ściszanie co głośniejszych "oddechów", lekka korekta zbyt cicho wypowiedzianych końcówek słów. To wymaga mozolnego odtwarzania całego materiału dosłownie sekunda po sekundzie i sprawdzania każdej dłuższej pauzy między słowami. Trzymając się poprzedniego szacowania czasu - obróbka półgodzinnego materiału może zająć godzinę, a czasem i więcej.

A i to jeszcze nie koniec, bo wypadałoby nieco poprawić barwę głosu korekcją, wyrównać głośność kompresorem, złagodzić "eski" deesserem i podnieść ogólną głośność limiterem. No i po wszystkim przesłuchać całość, czy gdzieś czegoś nie opuściliśmy. Czyli mniej więcej godzina.

Podsumowując, aby otrzymać półgodzinnego audiobooka, musimy poświęcić mu pięć godzin!

Czas na bohatera!

I tutaj wchodzi z fanfarami Audio Cleaning Lab. Przyznam, że początkowo byłem pod wielkim wrażeniem - właśnie tego szukałem! Wrzuciłem na szybko "Białą śmierć" Lema, bez obróbki, żeby sprawdzić, jak szybko sobie poradzę. Otworzyłem panel Cleaning i bach! Wszystko, co potrzebne, pod ręką! Odszumiacz, bramka szumów, usuwacz oddechów, deesser, nic, tylko korzystać. Skonfigurowałem poszczególne efekty, odtwarzam - bardzo fajnie to wychodzi. Ale nagle... Oj!

To "oj" to głośniejszy oddech, na tyle głośny, że "wyskoczył" ponad poziom ustawiony w "usuwaczu oddechów". Pogmerałem w narzędziu, oddech zniknął, ale zaczęły też znikać co cichsze końcówki słów, nie tędy więc droga. Postanowiłem te głośniejsze oddechy wyciszyć ręcznie - w WaveLabie po prostu je zaznaczam i obniżam głośność o np. 6dB. To samo chciałem zrobić tutaj - zaznaczyłem i... Okazało się, że tak się nie da.

Audio Cleaning Lab okazuje się edytorem audio, w którym nie można zaznaczyć fragmentu nagrania i czegoś z nim zrobić, na przykład wyciszyć lub usunąć. ACL ma inną filozofię pracy - trzeba nagranie pracowicie dzielić na obiekty i dopiero z tymi obiektami można coś robić. Niestety, owe dzielenie jest nad wyraz uciążliwe i w praktyce trwa dużo dłużej niż zaznaczanie w dowolnym innym edytorze audio, zwłaszcza jeśli chcemy trafić z miejscem przecięcia dokładnie tam, gdzie fala przechodzi przez zero (żeby uniknąć trzasków). Dlaczego dłużej? Bo w razie, gdy nie trafimy z miejscem podziału, trzeba go cofać poleceniem undo - przy zaznaczeniu nie ma tego typu problemów, po prostu przemieszczamy granicę zaznaczenia bardziej w prawo czy lewo.

Prawie, prawie

Do tego doszedł problem zapisywania, które trwało u mnie zadziwiająco długo - kilkanaście sekund dla dwustumegowego pliku. To ostatecznie mocno ostudziło mój zapał do pracy w Audio Cleaning Lab - ale być może kolejne wersje doczekają się stosownych poprawek? Będę trzymał rękę na pulsie, tymczasem jednak muszę przeprosić się z WaveLabem, który - jak na razie - okazuje się bezkonkurencyjny. Gdyby tylko miał możliwość aplikowania efektów VST bez używania master racka!...

piątek, 9 sierpnia 2019

Szybki test mikrofonów

Korzystając z faktu, że mam udostępniony przedwzmacniacz Golden Age Project 73 Mk3, postanowiłem przeprowadzić kilka szybkich testów posiadanych mikrofonów. Celem jest, oczywiście, porównanie "produkowanego" przez nie dźwięku w kontekście wokalu, a nawet bardziej - opracowań lektorskich, którymi się ostatnio zajmuję. Wprawdzie jakieś tam porównania robiłem i wcześniej, głównie między MXL770 a WarmAudio WA87, jednak teraz do boju wszedł także stareńki już (ponad dwudziestoletni!) Shure 14A, zabawkowy mikrofon pożyczony od córki oraz mikrofony elektretowe, wbudowane w rejestrator Tascam DR-05.

Co, jak i czym?

Aby ominąć problem szumiącego komputera, do rejestracji śladów wokalnych używam zwykle rejestratora Tascam - jest on bezgłośny i daje odpowiednią jakość zapisu (używam zwykle 48kHz i 24bitów). Aby przetestować jego wbudowane mikrofony, wystarczy tylko odpowiednio ustawić poziom sygnału i już. Aby sprawdzić pozostałe mikrofony, podłączałem je do przedwzmacniacza GAP73, a stamtąd przewodem XLR-TRS do wejścia liniowego rejestratora (z przejściówką na "małego jacka"). Poziom w rejestratorze ustaliłem na stałe, dopasowując głośność pokrętłem Output w przedwzmacniaczu.

Jak tekst posłużył mi fragment opowiadania Stanisława Lema, najeżony "eskami" i innymi zgłoskami sycząco-szumiącymi oraz głoskami "k" i "p", które także często sprawiają problem podczas rejestracji (przynajmniej w moim wykonaniu).

Wyniki

Przed podsumowaniem zachęcam do samodzielnego odsłuchania fragmentów i wyrobienia sobie własnego zdania na ich temat. Zamieszczone fragmenty są plikami zgranymi bezpośrednio z rejestratora, bez jakiejkolwiek edycji, odszumiania czy kompresji.

Mikrofon zabawkowy

Nie da się ukryć, że jakość nagrania z tego mikrofonu jest najsłabsza w całym teście. Dźwięk jest niewyraźny, pozbawiony wysokich częstotliwości. Czyli generalnie, mikrofon dobrze się sprawdzi tylko w tym, do czego został zaprojektowany i wykonany.

Tascam DR-05

Przyznam, że tu się nieco zawiodłem, bo miałem niegdyś o tych mikrofonach lepsze zdanie. To znaczy, może źle to ująłem. Do rejestracji mobilnej odgłosów są ok, ale jeśli oczekujemy dobrej jakości nagranej mowy, trzeba jednak postawić na mikrofony zewnętrzne, choćby jakąś "krawatówkę". Wyraźnie słychać braki w dolnym środku pasma oraz jakieś dziwne podbicie w górze, przez co nagrany materiał jest dość nieprzyjemny w odbiorze.

Shure 14A

Sam się dziwię, że ten mikrofon wciąż działa - wprawdzie nie był jakoś ekstremalnie eksploatowany, jednak wiek robi swoje. Tu się cudów nie spodziewałem, ale nie jest źle. Widać pewną przewagę nad mikrofonami pojemnościowymi - Shure nie zbierał tylu odgłosów z pomieszczenia, dzięki czemu dźwięk jest dość selektywny, choć może mało w nim szczegółów.

MXL770

Król sybilantów - tak mogę śmiało powiedzieć po zakończeniu testu i przesłuchaniu wyników. Wszystko tu syczy i świszczy, a zdarzały się przecież sytuacje w przeszłości, że nagranie lądowało w koszu, bo było słychać wręcz "gwizdy". Zdecydowanie ten mikrofon nie jest ze mną (ale nie tylko ze mną) kompatybilny. W porównaniu do WA87 ma też nieco uboższy dźwięk. Pamiętam, że całkiem nieźle wypadały w nim partie grane na gitarze akustycznej, ale do nagrań lektorskich... nie, wolę już Shure'a 14A.

WarmAudio WA87

Ma zdecydowanie przyjemniejszy dźwięk niż MXL770, a co za tym idzie, wymaga mniej pracy podczas obróbki, zwłaszcza po wysterowaniu go GAPem 73. W walce z sybilantami wystarcza zwykle pojedynczy deesser, nie trzeba tutaj wiele kombinować. Mój zdecydowany faworyt i podstawowe narzędzie pracy.

Czy to ma znaczenie?

Czy wybór mikrofonu ma aż takie znaczenie? Moim zdaniem tak. Tutaj bardzo wyraźnie widać, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ćwierć wieku temu miałem do nakrywania jakiś kiepski mikrofon za kilkadziesiąt złotych. Z ulgą wymieniłem go na Shure'a. Później był zakup "świętego Graala", czyli mikrofonu pojemnościowego (padło na MXL770, bo był najtańszy). Nie miałem wówczas pojęcia, jak pracować z takim mikrofonem i całe szczęście, że mój ówczesny interfejs audio, Alesis iO4, miał zasilanie phantom, więc w ogóle dało się tego mikrofonu użyć. Wtedy ekscytowałem się dużą czułością, a o obróbce wokalu nie miałem zielonego pojęcia. To były czasy, gdy budżetowych mikrofonów pojemnościowych praktycznie nie było na rynku, najtańszy kosztował w granicach dwóch tysięcy złotych. Na tym tle MXL za 400zł to był hit, którego wady nawet w recenzjach były bagatelizowane ("za tę cenę?").

W bardziej świadomy sposób wybrałem dopiero WarmAudio WA87 - miał on obyć tym, czym nie był MXL, czyli mikrofonem do wokalu, z którym nie będę się bał świszczenia i syczenia. I tak się właśnie stało - chociaż akurat może WA87 nie radzi sobie z sybilantami tak dobrze, jak jego protoplasta, Neumann U87, jednak robi to znacznie lepiej, niż mikrofony budżetowe. Na razie jego możliwości zupełnie mi wystarczają, ale gdyby tak podłączyć do GAP73 coś jeszcze lepszego?...

Tutaj wtrącę jeszcze kilka słów o tym, do czego podłączamy mikrofon. Współczesne interfejsy audio mają dobre przedwzmacniacze i można je spokojnie wykorzystywać do nagrań, potrafią też dostarczyć zasilania phantom dla mikrofonów pojemnościowych - tak było z Alesisem iO4, Native Instruments Session I/O oraz aktualnie z Focusrite Clarett. Rzecz w tym, że dopóki nie podłączy się mikrofonu do prawdziwego przedwzmacniacza, człowiek nawet nie zdaje sobie sprawy, jakie narzędzia posiada. Oczywiście, Golden Age Project 73 Mk3 to nie jest jakiś ósmy cud świata i nie wiadomo, jaka półka jakościowa. Ale już i tutaj widać przepaść w porównaniu do preampów w interfejsach audio.

Spodziewałem się lepszej jakości

Należy pamiętać, że zamieszczone powyżej nagrania są "surowe", czyli zupełnie nieprzetworzone. Należy nad nimi jeszcze popracować (sposób obróbki materiału lektorskiego zamieszczę chyba tutaj w najbliższej przyszłości), o czym czasem się zapomina.

Podsumowanie

Nie chcę tworzyć jakiegoś podium czy przyznawać punktów, ale zwycięzca jest jeden: WA87. To z niego dźwięk najbardziej mi się podoba i to jego najczęściej wykorzystuję podczas sesji nagraniowych. To po prostu najlepszy mikrofon do nagrywania mojego głosu w dostępnej mi "kolekcji".

wtorek, 6 sierpnia 2019

Przedwzmacniacz wymagany

Narzekałem niedawno na polskie fora, ale to właśnie na nich ostatecznie znalazłem rozwiązanie problemu z nagrywaniem wokalu przez mikrofon WarmAudio WA87. A było to tak.

Dawno, dawno temu...

Streszczając pokrótce: podczas nagrywania audiobooków przez mój ulubiony mikrofon WA87 i interfejs Focusrite Clarett, skarżyłem się na niedostatecznie wysoki poziom rejestrowanego sygnału. Interfejs miałem już wysterowany maksymalnie, ale ciągle - za mało. W efekcie musiałem zwiększać poziom głośności podczas obróbki, co z kolei podnosiło poziom szumów i generalnie komplikowało mi przygotowanie materiału. Wypróbowałem bardzo dobry przewód, ale niewiele on pomógł. Jedynym wyjściem wydawał się osobny przedwzmacniacz mikrofonowy, ale czy na pewno pomoże on w rejestrowaniu? Czy taki wydatek się opłaci?

I właśnie na forum https://dzwiek.org/ znalazłem rozwiązanie. Firma MusicToolz udostępniła mi za darmo (!) na tydzień przedwzmacniacz Golden Age Project 73 Mk3, żebym po prostu sobie sprawdził, czy będzie on lepszy od przedwzmacniaczy z Focusrite'a. Bez zbędnych komplikacji i przedłużania: GAP 73 Mk3 dotarł, rozpakowałem, podłączyłem i...

O to chodziło!

W pierwszej chwili poczułem się nieco dziwnie - pierwsze próby nagrywania wyglądały tak, jakby dopiero odkrył mój mikrofon na nowo. Dźwięk był głośny i bez problemu dawało się go odpowiednio wysterować. Oczywiście, na początku, przy włączonym pececie i otwartym oknie nagrania były fatalne, bo zbierały mnóstwo szumów z pomieszczenia, ale wystarczyło się przerzucić na rejestrator Tascam DR-05, zamknąć okno i wyłączyć komputer, by rejestrować praktycznie sam głos (plus odgłosy typu skrzypienie fotela). Normalnie magia, powiadam Wam.

Właśnie czegoś takiego oczekiwałem, kupując swego czasu interfejs Focusrite Clarett. Jedno, co mi nie daje spokoju, to odpowiedź na pytanie, czy Clarett ma przedwzmacniacze o tak małej mocy, czy też w moim egzemplarzu z jakiegoś powodu są one jakoś uszkodzone? Z testów wynika, że raczej to pierwsze, bo interfejs poprawnie zachowuje się przy załączaniu zasilania phantom, działa funkcja AIR, nie ma też problemu, by wysterować sygnał liniowy (chociaż tutaj przedwzmacniacze nie działają). W ostateczności nawet ten nagrywany przez Focusrite'a sygnał od biedy się nadaje, jednak spędzałem zbyt dużo czasu na późniejszej obróbce.

W tym miejscu chciałbym podziękować firmie MusicToolz za umożliwienie przeprowadzenia testu - na pewno ułatwi do ewentualną przyszłą decyzję co do inwestycji w podobny sprzęt, bo widać od razu, że przynosi to oczekiwany efekt. No i przekonałem się, że z takim przedwzmacniaczem nagrywanie jest czystą przyjemnością - wystarczy skupić się na czytaniu i to bez tkwienia nosem w osłonie przeciwpodmuchowej.

piątek, 2 sierpnia 2019

Jan Parandowski - Mit o Orfeuszu i Eurydyce

Na przekór problemom ze sprzętem, postanowiłem nagrać krótki fragment mojej ulubionej "Mitologii" Jana Parandowskiego. A że akurat byliśmy z Perełką przy opowiadaniu o Orfeuszu i Eurydyce, stanęło właśnie na tym. Zapraszam zatem do słuchania:

środa, 31 lipca 2019

Polscy "fachowcy"

Miałem ostatnio problem z nagrywaniem wokalu. Generalnie rzecz sprowadza się do tego, że nagrywany sygnał jest zbyt słaby, a przynajmniej tak mi się wydaje. Używam WarmAudio WA87, podłączonego do interfejsu Focusrite 2Pre i muszę pokrętło wzmocnienia odkręcić praktycznie do maksimum, żeby sygnał miał odpowiednią moc. Przy tym muszę mówić do mikrofonu z odległości nie większej niż 10cm, co przy założonym pop-filtrze jest raczej mało komfortowe. Oglądając różne filmiki z wykorzystaniem tego samego mikrofonu widzę, że tam raczej nie ma problemu, odległości są już w granicach 20-30cm.

WarmAudio WA87, zdjęcie producenta

Ze znalezionych rozwiązań mam dwa: nagrywanie w 24 bitach, co pozwala wzmocnić sygnał na etapie obróbki oraz nagrywanie w Studio One, gdzie mogę podnieść poziom nagrywanego sygnału kosztem szumów. Żadne z tych rozwiązań mnie nie satysfakcjonuje, bo wydłuża się czas przetwarzania nagrania - trzeba materiał ostrożniej odszumiać (bo poziom szumów jest wyższy), a w przypadku nagrań lektorskich ostrożniej dobierać np. ustawienia bramkowania.

Zmęczony tym wszystkim, postanowiłem "zapytać internetu", choć tak naprawdę jedynym rozwiązaniem wydaje mi się po prostu zakup odpowiedniego przedwzmacniacza mikrofonowego, który będzie pracował lepiej niż przedwzmacniacze wbudowane w 2Pre. Aby uniknąć zbędnych pytań, całość opisałem dość szczegółowo - że mam taki a taki mikrofon, który zastąpił mi MXL770 (a to zastąpienie miało wyeliminować trudne do opanowania sybilanty), taki interfejs, takie są objawy, używam odpowiedniej charakterystyki, na pewno wyłączyłem tłumik, mikrofon jest dobrze skierowany, a rozważam zakup przedwzmacniacza mikrofonowego z lepszym wzmocnieniem, bo najwyraźniej 60dB z 2Pre to za mało. Z analizy rynku wyszło mi, że niezły byłby Golden Age Project 73, zatem pytanie: czy warto, czy ktoś zna lepszy przedwzmacniacz w podobnej cenie, czy może ma jakieś inne rady. Pytanie zadałem na kilku forach tematycznych i w kilku grupach na Facebooku. No i się zaczęło.

Odzew pozytywny

Na forach i w grupach anglojęzycznych dość szybko otrzymałem informację, że rzeczywiście warto zainwestować w przedwzmacniacz, ten wybrany przeze mnie ma na ogół dobre opinie, padło też kilka nazw preampów alternatywnych oraz porada, żebym spróbował użyć innych, lepszych przewodów do łączenia mikrofonu z przedwzmacniaczem (tu nawet otrzymałem link do ciekawego porównania i rozwiązanie z przewodem sprawdzę w pierwszej kolejności). Generalnie odpowiedzi były "na temat" i każdy biorący udział w dyskusji starał się podpowiedzieć coś interesującego albo przydatnego.

A to Polska właśnie

Pisałem o tym już cztery lata temu, ale nic się nie zmieniło. W polskim internecie "fachowcy" znają się na wszystkim, więc dowiedziałem się, że:

  • jestem nieukiem, bo nie chciało mi się nauczyć porządnie usuwać sybilanty z nagrań z MXL770
  • MXL770 jest super mikrofonem i mam za swoje, że zamieniłem go na badziewny (?!) WA87
  • chcę wyrzucać pieniądze w błoto, forumowicz nagrywał wokale odwróconymi słuchawkami i miał super efekty
  • amatorzy bez wiedzy biorą się za nagrywanie i tak to się kończy
  • pieniądze nie zlikwidują ignorancji
  • używam zbyt gęstego (!) pop-filtra i dlatego sygnał jest słaby
  • to wina Windows 10, ścisza sygnał
  • to wina oprogramowania, którego używam (cytat: "ja używam Audacity i nie mam nigdy problemów")
  • ktoś ma ten sam zestaw, a nagrywa mu się dobrze (po serii pytań okazało się, że i mikrofon, i interfejs są inne, ale przecież "to bez znaczenia, bo to praktycznie to samo")
  • to wina braku adaptacji pomieszczenia do nagrań (i światła rada: "nagrywaj w szafie, poziom sygnału wzrośnie")
  • światłe rady: obróć odpowiednio mikrofon, wyłącz tłumik, dobierz charakterystykę (czyli typowy problem braku czytania ze zrozumieniem)

Uwaga: ANI JEDNEJ odpowiedzi na pytanie o przedwzmacniacz. NIKT się nie odniósł do tego, co bym chciał kupić, jakie są alternatywy. Przyznam, że trafiła się jedna osoba, u której było widać CHĘĆ POMOCY, aczkolwiek za bardzo skupiła się na samym mikrofonie (czy nowy, czy nie uszkodzony, czym podłączony do interfejsu itp.) Zdecydowana większość jednak pisała tylko po to, żeby COŚ napisać i wyjść na specjalistę (zwłaszcza podobali mi się fachowcy od obróbki i usuwania sybilantów, wg których lepiej poprawiać złe nagranie niż dobrze nagrać)...

Ze świecą szukać

Nie wiem, czy istnieją na polskim rynku fora czy grupy prawdziwych specjalistów. Mam wrażenie, że nie chcą oni tracić czasu i nerwów na użeranie się z internautami (poza tym, dlaczego mają się za darmo dzielić zdobywaną latami wiedzą?). Nie trafiłem jeszcze na takie miejsce - a tam, gdzie byłem, poziom jest mniej więcej taki, jak opisałem wyżej. Pomocy w sprawach mniej oczywistych trudno się doczekać...

No nic, na razie spróbuję porady z przewodem (już zamówiony) i zobaczymy, co dalej.

ANEKS - ważne!

Minęło parę dni od zamieszenia wpisu i nagle... znalazłem forum https://dzwiek.org/. Bez większych nadziei wkleiłem tam opis mojego problemu i bardzo szybko dostałem odpowiedzi. Jedną z pierwszych była propozycja od firmy MusicToolz, że mogą mi bez problemu i opłat wypożyczyć na tydzień przedwzmacniacz Golden Age Project 73 Mk3 (!). Z pozostałych odpowiedzi także było widać, że ludzie starają się znaleźć przyczynę, a nie tylko piszą, by pokazać, że "się znają".

To przywróciło mi trochę wiary w polski internet - warto było sprawdzić to forum!

wtorek, 23 lipca 2019

[ZD] Spectrasonics Omnisphere 2.6

Chciałbym zaingurować na łamach tego bloga nową serię pt. "Źródła dźwięku", gdzie będę pokrótce opisywał niektóre z instrumentów muzycznych, jakie udało mi się przez lata muzykowania zgromadzić. Rzecz jasna, chodzi w większości o instrumenty wirtualne w postaci wtyczek VST, bo to właśnie ich głównie używam. Cykl rozpocznie prawdziwy kombajn, czyli Omnisphere od firmy Spectrasonics.

Omnisphere wielkim instrumentem jest

To chciałbym zaznaczyć już na wstępie. Omnisphere jest po prostu i zwyczajnie - przynajmniej według mnie - "szefem wszystkich szefów". To piorunująca mieszanka samplera z syntezatorem, z podłączonym modułem efektowym, arpeggiatorem, gdzie możliwości kombinacji jest tyle, że twórcę ogranicza w zasadzie tylko wyobraźnia i... wydajność komputera. Nie spotkałem jeszcze podobnie wszechstronnego instrumentu - podobno UVI Falcon albo Steinberg HALion są podobnej klasy, ale nie mam ani jednego, ani drugiego, aby zweryfikować to twierdzenie. Przyjrzyjmy się zatem, dlaczego Omnisphere ma taką opinię, jaką ma.

Co można?

Jak już wspomniałem, znajdziemy tutaj połączenie syntezatora z samplerem. Zasadniczo mamy do dyspozycji cztery warstwy dźwiękowe (nazwane A, B, C i D), z których każda może korzystać albo z oscylatora (synteza) albo z próbki (sampler). Jeśli chodzi o syntezę, to mamy tu dość rozbudowany syntezator typu wavetable, z ogromem wbudowanych tablic próbek (jest ich ponad 500!). Mówiąc o próbkach, mamy do dyspozycji ponad 14 tysięcy dostarczonych z programem oraz możliwość stosowania własnych (choćby w formacie wav).

Taką pojedynczą warstwę możemy oczywiście dość mocno zmodyfikować: do dyspozycji są filtry, obwiednia głośności i cztery obwiednie modulacyjne (wspólne dla wszystkich warstw), mamy też wielką swobodę w modulowaniu czegokolwiek czymkolwiek (np. wysokość dźwięku pedałem ekspresji, rezonansem filtru funkcją aftertouch). Do dyspozycji są oczywiście także generatory wolnych przebiegów (LFO, w liczbie ośmiu), funkcje losowe, wszelkiego rodzaju kontrolery MIDI.

Proporcje między warstwami można ustawiać zupełnie dowolnie, a dodatkowo każdej warstwie możemy przypisać do czterech efektów (których też jest całkiem sporo, od pogłosów przez delaye po efekty distortion czy kompresory i limitery). Także cztery efekty możemy przypisać do sumy warstw, czyli do całego brzmienia. Trzeba przyznać, że efekty brzmią całkiem dobrze.

To jeszcze nie wszystko jednak. Mamy zatem barwę, złożoną z czterech warstw (z efektami), ale ciągle nam mało? Możemy w Omnisphere stworzyć barwę typu multi, składającą się nawet z ośmiu barw składowych! Czyli rzeźbimy pierwszą barwę (np. trzy warstwy + efekty, filtry itp.), potem drugą, po czym łączymy je w jedno multi. A tutaj mamy do dyspozycji jeszcze cztery efektowe tory wysyłkowe (AUX, po cztery efekty na tor) i możliwość dołożenia jeszcze czterech globalnych efektów na sumę (MASTER). Jeśli to komuś nie wystarczy, to ja już nie wiem.

Brzmienia wbudowane

Omnisphere jest idealnym (według mnie) rozwiązaniem dla osób, które chcą szybko znaleźć szukane barwy i zacząć tworzyć muzykę, bez zbytecznego wgłębiania się w sound design. Dzieje się tak po pierwsze dzięki świetnej wyszukiwarce barw, a po drugie - dzięki dużej liczbie przygotowanych presetów, które brzmią w większości świetnie, a czasem wręcz obłędnie.

Jeśli chodzi o wyszukiwarkę, to ma ona kilka cech, której często brakuje innym tego typu rozwiązaniom. Istnieje możliwość sortowania barw oraz wybierania grup (to drugie jest zazwyczaj obecne w większości instrumentów). Bardzo przydatnym rozwiązaniem jest funkcja Sound Match - wskazujemy barwę, która zasadniczo nam odpowiada (jest to np. gitara z pogłosem), a program wyszukuje inne barwy, podobne charakterem do tej zaznaczonej (pokazuje też "stopień podobieństwa"). Nie tracimy w ten sposób czasu na przeglądanie BARDZO bogatego zestawu wbudowanego.

Ciekawą funkcją związaną z przeglądaniem barw jest możliwość blokowania poszczególnych sekcji - np. spodobał nam się układ arpeggiatora z jednej barwy i chcielibyśmy go zachować podczas przeglądania - blokujemy i już zmiana barwy nie zmienia nam ustawień arpeggiatora. Genialne w swojej prostocie.

Istnieje także system pięciostopniowej oceny barw czy automatycznego odgrywania dźwięku po zaznaczeniu i wczytaniu barwy. Niby nic, a przydaje się w codziennej pracy.

Bardzo istotna rzecz: barwy przygotowane przez autorów są w zdecydowanej większości zwyczajnie bardzo dobre. Nawet jeśli nie do końca nas coś przekonuje, to do tymczasowej pracy na pewno jakościowo się te barwy nadają, a można je na późniejszym etapie wymienić na zupełnie inny instrument. Na pewno jednak COŚ uda się w Omnisphere znaleźć - i to obojętnie, czy ma być to piękny, powłóczysty pad, realistycznie brzmiąca gitara basowa czy nawet chór.

Brzmienia dodatkowe

Omnisphere jest na tyle potężnym i popularnym instrumentem, że bardzo łatwo jest znaleźć dodatkowe biblioteki z brzmieniami lub przygotować swoje własne. Ze swojej strony miłośnikom padów i brzmień "atmosferycznych" polecam biblioteki Delight od Josepha Hollo - są fantastyczne i zdecydowanie warte swej ceny. Bardzo przyjemne są też biblioteki od Triple Spiral Audio.

Co ważne, biblioteki od "poważnych" producentów zachwycają nie tylko jakością zastosowanych barw, ale także ich budową i... opisem. W większości wypadków zastosowane są modulacje za pomocą pitch bend, koła modulacji i siły docisku aftertouch, co bardzo podnosi wrażenia z gry i jest naprawdę inspirujące, gdy barwa ewoluuje, zmienia się, narasta lub cichnie itp.

Dobry opis i kategoryzacja ułatwiają późniejsze odszukanie dźwięku oraz korzystanie z niego - bez wchodzenia na poszczególne karty instrumentu można przeczytać, że koło modulacji robi coś, a aftertouch coś innego.

Rodzinka

Firma Spectrasonics oferuje oprócz Omnisphere także takie instrumenty, jak Trilian (barwy basowe) oraz Keyscape (różnego rodzaju pianina i organy). Dla Omnisphere są to instrumenty "satelickie", a ich brzmienia można zintegrować i wykorzystać w ramach Omnisphere. Jest to kolejne bardzo trafne rozwiązanie - bo znacząco wzbogaca możliwości tworzenia barw. Można połączyć piękne piano elektryczne z niskim basem i szerokim padem, a całość tak dobrze się integruje, że nie trzeba być nawet tego świadomym.

Wady?

Nie wiem, czy cenę można uznać za wadę - jest wyższa, niż standardowa cena syntezatorów VST, ale biorąc pod uwagę, co dostajemy w zamian... Nie wiem, moim zdaniem jest to cena adekwatna do jakości, a nawet nieco zaniżona (!).

Pewną wadą są wymagania sprzętowe - przy co bogatszych barwach można sobie "zapchać" aranżację, jednak to już bardziej uniwersalna wada współczesnego sprzętu, że jeszcze nie do końca potrafi "udźwignąć" bogactwa instrumentarium (dla chętnych ćwiczenie na zbudowanie gęstej aranżacji za pomocą Serum i Divy i uniknięcie "zapychania się" procesora).

Bardziej dokuczliwe jest to, że Spectrasonics nie udostępnia wersji testowej. Można pooglądać sobie filmiki na YouTube, poczytać recenzje i tyle. Fakt, że instrument jest obszerny (to ok. 40-50GB!), jednak jakaś mała wersja z np. pięćdziesiątką przekrojowych brzmień z pewnością by nie zawadziła, gdyby ją mądrze "poprzycinać".

Dla mnie pewną wadą jest to, że ewidentnie Omnisphere ma jakiś problem przy współpracy ze Studio One 4 Pro, przynajmniej na moim komputerze. Nie raz, nie dwa i nie trzy potrafiłem doprowadzić do zawieszenia się Studio One, kiedy zmieniałem barwy w Omnisphere (czy Trilianie) podczas odtwarzania aranżacji. W sieci nie znalazłem opisów podobnej przypadłości, więc może to wina mojej konkretnej konfiguracji sprzętowo-programowej.

Miej to, człowieku!

Bez wątpienia Omnisphere jest bardzo użytecznym narzędziem. Podejrzewam, że gdybym miał wybrać tylko jeden instrument do dalszej pracy, to byłby to właśnie instrument od Spectrasonics - żaden inny nie jest na tyle elastyczny, by dostarczyć tak bogate i różnorodne brzmienia.

Na pytanie, czy warto, odpowiadam zatem - oczywiście, że warto. Ale z braku wersji demonstracyjnej polecam zapoznać się z filmami na YouTube - choćby i z tym, prezentującym część presetów. A potem wystarczy sięgnąć głęboko do kieszeni, ha, ha!

środa, 29 maja 2019

Obiecanki-cacanki

Dzisiaj krótki, acz kontrowersyjny temat, do którego skłoniły mnie poczynania dwóch dużych wytwórców oprogramowania muzycznego. Chodzi o Native Instruments oraz Steinberg, a rzeczą wywołującą kontrowersje jest sprzedawanie niekompletnych produktów z obietnicą, że "kiedyś coś się pojawi".

Zaczęło Native Instruments, które jesienią otrąbiło nową, dwunastą już wersję swojego sztandarowego produktu, czyli Komplete. Jedną z atrakcji tego pakietu miał być nowy syntezator, Massive X. Nie został jednak umieszczony w pakiecie od razu z powodu "dużej ilości pracy, którą jeszcze trzeba w niego włożyć". Premierę przełożono najpierw na luty 2019, obecnie program ma się pokazać w czerwcu.

O ile jeszcze sytuację Native Instruments można jakoś tłumaczyć (w końcu reszta pakietu się pokazała, a Massive X jest jednak odrębnym programem), to Steinberg - moim zdaniem - nie ma wytłumaczenia. Przy okazji premiery Cubase 10 w listopadzie ubiegłego roku jedną z głośno podkreślanych nowości miało być wsparcie dla technologii ARA2. W materiałach prasowych i na stronie Cubase'a wsparcie dla ARA2 zostało opisane jako coming soon (czyli "dostępne wkrótce"). To "wkrótce" zmieniło się szybko z końca roku na koniec pierwszego kwartału 2019, obecnie mamy koniec maja, a funkcjonalności nadal brak. Użytkownicy, którzy - skuszeni ową obietnicą coming soon - zakupili wersję 10, dzisiaj plują sobie w brodę, bo pieniądze wydane, a ARA2 w Cubase nie ma.

To, co mnie martwi, to podejście ogółu użytkowników. Producenci są generalnie przez nich usprawiedliwiani: że przecież mogło coś "wypaść", że to podnosi jakość (można dłużej popracować i "doszlifować" produkt), że to nic takiego. Moim zdaniem jednak to bardzo niepokojący i niekorzystny (dla użytkownika) trend. Jeśli czegoś nie ma, nie powinno znaleźć się w materiałach promujących czy chwalących produkt. W wielu artykułach dotyczących Cubase 10 ARA2 jest wymieniane jako zaimplementowana i działająca funkcjonalność, bo autorzy po prostu pominęli to nieszczęsne coming soon.

Zresztą, jaki jest cel chwalenia się czymś, czego się nie ma? Znam tylko jeden powód: czysto marketingowy. Bo chce się "złapać" nowych klientów, którym oczy się zaświecą, kiedy zobaczą wśród funkcji te nieszczęsne ARA2. Kupią spodziewając się, że "wkrótce" oznacza kilka tygodni, a nie ponad pół roku. A jak już kupią, to zostaną, bo przecież Cubase nie jest tani, więc szkoda już wydanych pieniędzy. Procesować się nikt nie będzie, bo przecież - jak przeczytałem na forum Steinberga - producent uczciwie napisał, że funkcjonalności jeszcze nie ma. No, napisał, ale moim zdaniem część użytkowników może się poczuć nabita w butelkę. Poza tym istnieje presja wydawania nowych wersji, bo wiadomo - użytkownicy mogą wtedy znów wydać pieniądze na uaktualnienie.

Bardzo się obawiam, że podobne incydenty zasieją ziarno, a plony zbierzemy za rok czy dwa - coraz więcej ośmielonych takim procederem producentów zacznie oferować rzeczy, które "będą", "pojawią się", "zostaną dodane", "być może kiedyś ktoś zaimplementuje". Dodawane coming soon staną się mniejsze, zastąpione gwiazdkami lub adnotacjami gdzieś z boku, że "lista funkcji może się zmienić" albo jest tylko "listą prognozowaną".

Czy w ogóle warto się tym przejmować? W mojej opinii jest to jednak dość nieczysta gra na utrzymanie klienta przy sobie, bo jeśli ktoś pilnie potrzebuje jakiegoś rozwiązania, może zwyczajnie przejść do konkurencji. Pokażmy mu zatem, że przecież już, zaraz, za chwilę (jak pokazuje życie - pół roku? rok?) nasz produkt też będzie tę funkcję miał! A jak już, skuszony obietnicą, klient zapłaci, to przecież poczeka...

sobota, 25 maja 2019

Zybex (cover)

Jeśli ktoś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych miał w domu "małe" Atari, to z pewnością zetknął się z grą Zybex. Gra jak gra, trzeba było mieć niezłą koordynację ręka-oko, żeby przejść choćby pierwszy poziom, ale muzyka! Podobała mi się wówczas i podoba teraz - a stworzył ją Adam Gilmore, jeden z najbardziej uznanych muzyków czasów ośmiobitowych (świetna muzyka do takich gier, jak Draconus, Blinky's Scary School, Ninja Commando).

Żeby nie przedłużać - posiedziałem chwilkę lub dwie i zrobiłem własny cover tytułowego utworu z gry Zybex. Może się komuś spodoba?

środa, 22 maja 2019

Migracja z FL Studio

Ostatnie lata zrobiły się bardzo burzliwe, jeśli chodzi o wybór programu DAW, z jakiego korzystam podczas tworzenia muzyki. W efekcie ani Via, ani Runaway, ani nawet Flashback nie mają wszystkich utworów przygotowanych w jednym formacie. Via i Runaway to przede wszystkim FL Studio, pożenione wszak z Cubase. Flashback to z kolei głównie Cubase właśnie, z małą domieszką FL Studio.

Jest to, naturalnie, bardzo kłopotliwe, bo chcąc np. zremasterować Flashback przed tłoczeniem CD, muszę albo znów pracować w dwóch programach, albo pracowicie przenieść aranżacje z jednego do drugiego. Czy jest to trudne? Sprawdźmy.

Die of Cold

Wybór padł na utwór Die of Cold z płyty Runaway. Kierunek przenosin: z FL Studio do Studio One. Była to pierwsza próba przeniesienia utworu z FL Studio (drugą był Caravan). I zaraz na początku okazało się, że... się nie da?

Przygotowania

Szybko doszedłem do wniosku, że coś, co miało być proste, będzie badziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. Musiałem zapłacić cenę za brak wiedzy i doświadczenia.

Po pierwsze, chciałem przenieść dane MIDI, a nie tylko audio, więc prosta konwersja ścieżek w FL Studio na pliki wav nie wchodziła w grę. Ale okazało się, że nie można sobie ot, tak, wyeksportować utworu jako pliku MIDI, mimo że w menu istnieje stosowna opcja. Daje ona jednak w efekcie... pusty plik.

Po pół godzinie mozolnych prób zacząłem wreszcie zachowywać się rozsądnie i zajrzałem do internetu. No i okazało się, że w FL Studio utwór przed eksportem trzeba... przygotować. Robi to polecenie Prepare for MIDI export, ukryte w menu Tool-Macros. Przekształca ono projekt i dodaje wyjścia MIDI (UWAGA! nie należy tej wersji zapisywać zamiast oryginalnej!). Dopiero tak spreparowany projekt powoduje stworzenie właściwego pliku MIDI, który można z kolei zaimportować do docelowego DAW.

Dalsze prace zależą od tego, czego użyliśmy w pierwotnym projekcie. Ja np. często korzystałem z samplera do tworzenia ścieżek perkusyjnych, wczytując tam próbki z folderu Pack. Teraz się to zemściło, bo w większości tych próbek nie da się wprost przenieść do nowego DAW, bowiem są albo w formacie WavePack (rozszerzenie wv), albo w formacie Vorbis Ogg, mimo rozszerzenia wav (!). Aby ułatwić sobie późniejsze prace, napisałem szybko program, który "przebiegł" mi po całej bibliotece próbek i dokonał odpowiednich konwersji.

Prace właściwe

Mając skopiowane sample i inne pliki dźwiękowe (np. wokale) do katalogu nowego projektu można było wreszcie uruchomić Studio One i zaimportować do niego stworzony w FL Studio plik MIDI. Pliki dźwiękowe najłatwiej przeciągnąć do okienka Pool, aby można było bez problemu dodawać je do aranżacji lub wskazywać w SampleOne XT.

W pierwszym kroku przystąpiłem do porządkowania - pokolorowałem ścieżki zgodnie z tym, co miałem wcześniej w FL Studio. Później pociąłem je na klipy, bo z pliku MIDI każda ścieżka wczytywana jest jako jeden pasek długości całego utworu, co ogromnie zaciemnia widok.

Po tej operacji rozpocząłem mozolne przenoszenie ustawień - każdej ścieżce trzeba było przypisać odpowiedni instrument z odpowiednim brzmieniem oraz "zapiąć" odpowiednie efekty. Tutaj "zemściło się" stosowanie efektów wbudowanych w FL Studio, bo nie dało się w jednym miejscu zapisać presetu, a w drugim go wczytać - trzeba było przenosić ustawienia "mniej więcej".

Mając instrumenty i efekty, dorzuciłem sobie w Studio One ścieżkę aranżera i pooznaczałem kolejne fragmenty utworu.

Kolejnym etapem było umieszczanie klipów audio w odpowiednich miejscach aranżacji. Tutaj się trochę namęczyłem, bo każdy klip trzeba było precyzyjnie przemieszczać myszką, gdyż nie były odpowiednio docięte i nie pokrywały się z siatką utworu.

Problemy

Dość irytującym problemem okazały się dane MIDI. Z jakiegoś powodu FL Studio podczas eksportu koniecznie musi dołączyć dane typu Program Change, na które reagują niektóre syntezatory, np. Hybrid. Nie byłoby w tym jeszcze nic złego, jeśli powodowałoby ustawienie identycznego presetu, co w oryginale. Ale nie - preset był z uporem godnym lepszej sprawy ZAWSZE przesunięty o dwa, trzy sloty. Jedynym sposobem na zapobieżenie temu, jaki znalazłem, było wchodzenie w dane każdej ścieżki i ręczne usuwanie wszelkich danych Program Change oraz skojarzonych z nimi automatyzacji.

Drugim problemem, czy może sporą niedogodnością, było przenoszenie krzywych automatyzacji. Sprowadziło się to do ręcznego przerysowywania ich "na wzór" oryginalnych.

Wykończenie

Pozostało dobranie odpowiednich poziomów i parametrów w mikserze, ale już bez wzorowania się na starej wersji. Obecnie bowiem korzystam już np. z korektorów, aby odpowiednio pomieścić brzmienia w dostępnym spektrum, stosuję też kanały wysyłkowe i wiem, jak ustawić deeser. To wszystko pozwoliło uzyskać brzmienie spójniejsze niż ponad rok temu, co było dla mnie powodem do zadowolenia, bo oznacza, że jednak jakiś tam progres nastąpił, przynajmniej w kwestii miksu.

Efekt

W rezultacie uzyskałem (moim zdaniem) lepiej brzmiący utwór, dodatkowo odtwarzany bez problemów wydajnościowych, ładujący się szybciej i dużo czytelniejszy na ekranie. Same plusy - ale wszystko to kosztem wielu godzin (szacuję, że w sumie ok. 5-6). Późniejszy Caravan już tyle nie zajął, bo zaprocentowało doświadczenie (i skonwertowane wcześniej próbki).

Tak czy owak, podobne zabawy są bardzo uciążliwe. W ogóle muszę przemyśleć całość problemu otwierania starych projektów po latach. Wprawdzie można wszystko archiwizować jako pliki MIDI, ale jednak w ten sposób traci się mnóstwo informacji, z klipami audio włącznie. Z kolei przechowywanie wszystkiego jako osobnych ścieżek audio zajmuje ogromnie dużo miejsca (jeden utwór może zająć kilkaset megabajtów albo i więcej) oraz powoduje utratę danych MIDI, ułatwiających aranżowanie.

Przyglądam się obecnie formatowi AAF, który jest obsługiwany np. przez Logic Pro, ProTools, Studio One oraz Cubase. Jeśli zdobędę jakąś konkretną wiedzę, niechybnie się nią tutaj podzielę.