czwartek, 17 czerwca 2021

[T] RødeCaster - ASIO beta

No i pokazały się nareszcie sterowniki ASIO, jeszcze w wersji beta, ale stwierdziłem, że sprawdzę, bo dlaczego nie. Pobrałem odpowiedni instalator ze strony producenta, zainstalowałem, włączyłem w RødeCasterze transmisję wielościeżkową dla portu USB i z nadzieją odpaliłem Studio One. Na chwilę zaświtała moim sercu nadzieja, bo na liście urządzeń nareszcie zobaczyłem RødeCastera:

Niestety, próba wybrania miksera skończyła się malowniczym błędem:

a potem jeszcze kolejnym:

Postanowiłem sprawdzić Reapera, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Tutaj wprawdzie dało się wybrać RødeCastera z listy, za to już nie udało się skonfigurować wejść i wyjść - listy wejść były po prostu puste...

Na koniec, w akcie rozpaczy, odpaliłem jeszcze Cubase 11, ale tu osiągnąłem najmniej, bo RødeCaster nie pojawił się nawet na liście obsługiwanych urządzeń (co w sumie Cubase'owi się chwali - widocznie ma wbudowaną jakąś walidację, czy dane urządzenie będzie się nadawać do pracy).

Napisałem do supportu firmy Røde, zobaczymy, czy zareagują, a jeśli tak - to w jaki sposób. Ale jakaś tam nadzieja jest, że się w końcu sterowniki ASIO pojawią.

wtorek, 15 czerwca 2021

[T] Osłona przeciwwietrzna BOYA BY-P30

Dzisiaj krótki test osłony przeciwwietrznej BOYA BY-P30 dla (między innymi) Tascama DR-100. Niestety, nagrywanie ludzkiego głosu bez takiej osłony jest praktycznie niemożliwe ze względu na zerową ochronę membran, które najlżejszy podmuch traktują jak zabójczy wicher.

Test przeprowadziłem natychmiast po odpakowaniu osłony z folii. Dolna część, ta z logo firmy, jest zrobiona z gumy, która z dość sporym oporem wchodzi na górną część rejestratora i nie ma tendencji do zsuwania się. Powiem więcej, nie jest łatwo ją zdjąć i dwa razy zadrżałem o całość plastikowych żeberek osłaniających mikrofony.

Pierwszy test zrobiłem dla mikrofonów kierunkowych:

Jak słychać, eliminacja "pykania" jest całkowita, jednakże kosztem brzmienia, które staje się stłumione. Nagranie jest w mono, bo dopiero po zgraniu i zaimportowaniu plików w komputerze zorientowałem się, że nie przełączyłem Tascama na nagrywanie stereo (zwykle nagrywam nim pojedynczy, zewnętrzny mikrofon).

Drugi test wykonałem dla mikrofonów dookólnych:

Tutaj, jako że mikrofony umieszczone są dość nisko, sposób zamocowania osłony jest kluczowy, co doskonale słychać na nagraniu. W zależności od tego, czy naciągałem tę osłonę mocno czy słabo, sygnał z nią jest bardziej lub mniej stłumiony, trzeba więc robić to z bieżącym podsłuchem.

Werdykt

Niewątpliwie do nagrywania głosu czy sygnałów na zewnątrz, na świeżym powietrzu, dead-cat jest dla Tascama wyposażeniem niezbędnym. Czy akurat BOYA BY-P30? Trudno jest mi osądzić, bo nie mam porównania z niczym innym, jednak osobiście wypróbowałbym rozwiązania innych firm, a zapewne najlepiej samego Tascama (WS-11). Jak dla mnie brzmienie rejestrowanego dźwięku po założeniu osłony jest tłumione za mocno i "taki sobie" sygnał z mikrofonów wbudowanych staje się sygnałem "słabym"...

piątek, 11 czerwca 2021

RødeCaster nietypowo

Używam sobie RødeCastera do nagrywania podcastów, ale ostatnio okazało się, że mogę go wykorzystać także w innym, mniej typowym zadaniu. Otóż gdy jestem w pracy (zdalnej), często muszę uczestniczyć w rozmowach (telekonferencjach), a jednocześnie między nimi chciałbym sobie posłuchać muzyki w dobrej jakości. Do tej pory miałem do służbowego laptopa podłączone słuchawki z mikrofonem, takie smartfonowe. Rzecz jasna, słuchanie muzyki za ich pomocą było koszmarem (nie dość, że niezbyt wygodne, to jeszcze dawały kiepski dźwięk). Wachlowanie słuchawkami (do telekonferencji te z mikrofonem, do muzyki normalne "muzyczne" słuchawki) było niewygodne, na domiar złego sterowniki w laptopie miały problem z wykryciem, co zostało podłączone i często musiałem ustawiać ręcznie, która wtyczka tkwi w gniazdku. Miałem zatem najczęściej podłączone słuchawki z mikrofonem, a muzykę sobie odpuszczałem albo słuchałem ze smartfona z podłączonymi porządnymi słuchawkami.

Tymczasem olśniło mnie, że przecież - jeśli podłączę RødeCastera do laptopa - będę mógł mieć i jedno, i drugie! No i faktycznie, siedzę sobie teraz wygodnie z DT990 na uszach, słucham muzyki, a jeśli nawet ktoś "zadzwoni" Teamsami, to po prostu przysuwam mikrofon, włączam go na konsoli (dla pewności kanał mikrofonu jest zawsze wyciszony) i już. Mogę nawet używać efektów dźwiękowych, chociaż na razie nie było okazji.

Przyznam szczerze, że jest to bardzo wygodne rozwiązanie, bo do domowego komputera nie podłączam RødeCastera praktycznie nigdy, więc nie muszę się ciągle przepinać (jakby to miało miejsce z interfejsem audio, dlatego też nigdy tak nie robiłem). Ponoć też "po drugiej stronie" słychać mnie lepiej, ale tego nie mogę być pewny (chociaż w dniu, kiedy dokonałem zmiany, kilka osób mówiło mi, że brzmię "radiowo"). Tak czy owak, póki co same profity.

czwartek, 10 czerwca 2021

[T] Klark Teknik Mic Booster CT1

Od paru miesięcy mam przyjemność korzystać z tak zwanego aktywatora FetHead dla mikrofonów dynamicznych i wstęgowych. W zasadzie od momentu zakupu tkwi na stałe wpięty do Shure'a SM7B, gdyż bez niego nagrywanie tego mikrofonu mijałoby się z celem ze względu na bardzo słaby sygnał. Tymczasem studio się rozrosło, pojawiła się perspektywa nagrywania wywiadów, a dwa najbardziej nadające się do tego mikrofony są właśnie dynamiczne, FetHead zaś jeden. Postanowiłem dokupić drugie tego typu urządzenie i wybór padł właśnie na Klark Teknik CT1.

Klark Teknik?

Klark Teknik jest brytyjską firmą z tradycjami sięgającymi lat siedemdziesiątych. W ostatnich latach została kupiona przez Uliego Behringera, dobrze znanego w branży z buńczucznych twierdzeń i kontrowersyjnych zabiegów (np. kopiowanie urządzeń innych firm, do których wygasły już patenty). Kopiowanie rozwiązań z przeszłości stworzyło przekonanie, że urządzenia Behringera to takie tanie zamienniki. Uli zakupił zatem Klark Teknik i urządzenia mniej "budżetowe" przepycha pod tą właśnie marką.

Stąd właśnie wypływała moja nadzieja, że choć cenowo CT1 jest bardzo przystępny, to jednak jakościowo nie będzie odbiegał od dwukrotnie droższego FetHeada. Czy jest tak faktycznie?

Urządzenie trafia do właściciela w estetycznym, niedużym pudełku, zaś sam aktywator spoczywa bezpiecznie w piance. Po wydobyciu okazuje się, że CT1 jest zbudowany jak czołg - masywny, ciężki, wydaje się dużo pewniejszy i stabilniejszy od FetHeada, który po tych paru miesiącach wcale nie siedzi już tak pewnie w gnieździe jak na początku. Zobaczymy za parę miesięcy, czy CT1 wytrzyma próbę czasu. Tak czy owak, póki co do budowy zewnętrznej nie mogę się nijak przyczepić, może poza tym, że zaczep zwalniający działa dość opornie i trzeba sporej siły, by wyjąć aktywator z mikrofonu.

Bezpośrednie starcie

By poznać odpowiedź na pytanie, czy faktycznie CT1 jest w stanie konkurować z FetHeadem, postanowiłem zrobić prosty test. Zamocowałem na statywie mikrofon Shure SM7B (na statywie, a nie na ramieniu, żeby przy zmianie aktywatora nie zmienić położenia mikrofonu), a przed nim monitor Eris 5. Za pomocą komputera odtworzyłem sygnał testowy (sinusoida 1000Hz) i zarejestrowałem go za pomocą Tascama DR-100. Bez zmiany jakichkolwiek ustawień podmieniłem następnie aktywator i dokonałem ponownej rejestracji tego samego sygnału testowego. Nagrałem także sygnał testowy bez zamocowanego aktywatora, żeby móc porównać wzmocnienie obu urządzeń.

Moim celem było sprawdzenie, jak bardzo różnią się nagrane sygnały. Oczywiście, ten nagrany bez aktywatora był zdecydowanie najsłabszy i osiągał ledwie -39dB. Na drugim miejscu był sygnał z Klark Teknik CT-1 (-17,9dB), zaś sygnał z FetHeada był od niego głośniejszy o jakieś 3,6dB, osiągając -14,3dB. Realne wzmocnienie dla Klark Teknika wyniosło zatem nieco ponad 21dB, dla FetHeada 24,7dB. Oryginalne sygnały (bez obróbki) można pobrać i sprawdzić samodzielnie.

Postanowiłem iść za ciosem i dokonałem jeszcze normalizacji uzyskanych plików, żeby porównać szumy, czyli sprawdzić, ile "od siebie" dokładają aktywatory (jeśli dokładają). Tu okazało się, że najgorzej wypadło nagranie bez aktywatora - ale też bez tragedii, szum był wyższy o mniej więcej pół decybela. Nagrania z aktywatorów po znormalizowaniu wypadły praktycznie identycznie.

Ciekawe wnioski

Ostatecznie wniosek jest taki, że wprawdzie nie udało się CT1 uzyskać deklarowanych przez producenta 25dB wzmocnienia, jednak po normalizacji otrzymuje się praktycznie to samo, co z FetHeada, więc dla moich amatorskich celów aktywator jest wystarczający. Natomiast jeśli dla kogoś właśnie to wzmocnienie jest kluczowe, to prawdopodobnie najlepszy pod tym względem jest aktywator sE DM1 Dynamite, oferujący (przynajmniej na papierze, bo nigdy nie używałem) 28dB wzmocnienia, choć jest ponad czterokrotnie droższy od CT1. Według producenta FetHead ma wzmocnienie na poziomie 27dB, a CT1 winien mieć 25dB - wyniki mojego prostego testu tego nie potwierdzają, więc kto wie, jak jest z sE DM1 - dopóki nie sprawdzę, to się nie przekonam.

Tak czy owak, Klark Teknik CT1 to bardzo solidnie zbudowane urządzenie, które faktycznie wzmocni sygnał mikrofonu (dynamicznego lub wstęgowego) o dwadzieścia parę decybeli. Jeśli liczy się każdy decybel, trzeba raczej zdecydować się na droższe aktywatory, jeśli jednak nie jest to kluczowe, to myślę, że nikt się na CT1 nie powinien zawieść.

środa, 9 czerwca 2021

Nagrywanie - sytuacja się klaruje

Mijają dwa tygodnie, odkąd mogę używać równolegle RødeCastera oraz Tascama DR-100 MK3. Dodatkowo dzięki uporządkowaniu biurka, nie muszę co chwilę wyciągać wszystkich urządzeń, przestawiać ich, przesuwać, podłączać i rozłączać. Nadszedł czas, żeby nagrywać.

I tu wszystko idzie niemal według planu - RødeCasterem nagrywam podcasty (te z własnymi rozważaniami), zaś Tascamem rejestruję czytanie (audiobooków). Nie planowałem za to, że podłączę sobie RødeCastera do służbowego laptopa i będę wykorzystywał go do telekonferencji. Dzięki temu mogę też słuchać muzyki przez resztę czasu pracy i wierzcie mi, że to, co wychodzi na słuchawki z RødeCastera, jest o wiele lepszej jakości niż to, co mogę uzyskać z laptopowego mini-jacka. Urządzenie od Røde sprawdza się tu zatem doskonale, a skoro znalazłem dla niego stałe miejsce, nic nie przeszkadza w cieszeniu się z korzyści, które daje.

A jak się sprawdza Tascam DR-100? Muszę powiedzieć, że jestem z niego BARDZO zadowolony. Niskie szumy, łatwa obsługa, możliwość podłączania mikrofonów za pomocą przewodów XLR - naprawdę tego mi brakowało! Nawet SM7B nie szumi tutaj tak tragicznie, jak choćby w RødeCasterze. Cieszy też bardzo możliwość rejestrowania bez podłączania zasilania - wyciągam urządzenie z szuflady, podłączam mikrofon i jazda!

Co z resztą sprzętu? Na razie trzymam podłączone na biurku. Jedynie dbx286s jest odłączony od zasilania, bo "buczy" - delikatnie i wcześniej tego nie słyszałem, ale kiedy do rejestracji audiobooka "wyciszam studio", słychać to buczenie. Zresztą, wówczas słychać nawet delikatny szum, dochodzący z moich Erisów 5 - podłączyłem je zatem do osobnej listwy i też mogę je łatwo wyłączyć. Można zaryzykować stwierdzenie, że nigdy w moim "studio" nie było tak cicho, jak ostatnimi czasy.

Żałuję trochę, że RødeCaster nie posiada złączy XLR/TRS z możliwością wprowadzenia sygnału liniowego (tutaj PodTrak sprawdziłby się lepiej) - mógłbym wtedy pomyśleć o tym, by sygnał mikrofonowy puszczać przez GoldenAge'a i dopiero wprowadzać do RødeCastera. No cóż, mądry Polak po szkodzie.

Czy coś mi się w obecnej konfiguracji nie podoba? Poza brakiem wejść liniowych w RødeCaster raczej reszta jest ok. Przydałyby się dwie krosownice, żeby ostatecznie rozwiązać problem z wszystkimi połączeniami, ale też bez przesady. Przez ostatnie dwa tygodnie podłączanie było irytujące, bo wszystko ustawiałem, konfigurowałem i testowałem, jednak poza jednym wyjątkiem raczej nie będę robił już dużych "przemeblowań". Tym wyjątkiem ma być wielki "megatest" wszystkiego z wszystkim - czyli próbne nagrania z wykorzystaniem różnych mikrofonów, różnych przedwzmacniaczy i różnych urządzeń cyfrowych. Wobec jednak wszechogarniającej mnie niemocy i braku entuzjazmu, wcale nie jest pewne, czy do tego testu dojdzie...

Czas powiedzieć sobie jasno, że na tym etapie studio jest już kompletne. No, może przydałby się jeszcze jeden aktywator, żeby móc nagrywać swobodnie dwoma mikrofonami dynamicznymi "na wyjeździe", ale nie jest to coś strasznie pilnego. Teraz trzeba zacząć w pełni korzystać ze studia!

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Krosownice

Ilość sprzętu w moim domowym studio wzrosła w ostatnich latach i coraz trudniej jest zapanować nad tym, gdzie i jak coś podłączyć, żeby wygodnie z tego całego złomu korzystać. To jest właśnie ten obszar, na którym rozwiązania programowe pokazują swoją wyższość - bez kłopotu można konfigurować, mieszać, przestawiać... Tymczasem mnie irytuje, jeśli muszę ciągle przepinać wtyki, wyciągać z jednego gniazdka, wpinać w inne i tak dalej. Pomijając już samą niewygodę, takie przepinanie ma - rzecz jasna - niezbyt dobry wpływ na same urządzenia: wtyki i gniazda się wyrabiają, a przy odrobinie braku szczęścia przejechanie wtykiem z załączonym zasilaniem phantom po delikatniejszych złączach może doprowadzić do nieciekawych efektów (tak przynajmniej mi się wydaje, bo póki co jeszcze sobie niczego nie spaliłem). Tak czy inaczej, warto byłoby rzecz rozwiązać raz, a dobrze - ale jak to zrobić w "materialnym" świecie bez kupowania wielkiego i drogiego miksera?

Okazuje się, że mikser wcale nie jest potrzebny, zaś urządzenie do łączenie innych urządzeń istnieje od lat i nazywa się krosownicą. Na razie rozpoznaję temat teoretycznie, to znaczy czytam i oglądam filmiki, ale już mam jako takie pojęcie o tym, jak mógłbym krosownice wykorzystać u siebie. Zacznijmy jednak od początku.

Z tygodniowego szperania w internetach dowiedziałem się (znających się lepiej przepraszam za nieścisłości, wytknijcie je w razie czego w komentarzach), że są zasadniczo trzy rodzaje krosownic: ze złączami bantam, ze złączami TS/TRS oraz ze złączami XLR. Te pierwsze w moim wypadku od razu odpadają, bo w przypadku tak małego (choć dla mnie - dużego) zestawu sprzętu będą po prostu kwiatkiem do kożucha. Za to dwa pozostałe - o, tym przyjrzałem się dokładniej.

Krosownica TS/TRS

Są to zazwyczaj pasywne, nie wymagające zasilania urządzenia, które umożliwiają tworzenie rozmaitych konfiguracji połączeń wejść z wyjściami. Gniazda ułożone są w nich w dwóch liniach, górnej i dolnej. Górna obsługuje sygnał "wchodzący", dolna - wychodzący. Powiedzmy, że chciałbym wprowadzić do krosownicy sygnał z interfejsu audio i przekierować go do głośników. Normalnie robię to, podłączając głośniki (monitory) bezpośrednio do interfejsu, tym razem jednak sygnał wychodzący "na monitory" z interfejsu łączę z górną linią krosownicy, zajmując dwa gniazda TRS. Monitory podłączam do gniazd TRS leżących bezpośrednio pod tymi "wpuszczającycmi" sygnał. Przy takiej konfiguracji, w standardowym trybie normalized, sygnał z interfejsu wchodzi o krosownicy i jest od razu przekierowany na wyjścia, czyli do monitorów. Wszystko ładnie działa.

Powiedzmy jednak, że chciałbym móc przekierować na monitory także sygnał z RodeCastera - normalnie musiałbym odpinać monitory od interfejsu audio i wpinać je do RodeCastera. Przy użyciu krosownicy wygląda to tak, że RodeCastera wpinam w dwa dalsze gniazdka TRS w górnej linii krosownicy - od tego momentu mogę za pomocą krótkich przewodów TRS połączyć te wejścia krosownicy z wyjściami na monitory (co automatycznie wyłączy mi połączenie interfejs audio - krosownica - monitory). Wypinając krótkie przewody TRS z gniazdek "monitorowych" przywracam wewnętrzne połączenie z interfejsem.

Podobnie mogę podpiąć wejścia interfejsu do krosownicy i jeśli będę potrzebował coś nagrać za pomocą komputera, to po prostu podłączę odpowiednie źródło do odpowiednich gniazdek w krosownicy. Zysk z tej całej zabawy jest taki, że na stałe podłączam dostępne mi wejścia i wyjścia wszystkich urządzeń fizycznych do krosownicy, a potem za pomocą krótkich przewodów TRS łączę odpowiednie wejście z odpowiednim wyjściem, bez wiecznego gmerania przy gniazdach samych urządzeń. Gdyby wyrobił się gniazda w krosownicy, dużo łatwiej ją zastąpić niż wymieniać np. przedwzmacniacz czy interfejs (krosownica to koszt ok. 300zł, więc jest o wiele tańsza niż podłączone do niej urządzenia).

Krosownica XLR

Krosownica XLR działa troszkę inaczej niż ta omówiona wyżej. Służy raczej do tego, że z tyłu urządzenia wpinamy przewody XLR prowadzące np. do przedwzmacniaczy albo do urządzeń rejestrujących, a z przodu wpinamy mikrofon. Jeśli z pierwszego gniazdka XLR mam sygnał wyprowadzony GoldenAge Pre-73, z drugiego na dbx286s, z czterech kolejnych na RodeCastera, to podłączając mikrofon do krosownicy od razu wybieram, przez co chcę jego sygnał "przepuścić". Chcę go procesować GoldenAge'em? Wpinam w pierwsze gniazdko. Chcę nagrać podcast? Wpinam w gniazdko numer 3. I tak dalej, i tak dalej.

Wydawać by się mogło, że tego nie ma aż tak dużo, ale potencjalnymi "odbiorcami" sygnału z XLR są w moim przypadku: GoldenAge Pre-73 (jedno wejście), dbx286s (jedno wejście), Focusrite Clarett (dwa wejścia), RodeCaster (cztery wejścia), Tascam DR-100 (dwa wejścia). Fajnie byłoby mieć to wszystko podłączone raz a dobrze, a potem tylko wpinać mikrofon tak, by był rejestrowany przez odpowiednie urządzenie.

Razem!

Najbardziej elastycznym rozwiązaniem byłoby mieć krosownicę obojga typów jednocześnie (tzn. TRS i XLR), jednak na rynku takich brak, a przynajmniej ja takich cudów nie znalazłem. Musiałbym zatem mieć dwie krosownice i je odpowiednio połączyć (np. GoldenAge wejściem podłączony do krosownicy XLR i stamtąd płynie sygnał mikrofonowy, ale wyjście jest już przecież liniowe, więc przez TRS wchodzi na taką właśnie krosownicę i tu jest przekierowane np. do wejścia interfejsu audio albo rejestratora Tascam.

Niestety, dwie krosownice zajmują sporo miejsca, a konkretnie dwie jednostki rack, na co aktualnie nie mam zupełnie miejsca. Może, gdybym pozbył się mojego wielkiego biurka na rzecz mniejszego stołu i szafki, to wówczas miałoby to rację bytu. Na razie muszę się obejść smakiem, chociaż naprawdę podoba mi się pomysł spięcia wszystkiego "raz na zawsze" i skończenie z ciągłym wyciąganiem urządzeń, żeby coś tem podłączyć z tyłu.

Obecnie radzę sobie w ten sposób, że do dbx286s i GoldenAge mam na stałe podłączone dwa przewody XLR, do których mogę wpiąć dowolny mikrofon, zaś liniowe wyjścia tych urządzeń mam na stałe wpięte do Claretta. W razie konieczności mogę przekierować je do Tascama DR-100, który umożliwia zapis liniowego sygnału (w odróżnieniu od RodeCastera, który ma w sumie jedno bieda-wejście, zrealizowane jako TRRS i służące do podłączania telefonu). Mikrofon na statywie mogę wpiąć albo do Tascama, albo do RodeCastera, albo do GoldenAge'a, albo dbx286s, ostatecznie też do Claretta (jeśli wcześniej zwolnię jedno z wejść).

Uff... I to wszystko po to, żeby nagrać podcast, do którego wystarczy mi Tascam DR-100 z dowolnym mikrofonem albo i bez niego? Szaleństwo...

środa, 2 czerwca 2021

[T] Tascam DR-100 MK3

Mam ostatnio okazję testować stosunkowo nowy rejestrator firmy Tascam, model DR-100 MK3. Jest to dużo potężniejszy od mojego DR-05 (a przy okazji także sporo młodszy). Czy różnice między tymi modelami są zauważalne? Czy DR-100 daje rzeczywiście lepszą jakość dźwięku?

Co widzą oczy?

DR-100 jest sporo większy i cięższy od DR-05, a to z uwagi na fakt, że w środku musiały pomieścić się na przykład przedwzmacniacze oraz gniazda combo (XLR/TRS) z zasilaniem phantom 48V, a także wbudowany akumulator; dodatkowo część obudowy jest metalowa. Oprócz dwóch mikrofonów zewnętrznych możemy skorzystać z mikrofonów wbudowanych, które prezentują się bardzo ciekawie pod względem jakości rejestrowanego dźwięku. Jako że gniazda są typu XLR/TRS, można do rejestratora wprowadzić także sygnał liniowy, a dzięki gniazdu digital in i dołączonej przejściówce można nawet nagrywać bezpośrednio sygnał cyfrowy, np. z odtwarzacza CD/DVD.

Rejestrator został zaopatrzony w gumowe nóżki, które w połączeniu z dużą masą utrzymują urządzenie stabilnie na powierzchni biurka, choć naturalnie, na spodzie obudowy znalazło się też miejsce na mocowanie do statywu.

Na jednym z boków znajdziemy kółko-potencjometr do zmiany wartości parametrów (np. poziomu wejściowego) oraz gniazdo na karty SD (o maksymalnej pojemności 128GB). Po drugiej stronie umieszczono znacznie więcej elementów: przycisk zasilania, gniazdo USB (w wersji micro), wyjście liniowe i słuchawkowe w standardzie mini-jack, opatrzony cyframi potencjometr głośności sygnału podawanego na wyjście i wbudowany głośniczek, przełącznik blokady przycisków i w końcu włącznik wbudowanego głośniczka.

Na ściance dolnej umieszczono dwa gniazda XLR/TRS z blokadami, przełącznik do aktywowania zasilania phantom i złącze zdalnego sterowania (oczywiście do zakupienia osobno). Nad gniazdami XLR/TRS umieszczono także diody (osobno dla każdego kanału), sygnalizujące poziom sygnału.

Co słyszą uszy?

Przede wszystkim zacznę od tego, że przedwzmacniacze w rejestratorze mają duży zapas mocy i bez problemu mogę nagrywać sygnał nie tylko z WA-87, ale także z SM7B, nawet bez podłączonego FetHeada (i nie trzeba nawet maksymalnie wysterowywać przedwzmacniacza, choć do maksimum brakuje niewiele). Dodanie FetHeada nie jest zatem obowiązkowe, aczkolwiek przydatne, bo można wówczas obniżyć poziom o te 25dB, aczkolwiek szczerze mówiąc, moje ucho nie bardzo słyszy różnicę jeśli chodzi o szumy, bo sam mikrofon szumi na tyle, że względnie (np. po znormalizowaniu nagrania do -1dB) ilość tego szumu z FetHeadem czy bez niego nie ulega znaczącej zmianie.

Podłączenie WarmAudio WA-87 było już jednak czystą przyjemnością. Mocny, czysty i pozbawiony szumów sygnał to jest to, co chciałbym słyszeć za każdym razem podczas rejestracji głosu. Tutaj się to w pełni sprawdza i coś tak czuję po kościach, że Tascam stanie się głównym narzędziem do nagrywania audiobooków, bo zwyczajnie w połączeniu z WA-87 gwarantuje najwyższą dostępną mi jakość.

Co ciekawe, w odróżnieniu od modelu DR-05, DR-100 ma dwa typy wbudowanych mikrofonów - kierunkowe stereo (to te duże cylindry, skierowane do góry, które należy "wycelować" razem z całym rejestratorem w źródło dźwięku) oraz dookolne, umieszczone w małych szczelinach. Te zbierają dźwięk wokół rejestratora. Sygnał z obu jest niezły, choć (jak to bywa w rejestratorach), są bardzo podatne na podmuchy, więc do rejestracji "w terenie" należy zaopatrzyć się w jakąś osłonę - gąbkę lub "futerko".

W tym opisie nie będę zamieszczał zbyt wielu nagrań (szykuję osobne porównanie różnych metod rejestracji), ale jedno zamieścić muszę - to porównanie sygnału z mikrofonu SM7B bez aktywatora FetHead, jedno dokonane za pomocą DR-05, drugie zaś za pomocą DR-100 MK3. Myślę, że samo to wystarczy do pokazania różnicy w klasie tych urządzeń:

Tascam DR-05 + Shure SM7B

Tascam DR-100 MK3 + Shure SM7B

Zaznaczę, że oba sygnały znormalizowałem do -1dB, co w przypadku DR-05 oznaczało bardzo mocne podniesienie poziomu głośności, bo mimo wysterowania na maksimum, rejestrowany sygnał był BARDZO cichy...

Z jakości nagrań za pomocą DR-100 MK3 mogę być tylko i wyłącznie zadowolony, co do tego nie mam żadnych wątpliwości.

Fajne rzeczy

Dużą i oczywistą (dla mnie) zaletą są wbudowane gniazda XLR/TRS z zasilaniem phantom - tego DR-05 jest pozbawiony, co z góry przekreśla współpracę z mikrofonami pojemnościowymi (poza odmianą złącza mini-jack od Sony, wymagającego zaledwie 2.5V zasilania phantom).

W zestawie znajduje się przejściówka do cyfrowego gniazda coaxial, więc stwierdziłem, że też to sprawdzę. Podłączyłem mój konsumencki odtwarzacz Onkyo DV-SP305 i nagrałem kilka piosenek z różnych płyt. Dźwięk, jak można się było spodziewać, okazał się bez zarzutu.

Cieszy bardzo funkcja "bezpiecznego nagrywania". Polega ona na tym, że jeden sygnał jest rejestrowany na dwóch śladach, przy czym na jednym z nich jest obniżony o 12dB poziom wejściowy. W efekcie, jeśli na "głównym" śladzie przydarzy się przesterowanie, można się poratować drugim, nagranym ciszej. Genialne w swej prostocie!

Mnie zaciekawiła funkcja Dual ADC, która niby ma sprawiać, że użyteczny sygnał zostaje pogłośniony o 7dB bez zwiększania szumu, jednak muszę tu przeprowadzić jeszcze dokładne testy, bo na pierwszy "rzut ucha" tej różnicy nie słyszę. Jeśli jednak okaże się to prawdą, to poważnie rozważę korzystanie z Dual ADC kosztem "bezpiecznego nagrywania" (niestety, nie można korzystać z obu tych funkcji jednocześnie).

Zasilanie

Podoba mi się rozwiązanie zasilania w tym rejestratorze. Możliwości jest tu multum: możemy zasilać urządzenie z wbudowanego akumulatora, dwóch ogniw AA, specjalnego zasilacza (nie ma go w zestawie, niestety) oraz z portu USB (np. z komputera). Co ciekawe, w wersji bezprzewodowej możemy połączyć wewnętrzny akumulator z ogniwami AA, przy czym da się nawet ustawić priorytet, np. najpierw energia jest pobierana z ogniw AA, a gdy te się wyczerpią, urządzenie automatycznie przestawi się na akumulator wbudowany. Troszkę szkoda, że rejestrator podłączony przez USB potrafi ładować tylko wewnętrzny akumulator, bo byłoby bardzo poręczne ładowanie także akumulatorów AA - nie trzeba by zabierać z sobą osobnej ładowarki dla nich.

Z ciekawości przeprowadziłem test - naładowałem "do pełna" akumulator oraz dwa ogniwa eneloop o pojemności 1900. Najpierw dokonałem nagrania tylko z wykorzystaniem akumulatora, mikrofonu MXL-770 i włączonego zasilania phantom. Myślę, że taka sytuacja (tzn. jeden mikrofon z phantomem) jest dość powszechnie stosowana. Włączyłem nagrywanie i zająłem się własnymi sprawami. Rejestrator "padł" po 5 godzinach i 56 minutach. Sprawdziłem, czy da się zgrać powstałe pliki (urządzenie podzieliło nagranie na pliki po około 2h każdy) - dało się. Tę samą procedurę powtórzyłem, wkładając tym razem ogniwa AA (akumulator nadal był rozładowany). Tym razem nagranie miało 1 godzinę i 8 minut, i również nagranie było całe i nieuszkodzone.

Jak dla mnie te wyniki są całkowicie do przyjęcia, a zakładając, że dołożenie drugiego mikrofonu zasilanego phantomem skróci te czasy o połowę sprawia, że nawet wtedy da się nagrać całkiem długi materiał. Sprawę dodatkowo ratuje redundancja zasilania - jeśli wyładują się akumulatorki/baterie AA, rejestrator przełączy się na akumulator wbudowany, a my mamy czas na wymianę ogniw AA.

Co się nie podoba?

Nie do końca podobają mi się "grzechoczące" przełączniki: część z tych na głównej ściance jest zamocowana dość luźno i przy poruszaniu rejestratorem słychać delikatne stuki. Nie przeszkadza to w przypadku, gdy nagrywamy stacjonarnie, ale przy trzymaniu urządzenia w ręku część tych stuków może zostać zarejestrowana, zwłaszcza przez wbudowane mikrofony... Na szczęście, jest to wada dość wydumana, bo nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Chociaż... jeśli miałbym się bardzo czepiać, to warto byłoby wspomnieć o dwóch rzeczach: sporej masie urządzenia (375g bez dodatkowych akumulatorków AA) oraz nieco skomplikowanej konfiguracji. Pierwsza "wada" traci jakiekolwiek znaczenie, jeśli przy rejestracji odkładamy gdzieś rejestrator lub mocujemy go na statywie. Gorzej, jeśli trzymamy go w dłoni i mamy zainstalowane ogniwa AA - wtedy rejestrator potrafi ważyć prawie pół kilograma, co w połączeniu z dużymi gabarytami sprawia, że trzymanie go przez dłuższy czas jest naprawdę męczące.

Skomplikowana konfiguracja sprowadza się do wędrowania po menu i ustawianiu źródła sygnału i jego formatu. Przestawienie rejestratora z przechwytywania sygnału mono z prawego kanału XLR z zasilaniem phantom na rejestrację stereo wbudowanymi mikrofonami dookolnymi trwa wieki - trzeba zagłębić się w przynajmniej trzy menu, po czym jeszcze dostosować kółkiem poziom nagrywania. Niestety, taka jest cena za dużą uniwersalność rejestratora. Na szczęście, jeśli nagrywamy w tych samych ustawieniach i tym samym mikrofonem, "wada" ta nie daje się aż tak mocno we znaki.

Czy jest lepiej?

Jest, i to zdecydowanie. Same przedwzmacniacze i gniazda XLR/TRS z phantomem "robią robotę", że nie wspomnę o "bezpiecznym nagrywaniu" (czy - jeśli okaże się faktycznie przydatne - Dual ADC). Dzięki temu można zupełnie zrezygnować z zewnętrznego przedwzmacniacza bez obawy, że zabraknie "mocy" lub szumy zniszczą nagranie. Jak dla mnie - rewelacja i tym samym DR-05 lotem koszącym zmierza do szuflady. Teraz tylko trzeba jakoś rozwiązać dylemat: RødeCaster czy DR-100?...

poniedziałek, 31 maja 2021

RødeCaster Pro - pierwsze wrażenia

Nagrywam i nagrywam, a choć ostatnio efektów praktycznych jest raczej mało z uwagi na ćwiczenia, to ciągle zmagałem się ze sprzętem. Nie wiem, może jestem jakiś niepełnosprytny, ale po tylu miesiącach walki i tylu pozornych sukcesach, ciągle coś mnie uwierało w moim zestawie nagrywającym. A to przedwzmacniacze w Focusrite Clarett były za słabe, a to szumy w dbx286s za duże, a to włączony komputer przeszkadzał, a brak gniazda XLR w rejestratorze audio nie pomagał... Jednym słowem - bieda.

No i w trakcie oglądania różnych poradników, jak sobie w podobnych sytuacjach radzić, natrafiłem na informacje o urządzeniu RØDECaster Pro. Miało ono też swoich konkurentów, np. ZOOM PodTrak 8, ale generalnie raczej to ono wygrywało porównania, a i sam stwierdziłem, że dzięki dobremu blokowi efektów i zapisowi 48kHz/24bit będzie też pasowało do mojego stylu pracy. Dlaczego jednak nie jakiś porządny interfejs audio z mocnym przedwzmacniaczem? Już wyjaśniam.

Zastosowanie

Do czego chcę wykorzystywać RødeCastera? Przede wszystkim do nagrywania podcastów i audiobooków. Ale nie tylko - od czasu do czasu nagrywamy z Perełką audycje domowego "Radia Zosia", słuchanego głównie przez rodzinę. I tutaj takie urządzenie jak RØDECaster sprawdzi się doskonale - można całość nagrać od razu, od razu też dograć muzykę czy efekty dźwiękowe i - co ważne dla Perełki - od razu przesłuchać. No, bo rozumiecie, Perełka nie chce czekać, aż tatuś obrobi wokale, doda jingle, zmontuje całość i dopiero włączy. Ma być na "teraz-zaraz"!

Pudełko i zawartość

Urządzenie dociera do użytkownika w wielgaśnym pudle. W ogóle do sporych gabarytów trzeba się w przypadku RødeCastera przyzwyczaić - w środku bowiem w pierwszej kolejności natknąłem się na wielkie, kolorowe karty... instrukcji obsługi. Serio, zrobiono instrukcję obsługi na wielkich tekturowych planszach. Są ładne, owszem, ale kompletnie nieporęczne...

Samo urządzenie również jest duże. Myślę, że gdyby inżynierowie RødeCastera nieco przysiedli nad projektem, spokojnie daliby radę zrobić urządzenie o blisko połowę mniejsze, a tak samo wygodne w użyciu. Użytkownik zaś miały w ten sposób o wiele więcej miejsca na biurku.

W komplecie dostałem zasilacz sieciowy, kabel USB (C-A) do podłączenia z komputerem oraz kartoniki do opisania dźwiękowych "padów" (o których za chwilę). RØDECaster wygląda bardzo nowocześnie i stylowo - ogromne suwaki poziomów głośności oraz kolorowe, podświetlane pady przykuwają wzrok, ale po włączeniu najważniejszy staje się duży, dotykowy wyświetlacz, za pomocą którego konfiguruje się urządzenie. Tylną ściankę zajmują złącza: wejścia XLR dla czterech mikrofonów, wejście/wyjście TRRS, którym można podpiąć np. smartfon, cztery gniazda słuchawkowe (duży jack stereo), wyjście na głośniki, gniazdo USB-C do połączenia z komputerem, gniazdo karty pamięci microSD oraz gniazdo zasilające (niestety, w podstawowej wersji nie ma możliwości zasilania urządzenia przez port USB - trzeba dokupić odpowiedni adapter). Z przodu znajdziemy jeszcze jedno gniazdo słuchawkowe, tym razem mini-jack.

Górna powierzchnia robocza to ekran, wielki przycisk sterujący nagrywaniem oraz regulacje głośności czterech par słuchawek wyjścia monitorowego. Poniżej znajdziemy osiem wielkich, niezmotoryzowanych suwaków - cztery dla mikrofonów, jeden dla sygnału z portu USB, jeden dla sygnału z gniazda TRRS, jeden dla sygnału z modułu bluetooth i ostatni, sterujący głośnością dźwięków wyzwalanych padami. Resztę miejsca na płycie górnej zajmują właśnie wielkie, kolorowe pady - do każdego z nich można podpiąć w zasadzie dowolny dźwięk i wyzwalać go w trakcie nagrywania.

Na gabaryty już nieco ponarzekałem, jednak do jakości wykonania RødeCastera nie mam zastrzeżeń. Wszystko jest dobrze spasowane i sprawia wrażenie "pancerności", w czym pewnie zasługa sporej masy. To i gumowane "nóżki" powodują, że urządzenie nie przesuwa się przypadkowo po powierzchni biurka czy stołu.

Czas puścić prąd!

Pierwsze uruchomienie wiąże się z koniecznością ustawienia czasu i daty. Potem można już podłączyć i skonfigurować mikrofon (właściwie podłączyć można jeszcze przez uruchomieniem RødeCastera). Ale, ale, czy ja napisałem "skonfigurować"? Tak, bo żeby wszystko ładnie działało, trzeba poświęcić chwilę na przygotowanie mikrofonu do pracy. Przede wszystkim ustawiłem (zgodnie z zaleceniami) suwak na czwartej "kresce" od góry (producent nie podaje, w czym wyskalował suwaki) i wszedłem w ustawienia kanału pierwszego. Teraz mogłem już ustawić poziom wzmocnienia - RØDECaster pomaga w tym, wyświetlając odpowiedni zakres roboczy, w którym powinien zawierać się sygnał.

Tu przyznam, że przeżyłem pierwsze (małe) rozczarowanie, bo wbrew temu, co pokazywali ludzie na różnych filmikach, Shure SM7B wymaga stosowania "aktywatora" FetHead. Bez niego kanał musi być wysterowany praktycznie maksymalnie (55dB), co znów drastycznie podnosi szumy. Na szczęście, z FetHeadem nie trzeba już było ustawiać poziomu na maksimum, czyli efektywnie działa to lepiej niż w parze z Clarettem. Ostatecznie zatem szumy, mimo że są obecne, aż tak bardzo nie przeszkadzają, a dzięki delikatnej pracy bramki szumów (możliwej do skonfigurowania), stają się praktycznie niezauważalne. Przykro trochę, że cztery razy tańszy AKG D5 po podłączeniu do tej samej konfiguracji dawał sygnał praktycznie bez szumu...

Przetestowałem również WarmAudio WA-87 - i tu już bez rozczarowania. Mikrofon współpracuje z RØDECasterem bardzo dobrze, nie trzeba podnosić poziomu nagrywania za wysoko, a co za tym idzie, szumy są jeszcze niższe niż przy AKG D5 i przy załączonej bardzo delikatnie ustawionej bramce praktycznie znika konieczność odszumiania (hurra!)

Na "setkę"

Moim skrytym marzeniem było zawsze nagrywanie bez późniejszej obróbki (ewentualnie z obróbką mocno ograniczoną). Do tej pory musiałem za każdym razem sygnał odszumić, usunąć mlaski, przeprowadzić korekcję, kompresję, zastosować de-esser i osłabianie oddechów. dbx286s miał mnie w części prac wyręczyć, ale szybko okazało się, że wbudowany kompresor tak podbijał szumy z SM7B, iż nawet ładnie zbramkowany sygnał rzadko kiedy nadawał się do dalszego wykorzystania. Tutaj, choć kompresor jest bardziej elastyczny w konfiguracji, w połączeniu z SM7B nadal mocno podbija szumy, więc go zwyczajnie wyłączyłem, zostawiając za to odpowiednio skonfigurowaną bramkę szumów. SM7B nie wymaga stosowania żadnego sztucznego podbijania niskich tonów, więc mogłem wyłączyć także blok efektów Aphex w tej konfiguracji.

RØDECaster ma w kwestii szumów dodatkową przewagę - można nim nagrywać przy wyłączonym komputerze. Wprawdzie mogłem tak robić także wcześniej, korzystając z rejestratora Tascam, jednak nie dane mi było podpiąć do niego bezpośrednio mikrofonu, bo model DR-05 pozbawiono wejść XLR i dostarczania zasilania phantom. Musiałem zatem podłączać mikrofon do przedwzmacniacza, a stamtąd przewodem z przejściówką "duży jack na mały jack" dopiero wprowadzić sygnał do rejestratora. Teraz nie ma problemu - mikrofon jest bezpośrednio wpięty do RødeCastera, który podaje mu zasilanie phantom. Dużo wygodniej konfiguruje się także poziom zapisu i włącza/wyłącza zapis.

Podsumowując, wprawdzie sygnał z RødeCastera także jeszcze delikatnie obrabiam (przede wszystkim korekcja i usuwanie mlasków), to jednak nie potrzebuję już korzystać z de-essera i odszumiacza. Wprawdzie delikatny szum pozostaje po przejściu przez wbudowaną bramkę szumów, jednak dzięki pracy w bezgłośnym środowisku jest on minimalny, a w przypadku korzystania z WA-87 wręcz pomijalny. W przypadku audiobooków, gdzie jakość jest kluczowa, wyłączam bramkę szumów i odszumiam w komputerze, ale to wyjątki. Podcasty i narracja do filmów jest teraz praktycznie w całości przygotowywana w RØDECasterze.

Co nie mniej ważne, RødeCastera mogę zabierać na wyjazdy, np. kiedy jadę do Rodziców, i tam nagrywać. Jest on - mimo swoich gabarytów - dużo poręczniejszy niż pecet z monitorem i interfejsem audio (aczkolwiek DUŻO mniej poręczny niż Tascam DR-05).

Radio

RØDECaster umożliwia zabawę w radio. Jak wspominałem wcześniej, razem z Perełką nagrywamy od czasu do czasu audycje "Radia Zosia", gdzie gawędzimy sobie na różne tematy, nagrywamy piosenki i tak dalej. Mam przygotowane dwa jingle i teraz możemy "bawić się" przy samym RØDECasterze, co jest o wiele przyjemniejsze niż nagrywanie w komputerze. Po pierwsze, jest szybsze - jeśli chcemy nagrywać, wystarczy podpiąć drugi mikrofon (Shure SM7B jest podpięty stale) i... klepnąć w klawisz nagrywania. Po drugie, dzięki skonfigurowaniu mikrofonów, poziomów itp. nagranie jest w zasadzie "na setkę", nawet jingle odpalamy za pomocą padów. Gotowa audycja nadaje się zatem do natychmiastowego przesłuchania, co w przypadku Perełki BARDZO się przydaje. Nie trzeba odszumiania, poprawiania i innych zabiegów, które opóźniają zapoznanie się z audycją, a jakość pozostaje na bardzo zadowalającym poziomie.

To nie koniec - dzięki połączeniu z telefonem możemy nie tylko włączyć sobie jakąś delikatną muzykę w tle (czy w przerwach), ale także... odbierać telefony! Tak! Jeśli powiadomimy rodzinę, że właśnie od tej do tej godziny będziemy nagrywać, mogą oni zadzwonić i też znaleźć się w ten sposób w audycji! My zaś z Perełką jesteśmy wówczas prawdziwymi prowadzącymi - brakuje już tylko faktycznego nadawania na żywo.

Clarett do lamusa?

Przyznam, że zrazu przemyśliwałem o tym, by wysłać wreszcie Claretta do szuflady - w końcu RØDECaster może być także interfejsem audio. Szybko się jednak okazało, że w kwestiach wydajnościowych (opóźnienia!) jest mu jednak do Claretta daleko, więc kiepsko byłoby z wykorzystaniem go do tworzenia muzyki (nie po to wszak powstał). Na razie zatem Clarett zostaje.

Inaczej sprawy się mają z GoldenAge Pre-73 i dbx286s. W tej chwili ich stosowanie mija się z celem, zwłaszcza jeśli chodzi o dbx286s, bo pojedynczy kanał w RØDECasterze robi dokładnie to samo, co cały dbx (tylko lepiej). Jedynie przedwzmacniacz dbx ma ciut mocniejszy (60dB kontra 55 w RØDECasterze), jednak nie wydaje mi się, żeby to mogło uchronić go przed zapomnieniem. GoldenAge chwilowo zostaje, bo poza samym wzmocnieniem ma on jednak pewne walory brzmieniowe, potrafiąc nieco modyfikować brzmienie mikrofonu. Być może zostawię go sobie do nagrywania audiobooków - to on będzie mi wzmacniał sygnał z mikrofonu, który następnie trafi do RødeCastera - jeszcze nie robiłem testów, ale może ma to jakiś sens?

Tak czy inaczej, obecna konfiguracja sprzętowa została mocno przemodelowana (znowu!) i uproszczona, co akurat mnie cieszy. I cieszy mnie przede wszystkim możliwość rejestracji bez użycia komputera, bo tego strasznie mi ostatnio brakowało. Niestety, Tascam ma już mocno nadwyrężone gniazdko wejściowe i coraz trudniej się nagrywa z jego pomocą (zaś elektretowe mikrofony są dość kiepskie w porównaniu do reszty posiadanej przeze mnie mikrofonowej kolekcji).

Przyszłość

W moim studio dla RødeCastera istnieje tylko jedna realna alternatywa - Tascam DR-100 MK3, który pojawi się lada dzień i zastąpi wysłużonego, dziesięcioletniego już Tascama DR-05. Również umożliwi on nagrywanie bez włączonego komputera, a jednocześnie jego przedwzmacniacze mają dużo większy zapas mocy (70dB!) przy bardzo niskim poziomie szumów własnych. Być może RØDECaster będzie służył wówczas do nagrywania "radia", narracji do filmików czy "monologowych" podcastów, zaś Tascam będzie rejestrował audiobooki i podcasty z wywiadami? Pożyjemy, zobaczymy.

czwartek, 20 maja 2021

Ciągle testy i testy...

Tak się jakoś ostatnio składa, że ciągle mam tylko coś do przetestowania, a żadnych wiadomości ze świata realizacji czy nagrań. Mam nadzieję, że wkrótce się to drastycznie zmieni, a to dlatego, że miało lub będzie miało miejsce kilka znaczących wydarzeń.

Przede wszystkim trochę wyjaśniła się sprawa moich rejestracji głosu. Dzięki Darkowi Marchewce przekonałem się, że nie tylko mój Shure SM7B ma spore szumy, ale jest to po prostu cecha tego modelu. We WSZYSTKICH filmikach na YouTube, które oglądałem, nikt o szumach się nawet nie zająknął (przynajmniej niczego takiego nie pamiętam) - wszyscy tylko wspominali, że mikrofon potrzebuje dużego wzmocnienia. Tymczasem się okazuje, że to prawda, ale nie cała - mikrofon, nawet podłączony przez FetHeada do dobrego przedwzmacniacza szumi i szumieć będzie, bo taka już jego natura. No i dobrze.

Po drugie, nawiązałem kontakt z Lennym Balistrerim, o czym chyba już wspominałem przy okazji polecanej przez niego wtyczki Scheps Omni Channel. Lenny obrobił po swojemu moje nagranie, co wreszcie dało mi jakiś punkt zaczepienia i za co jestem mu wdzięczny (choć sama obróbka nie do końca mnie przekonuje - ma jednak pewne cechy, na które nie zwracałem wcześniej uwagi, więc był to wartościowy eksperyment).

Po trzecie, Paweł Uszyński z Folia SoundStudio bardzo zachwalał Smart: EQ3, który wypróbowałem i... dał mi dokładnie taki efekt, o jaki chodziło! Czyli coś zbliżonego do obróbki Lenny'ego, ale bez jej wad, czyli ostrego, chropowatego górnego pasma i niepełnego "dołu", z którego chyba zbyt mocno zostały usunięte "rezonanse". Test - naturalnie - pojawi się tu niedługo.

Po czwarte w końcu, od Siostry Be wiem, że u Rodziców czeka na mnie mój własny RØDECaster! Niedługo zatem - bardzo na to liczę - będę mógł znów nagrywać bez włączonego komputera i bez słabo kontaktujących "przejściówek". Wiążę z tym urządzeniem duże nadzieje - chyba tylko oczekiwanie na niego blokuje moje prace nagraniowe. Nie chciałby znów mieć części materiałów nagranych tak, innych - siak, a pozostałych jeszcze inaczej.

Jak widać, dzieje się co nieco, współpracuję także z Martą z Eufonii w celu eliminacji przeróżnych wad wymowy czy dykcji, co też powinno (jak mniemam) pomóc. Czy na samym końcu coś z tego wszystkiego wyjdzie? Ten fragment drogi jest już za zakrętem.

środa, 19 maja 2021

[T] Waves Scheps Omni Channel

Zajmuję się obróbką głosu i zajmuję, a ostatnio nawet udało mi się wymienić uwagami z Lennym Balistrerim, który posłuchał moich nagrań i nawet przygotował dla mnie swoją wersję obróbki, dzięki czemu wiem mniej więcej, w którą stronę dążyć. Do tej pory bowiem miotałem się w różnych kierunkach, nie mogąc obiektywnie spojrzeć na brzmienie własnego głosu. Obejrzenie kilku filmów na profilu Lenny'ego doprowadziło mnie też do wniosku, że chyba jednak powinienem "przeprosić się" z wtyczkami Waves, bo mam tam całkiem - jak się okazuje - przyjemne narzędzie. Mowa o Scheps Omni Channel, którego Lenny używa praktycznie bez przerwy. Cóż, profesjonalista zachwala, więc wypadałoby choćby spróbować.

Waves, Waves

Prawdę mówiąc, z Waves przeprosiłem się troszeczkę już jakiś czas temu, kiedy do łask wróciła wtyczka DeBreath. Wystarczyło więc uruchomić Waves Central i doinstalować Schepsa, co z kolei przypomniało mi z całą mocą, dlaczego się z Waves nie lubimy. To przez te ich udziwnione plany aktualizacji i irytujący sposób działania - otóż wtyczki Waves nie instalują się jako osobne komponenty w zadanym folderze, tylko wrzucana jest tam specjalna "metawtyczka" (osobno dla każdej wersji planu), WaveShell, która udostępnia wtyczki właściwe. Dlaczego jest to irytujące? Bo przy najmniejszej zmianie wszystkie programy korzystające z VST nagle odkrywają, że trzeba koniecznie przeskanować całą - niekrótką - listę wtyczek od Waves. Co potrafi trwać - jak pokazuje doświadczenie - nawet 2-3 minuty...

Wszystko w jednej wtyczce

Scheps Omni Channel to także swego rodzaju "metawtyczka", a konkretnie - tak zwany channel strip, czyli zestaw procesorów przetwarzających sygnał, ustawionych jeden za drugim. Mamy do dyspozycji PRE, czyli coś w rodzaju symulacji przedwzmacniacza, gdzie można ustawić np. siłę saturacji czy filtry górno- i dolnoprzepustowe. Później wskakujemy do kolejnego modułu, czyli bramki lub ekspandera, potem jest de-esser, korektor, kompresor i ustawienia poziomów (wejściowego i wyjściowego) z opcjonalnym limiterem i obracaniem fazy. Wszystkie te moduły można swobodnie włączać/wyłączać oraz zamieniać miejscami, więc możliwości konfiguracji są spore.

Ciekawostką jest dodatkowy slot, gdzie możemy dodać dowolną wtyczkę od Waves (!). To bardzo ciekawa opcja, zwłaszcza że tą wtyczką może być np. DeBreath czy całkiem nieźle działający odszumiacz NS1. Koncept bardzo, bardzo ciekawy, a dla mnie - jako użytkownika WaveLaba w wersji Elements bardzo praktyczny, bo oszczędzający sloty w Master Section i ułatwiający konfigurację. Oczywiście szkoda, że slot jest tylko jeden, bo od razu chciałbym tam wrzucić przynajmniej dwa efekty, no, ale dobrze, że jest choć jeden.

Jeden by wszystkimi rządzić

Zaciekawiło mnie porównanie tego channel stripa z fizycznym urządzeniem dbx286s, którego używam od dwóch miesięcy. Ustawienie modułów w Scheps jest odmienne: przedwzmacniacz obcina górę/dół, potem sygnał trafia do bramki, która usuwa szum w cichych fragmentach, później de-esser usuwa sybilanty, po czym wszystko trafia do korektora i na koniec do kompresora. W dbx286s najpierw jest kompresor, potem de-esser, korektor i na koniec bramka szumów - i w tym wypadku jest to trochę kiepskie rozwiązanie, ponieważ kompresor na pierwszym stopniu znacznie wzmacnia szumy, a żeby je usunąć, trzeba ustawić bramkę na mocne wycinanie, które zwykle wyraźnie słychać. Z tego powodu ja się szybko nauczyłem, żeby sygnału nie kompresować, bo z Shure'a SM7B mam takie szumy, że bramka ledwo daje radę je usunąć.

Osobiście, np. w Master Section w WaveLabie mam jeszcze inną kolejność: najpierw odszumiacz, potem korektor, potem kompresor, po nim de-esser i zwykle na koniec Spiff, żeby pousuwać różne kłujące w uszy piki. I tu wychodzi na jaw przewaga Schepsa nad dbx286s - we wtyczce mogę sobie dowolnie zmieniać kolejność, a dodatkowo jeszcze wstawić do łańcucha odszumiacz, który "zje" szumy, zanim zostaną wzmocnione w jakimkolwiek stopniu.

Zgrzyty i trzaski

Pomijając fakt, że jest tylko jeden dodatkowy slot (co trudno uznać za wadę, a wręcz trzeba zaliczyć do zalet, że w ogóle coś da się dodać do "fabrycznego" zestawu), irytująca (i to bardzo) jest jedna rzecz. Otóż, z niewiadomych przyczyn, WaveShell NIE DZIAŁA w aplikacji OBS. Przyznam, że dość mnie to zabolało, bo kiedy już sobie przygotowałem w WaveLabie fajny preset dla swojego głosu (z odszumianiem, korekcją itd.), pomyślałem, że fajnie będzie go użyć od razu przy nagrywaniu filmików w OBS. Niestety, OBS zaraz po wybraniu WaveShell z listy wtyczek wykrzaczył się i zamknął. Poszukałem chwilę rozwiązania w Internecie, ale okazuje się, że ten problem występuje już od lat i co gorsza, firma Waves nie widzi w tym problemu, całą winą obarczając programistów OBS-a. Nie twierdzę, że są oni zupełnie bez winy, jednak patrząc na to, ile razy wtyczki Waves sprawiały mi kłopoty (choćby i w WaveLabie) oraz biorąc pod uwagę całą tę misterną konstrukcję, gdzie WaveShell "udostępnia" inne wtyczki, sądzę, że głównym sprawcą jest jednak WaveShell, z którego Waves zwyczajnie nie chce się wycofać, bo oparło na tym całą logikę sprzedaży i dystrybucji wtyczek...

Czy fajne?

No, fajne, nie powiem, że nie. W jednym pudełeczku mamy zamknięte całkiem nie najgorzej brzmiące efekty, które (wsparte odszumiaczem lub reduktorem oddechów) mogą praktycznie załatwić cały łańcuch przetwarzania. Jednocześnie wielka szkoda, że tego potencjału nie sposób wykorzystać przy nagrywaniu "na żywo" w OBS, na co po cichu liczyłem. W takim wypadku wtyczka przyda się tym osobom, które jeszcze nie zdążyły zainwestować dużych pieniędzy w osobne wtyczki korektora, kompresora, de-essera czy bramki szumów - wtedy za skromną opłatą (w chwili pisania tekstu Scheps Omni Channel był - a jakże! - w promocji za 29 dolarów) można mieć wszystko od razu i skupić się na nagrywaniu, zamiast kombinować z oprogramowaniem. Ale pamiętajcie, raczej tylko do zastosowań off-line!

czwartek, 13 maja 2021

[T] FabFilter Timeless 3

Czy często korzystam z linii opóźniającej, czyli tzw. delaya? Bardzo często. Oczywiście, nie przy nagraniach lektorskich, które mnie ostatnio zajmują najbardziej, ale przy muzyce. Bardzo lubię powtórzenia, echa, gdzieś biegnące i wypełniające delikatnie tło. Do tej pory używałem dwóch bardzo dobrych wtyczek, służących właśnie do tego celu - FabFilter Timeless 2 oraz Valhalla Delay:

Troszeczkę próbował zawojować mnie Analog Delay od PreSonusa:

jednak ostatecznie i tak zwykle wygrywał Timeless 2. I to mimo nieco przestarzałego, ciut przekombinowanego interfejsu użytkownika oraz nie do końca czytelnego (przynajmniej na pierwszy rzut oka) przeznaczenia poszczególnych kontrolek.

Nowy, lepszy Timeless

Użytkownicy dotychczasowej wersji 2 mogą od paru dni przesiąść się na wersję trzecią (za dopłatą, niestety), która zdecydowanie zrywa z poprzedniczką:

Nowa wtyczka jest do tego stopnia inna, że nie aktualizuje (nie usuwa) wersji drugiej, tylko instaluje się obok niej. Bo, zaiste, to zupełnie coś innego!

Przede wszystkim uwagę zwraca elegancki, czarny interfejs "w stylu" FabFilter. Tym razem jest on w pełni skalowalny (z opcją "pełnego ekranu") i nawet przy pierwszym kontakcie szybko zaczynamy "chwytać", co do czego służy. Po lewej stronie znajdziemy graficzną reprezentację odbić, zarówno dla prawego, jak i lewego kanału (do sterowania ich gęstością i rozmieszczeniem wykorzystuje się umieszczone centralnie koło, które ma tak naprawdę dwa pokrętła. Można więc łatwo przesunąć odbicia w jednym kanale względem drugiego.

Po prawej stronie z kolei mamy do dyspozycji korektor, który umożliwia wpływanie na filtrowanie sygnału odbić. Dzięki temu da się bardzo łatwo sprawić, że odbicia będą na przykład "ciemne" i pozbawione wysokich częstotliwości lub przeciwnie, będą właśnie lekkie i skrzące się.

Już te trzy elementy pozwalają sterować odbiciami w bardzo szerokim zakresie - a jest przecież mnóstwo dodatkowych parametrów! Najciekawsze znajdziemy na lewo od pokrętła Delay. Po pierwsze, mamy pierwsze pokrętło, Drive, które dodaje do odbić saturację, pogrubiając je co nieco. Drugi parametr to Lo-Fi, które z kolei dodaje zniekształcenia, w skrajnym ustawieniu sprawiając, że odbicia niemal tracą wysokość, składając się wyłącznie z szumów i trzasków. Bardzo ciekawie brzmi efekt dodawany parametrem Diffuse. Powoduje on nakładanie kopii sygnału tak, że brzmi to jak subtelny chorus zmieszany z pogłosem - naprawdę świetny dodatek do ścieżki wokalu.

Potem mamy jeszcze Dynamics, który - przesuwany w jedną stronę dodaje efektu mocnego kompresora, "pompującego" dźwięk, zaś w drugą stronę działa jak ekspander/bramka, ściszając najcichsze tony.

Jakby tego było mało, mamy jeszcze pokrętło Pitch, które - jak można się domyślić - steruje wysokością dźwięku odbić. Co ciekawe, dzięki specjalnemu przełącznikowi można nie tylko sprawić że odbicia będą niższe lub wyższe od tonu podstawowego, ale będą i niższe, i wyższe jednocześnie (tryb mirror).

Mamy następnie szereg przełączników wokół pokrętła Delay - Freeze sprawia, że w powtórkach pojawiają się te dźwięki, które były w buforze w momencie naciśnięcia tego przycisku (sygnał wejściowy nie ma na nie wpływu). Można tu także włączyć efekt "ping-pong", czyli powtórzenia pojawiają się na przemian w prawym i lewym kanale (lub odwrotnie). Jak na porządny delay przystało, powtórzenia mogą być ustawiane ręcznie bądź powiązane z tempem utworu (np. co szesnastkę, półnutę, ósemkę z kropką itp.)

Sekcja korektora jest bardzo ciekawa, bo choć na pierwszy rzut oka wydawało by się, że są tu tylko dwa korektory, górno i dolnoprzepustowy, to nie jest to prawda. Typ korektora da się zmienić np. na półkowy czy szpilkowy, ale i to nie wszystko - można tych punktów mieć nawet sześć! Obsługa korektora jest banalna, a dla użytkowników Q-3 - w ogóle nie trzeba się niczego uczyć.

Odbicia można rozstawić szeroko w panoramie, ale można też je zawęzić zupełnie do sygnału mono. Jeśli zaś w delayach razi Was ich "cyfrowo-perfekcyjny" charakter i matematycznie wyliczane powtórzenia, to tutaj Timeless 3 ma dla Was coś specjalnego - specjalny suwak, nazwany Instability, który umożliwia modulowanie dowolnego parametru elementem losowości. Wystarczy przeciągnąć małe, zielone kółeczko na parametr, który ma być zmieniany i ewentualnie dopracować, co się ma zmieniać i w jakich granicach. Organiczne i brzmiące mniej matematycznie delaye stoją przed Wami otworem!

Chętnych do posłuchania namawiam do obejrzenia wstępnego testu, którego dokonał Wytse z White Sea Studio. Ja już po tej krótkiej prezentacji wiedziałem, że muszę choćby zainstalować wersję demonstracyjną i sprawdzić wszystko samodzielnie.

Nie będę udawał, że w tak krótkim czasie zdążyłem przestudiować i opanować wszystkie możliwości tego pluginu - jestem pewien, że mnóstwo jeszcze przede mną, choćby rozgryzanie funkcjonowania suwaka Ducking, systemu modulacji czy zgłębiania ustawień Serial/Parallel/Per channel - choć to ostatnie, zdaje się, było już w wersji 2. Jednak już to, co zdążyłem własnoręcznie i na własnych przykładach przetestować, daje mi jasną odpowiedź na pytanie...

Czy warto?

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Timeless 3 poprzednią wersję "zjada na śniadanie". Tak jest istotnie i w tej chwili nie wyobrażam sobie już powrotu do tego maciupkiego, drobniutkiego interfejsu użytkownika. Dużo łatwiej jestem w stanie przygotować stosowny efekt w nowej wersji i, no cóż, inne delaye w tym momencie odchodzą w zapomnienie.

O ile jeszcze przy Timeless 2 korzystałem czasami z Valhalla Delay (również bardzo porządny efekt, a do tego sporo tańszy!) i sporadycznie z Analog Delay, to nie sądzę, bym teraz jeszcze je odpalał. To jest trochę jak z Pro-R, który też zmiótł pozostałe pogłosy, w tym Valhalla Room - ale tutaj do Room czasem jeszcze wracam. No cóż, być może jestem fanboyem wtyczek firmy FabFilter - weźcie na to poprawkę. Ale naprawdę, szczerze wątpię, by ktoś był Timelessem 3 zawiedziony.

środa, 12 maja 2021

[T] Statyw mikrofonowy Mozos SB36

Opisywałem już ramię mikrofonowe RØDE PSA-1, a tym razem mam okazję testować tańszego konkurenta od firmy Mozos, model SB36. Jest to niemal kopia PSA-1, co przyzna każdy, kto choć przez chwilę popatrzy na te dwa statywy. Nawet wyjęty dopiero z kartonu, SB36 jest łudząco podobny do droższego modelu:

Budowa

Podobieństwa są bezsporne. Wręcz wydaje się, że kółka na przegubach ramienia, które w PSA-1 są integralną częścią przegubu, tutaj dodano tylko po to, by upodobnić SB36 do produktu firmy RØDE. Co ciekawe, o ile już PSA-1 jest spory, to SB36 przebija go długością! Nie jest to różnica szalenie duża i po zamocowaniu pomijalna, ale wspominam o niej. Pod względem udźwigu oba ramiona mają podołać masie do 1,1kg. Z moich obserwacji wynika jednak, że SB36 jest nieco słabszy - dostatecznie dociąża go już AKG D5 bez pop-filtra (przy takim obciążeniu PSA-1 się samoczynnie prostuje), zaś po zamocowaniu WA-87 z koszykiem i pop-filtrem ramię miało delikatną tendencję do opadania - dawało się ostatecznie ustawić na wysokości ust, ale nie wyżej. Za to nie prostuje się tak gwałtownie przy zdjęciu obciążenia, jak PSA-1.

Dość znacząco w obu przypadkach różni się uchwyt, mocujący ramię do stołu. W przypadku RØDE jest to bardzo solidny i stabilny kawał tworzywa, w które wkłada się bolec ramienia (mikrofon jest zamocowany już nad stołem). W przypadku Mozosa uchwyt, choć sprawia wrażenie solidnego, to jednak ma otwór na bolec ramienia poza obrysem stołu i zajmuje przez to więcej miejsca - jeśli mamy biurko dosunięte do ściany, to może być problemem. Bolce obu ramion mają praktycznie tę samą średnicę (Mozos jest ciut mniejszy), więc można - jeśli już się posiada PSA-1 - wykorzystać dostarczany z nim uchwyt mocowany bezpośrednio w blacie stołu, choć osobiście trochę bym się obawiał, gdyż bolec z SB36 jest dość krótki - można go przypadkowo wyjąć przy gwałtowniejszych manewrach.

Jeszcze jedna różnica uwidacznia się przy mocowaniu samego mikrofonu na górze statywu. W RØDE są tam dwa mało wygodne metalowe pokrętła, które dość trudno porządnie chwycić przy mocnym dokręcaniu. W SB36 jest tutaj pojedyncze pokrętło, wykonane z tworzywa, jednak operuje się nim dużo wygodniej. Minusem za to jest fakt, że jeśli lekkomyślnie zbyt odkręcimy to pokrętło, to bolec, na którym trzyma się (często kosztowny) mikrofon może się zwyczajnie wysunąć z obejmy i wypaść. Zdecydowanie przydałby się tutaj na końcu metalowy kapturek, który uniemożliwiałby wypadnięcie.

Wrażenie z użytkowania

Pod względem funkcjonalnym nie ma między tymi ramionami specjalnej różnicy. I tu, i tu wszystko działa płynnie, lekko i przyjemnie, choć mój egzemplarz SB36 momentami cicho skrzypi. Podobno PSA-1 też cierpią na podobny problem, jednak akurat mój RØDE działa (póki co) cichuteńko, zaś SB36 "od nowości" skrzypi - lepiej zatem nie zmieniać jego położenia w trakcie nagrywania.

Ogólnie jednak SB36 sprawia wrażenie ciut, ciut delikatniejszego - i udźwig ma minimalnie mniejszy (w praktyce), i uchwyt sprawia mniej pancerne wrażenie niż ten u konkurenta (choć nic złego się nie dzieje przy używaniu go), i samo ramię trochę mocniej daje się bujać (PSA-1 jest nieco sztywniejsze). Nie są to różnice ogromne, ale odczuwalne, zwłaszcza gdy używa się obu ramion jednocześnie. Na pewno nie jest to jednak tak duża różnica, jak różnica w cenie między tymi produktami.

W jednej sprawie Mozos zdecydowanie przewyższa konkurenta - w liczbie dołączonych opasek z rzepem do umocowania przewodu; jest ich tutaj sześć, czyli dwa razy więcej niż dołącza RØDE, co mnie szczególnie dziwi, bo PSA-1 swoje kosztuje i producent naprawdę by nie zubożał, nawet gdyby dorzucał trzymetrową rolkę, która kosztuje raptem 10zł. I nie chodzi mi o sam koszt, bo ten jest - jak widać - pomijalny, tylko o to, że trzeba specjalnie te rzepy zamawiać lub szukać po sklepach, zamiast od razu cieszyć się produktem. Pod tym względem Mozos zdecydowanie punktuje.

Podsumowanie

Czy warto kupić Mozosa SB36? Moim zdaniem to solidny statyw i choć nie sprawia aż tak dobrego wrażenia, jak PSA-1 (to jednak nieco bezczelna zrzynka), jednak za tę cenę trudno dostać coś równie dobrego. Do naprawdę ciężkich mikrofonów, jak mój WA-87, mocowanych w koszyczku i z pop-filtrem, RØDE PSA-1 wydaje się lepszy, bo po prostu pewniej trzyma tę masę - choć również czuć, że ciut cięższy pop-filtr i ramię również "zjeżdżałoby" w dół, jak w Mozosie.

wtorek, 4 maja 2021

[T] nVidia RTX Voice

Z reguły jestem sceptyczny, jeśli chodzi o przechwałki producentów oprogramowania dźwiękowo-muzycznego. Zwykle wypróbowywanie "rewolucyjnych" rozwiązań wiąże się ze sporym rozczarowaniem, bo coś, co miało działać rewelacyjnie, działa "tak sobie" lub wręcz nie działa w ogóle. Tym razem, gdy usłyszałem o programie nVidia RTX Voice, pomyślałem podobnie - e, to nie może działać aż tak dobrze. Ale że program jest darmowy i wbrew nazwie, działa nawet na mojej stareńkiej karcie GTX 960, postanowiłem spróbować.

Dla tych, którzy jeszcze o RTX Voice nie słyszeli - jest to aplikacja, potrafiąca w czasie rzeczywistym usunąć wszelkie zakłócenia z nagrywanego materiału - a że odszumianie jest procesem pożerającym moc obliczeniową, RTX Voice korzysta z mocy... karty graficznej. I nie chodzi tu tylko o szum - szum jest ponoć wyzwaniem zbyt trywialnym. Program nVidii potrafi usunąć stuki, szczekanie psa, odgłos komputerowego wentylatora czy nawet uruchomionego obok mikrofonu odkurzacza. Przyznacie, że brzmi intrygująco i aż się prosi o weryfikację.

Instalacja i konfiguracja

Najpierw należy ze strony producenta pobrać instalator, "ważący" dobrze ponad 300MB. Po krótkiej instalacji, która raczej nie powinna nikogo zaskoczyć czymkolwiek, program RTX Voice uruchamia się i pokazuje okienko konfiguracyjne:

Należy wybrać w nim urządzenie, do którego mamy podpięty mikrofon. RTX Voice przejmie sygnał z tego urządzenia, udostępniając dodatkowy "wirtualny mikrofon" o nazwie Mikrofon NVIDIA RTX VOICE. Wystarczy zatem w programie nagrywającym wybrać tenże wirtualny mikrofon i... dzieją się prawdziwe czary. Jeśli włączymy usuwanie zakłóceń:

to w nagraniu nie usłyszymy ani szumów, ani hałasów - tylko własny głos. Jest on, rzecz jasna, nieco zdegradowany, ale nie jest to degradacja dyskwalifikująca sygnał. Brzmi raczej tak, jakbyśmy przepuścili nagranie przez niezłej klasy odszumiacz - może nie Brusfri i nie iZotope Spectral DeNoise, jednak naprawdę jestem pod wrażeniem. Możecie zresztą sami pobrać plik, zawierający nagrania z programu Acoustica, przetworzone w czasie rzeczywistym przez RTX Voice. To znaczy, jest tam też fragment, kiedy wyłączyłem usuwanie zakłóceń - dla porównania. Moim zdaniem działa to naprawdę bardzo dobrze.

Na wspomnianej wyżej stronie producenta można znaleźć listę wspieranych aplikacji, ja testowałem skuteczność RTX Voice w programach OBS i Acoustica - ta druga aplikacja nie jest wymieniana, a działa bardzo dobrze, więc myślę, że warto samodzielnie przetestować program, na którym nam zależy. Mikrofon NVIDIA RTX VOICE nie pokazał się natomiast w Steinberg WaveLab.

Cuda na kiju

Muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem. Odszumianie działa bardzo dobrze i właśnie o czymś takim marzyłem, kiedy testowałem bramkę szumów w dbx286 - żeby istniało urządzenie, które na żywo "próbkowałoby" szum i usuwało go nie tylko z przerw między słowami, ale z całego sygnału. No i okazuje się, że nVidia coś takiego stworzyła!

Co ważne, odszumianie to nie obciąża procesora, więc nie powoduje powstawania opóźnień (nie zwiększa latencji) - a wcześniej testowałem w OBS odszumianie "na żywo" za pomocą Brusfri, jednak było to bardzo karkołomne i praktycznie nieużywalne. Tutaj, to zupełnie co innego.

Żeby nie było tak do końca słodko, oczywiście pozbycie się szumów nie powoduje, że sygnału można już nie obrabiać - korekcja, kompresja czy usuwanie sybilantów są nadal raczej niezbędne. Przetworzony przez RTX Voice sygnał też nie jest taki idealny - nie wykorzystałbym go do nagrania audiobooka ani podcastu, ale już do udźwiękowienia filmiku instruktażowego - czemu nie?. No i takie moje małe westchnięcie - szkoda, że nVidia nie oferuje tego programu także jako wtyczki VST do przetwarzania off-line...

wtorek, 27 kwietnia 2021

[T] Waves DeBreath

Tej "magicznej" wtyczki używałem już dwa lata temu mając nadzieję, że automatycznie rozwiąże ona moje problemy z głośnymi oddechami w materiale audio. Nie rozwiązała. Ale że w ostatnim czasie przekonuję się, jak wiele rzeczy robiłem wówczas źle, postanowiłem dać i tej wtyczce ponowną szansę. Bo, wierzcie lub nie, na pewno nie jest ona wzorem intuicyjności...

Co do czego?

Wtyczka ma bardzo prosty interfejs i może się wydawać, że jej ustawienie jest również banalnie proste. Ale nie, pozory mylą. Przede wszystkim trzeba dobrze zrozumieć, co się tutaj w ogóle wyprawia, bo inaczej odbijecie się od DeBreath jak ja kiedyś.

Po pierwsze, górny wykres i towarzyszący mu suwak umieszczony po lewej stronie to "rozpoznawanie oddechu". Firma Waves w podręczniku użytkownika twierdzi, że wtyczka ma wbudowaną dużą bazę "obrazów oddechów", którą na bieżąco porównuje z przepływającym przez nią sygnałem. Wykres Breath pokazuje zgodność sygnału ze wzorcami oddechu - innymi słowy, im wyżej sięga wykres, tym bardziej prawdopodobne, że to właśnie oddech.

W moim testowym przypadku ciężko było o przykład rodem z instrukcji, gdzie głos jest prawie jednorodną linią, zaś oddechy znacząco "wyskakują" do góry. Radzę ustawić próg tak, aby oddech (który słyszymy i widzimy na wykresie) znajdował się ponad linią, a jednocześnie jak najwięcej pozostałego wykresu tej linii nie przekraczało.

Teraz pora przejść do dolnego wykresu, Energy (Gate). Tutaj określimy, do jakiego poziomu sięgają nasze oddechy - wszystko ponad linią progu zostanie przepuszczone, zaś to, co niżej, zostanie porównane z górnym wykresem i jeśli się okaże, że jest tam rozpoznawane jako oddech (przekracza poziom), to zostanie ściszone. Jak bardzo? To zależy od ustawienia trzeciego suwaka, Reduction. Tu uwaga, bo domyślnie jest on ustawiony na nieskończoność, przez co wtyczka po prostu wycina wszystkie oddechy - brzmi to zwykle mocno nienaturalnie, więc zalecam ograniczenie redukcji do 6-12dB.

"Gwałtowność" redukcji można nieco osłabić, ustawiając parametry Fade Out i Fade In, które sprawiają, że zmiany są wprowadzane łagodniej, bez gwałtownych skoków. Domyślnie jest tu ustawione 5ms, ale można ten czas wydłużyć nawet do 200ms.

Na końcu znajdują się przyciski monitorowania - można słuchać albo sygnału przetworzonego przez wtyczkę (z usuniętymi oddechami), albo samych oddechów, co bywa przydatne przy ocenie, czy wtyczka nie wycina czegoś za dużo.

Ciekawostką jest przełącznik Room Tone - działa on w ten sposób, że w miejsce wyciętego oddechu wstawiany jest delikatny biały szum, który zapobiega krótkiej, cyfrowej ciszy, jeśli używamy ściszania całkowitego (suwak Reduction ustawiony na nieskończoność). Przyznam, że nie korzystam, bo zdecydowanie wolę tylko odrobinę oddechy ściszyć, zamiast je kompletnie wyrzucać.

Działa albo nie działa

Muszę przyznać, że przeczytanie instrukcji ze zrozumieniem wiele zmienia w obsłudze tej wtyczki. Faktycznie zaczyna ona wówczas działać sensownie i kiedy przepuściłem przez nią surowe nagranie jednego z podcastów, bardzo przyjemnie wyciszyła ona niemal wszystkie "oddechy", pomijając tylko trzy najgłośniejsze, które po prostu przekroczyły ustawiony próg.

Niemniej, należy zawsze najpierw dobrze tę wtyczkę wysterować - presety w jej przypadku sprawdzają się bardzo kiepsko. No, a po jej zadziałaniu i tak trzeba cały plik dokładnie przejrzeć albo (lepiej) przesłuchać. Przeglądaniem można bowiem skontrolować przerwy między słowami (czyli oddechy), ale kontrola wzrokowa nie pomoże w wykryciu tych miejsc, że wtyczka okaże się zbyt gorliwa i wyciszy końcówki czy początki słów. Tu wprawdzie nieco mogą pomóc parametry Fade Out i Fade In, lecz ustawienie ich na zbyt duże wartości obniży efektywność działania wtyczki.

Ostatecznie faktycznie można z DeBreath korzystać, ale trzeba ściśle sprawdzać efekty jej działania. ZWŁASZCZA na długim materiale, który może mieć spore wahnięcia poziomów oddechów (np. z czasem lektor był coraz bardziej zmęczony, więc jego oddech stawał się coraz głośniejszy). Jak dla mnie, całkiem niegłupim pomysłem jest korzystanie z tej wtyczki w jakimś edytorze wielościeżkowym. Na pierwszą ścieżkę wrzucamy oryginał, konfigurujemy DeBreath, po czym renderujemy na drugą ścieżkę. Teraz przestawiamy w DeBreath monitoring z Voice na Breath i renderujemy ponownie na trzecią ścieżkę. Teraz kontrolujemy wzrokowo tę ostatnią ścieżkę, czy przypadkiem nie ma tam jakichś podejrzanych, głośnych dźwięków (np. resztek słów), przeglądamy drugą ścieżkę, czy gdzieś nie zawieruszyły się jakieś szczególnie głośne oddechy i mamy sprawę załatwioną. Chociaż ja i tak muszę końcowy efekt przesłuchać.

Tak czy owak, nic nie zastąpi ręcznej obróbki, jednak DeBreath przy dobrym skonfigurowaniu sporo czasu pomoże oszczędzić. Radzę spróbować i ocenić samodzielnie. Poniżej materiał wideo, w części pierwszej opisujący wtyczkę DeBreath:

sobota, 17 kwietnia 2021

[T] iZotope RX 8 Standard

W swoich zmaganiach z głosem już zdarzało mi się szukać kompleksowego rozwiązania, które pozwoliłoby obrobić głos od A do Z. Czyli wrzucam sobie do jakiegoś magicznego programu plik dźwiękowy i ciach, ciach, mam go odszumionego, pozbawionego mlaśnięć i "pyków", z opanowanymi transjentami i sybilantami, skompresowany i skorygowany. Jednym słowem, gotowy do publikacji. Dotychczas załatwiałem to w WaveLabie, który (choć naprawdę świetny!) nie spełniał wszystkich moich wymagań, nawet dozbrojony w kilka wtyczek VST. Po ostatnich przygodach i (jak się wydaje) ostatecznym skonfigurowaniu sprzętu, chciałbym też "znormalizować" obróbkę, by nie musieć za każdym razem wszystkiego ustawiać od nowa (w końcu jeśli sygnał będzie w założeniach identyczny, to i obróbka powinna być identyczna). I tu na scenę wchodzi RX 8 Standard, zastępujący wersję Elements i dający dużo większe możliwości obróbki (choć nie oszukujmy się, do wersji Advanced się nie umywa, zwłaszcza jeśli chodzi o przetwarzanie mowy).

Niedoceniony?

Do tej pory RX 8 używałem rzadko, bo i wersja Elements nie ma za dużo funkcji. Dopiero Standard pozwala na więcej, o czym właśnie się przekonałem.

Zadanie z gatunku prostych i praktycznych: obrobić nagranie audiobooka z jak najlepszym skutkiem i doprowadzając je do jak najdalszego etapu. A na początku takiej obróbki zwykle zaczynam od odszumiania, żeby zakłócenia nie przeszkadzały w dalszej pracy. Żeby być precyzyjnym, najpierw jeszcze normalizuję nagranie, usuwając uprzednio wszelki "piki" pochodzące np. od kasłania. Mam wtedy najmocniejszy sygnał, w którym i szumy są najmocniejsze.

Odszumianie

W RX 8 odszumianie można zrobić na dwa sposoby. Pierwsza funkcja to Voice De-noise:

Działa całkiem przyzwoicie, tak na poziomie Brusfri, mojego "standardowego" odszumiacza. Dodatkowo, jeśli nie mamy możliwości spróbkowania szumu funkcją Learn, możemy skorzystać z działania adaptacyjnego, które nie sprawdza się źle. Na szczęście odkryłem też drugą funkcję, czyli Spectral De-noise:

No i tutaj, moi mili, właśnie tutaj dzieją się prawdziwe czary. Spróbkowałem fragment zaszumiony i po włączeniu Preview nie mogłem uwierzyć własnym uszom: szum zniknął! Nie tak, że został stłumiony, ale ciut, ciut jeszcze go słychać (jak przy Brusfi czy Voice De-noise, gdzie da się zejść z szumem do -50, -60dB). Tutaj po prostu znika, zaś poziom sygnału sięga nawet -70, -80dB (przy szczytach w okolicy -6dB). Co jednak najważniejsze, głos wydaje się nietknięty i nie słychać w nim żadnych zniekształceń! Jeszcze nigdy nie spotkałem tak dobrze działającego odszumiania!

Mlaski i piki

Drugim problemem, który należy zwalczyć, są takie delikatne "pyknięcia", powstające w wyniki sklejania się i rozklejania warg, a także rejestrowane przy głoskach w rodzaju "k", "p" czy "t". Do tej pory rzecz te likwidowałem wtyczką OEKSound SPIFF, która radziła sobie całkiem nieźle. RX 8 na dwa tego typu narzędzia, jedno typowo przeznaczone do sygnału z wokalem, czyli Mouth De-click:

Drugie, nieco zbliżone w efektach pracy narzędzie to De-crackle, które wykrywa i osłabia wszelkie nagłe piki. Oba działają bardzo dobrze, choć na razie jeszcze nie udało mi się ich skonfigurować na tyle dobrze, by osiągnąć poziom SPIFFa.

Eski

Ten etap obróbki, czyli łagodzenie sybilantów, też jest możliwy w RX 8 dzięki funkcji De-ess (a jakże!). Tutaj przyznam, że po wypróbowaniu wersji "klasycznej" i "spektralnej" wybieram raczej "klasyczną", bo "spektralna" doprowadzała u mnie za każdym razem do pojawienia się tu i ówdzie jakichś zakłóceń w sygnale, więc zwyczajnie boję się jej stosować. W pierwszej wersji obróbki stosowałem właśnie ją i dopiero po wyeksportowaniu pliku, wczytaniu go do Acoustiki i odsłuchaniu od początku okazało się, że tu i ówdzie głos "chrupie" - drogą eliminacji i powtórzenia całego procesu ustaliłem, że to właśnie efekt działania trybu "spektralnego". Klasyczny działa skutecznie i tu nie zauważyłem, by miał wpływ na coś innego, niż sybilanty.

Remedium na oddechy?

Przy pierwszym uruchomieniu wersji RX 8 Standard z nadzieją spojrzałem na obiecującą funkcję Breath Control, jednak bardzo szybko zostałem sprowadzony na ziemię. Działa ona wprawdzie całkiem dobrze, ale nie na wszystkie "oddechy". Niektóre pozostawia nietknięte, zaś zdarzyło mi się, że zadziałała też na kilka końcówek wyrazów, "zjadając" je. Pod tym względem nie ma różnic między nią, a De-Breathem od Waves - niby działają, ale i tak trzeba dokładnie przesłuchać cały materiał i ewentualnie naprawiać opuszczone miejsca, co w zasadzie stawia pod znakiem zapytania sensowność ich stosowania.

Korektor jest, kompresora nie ma

Ucieszyłem się z obecności korektora, zasmuciłem zaś z nieobecności kompresora. Jednak nawet korektor jest raczej średni, bo np. w ogóle nie pokazuje widma dźwięku - ja rozumiem, że należy się kierować uszami, jednak lubię, kiedy też "widzę dźwięk". Na szczęście wśród opcji dostępny jest Plug-in, który umożliwia zastosowanie wtyczki VST z systemu. Niestety, mimo że iZotope przygotowuje swoje wtyczki także w formacie VST3, to RX 8 rozpoznaje tylko wtyczki VST2.

Alternatywą dla takiego podejścia może być rezygnacja z edytora audio RX 8 i wykorzystywanie opisanych wyżej efektów edycyjnych jako zwykłych wtyczek w innych edytorach, z czego zresztą już parę razy skorzystałem. Czyli, np. będąc w Acoustice, odpalamy najpierw odszumianie za pomocą Spectral De-noise, potem usuwanie "mlasków" za pomocą Mouth De-click, potem już robimy normalną obróbkę korektorem, kompresorem, de-esserem (jeśli trzeba) i końcowe pogłaśnianie limiterem. Z mojego doświadczenia wynika, że raczej nie ma sensu używać tych izotopowych wtyczek w WaveLabie, bo ze względu ich zapotrzebowanie na moc obliczeniową, latencja (opóźnienie sygnału) jest potworna i o wygodnej pracy trzeba zapomnieć... To są raczej efekty do przetwarzania off-line.

Zmiana warty?

Na razie muszę przyznać, że RX 8 bardzo mi się spodobał. Odszumianie działa rewelacyjnie, zdecydowanie lepiej nawet niż Brusfri, dobry jest także reduktor pogłosu (testowałem na nagraniach od Siostry Be, która w swoich archiwach ma niejedno nagranie robione w bardzo trudnych warunkach), aczkolwiek w tym przypadku jeszcze długa droga przed programistami do osiągnięcia takiego poziomu jak przy odszumianiu. Nieźle działa usuwanie mlaśnięć, podobnie de-esser też robi dobre wrażenie. Redukcja oddechu działa tak sobie i zdecydowanie lepiej jest polegać na dobrze skonfigurowanej bramce szumów (której, jak na nieszczęście, akurat w wersji Standard brak) albo (lepiej) ręcznej redukcji.

Póki co, obecnie wykorzystuję RX 8 głównie do czyszczenia materiału (odszumianie, "odmlaszczanie", usuwanie artefaktów z nagrania głosek wybuchowych), potem zapisuję sobie efekty do osobnego pliku i ten otwieram w WaveLabie, gdzie przechodzę całość, kontrolując "oddechy" i wyrzucając źle nagrane fragmenty, mogąc w każdej chwili włączyć korektor, kompresor, de-esser i limiter. I stąd dopiero wychodzi gotowy plik.

czwartek, 15 kwietnia 2021

Czas dojść z tym wszystkim do ładu

Testy Shure SM7B dały mi okazję do sprawdzenia wielu wariantów przy nagrywaniu. Nie jest bowiem tak, że po prostu podłączam mikrofon do interfejsu audio, ustawiam poziom i nagrywam. To, niestety, nie takie proste.

Wariant najprostszy - za cicho

Faktycznie, najprościej byłoby podłączyć mikrofon bezpośrednio do interfejsu przewodem XLR, ustawić wzmocnienie i cześć. Tak się jednak składa, że mimo iż ponoć Focusrite Clarett ma świetne przedwzmacniacze, to jednak nie są one w stanie "napędzić" SM7B. O ile przy AKG D5 i WA-87 dało się coś nagrać po przekręceniu wzmocnienia na maksimum, to już SM7B daje zbyt cichy sygnał...

Wariant z FetHeadem

Powyższy problem dla AKG D5 rozwiązałem jakiś czas temu za pomocą urządzenia o nazwie FetHead. Wpięte do mikrofonu, po dostarczeniu napięcia fantomowego, wzmacnia ono sygnał o ok. 25dB. I faktycznie, tak się dzieje, więc nagrywanie mikrofonów dynamicznych staje się łatwiejsze, chociaż w przypadku SM7B gałka wzmocnienia wcale nie cofnęła się aż tak znacznie - no, ale przy maksymalnym ustawieniu da się wygenerować przesterowanie samym głosem, więc jest dużo lepiej.

Wariant z przedwzmacniaczem

Na potrzeby WA-87 zdobyłem przedwzmacniacz Golder Age Project Pre-73 Mk3. To bardzo fajne urządzenie i do tej pory, kiedy korzystałem właśnie z WA-87 i nagrywałem za pomocą rejestratora Tascam, wystarczyło ustawić wzmocnienie na 50, wysterować wyjście mniej więcej na godzinę 14-tą i było ok.

Jak sobie ułatwić życie, komplikując je

Kiedy zająłem się "produkcją" filmików na YouTube, postanowiłem ułatwić sobie życie. AKG D5, podpięty bezpośrednio do interfejsu z wykorzystaniem FetHeada sprawdza się całkiem nieźle, dzięki czemu mogłem ominąć etap wyłączania komputera, przygotowania rejstratora, nagrania i tak dalej. Po prostu sięgam po mikrofon i nagrywam, nawet przy włączonym komputerze, bo D5 o wiele słabiej nagrywa jego szum.

Niestety, tak przygotowany sygnał był dość słabej jakości pod względem szumów, "esek" i dynamiki. W swej wielkiej mądrości postanowiłem więc wyposażyć się w dbx286s, czyli tzw. channel strip, który przetworzy sygnał z D5 (kompresja, de-esser, bramka szumów) i dostarczy do nagrania coś, co dla filmików okaże się wystarczające.

Miałem w tamtej chwili dwa łańcuchy: pierwszy to D5-dbx286s-Clarett, drugi zaś: WA-87-Golden Age-Clarett. Największa wada - sygnał z D5 zawsze był przetworzony, co przy korzystaniu z bramki szumów może się nieprzyjemnie zemścić. Postanowiłem zrobić "myk" i wykorzystać funkcję dbx286s, który umożliwia wyprowadzenie z siebie sygnału przetworzonego i "czystego" (przez gniazdo INSERT). Czyli - mikrofon (D5 albo WA-87) podłączam do przewodu XLR na ramieniu, stamtąd sygnał wędruje do Golden Age'a, skąd też doprowadzone jest napięcie phantom. Z Golden Age'a sygnał wędruje do dbx286s i stąd z gniazda OUTPUT wychodzi sygnał przetworzony, a z INSERT - czysty; oba wchodzą osobno do Claretta, więc docelowo, nagrywając stereo, mogę mieć oba ślady jednocześnie (czyli "czysty" staje się swoistą kopią zapasową).

Ten system działał przez chwilę, ale po kilku nagraniach okazało się, że jednak "czysty" sygnał jest zbyt zaszumiony, bo niepotrzebnie przechodzi przez wzmocnienie w dbx286s. Na szczęście okazało się, że choć Golden Age ma tylko jedno wejście, to aż dwa niezależne od siebie wyjścia. Tzn. oba jednocześnie podają ten sam sygnał. Wykorzystałem to więc i odtąd z Golden Age'a jeden sygnał wędruje bezpośrednio do Claretta, drugi zaś przechodzi po drodze przez dbx286s. Mam więc to samo, ale z mniejszymi szumami w "czystym" sygnale.

Oszaleć można

Widać zatem, że łańcuch przetwarzania robi się długi. Co gorsza, przybywa możliwości regulacji, bo wzmocnienie reguluję teraz i w Golden Age'u (i to na dwa sposoby, bo jest tu pokrętło GAIN, ale jest i OUTPUT). Czysty sygnał mogę jeszcze wzmocnić gałką w Claretcie, a zmodyfikowany - dwiema gałkami w dbx286s (wejście przedwzmacniacza i OUTPUT). Musiałem zatem przeprowadzić szereg prób, czym najlepiej kręcić i kiedy dostaje się najlepsze rezultaty (największą dynamikę sygnału).

Po wielu ślepych ścieżkach obecnie mam całość ustawioną tak: w Golden Age wzmocnienie na 50dB i wyjście wysterowane na maksimum; dbx286s ma wejście ustawione na +5dB liniowego wzmocnienia, OUTPUT na zero. W Claretcie czysty sygnał ustawiłem na pozycji 4 (10 to maksimum), sygnał z dbx286s jest na zero.

Powyższe ustawienie jest całkiem w porządku dla podłączonego SM7B - jeśli zamiast niego podłączę D5 lub WA-87, to śmiało OUTPUT w Golden Age'u skręcam na "godzinę 15tą", bo te dwa mikrofony dostarczają silniejszego sygnału. Reszta ustawień pozostaje bez zmian. Do Tascama wpuszczam tylko sygnał czysty (wypinam go wówczas z Claretta), więc tu też ustawienie jest stałe.

Czas ma mikser?

Przyznam, że osiwieć można przy tym początkowym ogarnianiu, co z czym i jak połączyć oraz jak wysterować. Do tego stopnia, że zamarzył mi się teraz RØDECaster Pro, który ma po prostu osobne wejścia na 4 mikrofony, wbudowane efekty i możliwość nagrywania na karcie pamięci. Jest jednak pieruńsko drogi i jego zakup oznaczałby, że niepotrzebnie kupiłem dbx286s, który tak naprawdę jest ćwiartką RØDECastera, bez możliwości nagrywania. Poza tym na biurku nie mam już zwyczajnie miejsca, żeby jeszcze gdzieś tu wcisnąć mikser - chyba, że sporządzę sobie szafkę rackową i tam przełożę cały sprzęt audio...

Mam nadzieję, że na razie wystarczy rozterek. Nagrywam kolejne rozdziały "Baśni z czterech świata stron" i w wyniku ciągłych eksperymentów, każda brzmi inaczej, bo albo nagrywana innym mikrofonem, albo z innymi ustawieniami, albo inaczej obrabiana lub inaczej rejestrowana... Czas chyba wreszcie wypracować ostateczny wariant, bo inaczej rzeczywiście osiwieję przed końcem roku do reszty...