czwartek, 27 lutego 2020

Praca z instrumentem

Przygotowałem ostatnio przewody audio i podłączyłem moje porastające kurzem instrumenty do komputera. Naturalnie, że były podłączone także wcześniej, ale tylko za pomocą interfejsu MIDI, czyli były wyłącznie klawiaturami sterującymi. Teraz ma się to zmienić, bo chcę sprawdzić inny sposób pracy.

Natchnął mnie do tego DoctorMix, a konkretnie założyciel kanału, Claudio Passavanti. Publikuje on co jakiś czas filmiki, na których rekonstruuje stare, bardzo znane przeboje (np. motyw przewodni z "Gliniarza z Beverly Hills"). Robi to, używając syntezatorów i nagrywając je (jako sygnał audio), ścieżka po ścieżce. Wychodzi to znakomicie, zwłaszcza że Claudio potrafi bardzo dobrze grać - tego ja, naturalnie, nie mam. Ale sam sposób pracy wydał mi się inspirujący - poza tym Korg Triton 76LE ma naprawdę ciekawe brzmienie, a i Juno G może byłby wreszcie wykorzystany.

No i tak sobie o tym dumam - na razie mam gotowe przewody, ale już wiem, że nie podłączę obu instrumentów na raz do Focusrite Claretta, muszę ściągnąć ze strychu Alesisa iO4 - po prostu brakuje torów wejściowych. Poza tym zamierzam (inaczj niż Claudio) nagrywać także komunikaty MIDI, tak na wszelki wypadek. Czy taki sposób pracy się sprawdzi? Trudno na razie przewidzieć, ale spróbować warto.

czwartek, 20 lutego 2020

Jak Groove Agent jednak wygrał z Battery

Używam Native Instruments Battery od bardzo dawna. To taki sprawny "odgrywacz" sampli (na ogół perkusyjnych), który zastąpił mi wszelkie Drumaxxy, Shreddage Drumsy i tym podobne wynalazki. Nawet Impact XT ze Studio One nie dał rady go "wygryźć". I oto stało się, że w poprzednim roku zacząłem używać nieco częściej Cubase - a w niego wbudowany jest Groove Agent 5 SE. No i się zaczęło.

Dlaczego Battery jest dobre?

Battery używam (czy używałem?), bo było okrutnie proste, a jednocześnie pozwalało na całkiem sporo. Już wyjaśniam: przede wszystkim dzięki Battery nareszcie jako tako "ogarnąłem" puchnącą kolekcję próbek perkusyjnych (których na chwilę obecną mam pewnie z kilkadziesiąt gigabajtów). W prosty sposób mogłem tworzyć swoje własne zestawy, zbierając różne próbki i przypisując je do określonych padów. Nic też nie stało na przeszkodzie, by wykorzystać jeden z kilkudziesięciu gotowych zestawów, nieco dopasowując go do własnych potrzeb.

Bo i w dopasowywaniu Baterry jest bardzo dobre. Oprócz tak oczywistych spraw, jak położenie w panoramie i głośność, da się dodać filtr, kompresor, pogłos, delay czy zmienić wysokość dźwięku. Bez problemu da się też zestaw przemapować, co - dobrze pamiętam - szalenie ułatwiło mi rewitalizację nagrań na płytę Flashback. Czego chcieć więcej?

A dlaczego Groove Agent jest lepszy?

Bo ma to, co Battery i jeszcze trochę więcej - nawet wersja SE, ja natomiast korzystam z wersji pełnej. Przede wszystkim daje dostęp do patternów, czyli z dźwięków pojedynczego zestawu można ułożyć sobie całe fragmenty - wypełnienia, zakończenia, różne warianty rytmiczne. I je też da się przypisać do padów i... nimi grać. Można także, oczywiście, przeciągać patterny bezpośrednio do programu DAW, dzięki czemu zawsze zachowujemy zapis MIDI (a jak uczy doświadczenie, nie należy zbytnio polegać na instrumentach i zostawiać wszystkiego w ich "wnętrzu").

Miłe dodatki

W Groove Agencie jest też nieco bardziej rozwinięta edycja próbek, włącznie z tym, że można rozdzielać brzmienia na część tonalną i "szumową", po czym osobno edytować im np. obwiednię. W obu wtyczkach dostępne jest korzystanie z wielu wyjść, dzięki czemu można osobno miksować poszczególne instrumenty zestawu perkusyjnego. Tutaj też przewagę ma Groove Agent, zwłaszcza jeśli korzystamy z niego wewnątrz Cubase'a - można bowiem jednym kliknięciem przenieść ustawienia kanałów z wnętrza pluginu na kanały w Cubase, łącznie z ustawieniami filtrów, kompresora, korektora itp.

Bardzo ciekawa jest także funkcja tworzenia próbek i patternów z gotowej pętli: dzielimy taką pętlę na "plasterki" i upuszczamy na okienko Groove Agenta. Ten wyciągnie z pętli poszczególne instrumenty, podmapuje je do padów, a dodatkowo stworzy od razu pattern, który będzie brzmiał praktycznie identycznie, jak źródłowa pętla (choć już będzie odtwarzany z pociętych kawałków). Stąd już tylko krok do podmiany niektórych brzmień na bardziej pasujące do naszej koncepcji i voila!, mamy nowy rytm.

Umarł król, niech żyje król!

Przyznam się, że ta cicha migracja z Battery do Groove Agenta odbyła się jakoś tak... naturalnie. Nie była to rewolucja, raczej powolna rezygnacja z Battery. Całkowita "transformacja" dokonała się w momencie, gdy w cubase'owym szablonie zastąpiłem Battery Groove Agentem.

Niemniej będę ciepło wspominał produkt Native Instruments - służył mi wiernie wiele lat i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zawiódł. Kto wie, może jeszcze do niego wrócę za jakiś czas?

wtorek, 11 lutego 2020

Ranking programów DAW

W dziedzinie programów cyfrowych stacji roboczych DAW od lat panuje dość duża różnorodność i w odróżnieniu od światka graficznego, gdzie bezapelacyjny prym wiedzie Photoshop, tutaj jest przynajmniej kilku liderów. Z jednej strony to dobrze, bo zwiększa wybór i każdy znajdzie coś dla siebie, biorąc pod uwagę zasobność portfela, umiejętności czy potrzeby. Z drugiej strony jednak aż takie szerokie spektrum dostarcza niemałych zgryzot właśnie tym wybierającym.

Problem zazwyczaj jest jeden: jak, nie mając doświadczenia i wiedzy, wybrać dla siebie coś odpowiedniego? FL Studio różni się dość znacząco od Cubase'a, ProTools to coś odmiennego niż naszpikowany modulacjami Bitwig, zaś Ableton Live stoi obok tańszego kilka razy, a przecież wciąż potężnego Reapera!

Stąd właśnie popularność wszelkiego typu zestawień, porównań i poradników, pozwalających dokonać choćby pobieżnej oceny. Osobiście mam do takich zestawień (w tym nawet własnych) mieszane odczucia - moim zdaniem nic nie zastąpi wypróbowania wersji testowych oraz przepytania znajomych muzyków o wykorzystywane przez nich aplikacje. A jeśli ktoś nie ma znajomych muzyków, powinien sprawdzić np. dostępność rzetelnych filmików instruktażowych na YouTube - chodzi o to, że zwłaszcza w pierwszym okresie będziemy potrzebować pomocy, bo programy DAW są na tyle złożone, że jak grzyby po deszczu będą pojawiać się pytania, jak zrobić tę czy inną rzecz.

Tak czy owak, z ciekawości przejrzałem parę w miarę aktualnych rankingów i mam tylko jeden wniosek: zdecydowanego lidera nadal brak. Rankingi, oczywiście, różnią się między sobą kolejnością, raz ten, raz inny program jest na szczycie. Zagregowałem i uśredniłem sobie wyniki z sześciu miejsc i wyszło dość niespodziewanie, że liderem takiego uśrednionego rankingu zostało... Presonus Studio One. Dlaczego? Wynika to z przyjętej metodologii: jako że mało kto podaje procentowe punkty, swoje punkty przyznawałem wyłącznie za numer miejsca w konkretnym zestawieniu. I Studio One właśnie dzięki temu, że rzadko wypadało z "podium", dało radę (minimalnie bo minimalnie) wyprzedzić takie tuzy jak Cubase, Logic X czy Ableton Live, które miewały wieksze wahnięcia.

  1. PreSonus Studio One
  2. Steinberg Cubase
  3. Ableton Live
  4. Apple Logic Pro
  5. Avid Pro Tools

Zestawienie uwzględnia tylko wyniki spoza Polski, bo z polskich zestawień znalazłem tylko wyniki ankiety na blogu Piotra Białasiewicza z 2016 roku, gdzie zdecydowanie wygrały FL Studio (35%) i Ableton Live (31%), zaś taki Cubase jest dopiero ósmy.

I choć podobne zestawienia są tylko rodzajem zabawy i ciekawostką, to przekładają się na np. liczbę dostępnych w internecie szkoleń czy filmów instruktażowych, o czym warto pamiętać, decydując się na program mało popularny w środowisku muzycznym. Bo choć większość DAW-ów ma dość zbliżone możliwości, to dochodzenie do konkretnego rozwiązania może w każdym z nich wyglądać zupełnie inaczej...

Źródła:

  1. www.musicradar.com
  2. www.musicianonamission.com
  3. www.macprovideo.com
  4. www.careersinmusic.com
  5. www.gearslutz.com
  6. www.productionmusiclive.com

piątek, 7 lutego 2020

Pop filtr - czy potrzebny?

Każda osoba, rozpoczynająca zabawę z nagrywaniem ludzkiego głosu, spotka się koniec końców z radą, że trzeba zainwestować w tzw. pop-filtr. Do czego on służy i czy naprawdę jest niezbędny? Postanowiłem napisać o tym kilka słów.

Po co to?

Pop-filtr służy do tłumienia głosek wybuchowych: p, k, t. Czyli takich, które generują dość duże uderzenie strumienia powietrza w membranę mikrofonu, prowadząc do powstawania nieprzyjemnych, chwilowych przesterowań. Na pewno każdy, kto nagrywał cokolwiek na dworze przy wiejącym wietrze, wie co nieco o tym efekcie:

Pop-filtr zatrzymuje energię takiego "wybuchu", dzięki czemu unikamy problemów przy obróbce i słuchaniu nagrania.

Oczywiście wiele zależy też, czego używamy do nagrywania i w jakich warunkach to robimy: niektóre mikrofony znoszą podmuchy dość dobrze, inne - wprost przeciwnie. Istotna jest także odległość - im więcej powietrza dzieli nas od mikrofonu, tym lepiej rozproszy się energia "wybuchu" i efekt "pykania" będzie słabszy.

Rodzaje

Oczywiście, jak to w życiu, są różne rodzaje pop-filtrów. Najpopularniejsza jest tzw. "pończocha", którą da się czasem zaobserwować przed mikrofonem w teledyskach, pokazujących "nagrywanie w studio". Czasem nylonowa siatka zastąpiona jest siatką metalową, czasem zaś na mikrofon zakłada się osłonę z gąbki - a ekstremalnym przykładem takiej osłonki są tzw. "martwe koty" (ang. deadcat): też pewnie widzieliście reporterów z mikrofonem w... futrze.

Ja mam dostęp w moim studio do dwóch typów: "pończochy" i gąbki:

Nagranie z gąbką

Nagranie z "pończochą"

Nagranie z gąbką i "pończochą"

A co, jeśli się nie ma?

Myślę, że powyższe przykłady pokazują, że da się prosto i elegancko rozwiązać problem "pykania". Jeśli jednak jeszcze pop-filtra nie macie, można poradzić sobie na dwa sposoby. Pierwszy dla leniuchów: znaleźć oprogramowanie lub wtyczkę, która zniweluje nagrane niepoprawnie głoski - na przykład opisywany niegdyś Accusonus Plosive Remover. Działa on dość sprawnie i da się w ten sposób choć trochę odratować "zadmuchane" nagranie:

Drugi sposób jest dla majsterkowiczów, nagrywających wyłącznie siebie. Bierzemy prawdziwą pończochę tudzież rajstopę (nie wnikam - skąd), bierzemy drut, drut wyginamy w kółko i naciągamy na niego materiał. Mocujemy do statywu/mikrofonu i cieszymy się z wykonanego pop-filtra.

Namawiam

Tak czy inaczej, warto sobie pop-filtr sprawić, bo to naprawdę działa, a nie wymaga jakichś szalonych nakładów finansowych (nylonowe pop-filtry kosztują kilkadziesiąt, a gąbeczka na mikrofon dynamiczny dosłownie kilku złotych!). Zdecydowanie warto!