czwartek, 26 kwietnia 2018

[T] Muzyczne małe, a cieszy

Coś ostatnio mam niewiele czasu na muzyczne hobby, więc i wpisów na blogu w tym temacie pojawia się niewiele. Czekają zaległe testy słuchawek od Beyerdynamica, kilka ciekawostek na temat interfejsu Focusrite Clarett czy Output Strings, które wreszcie od czasu do czasu zgłębiam. Także Battery od Native Instruments warto byłoby przybliżyć, bo spośród wszystkich posiadanych maszyn perkusyjnych to chyba najlepsze, co mam.

Dzisiaj jednak bardziej chciałbym skupić się na kilku efektach, które odpowiednio użyte, dodają sporo "od siebie" do tworzonej muzyki.

Zabawa przestrzenią

Pierwszym efektem, który wprost uwielbiam, jest ValhallaRoom, jedna z wielu pogłosowych wtyczek firmy Valhalla DSP. Ten efekt jako pierwszy ziścił moje marzenia o pięknym, ciągnącym się, ale subtelnym pogłosie - jakże mi brakowało czegoś podobnego ćwierć wieku temu! Opcji konfiguracyjnych jest tu całkiem sporo, a rezultaty jak na moje ucho są PRZYNAJMNIEJ dobre. Być może też po prostu przypadł mi do gustu sposób obsługi czy rodzaj ustawianych parametrów - nie wiem. Wiem za to, że bardzo lubię się tym pogłosem bawić i go używać - nie jest też, na szczęście, bardzo zasobożerny, choć naturalnie, warto zachować umiar i stosować go na torze wysyłkowym (co zresztą ułatwia zachować spójność w miksie).

Zabawa panoramą

Drugi efekt, którego czasem wręcz nadużywam (czy nadużywałem), to Soundtoys PanMan. To bardzo proste i efektywne narzędzie do ożywiania dźwięków poprzez przemieszczanie ich w panoramie stereo. Kiedyś robiłem to, stosując zmianę panoramy za pomocą komunikatów MIDI, od czasów jednak płyty "Via" postawiłem na ten efekt. Jest to dużo prostsze rozwiązanie, a dodatkowo można je stosować także do zwykłych sampli, a nie tylko instrumentów MIDI.

Zabawa głosem

Synchro Arts Revoice Pro 3, bo to o nim teraz mowa, zasługuje na osobny wpis, bo to potężne narzędzie w odpowiednich rękach. Ja na razie używałem go sporadycznie (więc moje ręce nie są odpowiednie), ale i tak byłem zadowolony z efektów - posłuchajcie np. niepublikowanego wcześniej fragmentu utworu "Pray" w wersji, która miała trafić na płytę "Runaway":

Są tu wykorzystane dwie ważne funkcje Revoice Pro - wyrównywanie dźwięków delikatnie nie trafiających w melodię oraz tworzenie drugiego/trzeciego głosu. Oczywiście, dałoby się to zrobić lepiej - to było moje pierwsze zderzenie z narzędziem (że dodam tytułem wytłumaczenia).

Zabawa efektami

Na koniec zostawiłem bardzo fajną zabawkę, którą można sprawnie ubarwić dźwięk różnymi "dziwnymi" efektami. Piszę o Nebula FX. Wyników pracy tego efektu można posłuchać np. w tym filmiku:

O ile zwykle same instrumenty (syntezatory) mają wystarczającą sekcję efektów, to czasem (np. dla bardzo długich przebiegów) przydaje się taka właśnie wtyczka na podorędziu. Czasem też ciekawe rezultaty można osiągnąć, przepuszczając przez Nebulę próbki perkusyjne lub głosowe.

I to tyle

Mam nadzieję, że ten krótki przegląd wypadł na tyle interesująco, by sięgnąć po ten czy inny efekt i wypróbować go w swojej pracy nad muzyką. Czasami wyniki są bardzo inspirujące - albo po prostu ładne.

czwartek, 19 kwietnia 2018

Słuchamy

Dziś przegląd sprzętu do katowania uszu, czyli słuchawek, z którymi miałem do czynienia na przestrzeni lat. Dlaczego słuchawki, a nie głośniki? Z bardzo prostego powodu - są o wiele praktyczniejsze. Niestety, aby słuchać muzyki (ewentualnie ją "produkować") za pomocą głośników (monitorów), potrzebne są odpowiednie warunki - przede wszystkim względna cisza i odpowiednie pomieszczenie. O jedno, a tym bardziej o drugie w moim przypadku jest ekstremalnie trudno.

Krótka historia

Moje boje słuchawkowe trwają już kilkadziesiąt lat w sumie (rany julek...) Zaczynałem od jakichś "zajechanych" Tonsilów i drugiej pary nieznanej firmy. Tonsile były fajne i wygodne, ale przerywał im dźwięk w jednym z nauszników. Te drugie były bardzo niewygodne i szczerze mówiąc, słuchanie czegokolwiek w nich to była mordęga.

Później słuchałem dousznych "pchełek" od walkmana Sony i bardzo je sobie chwaliłem. W końcu jednak podjąłem decyzję, że trzeba kupić coś "nausznego" i stwierdziłem, że 30zł za bardzo budżetowe słuchawki no name to dobra cena. No, nie. Nie. To była katastrofa...

Pierwsze porządne

Zniechęcony do taniego, skrzypiącego i grającego źle chłamu, kupiłem model Sennheiser eH 250 i nie miałem wątpliwości, że to jest to! Przez lata uważałem, że są niezrównane, zwłaszcza że ich teoretyczne następczynie, czyli Sennheiser HD 515 oraz AKG K-530, okazały się pomyłkami.

Z perspektywy czasu oceniam, że te dwa zakupy, czyli HD 515 i AKG K-530, były wręcz wzorcowe, jeśli chodzi o to, jak NIE NALEŻY kupować słuchawek. Pierwsze nabyłem po przeczytaniu testu, wysyłkowo. Okazało się po tygodniu, że słuchawki mocno grzeją uszy, a pady - miękkie poduszki przylegające do głowy - odkształciły się w dziwny sposób. Także do dźwięku można się było przyczepić, bo słuchawki grały gorzej od dwa razy tańszych eH 250 - być może trafiłem na uszkodzony egzemplarz?

AKG K-530 kupiłem - jak to się mówi - oczami. Bo są piękne. Grają zresztą świetnie. Ale... ale mają zbyt małe pady, nie obejmujące całych (moich!) małżowin, zaś docisk jest spory, przez co korzystanie z nich dłużej niż przez godzinę strasznie męczyło. Próbowałem naprawdę wiele razy, spędziłem w nich wiele godzin licząc na to, że "się wyrobią". Nie wyrobiły się...

Era Beyera

Nieśmiertelne, zdawałoby się, eH 250 przeżyły w międzyczasie drugą młodość, kiedy wymieniłem kabelek i pady na nowe. Ich czas był jednak policzony, a skończył się w momencie zakupu modelu Beyerdynamic DT-990. Naczytałem się o tych słuchawkach, przejrzałem dziesiątki porównań i przymierzyłem je w jednym z poznańskich sklepów. To zdecydowało - wysłużone eH 250 po ośmiu latach służby powędrowały do szuflady.

Co ciekawe, "dwieściepięćdziesiątki" były dla mnie od zawsze wzorcem jasno brzmiących słuchawek. Basu nie miały dużo, za to nadrabiały wysokimi częstotliwościami, czym mnie "kupiły", bo tego mi zawsze wcześniej brakowało. Tymczasem starcie z DT-990 boleśnie obnażyło ich niedostatki - dźwięk w Beyerdynamikach okazał się pod każdym względem lepszy, pełniejszy, klarowniejszy. Te niby precyzyjne wysokie tony w eH 250 okazały się mocno ograniczone i matowe. Nic dziwnego zatem, że gdy znów zacząłem zajmować się muzyką, myśląc o nowych słuchawkach brałem pod uwagę tylko markę Beyerdynamic. A po co nowe słuchawki? Ano dlatego, że DT-990 są słuchawkami otwartymi, więc - mimo dużego komfortu słuchania - przedostaje się z nich i do nich sporo hałasu. Do miksu potrzebowałem zatem modelu zamkniętego, stąd wybór DT-1770.

I tutaj dwie dygresje dla osób, które są dopiero na początku "słuchawkowej drogi". Naprawdę warto testować słuchawki na własnej głowie - tylko to da nam jako takie pojęcie, jak to będzie wyglądało w praktyce. Na szczęście wiele sklepów (nawet marketów w rodzaju Saturna czy Media Marktu) daje już taką możliwość - choć w marketach trudno spotkać te lepsze modele.

Druga rzecz to coś, w co sam przez długi czas nie wierzyłem, czyli wygrzewanie słuchawek. Cóż to takiego? Chodzi o to, że swoje optymalne pod względem jakości parametry słuchawki zyskują dopiero po pewnym czasie użytkowania. Użytkowania, czyli grania. Czas powinien być raczej długi niż krótki - w DT-990 było to ok. 20-30 godzin, dla DT-1770 już ok. 80-100 godzin. Nie chodzi już nawet o same przetworniki (chociaż to kluczowa sprawa), ale też o całą konstrukcję, która "przystosowuje się" do budowy naszej głowy.

Jeśli chodzi o jakość muzyki, to oba modele Beyerdynamika są dla mnie świetne. DT-1770 są nieco lepsze od DT-990, ale tu już nie było takiego skoku jakościowego, jak między DT-990, a eH 250, więc nie sądzę, żebym bez dużych (naprawdę dużych) inwestycji mógł zaobserwować dalsze różnice (np. po zakupie Sennheiserów HD-800). Musiałbym wyłożyć spore pieniądze na lepszy interfejs audio, przedwzmacniacz słuchawkowy oraz odpowiednie przewody - a przynajmniej tak musiałbym zrobić, sądząc po lekturze testów tej klasy słuchawek.

Słuchawki użytkowe

Oba modele firmy Beyerdynamic są wprawdzie świetne, ale nie nadają się do wszystkiego. Po pierwsze, potrzebowałem słuchawek do pracy, ze zintegrowanym mikrofonem, ponieważ często korzystam z rozmów na Skype. Po drugie - potrzebne były słuchawki do komunikacji miejskiej, żeby w spokoju słuchać muzyki w stosunkowo dużym hałasie. Wszelkie słuchawki dokanałowe odpadają, bo raz, że bardzo psują słuch, a dwa - są dla mnie niewygodne (a sprawdziłem kilka modeli).

Początkowo miałem w pracy model Kingston HyperX Cloud II, ale były one na mnie zdecydowanie za małe, choć bardzo efektowne wizualnie i nawet przyjemnie grające, skończyło się więc na tym, że na urodziny dostałem Logitechy G433 (do pracy) i zakupiłem Sony WH-1000 mx2 (do słuchania poza domem). O ile te drugie już opisywałem, kilka słów o tych pierwszych.

Na tle mojej ulubionej trójki (czyi eH 250, DT-990 i DT-1770) G433 muzycznie są... no, średnie. Fizycznie zresztą też, chociaż twarde i nieprzyjemne w dotyku, są jednak zadziwiająco wygodne na głowie. Mają strasznie dużo miejsca w muszlach, przez co powstaje dziwne wrażenie pustki, ale można się do tego przyzwyczaić. Choć nie tłumią zbyt dobrze hałasów, dysponują niezłym mikrofonem. Same sprzeczności. Jeśli sytuacja pozwala (mało służbowych rozmów na Skype), zamieniam Logitechy na Sony podłączone kabelkiem, bo te grają zdecydowanie przyjemniej i są wygodniejsze. Wniosek prosty - G433 służą tylko do pracy.

Dużo tego

Uff, to póki co koniec wyliczanki i wątpię, żebym w kolejnych latach miał kupować kolejną parę. Mam obsadzoną każdą możliwą funkcję: DT-990 do normalnego słuchania, DT-1770 do miksu i tworzenia muzyki, G433 do pracy, a WH-1000 mx2 do słuchania poza domem. W szufladzie pozostają eH 250 (na wszelki wypadek) i K-530 (bo są takie piękne...). Wystarczy.

Zresztą, znacie kogoś innego, kto kolekcjonuje słuchawki?

środa, 4 kwietnia 2018

[T] Nieme słuchawki po testach

Po nieco dłuższym okresie testów słuchawek Sony WH1000X-M2 postanowiłem napisać suplement, a w nim skupić się na ciemniejszych stronach, bo o jasnych napisałem chyba dość.

Po pierwsze, na początku dość trudno okiełznać dotykową płytkę na boku prawego nausznika. Wprawdzie jest to rozwiązanie świetne i po przyuczeniu strasznie brakuje go w zwykłych słuchawkach, ale początkowo co i rusz sobie coś przestawiałem przy zakładaniu czy zdejmowaniu, ewentualnie niedokładnie suwałem palcem i zamiast pogłośnić, przeskakiwałem do następnego utworu...

Po drugie - i tego żałuję nawet bardziej - wielka szkoda, że po podłączeniu słuchawek kablem nie można z nich korzystać jak z normalnych słuchawek zamkniętych. Oczywiście, nie działałaby wtedy funkcja wygłuszania, ale same słuchawki też całkiem dobrze tłumią, zaś dźwięk "po kabelku" jest na tyle dobrej jakości, że można by je wykorzystać nie tylko do jazdy tramwajem. A tak, trzeba włączyć zasilanie i wyczerpywać akumulatorki.

Nie jest jednak aż tak źle, jak opisałem w powyższym, skreślonym akapicie. Na szczęście, korzystając z firmowego kabelka i podłączając go w odpowiedni sposób, da się słuchać muzyki bez włączania zasilania słuchawek, korzystając tylko z zalet ich zamkniętej budowy. Nie jest wówczas aż tak cicho, ale i tak ciszej, niż w moich "służbowych", gamingowych Logitechach G433 (którym, notabene, przyjrzę się niedługo testerskim okiem).

Po trzecie, funkcja zestawu głośnomówiącego jest tylko "na pokaz", bo w praktyce nie sposób z niej korzystać. Mikrofony zbierają tyle sygnału z otoczenia, że nie da się rozmawiać, zwłaszcza gdzieś na zewnątrz albo w komunikacji miejskiej...

Po czwarte... a, nie, po czwarte nie ma. Reszta pasuje, gra i buczy, dając bardzo duży komfort słuchającemu. Ja się uzależniłem.