czwartek, 18 października 2018

Rozlewanie dźwięku

Geneza

Od samego początku, kiedy zająłem się muzyką (czyli od początku lat dziewięćdziesiątych), tęskniłem za pięknymi, powłóczystymi dźwiękami typu "pad". Ogromnie mi się one podobały, a nagrania Jeana Michela Jarre'a ("Oxygene"!), Vangelisa ("Voices"!) czy Oldfielda ("Songs of the Distant Earth!") radowały duszę. W czasach ośmiobitowego Atari z programem Chaos Music Composer tego typu dźwięki były nieosiągalne - i tak pozostały (dla mnie) na wiele, wiele lat. Nie mogła ich wygenerować Amiga, Yamaha PSS-780, dopiero Yamaha MU-50 dała mi małą namiastkę tego typu brzmień. Ciągle to jednak nie było TO.

"Skrzydło nadziei (zakończenie)" z albumu "Schody do nieba" (Yamaha MU-50)

Do padów wróciłem dopiero po zakupie Korga Trinity 76Le - tu niektóre brzmienia naprawdę były rewelacyjne. Cóż z tego, skoro muzyczna przygoda trwała wówczas parę tygodni i skończyła się nagraniem dosłownie kilku utworów?

"Outro" z niewydanego albumu Ending (Korg Trinity 76Le)

Po kolejnej przerwie rzuciłem się w szaleństwo instrumentów VST, szukając wśród nich "złotego Graala", który wreszcie zapewniłby mi dostęp do upragnionego rodzaju brzmień. Szaleństwo było tym większe, że tak naprawdę wystarczy jeden porządny instrument (np. Diva czy Omnisphere) i sprawa jest załatwiona. Mnie się jednak marzyła droga na skróty i "zasobnik" z dziesiątkami gotowych brzmień.

Głupie poszukiwania

Szukałem długo i wytrwale, a wciąż byłem niezadowolony, bo ciągle było coś nie po mojej myśli. A to dźwięk za ostry (nie wpadłem na to, żeby np. zmodyfikować ustawienia filtra lub przepuścić dźwięk przez jakiś efekt), a to płaski (a może by tak użyć pogłosu lub poszerzenia bazy stereo?), a to "cienki" (może by zagrać akord w kilku oktawach?), a to... no... nie taki. I ciągle, zamiast się zająć jakimiś krokami zaradczymi i wytężyć kreatywność, badałem nowy instrument i znów byłem zawiedziony...

"Sea" z albumu "Runaway" (Omnisphere)

Dość powiedzieć, że nie byłem zadowolony z Arturia Lab, nie byłem zadowolony z Divy, z Serum, ba, nawet nie do końca przekonało mnie potężne Omnisphere! Tak zaślepiony byłem szukaniem "gotowców"! Dopiero kiedy zrozumiałem, w czym rzecz, w ręce wpadły mi akurat dwa dość podobne, znakomite instrumenty: Steinberg PadShop Pro oraz Luftrum Lunaris. I korzystam z nich, bo dlaczego nie, ale jednak staram się "wykręcić" coś swojego, bo udało mi się to już wiele razy w Dune 2 (polecam do eksperymentów).

Jaki z tego wniosek?

Wniosek jest prosty: zamiast szukać, lepiej byłoby poświęcić ten czas na naukę samodzielnego "konstruowania" potrzebnych brzmień. Instrumentów byłoby mniej, ale za to zostałyby lepiej wykorzystane. Jak zwykle, mądry Polak po szkodzie, więc piszę ten artykuł, bo - być może - kogoś cofnę ze zgubnej drogi szukania gotowców. A nawet jeśli nie, to z czystym sumieniem mogę poszukiwaczom padów polecić Omnishpere, PadShop Pro oraz Lunaris - wypróbujcie jeden z tych trzech, a być może zakończycie poszukiwania.

piątek, 12 października 2018

Różnica

Dzisiaj mały eksperyment "słuchowy". Kilkukrotnie wspominałem na łamach bloga o utworze "Caravan", który - niemal stracony - ostatecznie dał się uratować. Popracowałem nad nim trochę i dzisiaj możecie porównać na własne uszy to, co mogło być wersją ostateczną (gdyby nie udało się uratować pliku projektu) oraz to, co tą wersją ostateczną jest (przynajmniej na razie).

Samych zmian nie będę omawiał - po prostu posłuchajcie i dajcie znać, która wersja lepsza (naturalnie moim zdaniem lepsza jest ta nowsza, ale nie musicie wcale odnieść tego samego wrażenia).

Wersja "utracona"

Wersja obecna

czwartek, 11 października 2018

Wreszcie mały sukcesik

Ha, udało się! Odzyskałem utwór "Caravan"!

Postanowiłem, że się nie poddam i wczoraj siadłem do FL Studio, żeby popróbować na zreanimowanym komputerze wczytać jednak ten rzekomo uszkodzony projekt (notabene, niech żyje nawyk robienia kopii bezpieczeństwa). W końcu, jeśli wszystko jest teraz poprawnie zainstalowane, nie powinno być już żadnych problemów, prawda?

I chociaż pierwsze próby nie poszły po mojej myśli, to drążyłem temat. Optymizmem napawał mnie fakt, że otwieranie projektu nie powodowało awarii FL Studio - ostatecznie zawsze udawało się doprowadzić rzecz do końca, brakowało tylko plug-inów i próbek, które po kolei doinstalowywałem.

Najwięcej problemów miałem z wtyczką Dune CM, której niebacznie użyłem wcześniej, w trakcie tworzenia utworu, a której teraz... nie miałem! Pochodzi ona z płyt dołączanych do czasopism (w moim przypadku: z Estrady i Studia). Nie byłoby problemu, gdyby nie dwie rzeczy: mam obecnie limitowany dostęp do internetu, który niemal wyczerpałem podczas ostatniego "instalatorskiego" weekendu; po drugie - nie mam bladego pojęcia, gdzie obecnie znajdują się płyty z Estrady i Studia, bo po przeprowadzce jeszcze dużo rzeczy leży w nieopisanych pudłach i czeka na odkrycie. Programy z płyt można wprawdzie pobrać przez specjalny portal, ale wracamy do problemu limitu danych.

Z laptopa też nie mogłem tej wtyczki przenieść, bo jej tam nie instalowałem. Ale... coś mnie tknęło i zajrzałem do katalogu "Download" na stacjonarnym komputerze. Wśród setek plików znalazłem paczkę zgraną dawno temu z płyty, a w niej szukaną wtyczkę! Szybka instalacja i oto "Caravan" wczytuje się i odtwarza bez problemów!

Możecie się śmiać, że tyle wysiłki włożyłem w odzyskanie jednego, wątpliwej wartości utworu. Nie w tym jednak rzecz - potrzebowałem wreszcie jakiegoś, małego nawet, sukcesu po ostatnich dniach. No i chciałem opisać na blogu nie tylko problemy, ale też ich szczęśliwe rozwiązania, bo ktoś jeszcze (o zgrozo!) pomyśli, że ciągle narzekam.

A przecież nie ciągle, prawda?

PS. A "Caravan", w nieco bardziej dopracowanej wersji, powinien wkrótce się tutaj pojawić.

poniedziałek, 8 października 2018

Pech? Czyli wszystko od nowa

Ostatni weekend był mocno nietypowy, głównie przez pewną dolegliwość, która spadła na mnie dość znienacka. Pominę tu opisy tego dotyczące, bo wystarczą rzeczy związane z moim studiem. Od razu też ostrzegam: będzie narzekanie i to srogie!

I znów, i od nowa...

Znający mnie wiedzą, że nie lubię instalować systemu operacyjnego w komputerze od zera. Nie i już. Doszło do tego, że swego czasu podczas wymiany dysku HDD na SSD posłużyłem się po prostu klonowaniem za pomocą odpowiedniej aplikacji, dzięki czemu po zakończeniu mogłem po prostu podmienić dyski.

Wracając do tematu, po ostatnim zniechęceniu nie pozostało mi jednak nic innego, jak zakasać rękawy i stawiać Windows 10 od podstaw. Za dużo się w nim napsuło, żeby prowizoryczne naprawy miały dać trwały efekt. W sobotę po południu zatem zacisnąłem zęby i rozpocząłem niewdzięczną procedurę.

Formatowanie dysku poszło gładko, instalator w miarę sprawnie i szybko przeniósł pliki. System wystartował i sprawiał (jak to zwykle w takiej sytuacji) żwawe wrażenie. Wówczas popełniłem niewybaczalny - co pokazało wkrótce życie - błąd. Zacząłem instalować aplikacje.

No, trochę tego było. Oprogramowanie muzyczne, graficzne, ogólne (np. mój ukochany Foobar2000 czy odtwarzacz Media Player Classic). Do tego - naturalnie - cała banda wirtualnych instrumentów i efektów VST, choć pomny przykrych doświadczeń, ograniczyłem się tylko do tych "najgłówniejszych". Nie zmienia to faktu, że instalacja pakietu od Spectrasonics, Arturii czy Native Instruments zabiera mnóstwo czasu.

Po mniej więcej mniej więcej pięciu godzinach "zabawy" uaktywnił się aktualizator systemowy, który zakomunikował, że sobie w tle ściągnął łatki i trzeba zrestartować komputer, to sobie je zainstaluje. Nie pozostało nic innego, jak się zgodzić. I to była ostatnia chwila, gdy widziałem mój już niemal kompletnie skonfigurowany system. Bo po restarcie...

Niebieski ekran

Tak, tak... Po restarcie zostałem uraczony pięknym błękitnym ekranem - wystąpił błąd, bla, bla bla, teraz nastąpi próba naprawy, bla, bla bla. Próba naprawy zakończyła się tym, że system wrócił do stanu po instalacji - skasował wszystkie wgrane programy i ustawienia. Na domiar złego tak się popsuł, że odmówił instalacji łatek twierdząc, że uszkodzone są żywotne pliki. Możecie się domyślić, że nie skakałem z radości, kładąc się spać.

I znów, i od nowa...

Niedzielę zacząłem od ponownego formatowania dysku i instalowania systemu raz jeszcze. Tym razem postanowiłem przechytrzyć przeznaczenie i przez pierwszych pięć godzin ściągały się łaty i łatki, aż w końcu zainstalowały się wszystkie. System wstał po restarcie, więc na wszelki wypadek utworzyłem punkt przywracania i zacząłem ponownie wgrywać oprogramowanie. Na wszelki wypadek co jakiś czas tworzyłem kolejne punkty przywracania.

Dzisiaj jestem już blisko końca - chyba wszystko, co chciałem, siedzi już na dysku. Rzecz jasna, teraz przez pół roku będzie mi się przypominało, że tego czy tamtego jeszcze nie mam albo że zgubiłem konfigurację do jakiegoś programu. Na to jednak rady nie ma.

Wypróbowałem środowisko muzyczne - wszystko wydaje się śmigać i działać prawidłowo, chociaż utworu "Caravan" nie udało mi się, niestety, otworzyć. Trzeba się chyba pogodzić z jego utratą i zrobić po prostu coś nowego.

czwartek, 4 października 2018

Zniechęcenie

Ech, a miało być tak pięknie!

Po przeprowadzce miałem raźno zabrać się do pracy nad nowym albumem. Sprzęt rozstawiony, cisza, spokój i w ogóle cieplarniane warunki. "Z marszu" powstał nawet nowy utwór (którego szkic poniżej) i... to tyle.

Nie chce mi się nawet za bardzo wypisywać przyczyn, ale tradycyjnie tkwią w oprogramowaniu. Wszystko wyglądało dobrze do momentu, kiedy - tworząc kolejny utwór na nową płytę - chciałem zrobić rzecz standardową, czyli utworzyć wysyłkę efektową (przepraszam za ten nieco hermetyczny język) - PreSonus Studio One zamknęło mi się bez ostrzeżenia, zabierając - przepraszam za zwrot - w diabły dotychczasowy plon. Zmełłem w ustach przekleństwo (taka prawda!) i zacząłem od nowa, mając przecież świeżo w głowie to, co nagrałem do tej pory. Tym razem program zakończył pracę podczas wyświetlania ekranu z danymi MIDI. Ki czort?!

Zmęczony postanowiłem dopracować poniższy utwór, który w głównej mierze był już gotowy. Powstał w FL Studio, więc odpaliłem ten właśnie program i wczytałem projekt. To znaczy - chciałem to zrobić. FL Studio wyłączyło się przed załadowaniem. Raz, drugi, trzeci... Plik uszkodzony albo co? Wczytałem starszą wersję - to znaczy, chciałem to zrobić. Bo znów - błąd i koniec pracy programu. Co tu się wyprawia?

Znalazłem na forum Image-Line, że FL Studio zaopatrzony jest w programik naprawiający uszkodzone pliki projektów. Wypróbowałem - bez skutku. Zatem: straciłem ten utwór. Poniżej zatem możecie posłuchać jego ostatecznej (choć nie końcowej) wersji - inna już raczej nie powstanie.

Najstabilniej zachowuje się obecnie Bitwig, choć też zdarza mu się zamknąć wtyczki, które tracą z jakichś powodów stabilność.

Bitwig, jedyny naprawdę stabilny DAW w moim studio

Najgorsze w tej sytuacji jest to, że kompletnie nie mam pojęcia, co się dzieje. Żebym dysponował jakimś komunikatem błędu, czymkolwiek! Nie, zarówno FL Studio, jak i Studio One po prostu kończą pracę. I bądź teraz, człowieku, mądry - czy to kwestia sterowników do sprzętu? konkretnych wtyczek? systemów autoryzacji (eLicenser, iLok)? dysków? antywirusa? systemu? Nie wiem. Dodatkowo jak dym rozwiało się moja wiara w solidną stabilność Studio One, które na laptopie nie zawiodło mnie ani razu... Wydaje mi się, że źródłem problemów jest jakiś konflikt w domenie VST - jakieś wtyczki są być może w zbyt starych wersjach albo przestały być zgodne z obecnymi wersjami programów DAW. Pomysłów na diagnostykę brak, głównie dlatego, że żaden z producentów DAW nie wpadł na pomysł, żeby np. móc wylistować (w przypadku błędów podczas otwarcia) wszystkie ścieżki z nazwami wtyczek tudzież z nazwami ustawionych w nich presetów. Brak też możliwości wskazania zastępników, jeśli jakieś wtyczki nie ma (jeszcze) w systemie.

Pozostaje faktem, że skutecznie zniechęciło mnie to do zajmowania się muzyką, zwłaszcza utrata już niemal gotowego utworu. Tak, nie jest to jakaś wybitna kompozycja, ale nie w tym rzecz - bo gdyby była? Ech, powiadam Wam, już wolę sobie poplumkać na Korgu SP-250, którego w międzyczasie odpakowałem i zainstalowałem. Ale nowa płyta musi poczekać...