piątek, 29 stycznia 2021

[T] Klevgrand Esspresso

Firmę Klevgrand bardzo sobie cenię od momentu, kiedy zacząłem używać ich aplikacji (pluginu) do odszumiania, czyli Brusfri. Od tego czasu nie używam już niczego innego do pozbywania się szumu, bo moim zdaniem Brusfri jest bezkonkurencyjne. Tym niemniej, gdy wybierałem narzędzie do usuwania sybilantów, mój typ padł na FabFilter Pro-DS - czego bynajmniej nie żałuję ani trochę. Jednak, jako że Siostra Be czasem potrzebuje sobie "odesowić" to i owo, a Pro-DS nie wygląda na łatwy w obsłudze (jest, ale nie wygląda), postanowiłem przyjrzeć się dokładniej pluginowi Esspresso, właśnie od Klevgrand. Sprawdzałem już go wprawdzie podczas wielkiego testu wszelakich tego typu wtyczek, ale - choć nie wypadł wtedy źle - chciałem przyjrzeć mu się dokładniej.

Na czym polega usuwanie sybilantów?

Czy w ogóle zawsze trzeba sybilanty usuwać? Oczywiście, nie zawsze - wszystko zależy od jakości nagranego materiału, w tym od mikrofonu i sposobu nagrywania, ale także i od osoby mówiącej czy śpiewającej. Czasem syczenia nie da się w żaden sposób uniknąć podczas rejestracji i wtedy do boju wchodzą de-essery. Są to specjalizowane korektory dynamiczne, czyli kompresory ustawione dla konkretnego zakresu częstotliwości. W momencie, gdy sygnał oznaczony jako "syczenie" przekracza ustalony próg, następuje jego tłumienie - poza tymi momentami sygnał jest przepuszczany bez modyfikacji.

Kłopot z de-esserami jest taki, ze trzeba je odpowiednio skonfigurować, co nie jest proste. Na szczęście większość de-esserów stara się, jak tylko może, uprościć cały proces - pokazują na wykresie wykryty "syk", umożliwiają odsłuch wycinanego sygnału czy graficzne przedstawienie poszczególnych zakresów. Nie inaczej jest w Esspresso, jednak tutaj uproszczenia poszły bardzo daleko i na pierwszy rzut oka wtyczka sprawia wrażenie zabawki. Tak jednak nie jest - przyjrzyjmy się oknu Esspresso uważniej.

W prostocie siła

Cały obszar roboczy (poza górnym paskiem z nazwą wtyczki i logo firmy) zajmuje wykres fali dźwiękowej. Jest on podzielony na dwie części - górną i dolną. Górna służy do ustawiania parametrów detekcji, czyli wykrywania "syków", dolna zaś do ustawiania parametrów tłumienia. W obu przypadkach robi się to... trzema liniami. Prawa i lewa służą do zawężania zakresu częstotliwości, a pozioma - do ustawienia... poziomu (syku albo tłumienia).

Esspresso pomaga jeszcze w ten sposób, że wykrywa "syk" i koloruje go na błękitny kolor, co znakomicie ułatwia ustawienie prawidłowych zakresów - nie za wąskich i nie za szerokich. Poziom "syku" i tłumienia musimy już ustawić "na ucho". Ważne, żeby nie przesadzić - co w przypadku de-esserów objawia się najczęściej seplenieniem a'la Kaczor Duffy.

Po lewej stronie okna dostrzeżemy jeszcze subtelny suwak czułości wykrywania "syku", przycisk z literą S do posłuchania wycinanego sygnału oraz (w dolnej części) przełączniki trybu działania de-essera: czy ma on działać na całym spektrum częstotliwości, tylko na konkretnym zakresie, czy ma działać jak filtr dolnoprzepustowy.

Jak zatem widać, wystarczy dosłownie chwila, by pojąć, co to narzędzie tak naprawdę robi i nauczyć się jego obsługi. Przyznam, że pod tym względem Esspresso bije na głowę nawet Pro-DS, nie wspominając o np. Waves Sibilance czy Eiosis e2deesserze. Jest przy tym skuteczny w bardzo "ładny" sposób, bo nie sposób dostrzec jego ingerencji, dopóki się go nie wyłączy. Nie wiem, czy można chcieć czegoś jeszcze?

Zgadza się też, że Pro-DS ma o wiele więcej funkcji - w tym oversampling, możliwość zdefiniowania charakteru głosu, przetwarzanie mid-side, czy funkcję side-chain - ale też i prawda jest taka, że w "normalnym użyciu", żeby np. przeprocesować mój głos do audiobooka, poza może oversamplingiem nie włączałem niczego dodatkowego - zaś widok okna Pro-DS może onieśmielić przy pierwszym kontakcie, bo nie wiadomo, czego trzeba użyć koniecznie, a co jest tylko dodatkową funkcją do profesjonalistów. W Esspresso takich wątpliwości zwyczajnie nie ma.

Esspresso!

No i teraz mam spory dylemat - całkiem jak w przypadku Cubase i Studio One. Dwa dla mnie równorzędne narzędzia, FabFilter Pro-DS i Klevgrand Esspresso walczą o bycie tym najważniejszym, a ja się nie mogę zdecydować. Ech, no i na co mi były te testy? Ale Wam polecam - jeśli dopiero szukacie skutecznego i łatwego w obsłudze de-essera, to Esspresso koniecznie weźcie pod uwagę. Kosztuje niewiele, a spokojnie dacie sobie z nim radę, nawet jeśli do tej pory nie mieliście z de-esserami nic do czynienia.

czwartek, 28 stycznia 2021

[T] Cherry Audio DCO-106

Ten syntezator trafił do mnie zupełnie przypadkowo niedługo po teście Arturii V Collection 8. Zafascynowany sprawdzonym właśnie Jun-6, zainstalowałem DCO-106 z pewnym oporem, bo po co mi jeszcze jeden emulator Juno 60? Przypominam, że od lat jestem użytkownikiem TAL-U-NO-LXv2, którego do tej pory bardzo sobie chwaliłem, a który w moim prywatnym rankingu o włos przegrał z produktem Arturii. Ciekawość jednak przemogła - czy instrument za 25 dolarów może w ogóle konkurować nie tylko z kosztującym 60 dolarów TAL-U-NO-LX, ale także z wartym według producenta 199 euro Jun-6? Zapraszam do sprawdzenia.

Emulator czego?

Właściwie wszystkie wymienione wtyczki emulują nieistniejący instrument. Chodzi o to, że Roland wypuścił dwa bliźniacze modele: Juno 60 i Juno 106. Różniły się one nieznacznie, bo np. oryginalny Juno 60 nie miał funkcji portamento oraz gniazd MIDI, za to miał arpeggiator, którego było brak w Juno 106 (model ten był także zaopatrzony w gniazda MIDI). Omawiane emulacje zbierają wszystko, co najlepsze z obu Juno, czyli mamy i arpeggiator, i portamento, i MIDI (co oczywiste), zaś dodatkowo model od Arturii dodaje drugie LFO i drugą obwiednię, zaś razem z DCO-106 dodają także wbudowaną linię opóźniającą (delay) i pogłos.

Brzmienia

Model od Cherry Audio wygląda bardzo schludnie i jest dostarczany ze zbiorem ponad 330 presetów, w tym także są odtworzone firmowe presety z Juno 106, jeśli więc ktoś dysponuje oryginalnym urządzeniem Rolanda, może sobie posłuchać, na ile zgodny jest wirtualny odpowiednik. Ja, niestety, mam tylko Juno G, który nijak się ma do "stoszóstki", więc takie sprawdzanie mnie ominęło.

Brzmienia są jednak fantastyczne! Im dłużej ich słuchałem, tym większą miałem ochotę nagrać coś w duchu lat osiemdziesiątych i ostatecznie rzeczywiście powstał pewien utwór, ale ze względu na część znajdujących się w nim spontanicznych wokali, nie ośmielę się go opublikować. Bawiłem się jednak jak małe dziecko, bo naprawdę jest czym! W Juno 60 (czy Juno 106, to bez znaczenia) tworzenie nowych brzmień jest niewiarygodnie wręcz proste! Tutaj nie ma całej zgrai oscylatorów z bogatym wyborem fal, nie ma zaawansowanych sekcji obwiedni czy fikuśnych filtrów. Nie ma matryc łączenia wszystkiego z wszystkim.

Na początku klikamy na przycisk New, co "zresetuje" cały instrument. Teraz skupiamy się na sekcji DCO, która w latach osiemdziesiątych była przełomowa. Tutaj decydujemy o kształcie fali naszego brzmienia - mamy do wyboru falę prostokątną lub trójkątną (lub obie naraz, też tak się da). Następnie decydujemy suwakiem LFO, jak bardzo moduł generatora wolnych przebiegów (LFO) będzie wpływał na brzmienie. Suwakiem PWM sterujemy szerokością impulsu, zaś przyciskami Range ustawiamy odpowiednią oktawę. Dodatkowo możemy skorzystać z suboscylatora (suwak Sub) i generatora szumu (suwak Noise). Co ciekawe, jeśli wyłączymy fale (prostokątną i trójkątną), zaś wzmocnimy szum, możemy tworzyć brzmienia o charakterze perkusyjnym.

Dalej idzie już z górki - mamy blok filtracji (VCF), wzmocnienia (VCA) oraz blok obwiedni głośności (ENV), w klasycznym układzie ADSR, czyli attack-decay-sustain-release. Warto się jeszcze przyjrzeć grupie Voice Assign, gdzie można wybrać np. dwa różne tryby polifonii (w pierwszym nie działa np. portamento), tryb monofoniczny oraz tryb unison, z możliwością regulacji rozstrojenia.

Całe brzmienie można okrasić legendarnym dla rodziny Juno chorusem, a w przypadku DCO-106 możemy się pokusić o dodanie delay-a czy pogłosu.

Do dyspozycji mamy jeszcze regulację pracy generatora wolnych przebiegów (LFO) oraz to, jak ma działać portamento czy arpeggio. I to tyle - naprawdę po kwadransie zabawy jest to wszystko do ogarnięcia i zaczyna się odkrywanie, co można zrobić z tak przecież prostym zestawem parametrów. A da się zrobić wiele, bo i brzmienia basowe (wzmocnione suboscylatorem) wychodzą świetnie, i drapieżne leady do solówek są nie do pogardzenia, zaś pady... ach... no piękna sprawa, naprawdę! Zwłaszcza jeśli dodamy chorusa i nieco pogłosu, nieco przytniemy dół filtrem górnoprzepustowym - nic więcej nie trzeba!

A co z Jun-6?

Tak się zachwycam i zachwycam, a co z porównaniem do Jun-6? W zasadzie moje zachwyty odnoszą się do samego Juno 60/106, nie konkretnie DCO-106, jednak nie sposób nie porównać obu emulatorów ze sobą. Oba mają przewagę nad TAL-U-NO-LX w postaci trybu unison (który wnosi naprawdę sporo, zwłaszcza do brzmień o charakterze basowym i leadowym). Początkowo myślałem, że Jun-6 będzie górą dzięki dodatkowym LFO i obwiedni, definiowaniu akordów czy możliwości wyboru "zaawansowania wiekowego" instrumentu, ale z drugiej strony DCO-106 ma szersze możliwości konfigurowania LFO, bardziej rozbudowany arpeggiator, a także możliwość regulacji szerokości chorusa. Można więc uznać, że każdy ma coś ciekawego do zaoferowania, jednak jeśli miałbym zakupić tylko jeden, to bez wątpienia byłby to DCO-106. Być może i Jun-6 jest nieco lepszy, ale nie na tyle, by kosztować prawie 10 razy więcej.

Co do TAL-U-NO-LXv2, to i on przegrałby u mnie obecnie z DCO-106. Po prostu brzmienie z tego ostatniego wydaje mi się o wiele przyjemniejsze, aczkolwiek wierzę, że są zwolennicy talowskiego, bardziej chropowatego i surowego brzmienia.

Jak dla mnie, DCO-106 obecnie jest jedną z najlepszych propozycji dla wielbicieli modeli Juno 60/106.

środa, 27 stycznia 2021

Studio One traci dystans?

Kiedy już myślałem, że Studio One zaczyna pokazywać plecy Cubase'owi w wyścigu o częstość używania, ten ostatni zyskał nagle dwóch sprzymierzeńców: Arturię i... nagrywanie gry na żywo. Z nagrywaniem jakoś sobie poradziłem, ale Arturia to poważniejszy problem. Wejdźmy jednak w szczegóły.

Nagrywanie MIDI

Bardziej błahy problem wyniknął przy okazji testów DCO-106 (prawdopodobnie test ten pojawi się niedługo). Postanowiłem bowiem nagrać prosty utwór utrzymany w klimacie lat osiemdziesiątych, korzystając z syntezatorów Arturia Jun-6, TAL-U-NO-LX i DCO-106 właśnie. Żeby jednak nie było bezdusznie i cyfrowo, poszczególne partie postanowiłem zagrać "z ręki" i ewentualnie wyrównać pojedyncze nutki. Jakie było moje zdziwienie, gdy zagrana równo z metronomem linia basu okazała się jednym wielkim chaosem! Próby z różnymi instrumentami (może DCO-106 wprowadza jakieś zakłócenia?) pokazały, że nie sposób nagrać równo żadnej partii w Studio One. Coś ewidentnie musiało się zmienić w aplikacji, bo wcześniej przecież nagrywałem partie MIDI wielokrotnie bez takich niespodzianek...

Aby nie tracić czasu, przełączyłem się do Cubase'a, gdzie nagrywanie przebiegło bez absolutnie żadnych niespodzianek - wszystko było równiutko tak, jak zagrałem. Utwór nagrałem więc tam, ale ciekawość zwyciężyła i wieczorem wróciłem jeszcze do Studio One, by zbadać całą sytuację. Śledztwo wykazało, że program wprowadza "ujemną latencję", czyli wszystkie zagrane nutki są zapisywane ze znacznikami czasowymi przesuniętymi ku początkowi utworu (w lewo) o jakieś 50-70ms. Przesunięcie to jest niezależne od instrumentu przypisanego do ścieżki, od wielkości bufora czy ustawienia "Zero Latency" dla interfejsu. Po przeszperaniu opcji znalazłem coś takiego, jak Record Offset na karcie MIDI. Eksperymentalnie ustawiłem go na 70ms i to rozwiązało problem (przynajmniej tymczasowo). Jednak dlaczego w ogóle musiałem to ustawiać, skoro inne programy DAW (sprawdziłem Reapera i Bitwiga) nie mają żadnego problemu z jakimiś opóźnieniami?

Znalazłem później filmik Gregora, który nagrywa różne tutoriale dla firmy PreSonus, w którym wyjaśniał sposób kalibracji opóźnień do nagrywania:

Nadal jednak ciekawi mnie, dlaczego w Studio One trzeba specjalnie robić ręcznie coś, co w innych DAWach po prostu działa?...

Vocoder i inne takie

Przy okazji testu V Collection 8, ale i ostatnio, gdy do testów pobrałem sobie Cherry Audio CA2600, wyszło na jaw, że Studio One nie jest w stanie przekierować do instrumentu wirtualnego ścieżki audio. Po co w ogóle coś takiego robić? Otóż Vocoder z pakietu Arturii oraz wspomniany CA2600 (a pewnie i wiele innych instrumentów) mogą przetwarzać sygnał audio, który staje się elementem modulującym (lub modulowanym). Działa to pięknie w Cubase, wystarczy bowiem włączyć na karcie instrumentu side-chain i skierować na niego sygnał z dowolnej ścieżki. Niestety, Studio One takiej możliwości póki co nie ma i raczej nie należy się spodziewać, by została ona dodana jakąś darmową poprawką - jak znam życie, pojawi się dopiero przy okazji debiutu Studio One 6 (jeśli już, bo przyznam, że pewnie nie jest to funkcja, o którą zabijają się użytkownicy).

Mnie jednak zabawa Vocoderem bardzo się spodobała, podobnie zasilanie CA2600 dziwnymi wokalami, nietrudno więc zrozumieć rozgoryczenia, że nie mogę z tego korzystać w ulubionym (jednak!) DAW...

I na dodatek

Na dodatek Steinberg wypuścił właśnie sowitego patcha do "jedenastki", który naprawia wiele problemów znanych z debiutanckiej wersji - na szczęście nie pracowałem w niej za długo, więc przeglądając listę poprawek nie natrafiłem na nic, co znałbym z własnego doświadczenia. Za to dawno już nie było żadnych poprawek do Studio One - a parę by się przydało: ukrywanie okna renderu bez wyświetlania Eksploratora Windows, nazywanie instrumentów na podstawie nazw ścieżek, przyciąganie w konsolecie do prawej strony kanałów grup i efektów, definiowanie własnych palet kolorów. Do tego przyjemnie byłoby mieć asystenta skal (a co, bardzo mi się spodobała wersja z Cubase'a!).

To wszystko sprawia, że do testów nowych syntezatorów (CA2600, DCO106, Vocoder) wybrałem jednak Cubase. PreSonusie, bierz się do roboty!

niedziela, 24 stycznia 2021

[T] W. A. Production Vocal Cleaner

Dopiero co opisywałem pierwsze wrażenia z testowania Voxessora, a w komentarzach znalazłem sugestię ponoć lepszego procesora głosu mówionego, który kompleksowo załatwia obróbkę nagrania lektorskiego. Czy tak jest faktycznie i czym różnią się oba rozwiązania - o tym poniżej.

Co ma, a czego nie ma

Faktycznie, w zarysach Vocal Cleaner przypomina Voxessora - zasadniczo głos (wokal lub głos lektorski) po przejściu przez te procesory ma być obrobiony, czyli teoretycznie nie trzeba mu żadnych dodatkowych zabiegów, aby móc go uznać za finalny. Już podczas testów Voxessora wyszło na jaw, że w jego przypadku bez odszumiacza i dodatkowego procesora transjentów się nie obędzie, jednak Vocal Cleaner ma tu lekką przewagę: wbudowany odszumiacz. Nie ma za to kompresora i "inteligentnego" profilowania głosu. Czy to źle?

Jeśli chodzi o odszumiacz wbudowany w Vocal Cleanera, to działa on całkiem sprawnie, troszkę na zasadzie odszumiacza NS-1 od Waves. Czyli nie pobiera próbki szumu z jakiegoś szerszego zakresu, tylko działa "na bieżąco", należy zatem precyzyjnie dobrać próg zadziałania i stopień odszumiania, żeby uniknąć metalicznych artefaktów. Dokładnością ustępuje wprawdzie mojemu ulubionemu Klevgrand Brusfri, ale źle nie jest i do nagrań "na żywo" ta jakość wystarczy, zwłaszcza że wspomóc się można obecną w pluginie bramką szumów. Zasada powinna być więc taka - obniżamy szum do takiego poziomu, by tam, gdzie pokrywa się z głosem, był słyszalny minimalnie (głos i tak będzie go maskował), zaś w dłuższych fragmentach ciszy wytnie go bramka - zwłaszcza że reguluje się w niej nie tylko próg zadziałania, ale też siłę tłumienia.

Oprócz odszumiacza i bramki, Vocal Cleaner uzbrojono w de-esser, filtr dolno- i górnoprzepustowy oraz specjalny suwak opisany jako "prezencja", który podbija lub osłabia średnie i górne tony, zwiększając czytelność wokalu (ale też jednocześnie wprowadzając do niego nieprzyjemną chropowatość). Nie zapomniano o bardzo przydatnym w przypadku tego typu procesorów pokrętle typu dry/wet, czyli możliwości ustalenia proporcji między sygnałem oryginalnym a przetworzonym.

Praktyka

Żeby ostatecznie przekonać się, co oba procesory są warte, postanowiłem zderzyć je z dość trudnym materiałem dźwiękowym, powstałym jeszcze na potrzeby artykułu o walce z szumem. Sygnał jest trudny, bo nagrany z dość wysokim poziomem mikrofonem WA 87, z włączonym komputerem, czyli szumy są znaczne. W obu przypadkach stosowane były tylko pojedyncze procesory, nie odszumiałem sygnału, nie usuwałem transjentów ani nie poprawiałem jakości niczym innym. Zalecam odsłuch w słuchawkach:

Nagranie oryginalne

Voxessor

Vocal Cleaner

Ocenę pozostawiam Wam, ja natomiast pozwolę sobie zgodzić się z komentarzem pod postem o Voxessorze, że Vocal Cleaner wydaje się jednak lepszy, a na pewno praktyczniejszy. Przekonuje mnie skuteczność połączonego odszumiacza i bramki, które razem dość sprawnie ograniczają szum w nagrywanym materiale - w przypadku Voxessora jesteśmy albo skazani na szum, albo na bardzo precyzyjne wysterowanie wbudowanej bramki. A wiadomo, że z bramkami nigdy nic nie wiadomo, zwłaszcza w kontekście "zjadania" przez nie cichych końcówek wyrazów.

Zgoda, że przydałby się jeszcze jakiś ogranicznik transjentów, który pomógłby ujarzmić nieco głoski "p" czy "k" oraz wyciszyć delikatne "mlaśnięcia" sklejonych ust, jednak szczerze wątpię, czy dałoby się zrobić moduł na tyle dobry, by mógł konkurować ze Spiffem. No, ale jakieś pole do rozwoju istnieje - podobnie mogłaby się pojawić jakaś forma kompresji, bo obecnie znów do zapewnienia pełnego łańcucha nie wystarczy pojedyncza wtyczka - trzeba za nią zapiąć i kompresor, i ogranicznik transjentów.

Wszystko w jednym?

Niestety, oba testy przekonały mnie, że do osiągnięcia wysokiej jakości i tak muszę pozostać przy dotychczasowym łańcuchu przetwarzania - czyli osobno korektor, kompresor, de-esser, odszumiacz, procesor transjentów i limiter. Wszystkie te elementy, zbudowane z wysokiej klasy wtyczek (FabFilter, OEKSound i Klevgrand), dają sumarycznie lepszy efekt niż pojedyncza wtyczka. Szczególnie, że i tak tę jedną wtyczkę trzeba uzupełnić o przynajmniej dwie kolejne. Chyba że istnieje gdzieś cudo, zawierające naprawdę WSZYSTKO. Ale czy jakościowo przeskoczy zestaw dobranych pojedynczych wtyczek? Hm.


sobota, 23 stycznia 2021

[T] Soundevice Voxessor

Od czasu do czasu zdarza mi się nagrywać audiobooki albo filmiki na YouTube, stąd jestem żywo zainteresowany wszystkim, co przetwarza głos - w końcu chciałbym, aby wypadł on jak najkorzystniej, bo nie ma nic gorszego, niż cichy, szeleszcząco-mamroczący głos przesycony sybilantami. Na drodze eksperymentów doszedłem do jako-takiego zestawu wtyczek i ich ustawień, które dają w miarę powtarzalny, akceptowalny wynik. Niemniej ciągle się łudzę, że powstanie kiedyś coś w rodzaju testowanego niegdyś SoundForge Audio Cleaning Laba - czyli magiczna "skrzynka", która będzie potrafiła wykonać większość zadań związanych z obróbką sygnału wokalnego. I być może właśnie coś takiego znalazłem!

Nie odkryłbym Voxessora, bo o nim mowa, gdyby nie ciekawy artykuł w Estradzie i Studio. Przeczytałem, obejrzałem screeny i stwierdziłem, że muszę wypróbować to "cudo" w praktyce. Ściągnąłem więc dwutygodniową wersję demonstracyjną i zacząłem zabawę.

Nagrywając audiobooki zostawiam sobie surowe nagrania na wypadek, gdybym w przyszłości potrafił je lepiej obrobić. W związku z tym miałem dość materiału do testów - wystarczyło wrzucić je do WaveLaba i - po wyczyszczeniu Master Section - dodać tam Voxessora.

Voxessor jest połączeniem kilku wtyczek, które normalnie stosuje się osobno: korektor, kompresor, de-esser, bramka szumów. Praca wygląda tak, że po uruchomieniu wtyczki możemy (i powinniśmy) skorzystać z funkcji analizy materiału wejściowego (czyli głosu, który "wchodzi" do wtyczki). Teraz możemy zająć się pozostałymi parametrami, z których dość istotnymi są te odpowiedzialne za pracę de-essera. Oprócz tego możemy pobawić się kompresją i - jeśli istnieje taka potrzeba - bramką szumów. Korekcji (mocno zgrubnej) dokonamy za pomocą dużego pokrętła, które wybiera odpowiednią do obrabianego głosu charakterystykę - od niskiego głosu męskiego do wysokiego dziewczęcego. Oczywiście do dyspozycji są też pokrętła głośności - sygnału wejściowego i wyjściowego.

Efekty działania Voxessora nie zachwyciły mnie. Moja pieczołowicie ustawiana miesiącami konfiguracja sprawuje się jednak lepiej niż dotychczasowe próby w tym pojedynczym pluginie. Pomijam tu już fakt, że Voxessor nie ma szans być jedyną wtyczką, przez którą przepuścimy sygnał - przyda się odszumiacz na początku i procesor transjentów na koniec (aby wyeliminować delikatne mlaśnięcia wynikające ze sklejania się warg lub podkreślone głoski "p" czy "k"). Nie udało mi się także zmusić wbudowanego de-essera do tak dobrej pracy, jak FabFilter Pro-DS - niby coś tam usuwał, ale ciut za mało.

Przy moim głosie średnio się też sprawuje zgrubny korektor, który wprowadza sporo chropowatości - chcąc się jej pozbyć, musiałem praktycznie go wyłączać.

Brak werdyktu?

Ostatecznie jednak nie przekreślam jeszcze Voxessora - muszę go chyba zwyczajnie lepiej poznać, żeby uzyskiwać lepsze efekty. Za to nie do przecenienia jest możliwość wpięcia go na wejście mikrofonowe w OBS-ie podczas nagrywania - nie wprowadza on żadnych opóźnień, a da się za jego pomocą uzyskać zdecydowanie lepszy sygnał niż ten prosto z mikrofonu. Jeśli chodzi więc o streaming czy szybkie nagrywanie poradników, bez bawienia się w wielogodzinną późniejszą obróbkę, sprawdza się bardzo dobrze. Dam mu jeszcze szansę i do ostatecznej oceny wrócę za jakiś czas.

czwartek, 21 stycznia 2021

[T] Spitfire BBC Symphonic Orchestra - aktualizacja 1.2.0

Proszę, proszę, nowy rok przywitał nas bardzo miłą niespodzianką - aktualizacją biblioteki BBC Symphonic Orchestra do wersji 1.2.0. Dla użytkowników wersji Professional aktualizacja jest dostępna od 15 stycznia, dla wersji Core - od 18 stycznia. Bardzo szczegółowe informacje (w tym o samym sposobie aktualizowania) można znaleźć na stronie producenta, ja zaś tylko pokrótce powiem, czy i dlaczego warto.

Warto!

Po pierwsze, warto dlatego, że został zaktualizowany sam program biblioteki (czyli jego wizualna powłoka). Poprawiono czasem występujący błąd związany z przypisywaniem vibrato do kontrolera CC, wydaje mi się też, że lepiej działa odświeżanie listy brzmień (kilkukrotnie wystąpiły u mnie problemy z przewijaniem, zwłaszcza kiedy dodałem do listy własne warianty).

Po drugie, co się raczej rzadko zdarza, dostajemy pakiet zupełnie nowych brzmień. Gwoździem programu są brzmienia tłumionych instrumentów dętych w artykulacjach long, staccatissimo oraz marcato. W ten sposób wzbogacono trąbki, waltornie i puzony, zarówno w wersjach solowych, jak i w grupach.

Jakby tego było mało, dodano artykulację extended legato do oboju, klarnetu, fagotu, trąbki, waltorni i puzonu tenorowego, zaś dla fletu, skrzypiec (obu grup), altówek, wiolonczel i kontrabasów poprawiono dostępne do tej pory legato.

Dużo dobrego

Nie dziwi zatem, że aktualizacja dla wersji Core zabiera ponad 1,5GB, zaś dla wersji Professional aż 36GB(!). Pobrać jednak warto, bo zupełnie za darmo rozszerzamy paletę dostępnych brzmień.

A poniżej relacja nieocenionego Guya Michelmore'a:

piątek, 15 stycznia 2021

[T] Arturia V Collection 8

No i proszę, mija miesiąc od czasu, gdy testowałem AnalogLab V, a tu dzięki uprzejmości firmy Arturia mam okazję przetestować pełną wersję V Collection 8. Zalogowałem się zatem na konto programem Arturia Software Center i pobrałem pełne wersje nowych syntezatorów (czy też nowych wersji istniejących syntezatorów): Emulator II, Jun-6, Jup-8 V4, OB-Xa, Stage-73 V2 i w końcu Vocoder. Uruchomiłem wierne Studio One 5 i... rozczarowanie!

Vocoder

Rozczarowanie, bo okazało się, że Studio One 5 nie potrafi wysyłać sygnału audio do wtyczek instrumentalnych, co automatycznie wyklucza wykorzystanie Vocodera w sposób najbardziej oczywisty - czyli poprzez podłączenie do niego ścieżki wokalnej (albo śpiewanie wprost do mikrofonu). Na szczęście robi to Cubase, więc przeniosłem się do niego i wtedy Vocoder pokazał, na co go stać! Zaznaczę tylko, że w Studio One też można oczywiście korzystać z Vocodera, jednak wówczas dostępny jest tylko tryb z odtwarzaniem próbek umieszczonych wprost w instrumencie, a nie "podlinkowanych" ze ścieżki audio.

W Cubase sprawa była prosta - wystarczyło w oknie Vocodera włączyć side-chain z kanału audio, gdzie miałem podpięty mikrofon, zaś na kanale mikrofonu włączyć monitoring i gotowe! Zacząłem więc grać i gadać, i powiem Wam, że zabawa jest naprawdę przednia! Dawno się tak nie bawiłem podczas tworzenia muzyki - no, zgoda, nic ambitnego w ten sposób nie powstało wprawdzie, ale parę pomysłów i owszem.

Sam Vocoder jest bardzo elastyczny - można go zasilić albo żywym sygnałem z osobnej ścieżki, albo samplami, zaś sygnał nośny (carrier) dostarcza sam z wbudowanego syntezatora. Szkoda, że nie da się go zastosować jako efektu, gdzie dałoby się go ustawić na jakiejś grupie, do której można by przekierować dwa sygnały audio - jeden z sygnałem modulującym (głos) i drugi z sygnałem nośnym (syntezator). No, ale jeśli komuś trzeba takiej funkcjonalności, zawsze może się ratować TAL Vocoderem.

Siedziałem strasznie długo nad tym instrumentem, bo możliwości jest tu całkiem sporo - można np. korygować wysokość dźwięku, czyli "śpiewać od linijki". Można okraszać sygnał wyjściowy efektami, konfigurowanymi równolegle lub szeregowo. Można konfigurować poszczególne pasma częstotliwości, jest też dostępny filtr i pokrętło Dry/Wet do ustalenia proporcji między głosem wchodzącym a przetworzonym. Samo przesłuchanie przygotowanych presetów może zająć bardzo dużo czasu, zwłaszcza jeśli nie odtwarzamy jakiegoś sygnału, tylko na bieżąco gadamy lub śpiewamy do mikrofonu. Trochę szkoda, że przełączenie presetu praktycznie zawsze włącza tryb pobierania sygnału modulacyjnego z samplera, więc korzystając z mikrofonu trzeba ciągle przełączać tryb na Voice (nie znalazłem możliwości zablokowania tego ustawienia).

Generalnie już teraz mogę zdradzić, że to zdecydowanie mój faworyt spośród nowości wersji 8 - i się zastanawiam, czy on sam nie byłby argumentem za tym, aby dokonać aktualizacji - gdyby tylko nie była ona tak kosztowna...

Stage-73 V2

Przyznam, że elektrycznych pianin nigdy nie lubiłem. Nie lubiłem i nie używałem. Aż do albumu Synergy, gdy nagle okazało się, że to są świetne instrumenty! I nie tylko zresztą one, bo elektryczne organy B3 też nagle zyskały w moich oczach. Stage-73 było już we wcześniejszych wersjach (tyle wiem), więc obecna wersja jest czymś w rodzaju aktualizacji - zmieniono silnik odpowiedzialny za generowanie dźwięku. Na szczęście zostawiono też wersję wcześniejszą, więc jeśli ktoś ma starsze projekty, to bez obaw - będą korzystały z dotychczasowych brzmień. Zresztą podobną rzecz zrobiono także w przypadku Jup-8, który też jest dostępny w obu wersjach, starszej i nowszej.

Wracając jednak do Stage-73 - bardzo polubiłem ten instrument. Podczas nagrywania Synergy użyłem tylko raz starszej wersji, a że lista presetów jest różna, nie traciłem czasu na bezpośrednie porównania, tylko od razu rzuciłem się do przeglądania brzmień nowej wersji. I są naprawdę świetne! Good Vibes, The Great One czy The Butterfly Effect to jest właśnie to, czego oczekiwałbym od elektrycznego piana - delikatne, subtelne dźwięki, nie pozbawione jednak głębi. Cudo!

Pianino może być podłączone do pięciu "nożnych" efektów, które można wybierać z listy sześciu dostępnych: chorusa, flangera, phasera, overdrive, delay'a i kompresora. Dzięki temu da się w dość szerokim stopniu kształtować brzmienie instrumentu - zresztą, posłuchajcie fabrycznych presetów, a przekonacie się, że nie tylko delikatne i zwiewne dźwięki Stage-73 potrafi z siebie wydobyć.

Jun-6

Tego instrumentu byłem bardzo ciekaw, bo od kilku lat jestem użytkownikiem TAL-U-NO-LX V2, który jest emulatorem tego samego syntezatora firmy Roland. A że lubię jego brzmienie, postanowiłem sprawdzić, czy da się uzyskać podobne efekty stosując Jun-6 od Arturii.

Na pewno pierwsze wrażenie było bardzo pozytywne - brzmienie Jun-6 jest pełniejsze, milsze dla ucha. Myślałem, że to zasługa jakichś filtrów, ale po pierwszej próbie uzyskania tego samego na obu emulacjach okazało się, że ciągle Jun-6 brzmi lepiej - i to o wiele lepiej. Co jest grane? Zacząłem porównywać przełącznik po przełączniku - wiadomo, że czasem nie uda się zrobić repliki 1:1, ale brzmienie nie powinno różnić się AŻ TAK. No i po krótkim śledztwie wyszło szydło z worka - otóż Jun-6 ma to, co miał i oryginał, a czego pozbawiono U-NO-LX - tryb unison. I to dzięki niemu instrument Arturii tak bardzo różnił się od konkurenta. Po jego wyłączeniu faktycznie oba sygnały były już podobne, ale jednak TAL było nieco ciemniejszy, pozbawiony takiej przyjemnej "mgiełki" gdzieś w środku i w górze pasma. Mnie się akurat ta "mgiełka" spodobała bardzo, bo zasadniczo lubię jasne brzmienie, więc dla mnie - duży plus syntezatora Arturii. To i tryb unison zdecydowanie stawiają go w moich oczach wyżej od TAL-a, choć wiadomo, są różne gusta. Jeśli ktoś lubi bardziej matowe, surowe brzmienie, znajdzie je właśnie w TAL-U-NO-LX - to bardzo dobry instrument i absolutnie nie zamierzam się go pozbywać.

Jup-8 V4

Kolejna emulacja klasycznego już syntezatora Rolanda nie jest nowością w pełnym tego słowa znaczeniu - V Collection już ją posiadała wcześniej. Teraz jednak ma ona unowocześniony silnik, co powinno przełożyć się na dużo wierniejsze oryginałowi brzmienie. Z mojego punktu widzenia nie ma to jednak absolutnie żadnego znaczenia, bo i wcześniejsza wersja była dla mnie czymś wyśmienitym. Zwyczajnie nie posiadam i nie posiadałem oryginału, zaś wersja V3 brzmiała rewelacyjnie.

W tym wypadku podoba mi się, że twórcy postanowili wyposażyć wersję V4 w zupełnie nowy zestaw presetów. Utrudnia to wprawdzie bezpośrednie porównanie z poprzednikiem, ale dla chcącego nic trudnego, wystarczy wystartować od bazowych ustawień "Default" i skonfigurować oba instrumenty jednakowo. Nie jest to proste, bo panel wewnętrzny (w nowej wersji: Advanced) wygląda dość odmiennie. Przy mojej próbie starsza wersja brzmiała bardziej ostro i chropowato, nowa - podobnie jak przy porównaniu Jun-6 z TAL-U-NO-LX - bardziej miękko, jakby miała więcej harmonicznych.

Myślę, że nie ma co tu się doszukiwać jakichś teorii spiskowych - zamiast jednego instrumentu mamy dwa, różniące się charakterem brzmienia. Nic, tylko się cieszyć!

Emulator II

Następny w kolejności był Emulator II. To zasadniczo bardzo ciekawy instrument - niektóre brzmienia są bardzo przyjemne i frapujące, jednak kompletnie brakuje mi chęci eksperymentowania z nim. Przesłuchać presety - i owszem, ale już dłubać w ustawieniach innych niż efekty? Może to przez to, że nie przepadam za samplerami, a Emulator w sumie tym właśnie jest. Tak czy owak, znalazłem w nim parę ciekawych brzmień, na które może i miałbym jakiś pomysł w przyszłości, jednak teraz - nie, na pewno nie wypadł tak intrygująco, jak choćby Synthi przy okazji debiutu V Collection 7. Dla mnie osobiście najsłabszy w całym zestawieniu - co oczywiście nie znaczy, że jest słaby.

OB-Xa

I tu mam poważny dylemat, bo o tym instrumencie rozmyślałem od chwili jego premiery. Gdyby nie zaporowa cena, przewyższająca nawet super-drogą Divę od u-he, pewnie we wakacje bym się złamał i sobie go sprawił. Jednak ostatecznie tak się nie stało, za to Arturia włączyła go w skład V Collection 8. Przyglądałem mu się jeszcze w AnalogLabie i przyznam, że troszkę mój zapał ostygł. Teraz, mając możliwość testowania pełnej wersji, sam już nie wiem. To bardzo rzetelnie zrealizowana emulacja, co do tego nie ma wątpliwości. Jedyna z testowanych przeze mnie, która brzmiąca tak mile dla mojego ucha. A jednocześnie, kiedy już mogę pokręcić wszystkim gałkami, brak mi zapału do wykręcania własnych barw.

Przesłuchałem tradycyjnie wszystkie firmowe presety i wiele z nich jest świetnych, jak np. Brighten Up , Come Together, Amorphous Transparence czy Deep Organic Mood. Nagrałem sobie nawet kilka fajnych motywów za pomocą OB-Xa i być może coś z tego wyjdzie - w końcu album Encounters jeszcze nie ma gotowych wszystkich utworów. Jednocześnie jednak czuję wielki niedosyt, bo w ogóle nie ciągnie mnie do budowania własnych barw, co jest dziwne, jako że w Jun-6 od razu sobie parę ciekawych "wykręciłem". Być może to filozofia syntezatorów Rolanda lepiej mi pasuje? Nie mam pojęcia - coś w tym jednak musi być, bo przecież OB-Xa potrafi brzmieć rewelacyjnie. Zobaczymy, może się jeszcze przełamię.

Ogólne uwagi do całości

W teście AnalogLab V zauważyłem zmianę w mechanizmie wyboru presetów i instrumentów. Rzecz jasna, zmiana ta dotknęła także V Collection, jednak obecnie dużo łatwiej jest mi się z nią "pogodzić", bo po prostu już przywykłem do AnalogLaba V. Powiem więcej, obecny sposób wydaje mi się dużo łatwiejszy i prostszy.

Łatwiej jest także z dostępem do zaawansowanych ustawień instrumentów. Do tej pory trzeba było wiedzieć, w które miejsce interfejsu użytkownika trzeba kliknąć - ustawienia pojawiały się po "dotknięciu" tylnej ścianki czy wyświetlacza. Teraz jest to normalny przycisk Advanced - może mniej "romantycznie", za to praktyczniej.

Nie zauważyłem też żadnych problemów we współpracy z moim KeyLabem 61, ale w zasadzie zdziwiłbym się, gdyby akurat tutaj coś "zgrzytało". To po prostu MUSI działać.

Podsumowując test pełnych wersji instrumentów muszę przyznać, że w tej postaci pakiet jest dużo bardziej kuszący. Zwłaszcza Vocoder, Stage-73 V2 i Jun-6 przypadły mi do gustu, ale i Jup-8 oraz OB-Xa chętnie bym przygarnął. Najmniej podoba mi się Emulator II, ale wcale nie dlatego, że to zły instrument, tylko nie pasuje do moich obecnych gustów - po prostu nie mam na niego żadnego pomysłu.

Tym niemniej nadal uważam, że 299 euro dla posiadaczy V Collection 7 to cena odrobinę zbyt wysoka i mam nadzieję, że niedługo pojawi się taka opcja, jaka była dostępna dla "siódemki" - czyli możliwość zakupu w niższej cenie i w ratach. Wprawdzie obecnie mogę sobie zaktualizować Jup-8 oraz Stage-73 V2 w cenie 29 euro każdy, ale bardziej zależałoby mi na Vocoderze i Jun-6, więc muszę uzbroić się w cierpliwość, a na razie korzystać ile wlezie z tymczasowej licencji od Arturii - której notabene dziękuję za umożliwienie przeprowadzenia tego testu.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

MDrummer - jak zachować ścieżkę perkusyjną

Melda MDrummer jest świetną maszyną perkusyjną, nie mam co do tego wątpliwości. Bogata biblioteka brzmień oraz - co nie mniej ważne - rytmów to nie lada gratka. Jedyny problem polega na korzystaniu z tego bogactwa, albowiem MDrummera można używać na trzy sposoby: jak zwykły instrument (wówczas po prostu transmitujemy na kanale 10 MIDI poszczególne nutki, a MDrummer je odtwarza), wysyłając specjalne sygnały sterujące oraz tworząc kompletną ścieżkę perkusyjną wewnątrz instrumentu. Każdy sposób ma swoje wady i zalety, jednak jak dla mnie, najwygodniejszy jest tryb drugi, zwłaszcza podczas korzystania z wbudowanych rytmów. Wystarczy wówczas wysyłać do MDrummera sygnały w rodzaju: teraz intro, teraz zwrotka, teraz "przejście" itp., a instrument "gra sam". Sposób ten jest jednak najbardziej kłopotliwy, jeśli chodzi o zachowanie ścieżki perkusyjnej w uniwersalnym formacie.

Uniwersalne bębny

MDrummer stara się trzymać standardu General MIDI, jeśli chodzi o przypisanie poszczególnych brzmień do nut. Jest to zaleta, bo przygotowaną z jego udziałem ścieżkę można od biedy odtworzyć także na innym instrumencie perkusyjnym (np. Shreddage Drums) - standardowe brzmienia w rodzaju stopy, werbla, tomów będą się zgadzały. Dla mnie jest to bardzo ważne, bo już nie raz się przekonałem, że lepiej mieć zapisane dane MIDI niż polegać na tym, co zapamiętał instrument. W razie awarii czy nieobecności MDrummera nie stracę w ten sposób całej ścieżki perkusyjnej - będę mógł podpiąć do niej dowolny inny instrument perkusyjny, a jeśli nawet jakieś brzmienie nie będzie pasowało, to sobie je przemapuję. Kłopot w tym, że mając na ścieżce perkusyjnej tylko komendy sterujące lub zgoła nic (jeśli perkusję ustawię wyłącznie w środku MDrummera), niczego nie ocalę. Po zakończonej pracy warto by więc przygotować zwykłą ścieżkę MIDI z zapisem "nuta po nucie".

Tryb Song, w którym wszystko układa się wewnątrz MDrummera, ma odpowiednią funkcję, dzięki której po prostu można przeciągnąć stworzoną ścieżkę perkusyjną do DAW i gotowe. Niestety, tryb komend MIDI czegoś takiego nie posiada i prawdę mówiąc, początkowo nie bardzo nawet wiadomo, jak to uratować. Odkryłem jednak sposób i choć jest troszkę czasochłonny, to jednak prosty i działa.

Odtwarzamy i nagrywamy

Sposób zasadza się na tym, że - jak wyczytałem w instrukcji - MDrummer transmituje odtwarzane dźwięki także jako komunikaty MIDI. Co więcej, może to robić na osobnych kanałach MIDI, jednak do naszych celów wystarczy pojedynczy kanał. Sytuacja startowa jest zatem taka: mamy kanał z MDrummerem, ścieżkę perkusyjną przygotowaną za pomocą komend MIDI i chcemy zamienić to na pełny zapis nutowy, żeby np. móc wykorzystać AbbeyRoad Modern Drummer.

W programie DAW (tutaj: Studio One) ustawiamy kanał wyjściowy MDrummera na 10:

Analogicznie, dla AbbeyRoad Modern Drummer ustawiamy wejście na MDrummera, kanał 10:

W tym momencie rozpoczęcie odtwarzania powinno spowodować odgrywanie perkusji zarówno przez MDrummera, jak i przez AbbeyRoad Modern Drummer - o to chodziło! Wystarczy zatem uzbroić tę ostatnią ścieżkę do nagrywania, przewinąć utwór do początku i... nagrać. Nuty wyzwolone przez komendy w MDrummerze powędrują posłusznie kanałem 10 do AbbeyRoad Moder Drummera i zostaną nagrane na jego ścieżce. Po zakończeniu nagrania można zmutować MDrummera i posłuchać całości już z innej maszyny perkusyjnej.

Tempo podczas nagrywania można chwilowo nieco zwiększyć, jednak radzę nie przesadzać, bo mogą pojawić się przekłamania, związane prawdopodobnie z kompensacją latencji MIDI i nuty w kolejnych taktach mogą być odtwarzane nie "w punkt".

W programie Cubase jest jeszcze prościej, bo nic nie ustawiając na ścieżce MDrummera, wystarczy tylko na ścieżce AbberyRoad Modern Drummer ustawić wejście na wyjście z MDrummera i już można nagrywać:

Co za lamer

No cóż, sposób rzeczywiście jawi się jako wyjątkowo lamerski, ale ostatecznie w razie czego wolę być lamerem z zachowanymi ścieżkami perkusyjnymi niż profesjonalistą z bezużytecznymi komendami MIDI. Jak dla mnie wszystko działa, a nie potrafię sobie wyobrazić, jak inaczej można by skonwertować zapis w postaci komend jako nuty MIDI - chyba że MDrummer miałby jakiś wewnętrzny bufor, który można by zapełnić odtwarzanymi nutami i przenieść potem do DAW tak jak w trybie Song.

niedziela, 10 stycznia 2021

Praca na wyjeździe

Siostra Be postanowiła wykorzystać moment, gdy będę w pobliżu i nakręciła wywiad ze stRingiem i ze mną. Mając chwilkę, chciałem dołożyć małą cegiełkę i przygotować czołówkę do tego filmu, a oprócz efektów dźwiękowych zawrzeć tam też coś w rodzaju jingle'a. No, ale żeby zrobić jingle'a od podstaw, potrzebny był mi jakiś program muzyczny.

Spośród posiadanych DAWów musiałem wybrać jeden, który da się po prostu pobrać i zainstalować. Najszybciej poszłoby z Reaperem, tyle że on nie ma wbudowanych żadnych instrumentów wirtualnych (o ile mi wiadomo). Mógłbym wprawdzie ściągnąć choćby Divę czy Thorna, ale chciałem mieć od razu środowisko gotowe do pracy.

Wcześniej w takich sytuacjach pobierałem po prostu FL Studio, które ma w sobie całkiem sporo bardzo dobrej jakości syntezatorów i wydaje się idealne do takiego właśnie wykorzystania, jednak z niewiadomych przyczyn nie mogłem wejść na stronę Image Line - być może były jakieś chwilowe problemy z serwerem albo z domową siecią, która została poprzedniego dnia przestawiona z radia na światłowód (zazdroszczę!). Tak czy inaczej, strona nie chciała się załadować, więc na placu boju zostały trzy DAWy - Studio One, Cubase i Bitwig. Bitwiga dawno nie używałem, więc dałem sobie z nim spokój, zaś Cubase wyeliminował się sam - nie miałem przy sobie klucza USB, bez którego nawet bym nie uruchomił programu.

Pozostało zatem pobrać Studio One i powiem Wam, że obyło się bez żadnych problemów, czemu aż sam się dziwiłem. Uruchomiłem instalator, aktywowałem kopię (wystarczyło zalogować się na konto PreSonusa), potem jeszcze pobrałem wszystkie pakiety i już. Na światłowodzie trwało to wszystko bardzo krótko - zresztą w trakcie pobierania dodatkowych komponentów mogłem już przygotowywać jingle'a.

W sumie piszę to wszystko tylko po to, by pokazać, że czasem trzeba pracować w dość nietypowych warunkach i warto brać to pod uwagę, wybierając odpowiedni program DAW czy wtyczki. Sprzętowe zabezpiecznia, choć wygodne w normalnej pracy, kompletnie nie sprawdzają się, gdy trzeba program szybko i nieoczekiwanie zainstalować nie na swojej maszynie. Gdybym miał przygotować jakąś bogatą aranżację, musiałbym się też obyć bez tych wszystkich wtyczek, które wymagają kluczy iLok czy eLicenser (np. AIR, Vienna Symphonic Library czy Soothe i całe pakiety od SONiVOX i iZotope)...

Ostatecznie wszystko się powiodło i jingle powstał - a Studio One zarobiło kolejny punkcik w moim prywatnym rankingu.

A dla zainteresowanych sam wywiad:

wtorek, 5 stycznia 2021

[Cubase] Stare wersje Cubase wyłączone

No i stało się. Steinberg usunął możliwość pobrania Cubase w wersji starszej niż 9.5. Przekonałem się o tym dzisiaj, kiedy próbowałem znaleźć sposób na zainstalowanie wersji 7, aby jeszcze raz wyeksportować z niej utwór "Neptunus", nagrany cztery lata temu z wykorzystaniem 32-bitowych instrumentów, których obecnie nie można używać w 64-bitowym Cubase. Po uruchomieniu Steinberg Download Assistant zobaczyłem to:

Jak widać, lista kończy się na wersji 9.5 i nie sposób zdobyć stąd instalatora wersji starszych. Poszukałem jeszcze na stronie Steinberga i udało mi się znaleźć możliwość pobrania wersji 8.5. Zadałem jeszcze odpowiednie pytanie na dwóch cubase'owych grupach i dość szybko dostałem odpowiedź, że tak, Steinberg wycofał jakiekolwiek wsparcie dla wersji starszych, zaś uczynni koledzy z grupy znaleźli zapomnianą podstronę z możliwością pobrania obrazu ISO wersji 7:

Niby więc zostałem uratowany w tej konkretnej sytuacji, jednak martwi mnie to, że Steinberg definitywnie odciął swoich użytkowników od możliwości zainstalowania jakiejkolwiek wersji z obsługą 32-bitowych wtyczek. Zgadza się, że jest to pewnie nisza, ale chyba nie mniejsza niż posiadacze projektów zapisanych w plikach all - a jednak dla tych ostatnich ciągle istnieje możliwość pobrania Cubase SX...

Cóż zrobić... Pobrałem, zainstalowałem (co zabawne, mam teraz cztery wersje Cubase, zainstalowane równolegle: SX, 7, 10.5 i 11) i ostatecznie rozprawię się ze starymi projektami, żeby uniknąć zgrzytania zębami w przyszłości. Ale z lekkim niepokojem patrzę na moje obecne archiwum utworów - za ile lat będę musiał to wszystko konwertować do jakiegoś nowego formatu, który sobie Steinberg w międzyczasie wymyśli?...

poniedziałek, 4 stycznia 2021

Setki wtyczek

Robiłem w sierpniu ubiegłego roku wielką czystkę wśród wtyczek VST, bo liczba ich przekroczyła 500. Przez jakiś czas było dobrze, a tu znów patrzę - 430 przekroczone. Skąd te wielkie liczby i czego mogę się pozbyć? Trochę przeczyściłem listę, schodząc do 360 wtyczek, ale czy to nie jest nadal zbyt dużo?

Wydawałoby się, że 300-400 wtyczek to liczba zawrotna, bo w końcu ilu wtyczek używa się na co dzień? Dwudziestu? Pięćdziesięciu? Postanowiłem przejrzeć cierpliwie wszystkie wykrywane przez DAW wtyczki i ocenić, czy faktycznie ich potrzebuję.

Wydawało mi się, że mniej będzie wtyczek efektowych i to od nich zacząłem sprawdzanie. No i szybko wyszło szydło z worka - samych producentów wtyczek na liście znalazło się 40 pozycji, a co zajrzałem do folderu producenta, to znajdowałem tam wtyczki przydatne w różnych okolicznościach. Zwykle zresztą w folderze producenta tkwiła nie jedna, ale wiele wtyczek, np. dla FabFilter jest to 9 wtyczek, ale dla iZotope już liczba 29, zaś dla Meldy - 34! I tak grosik do grosika, okazało się szybko, że ponad 220 wtyczek to właśnie wtyczki efektowe. Co gorsza, nie bardzo jest się czego tutaj pozbyć, bo wprawdzie nie używam wszystkiego przy każdym projekcie, ale miło jest mieć świadomość, że np. w razie czego będę mógł usunąć z jakiegoś sampla szum albo wykorzystać nietypowy delay do ożywienia jakiejś niemrawej barwy. Poza tym w paru (nastu) wypadkach działa chęć zgodności wstecz - na przykład obecnie FabFilter Pro-R praktycznie zastąpił mi Valhallę Room, jednak dziesiątki wcześniejszych utworów korzystają właśnie z niego.

Podobnie skończyło się sprawdzanie wtyczek instrumentalnych - co ciekawe, producentów też była czterdziestka (choć oczywiście inna niż ta wyżej). Zdecydowanym liderem liczności wtyczek okazała się Arturia (30 pozycji na liście), ale i u-he ze swoją dziesiątką nie ma się czego wstydzić. Faktycznych instrumentów mam więcej niż 140, wynikające z arytmetyki (360-220), bo np. wszystkie instrumenty dla Kontakta, UVI Workstation, EastWest Play czy Vienna Instruments nie są tutaj wyliczone (nie są wtyczkami VST). Większość zainstalowanych instrumentów używam (!) - nie w każdym projekcie wszystkie, oczywiście, ale na tyle często, że żal wyrzucać. Część została ze względu na wspominaną wsteczną zgodność - np. Output Arcade, Christopher Gill Equinoxe czy XILS-lab Stix.

A co przybyło przez te pół roku? Parę wtyczek pomiarowych (m. in. Youlean Loudness Meter 2), parę instrumentów (m. in. Melda MDrummer), a że każdą wtyczkę efektową staram się instalować zarówno w wersji VST2.4, jak i VST3, to robi się już mały tłok. Nawiasem mówiąc, VST3 (które preferuję), nie zawsze dobrze działa w programie Acon Acoustica, którego używam nadal do wstępnej obróbki plików dźwiękowych, a tam wtyczek efektowych używam nader często - stąd konieczność posiadania także wersji VST2.4.

Uf, mimo zdecydowanie spowolnionego przyrostu nowych wtyczek w ostatnich latach, mam nieodparte wrażenie, że niedługo jednak przekroczę liczbę 400 i już nie będę potrafił wrócić do niższych wartości...

piątek, 1 stycznia 2021

Cubase 11 Pro vs Studio One 5.1 Pro

Starcie zawodników wagi ciężkiej

Dzisiaj trochę nietypowo i może prowokacyjnie - bo takie właśnie zwykle są "pojedynki". Jestem wieloletnim użytkownikiem obu programów, a choć teoretycznie więcej doświadczenia mam z Cubase, to tak naprawdę świadomie zacząłem go używać dopiero podczas prac nad albumem Flashback w 2018 roku. I to głównie dlatego, że równolegle uczyłem się obsługi Studio One - w obu programach widać bowiem bardzo duże podobieństwa.

Jaki jest w ogóle sens tego porównania? Ano tylko i wyłącznie taki, żeby się przekonać, co w mojej praktyce muzycznej się sprawdza lepiej tu czy tam. Nie będzie to więc super-obiektywny przegląd, uwzględniający nawet te najbardziej zaawansowane funkcje (jak np. potrójna konsola w Cubase), ale mimo to myślę, że lektura może dostarczyć ciekawych wrażeń.

Instalacja i uruchamianie

Nie od dziś wiadomo, że nie jestem zwolennikiem zaawansowanych zabezpieczeń, z których zwykle jest więcej szkody niż pożytku. Steinberg od dziesięcioleci (!) stosuje klucz sprzętowy, niegdyś wpinany w złącze drukarki, od wersji 2 lub 3 działający z USB (tzn. na pewno już wersja 3SE miała klucz USB, bo to pierwsza, jaką kupiłem). Trzeba zatem zainstalować specjalny sterownik (eLicenser), a dopiero z nim i zarejestrowaną na kluczu licencją można uruchomić Cubase'a Pro. Nie masz klucza USB albo sterowników do niego? No to nie popracujesz.

eLicenser - bez niego nie popracujesz w Cubase


PreSonus
wybrał prostsze rozwiązanie - po prostu logujesz się do Studio One na swoje presonusowe konto, wpisujesz numer seryjny i już. Jeśli komputer nie ma połączenia z internetem, to na innym komputerze logujesz się do presonusowego konta, generujesz tam pliczek licencyjny, po czym wgrywasz do komputera bez internetu. Co ważne, przy pracy nie musisz być podłączony do internetu, a Studio One (raz aktywowane) będzie się uruchamiać i bez tego.

Samo uruchamianie wygląda podobnie: splash screen (Cubase) albo coś w rodzaju konsoli (Studio One), a potem ekran wyboru/tworzenia projektu (połączony z wyświetlaniem jakichś marketingowych nowości. Osobiście wygodniej korzysta mi się z kreatora Studio One, bo po pierwsze ma filtrowanie już używanych projektów (łatwiej je znaleźć), a po drugie automatycznie tworzy plik projektu (w Cubase plik projektu tworzy się dopiero przy zapisie, kreator za to tworzy katalog dla projektu).

Panel tworzenia lub otwierania projektu w Cubase
Panel tworzenia lub otwierania projektu w Studio One

W obu przypadkach można skorzystać z przygotowanych wcześniej (albo firmowych) szablonów, dzięki czemu unikniemy nudnych, powtarzalnych czynności, jak np. utworzenie wszystkich sekcji orkiestry.

Dam tutaj dwa punkty Studio One, Cubase bez punktu. 0:2.

Interfejs użytkownika

O, to już wyższa szkoła abstrakcji. Szczerze mówiąc, to chyba wyłącznie kwestia gustu, bo niewiele jest tutaj faktycznie użytkowych różnic. Cubase ma wprawdzie swoje trzy konsole miksujące, ale Studio One ma "sceny" (obie rzeczy służą do trochę czegoś innego, chodzi bardziej o zaznaczenie różnicy). Studio One ma jeden mikser, który może być "przyczepiony" do głównego okna lub "pływający" i przeniesiony na dodatkowy ekran. Cubase ma dodatkowy mały mikserek wbudowany w główne okno oraz trzy "duże" miksery w osobnych oknach (i te różnią się funkcjonalnie od tego małego "mikserka", choćby ilością miejsca prezentowanie wszystkich danych).

I w Cubase, i w Studio One jest kolorowanie ścieżek oraz kanałów miksera, można dodawać notatki czy nazywać dowolnie poszczególne elementy. W obu przypadkach są pewne problemy z doborem kolorów, bo w Cubase paleta jest połączona z aktualnym projektem (i trzeba ją sobie zdefiniować), w Studio One za to jest ona stała i nierozszerzalna (póki co).

Edytor MIDI w Studio One miał do niedawna przewagę w postaci edycji parametrów CC krzywymi, jednak Cubase 11 wprowadził ten wygodny mechanizm i zniwelował różnicę, dając dodatkowo kontrolę skali, czego z kolei nie ma Studio One. Za to Key Switches, służące do zmian artykulacji w Studio One, są dużo wygodniejsze, czytelniejsze i bardziej niezawodne niż Expression Maps w Cubase. Oba programy mają dodatkowo specjalne edytory dla patternów perkusyjnych.

Asystent skali w Cubase
KeySwitches w Studio One

Co ciekawe, bardzo dużo funkcji posiada zbliżone lub identyczne skróty klawiaturowe (np. 1 - narzędzie zaznaczania, 3 - cięcie, G - klejenie, D lub Ctrl+D - duplikowanie) i wiele rzeczy robi się bardzo podobnie (np. usuwanie nutek w piano-roll podwójnym kliknięciem, powielanie za pomocą przeciągania z wciśniętym klawiszem Alt). Naprawdę wiele razy dochodziło do sytuacji, gdy ucząc się Studio One odkrywałem jakąś funkcję, która - jak się okazywało - działała identycznie w Cubase (i odwrotnie, kiedy studiowałem kurs Cubase'a ze strony Musoneo, wiele rzeczy tam poznanych mogłem wykorzystać także w Studio One). Podejrzewam, że duża w tym zasługa pochodzenia Studio One, które napisali byli pracownicy Steinberga.

Jeśli chodzi o ocenę, dałbym tu po jednym punkcie obu konkurentom - czasem coś jest lepiej po jednej, a czasem po drugiej stronie (np. asystent skal w Cubase równoważy się z KeySwitches w Studio One). Chociaż nie, dam dodatkowy punkt dla Studio One za detekcję akordów w materiale audio oraz wygodną ścieżkę akordową. Czyli 1:4.

Narzędzia

I znów natykam się na wyrównany pojedynek: Cubase ma VariAudio, a PreSonus dodaje Melodyne 5. W obu jest zaimplementowany protokół ARA2, więc da się skorzystać np. z Revoice Pro. W obu zaimplementowano prosty (?) sampler - Cubase ma SamplerTrack, Studio One - troszkę bardziej rozbudowany SampleOne:

SamplerTrack w Cubase
SampleOne w Studio One

Obie aplikacje dostarczają też pewną grupę instrumentów: syntezatory czy maszynę perkusyjną (przy czym instrumenty od Steinberga: Retrologue, HALion Sonic SE i Padshop są instrumentami VST, dostępnymi też w innych DAW!).

Dostępne są ponadto pokładowe efekty w rodzaju pogłosu, chorusa, kompresora, limitera itp. (PreSonus dorzucił Ampire, świetne narzędzie dla gitarzystów!), oba też zostały wyposażone w bardzo dobre mierniki (chociaż przyznam, że cubase'owy SuperVision to jest COŚ!). W zasadzie oba DAWy w omawianych wersjach Pro nadają się do pracy zaraz po zainstalowaniu i nie potrzeba nic więcej posiadać, zwłaszcza jeśli preferujemy nowoczesne style muzyczne.

Ampire - naprawdę fajny efekt w Studio One
Rewelacyjny miernik SuperVision w Cubase

W obu aplikacjach znajdziemy też możliwość przygotowania partytur - w Studio One funkcja ta pojawiła się dopiero w wersji 5 i jest jeszcze ciągle w powijakach, ale jeśli PreSonus będzie nadal ją rozwijał w takim tempie, jak między wersją 5.0 i 5.1, to w przyszłym roku może to być już całkiem wygodne i przydatne rozwiązanie.

Cubase'a należy jeszcze w tym miejscu pochwalić za ControlRoom - do czegoś takiego PreSonus się pewnie dopiero nieśmiało przymierza.

Jeśli chodzi o ocenę, daję tu aż cztery punkty dla Cubase: za SuperVision, za ControlRoom, za syntezatory w formacie VST i za edytor nutowy; Studio One otrzymuje punkt za świetne Ampire. 4:5.

Stosunek do klienta

Tutaj, niestety, nie mogę pochwalić żadnego z producentów. Wprawdzie ostatnio PreSonus jakby mocniej wsłuchał się w głosy społeczności (w końcu wersja 5.1 doczekała się po wielu latach nagrywania retrospektywnego), jednak nadal w przypadku zgłaszania błędów - na przykład problemów z Omnisphere - nawet nie chce im się sprawdzić dumpów, logów czy czegokolwiek, z góry zakładając winę autorów wirtualnych instrumentów. Steinberg ma za to swoich klientów w głębokim poważaniu, a przynajmniej takie można odnieść wrażenie patrząc na nieustępliwość w kwestii klucza USB, rzadkich aktualizacji z poprawkami czy drogich aktualizacji z wersji na wersję, gdzie płaci się nawet za przejście z wersji 10 na 10.5 (a jak się nie zapłaci, to aktualizacja o "całe oczko" jest jeszcze droższa). Być może wynika to z pewności, że użytkownicy nie odejdą, bo używając Cubase'a od trzydziestu lat, mają takie pokłady archiwalnych projektów, że po prostu muszą zostać (sam poniekąd należę do takiej grupy).

Pozostaje nie przyznawać w tej kategorii punktów, zatem wynik bez zmian, 4:5.

Podsumowanie

Zdecydowanego zwycięzcy nie ma, bo i być nie mogło. Są to tak zbliżone funkcjonalnie programy, że o wyborze jednego z nich będą decydować pojedyncze rzeczy: np. efekty dla gitarzystów (z całym szacunkiem dla VST Amp Rack, Ampire wciąga go jedną dziurką od nosa) czy VariAudio (jak dla mnie wygodniejsze w użyciu od Melodyne). Nowi użytkownicy powinni zatem zdefiniować swoje oczekiwania i wówczas rozstrzygnąć, który z programów spełnia je lepiej. Bo bez wymagań - oba są jednakowo dobre.

I nadal nie wiem, którego używać. Używam więc obu na zmianę.