piątek, 30 października 2020

[T] Vienna Symphonic Library - Cor Anglais

Dzięki uprzejmości firmy Vienna Symphonic Library mam oto możliwość przetestowania w praktyce jednego z jej wirtualnych instrumentów, czyli poszukiwanego przeze mnie od dawna rożka angielskiego. Dlaczego akurat ten instrument? Już wyjaśniam.

Odkąd zacząłem się trochę na poważniej zajmować brzmieniami wirtualnych orkiestr (czyli od mniej więcej marca tego roku), zafascynowało mnie brzmienie oboju. A właściwie, jak się wkrótce okazało, chodziło o bliskiego kuzyna oboju, czyli rożek angielski. Niestety! Jako że obecnie często w orkiestrach jest on zastępowany przez obój właśnie, także w bibliotekach orkiestrowych trudno jest go znaleźć. Do tej pory miałem tylko dwa źródła, czyli Hollywood Orchestra (ale to brzmienie nie przypadło mi do gustu) oraz SWAM Double Reeds, który jest dość specyficzny i nie zawsze mi pasuje. Moja ukochana BBC Symphonic Orchestra zawiera ten instrument dopiero w wersji Pro, Nucleus zaś i Berlin Inspire 1 nie mają go w ogóle.

Rożek angielski od VSL występuje w dwóch podstawowych wersjach: wiedeńskiej i francuskiej. Jako że testowałem je obie, poniżej znajdziecie kilka słów na temat różnic i podobieństw.

Trudne początki z VSL

Z bibliotekami Vienna Symphonic Library nie miałem jeszcze styczności osobiście. Oczywiście, czytałem o nich, oglądałem różne filmy prezentacyjne i tak dalej, ale nie dane mi było do tej pory zainstalować żadnej z nich. I może dobrze, bo nie jest to procedura prosta i troszkę nerwów można stracić. Po pierwsze, naczekałem się na numery seryjne, które miały przyjść "niezwłocznie", a przyszły dopiero po wielu godzinach oczekiwania. No, ale to jest jeszcze nic.

W e-mailu od producenta otrzymałem dwa kody aktywacyjne, które trzeba wpisać do e-Licensera i tamże pobrać odpowiednie licencje. Trochę czasu ma tym straciłem, bo oczywiście e-Licenser zażądał instalacji nowej wersji, co zabrało dłuższą chwilę. Potem jeszcze musiałem poczekać na zakończenie polecenia Maintenance, bo wszystkie inne polecenia miałem nieaktywne. W końcu licencje się pobrały. Żeby nie tracić czasu, równolegle ściągałem specjalną aplikację do... pobierania, czyli Vienna Download Managera. I znów pomysłowość twórców do utrudniania życia użytkownikowi dała znać o sobie. Aplikacja ta przy próbie pobrania czegokolwiek poprosiła mnie o... wskazanie pliku. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, więc doczytałem e-maila, po czym wszedłem na moje konto na stronie producenta. Tam zobaczyłem obiecujące linki do konkretnych bibliotek. Pobrały się podejrzanie szybko - rzut oka na rozmiar i konsternacja. Każdy z plików miał 50kB - czyli to nie sample. No i okazało się, że to są specjalne pliki "znacznikowe" i to je właśnie trzeba wskazać aplikacji pobierającej, która odczytawszy z ich dane zaczęła pobierać faktyczne biblioteki (każda z nich to ok. 2,5GB).

Kiedy biblioteki powolutku się ściągały, pobrałem jeszcze pakiet oprogramowania Vienna Instruments. Instalacja przebiegła prawie bez zgrzytów - jedynie Windows zaraportował, że instalator jest podejrzany i on odradza uruchamianie go. Hm...

Gdy nareszcie biblioteki były już na dysku, trzeba było je jeszcze zainstalować w miejscu docelowym. Uf... Myślę, że Vienna Symphonic Library mogłoby się wiele nauczyć od innych producentów w kwestii niekomplikowania rzeczy prostych... Ale to jeszcze nie było koniec!

Vienna Instruments

Uruchomiłem Studio One i zdziwiłem się - program odnalazł nowy produkt VSL i... wyświetlił jego splashscreena, na którym przez pięć minut trwało SKANOWANIE VST (?!)

W końcu DAW się uruchomił, a ja szybko odszukałem VSL na liście wtyczek VST. Beztrosko dodałem ścieżkę. I po chwili miałem na ekranie TO:

Okazuje się bowiem - czego akurat nie byłem świadomy - że VSL stworzyło specjalny system host/slave. Mówiąc najprościej: coś, co jest wtyczką VST, wcale nie jest instrumentem, a tylko "połączeniem". A łączy się z uruchamianym całkiem niezależnie od DAW programem Vienna Ensemble Service, który jest czymś w rodzaju "skrzynki" do uruchamiania VST. I dopiero tutaj można dodać Vienna Instruments z posiadanymi brzmieniami, a co ciekawe, można też dodać tu dowolne instrumenty VST (!). Czyli jest to rozwiązanie trochę podobne do podłączania osobnego DAWa w trybie "rewire". Innymi słowy mamy następujący łańcuch: DAW→VSL połączenie→VSL Ensemble Service→VSL Vienna Instruments→konkretny instrument (czyli w moim przypadku - rożek angielski). Szaleństwo.

Mam dziwne wrażenie, że budując rozwiązanie potężne i skalowalne, inżynierowie z Vienna Symphonic Library nieco zapomnieli o zwykłych użytkownikach. Bowiem wystarczyłoby dodać prosty player, umożliwiający wczytanie pojedynczego brzmienia i już życie byłoby prostsze. Jeśli ktoś potrzebuje rozbudowanej orkiestry, korzysta z Ensemble, uruchomionego choćby i na innym komputerze (da się tak!). Ale jeśli ktoś chce wzbogacić swoją kompozycję melodią graną pojedynczym brzmieniem z biblioteki VSL, mógłby po prostu uruchomić sobie Vienna Instruments jako zwykły instrument VST, załadować do niego brzmienie i tyle.

Co ciekawe, ostatnio VSL rezygnuje z Ensemble na rzecz Synchrona, nowego playera, który - nie zgadniecie - nie tworzy żadnych połączeń do dziwnych serwisów, tylko umożliwia po prostu załadowanie brzmienia i już...

UWAGA! Na końcu wpisu ważna uwaga na temat oprogramowania!

Może wreszcie trochę muzyki?

Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale chciałem rzecz opisać nieco dokładniej dla osób, które - tak jak ja - nie miały wcześniej do czynienia z wynalazkiem VSL, bo naprawdę można się zdziwić. No i droga do usłyszenia jakiegokolwiek dźwięku jest tu równie długa, co powyższy opis.

Koniec końców jednak załadowałem brzmienie rożka (najpierw jednego, potem drugiego) i zagrałem. I wrażenia mam mieszane.

Z jednej bowiem strony nie jest źle. Instrumenty brzmią rzetelnie, aczkolwiek bez jakiegoś specjalnego blasku i błysku. Być może dlatego, że są już dość wiekowe - ich korzenie sięgają do bodajże 2013 roku, więc jest to już 7 lat. Pochodzą z sesji nagraniowej, której głównym celem było zdobycie nagrań maksymalnie "suchych" i pozbawionych pogłosu, co w dużym stopniu przekłada się na taką sobie atrakcyjność brzmienia "prosto z pudełka". Podobnie zresztą jest także w przypadku brzmień SWAM. Po prostu w tym wypadku TRZEBA koniecznie zaaplikować jakiś pogłos.

Za to z pogłosem jest już całkiem przyjemnie. Powiem nawet, że inspirująco. Dźwięk nie jest aż tak przeszywający, jak w SWAM i zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu wariant francuski, który po prostu brzmi dla moich uszu tak, jak powinien brzmieć rożek angielski. Wariant wiedeński jest jakiś taki... no nie wiem, sztuczny? To nie do końca pasujące słowo, ale coś ze sztuczności jest w tym "wiedeńskim rożku".

Na razie nie nagrałem żadnego pełnego utworu z rożkiem w roli głównej, więc niczego tutaj nie zamieszczę, aczkolwiek jest "coś" w przygotowaniu, więc jak tylko okaże się to warte publikacji, zaktualizuję niniejszy wpis.

Polecam?

Na razie wstrzymam się z oceną. W wersji z Ensemble trudno jest mi polecić komukolwiek to dziwne rozwiązanie z połączeniem host/slave, bez możliwości wstawienia na ścieżkę po prostu instrumentu VST. Wyczytałem, że VSL sukcesywnie przerabia dotychczasowe biblioteki na nowy player Synchron - i taką wersję chętnie bym przygarnął, najlepiej w jakiejś korzystnej cenie. Obecnie wprawdzie cena za pojedyncze brzmienie nie jest specjalnie wygórowana, bo wynosi 40 dolarów, jednak umówmy się, jest to cena promocyjna typu "dwa w jednym", a regularna cena to 80 dolarów. Tu już bym się długo zastanawiał, a gdybym wydał te pieniądze i dostał coś takiego, jak rozwiązanie z Ensemble, to byłbym (chyba słusznie) nieco rozczarowany. Bo obsługa tego tworu skutecznie studzi zapał do pracy z utworem. Chętnie wierzę, że zaawansowani muzycy mogą sobie chwalić możliwość przeniesienia Ensemble'a na osobny, mocny i pojemny komputer, co odciąży jednostkę z programem DAW, jednak dla zwykłych użytkowników to po prostu niepotrzebna komplikacja. Co zresztą ludzie z VSL zauważyli, bo ostro promują Synchrona, chcąc nieco uszczknąć z tortu orkiestrowych bibliotek, na którym panoszy się Spitfire Audio, Orchestral Tools czy Audio Imperia. Nawiasem mówiąc mam wrażenie, że zarówno VSL, jak i EastWest te 8-10 lat temu za bardzo uwierzyły, że są potęgami i niepodzielnie królują na rynku. Przestały się rozwijać wierząc, że jakość brzmienia załatwia wszystko. Okazuje się jednak, że ich - może i zaawansowane, ale skomplikowane - rozwiązania nie mają dziś racji bytu, wyparte przez szybkie i nowoczesne instrumenty pokroju Nucleusa czy BBC SO, a i z jakością brzmienia nie jest już tak różowo...

No nic, włączę jeszcze DAW i pogram trochę na rożku.

UWAGA DO OPROGRAMOWANIA! Okazało się (po rozmowach na forum i na fanpage'u VSL), że nie trzeba korzystać z "Vienna Ensemble Service", ale należy o to zadbać jeszcze podczas instalacji oprogramowania. Otóż, jeśli odznaczy się wówczas moduł "Vienna Ensemble Service" (oczywiście domyślnie zaznaczony), dostępny w DAW instrument VST nie będzie już "konektorem", tylko po prostu instancją "Vienna Instruments", o co mi tak naprawdę chodziło. Czyli da się to zrobić prościej, ale trzeba wiedzieć, jak zainstalować oprogramowanie.

wtorek, 27 października 2020

[T] Orchestral Tools - Berlin Inspire 1

Wziąłem się ostatnio za testy bibliotek orkiestrowych i w sumie o każdej już pisałem, tylko nie o Berlin Inspire. To dziwne, bo przez długi czas była moją ulubioną biblioteką, przynajmniej aż do czasu nadejścia Nucleusa. Kupiłem ją, rozczarowany Hollywood Orchestra i bardzo zainspirowany poniższym filmem:

Ogromnie spodobało mi się brzmienie tej biblioteki i kiedy zacząłem przeglądać filmiki o niej, uderzyła mnie duża prostota korzystania z niej. To wystarczyło i zaskórniaki zmieniły właściciela.

Brzmienie i obsługa

Biblioteka brzmi bardzo dobrze, choć ma typową dla produktów z tej półki cenowej przypadłość, tzn. poszczególne sekcje są łączone. Nie ma np. pierwszych i drugich skrzypiec, są łącznie albo też w grupie nazwanej "pierwszy rząd", albo "smyczki wysokie". To samo z wiolonczelami i kontrabasami, które występują razem jako "smyczki niskie". Podobny podział obowiązuje także dla sekcji dętych drewnianych i blaszanych. Wszystko brzmi bardzo dobrze, tu się nie można przyczepić, ale czasem brak możliwości rozdzielenia sekcji przeszkadza.

Do tego mamy tu do dyspozycji instrumenty perkusyjne, jest nawet harfa i kilka instrumentów solo, aczkolwiek wiadomo, że możliwościami artykulacyjnymi nie umywają się do bibliotek wyspecjalizowanych. W ogóle artykulacji na ogół jest tyle, ile potrzeba, choć zależy do od wybranej barwy i czasem trzeba decydować się na kompromis: albo gorsza barwa i legato, albo lepsza i sustain.

Generalnie w Berlin Inspire bardzo przyjemnie szkicuje się utwór - wybieram brwę w rodzaju "wszystkie smyczki" albo wręcz "cała orkiestra" i gram sobie od razu wszystkie linie. Potem można to uporządkować i podzielić na poszczególne sekcje - ale główna część utworu jest już zrobiona, a co ważne, zagrana od razu "orkiestrowo" powoduje przypływ nowych pomysłów aranżacyjnych.

Obsługa jest banalnie prosta, barwy są podzielone czytelnie i raczej nikt nie będzie błądził, bo opisy są w miarę czytelne. Artykulacje zmienia się standardowo, koło modulacji i pedał ekspresji też działają normalnie, więc w zasadzie nie ma się do czego przyczepić. Biblioteka umieszczona na dysku SSD śmiga aż miło.

Czego brakuje?

Szczerze mówiąc, mnie brakowało "szybkich" brzmień, w niektórych miejscach dodatkowych artykulacji, no i bardziej drobiazgowego podziału na poszczególne sekcje. Nie jest to jednak wada biblioteki jako takiej - ona właśnie tak była projektowana. Jako narzędzie do szybkich szkiców, a nie pełnoprawna orkiestra do wielkich symfonii. Chociaż nie zrozumcie mnie źle - naprawdę da się tutaj nagrać świetne utwory, czego dowodem choćby filmik z początku wpisu.

Z dzisiejszego punktu widzenia nie brakuje mi tu niczego. Korzystam nadal od czasu do czasu, choć nie da się ukryć, że pałeczkę "szkicownika" przejął Nucleus, posiadający podobne możliwości, ale wyposażony dodatkowo w chór i "szybkie blachy", czyli bardzo fajnie brzmiące krótkie artykulacje sekcji dętych blaszanych.

Podsumowanie

Berlin Inspire jest jedną z tych "wtyczek", obok BBC Symphonic Orchestra, Omnisphere, Divy, efektów FabFilter czy pakietu V Collection, których zakupu nigdy nie żałowałem. W pełni spełniła swoje zadanie i nie dostarczyła rozczarowania, jakiego doświadczyłem przy Hollywood Orchestra. Myślę, że mimo alternatyw nadal będę ją wykorzystywał. Natomiast nie wiem, co wybrałbym mając do wyboru ją i Nucleusa - chyba jednak Nucleusa. Natomiast mając w świadomości, że w podobnym przedziale cenowym jest też BBC Symphonic Orchestra Core (szczególnie po odliczeniu 49 euro, jeśli wcześniej zdobędziemy za darmo Discover), zdecydowanie spośród tych trzech wybrałbym właśnie produkt SpitfireAudio. Ale jako szkicownik - jednak lepsze Berlin Inspire i Nucleus z uwagi na łączone sekcje.

Tak czy inaczej polecam gorąco!

sobota, 24 października 2020

Spitfire Audio - Abbey Road One

Spitfire Audio znowu to zrobiło. Wypuszcza kolejną bibliotekę orkiestrową, nagraną tym razem w studiach Abbey Road, czyli miejscu, gdzie była nagrywana muzyka m. in. do "Gwiezdnych wojen", "Władcy pierścieni" czy "Avengers: Endgame". Cytowanie tych tytułów to oczywiście chwyt marketingowy, mający potencjalnego nabywcę postawić w rzędzie z Williamsem, Shore'em czy Silvestrim, co znakomicie wzmoże chęć zakupu. Ale mnie chodzi o coś innego.

Już teraz trudno jest się potencjalnemu nabywcy rozeznać w tłoku orkiestrowym - w ogóle na rynku, ale w ofercie Spitfire'a już zupełnie. Konia z rzędem temu, kto zaczynając swoją przygodę i uzbierawszy te 400 euro na porządną bibliotekę będzie od razu wiedział, co wybrać. U brytyjskiego wydawcy mamy bowiem - biorąc pod uwagę same orkiestry! - następujące propozycje (niektóre są nieco droższe niż 400 euro, ale nie o to idzie):

  • Albion One
  • Abbey Road One
  • BBC Symphony Orchestra
  • Spitfire Studio Orchestra
  • Spitfire Studio Orchestra Professional
  • Spitfire Symphony Orchestra
  • London Contemporary Orchestra

Do tego taki Albion One czy BBC występują w paru wariantach, co zwiększa zamęt w głowie potencjalnego nabywcy.

Oprócz tych bibliotek mamy zatrzęsienie bibliotek specjalizowanych: sekcje dęte blaszane, drewniane, smyczki, perkusje, w wersjach zwykłych i profesjonalnych; jest cała seria produktów LABS oraz Originals...

Od przybytku głowa nie boli (podobno), jednak - mimo całej sympatii dla firmy Spitfire, bo ich produkty są świetnej jakości - coraz bardziej wydaje mi się, że to zamieszanie i brak klarowności jest producentowi na rękę. Sam miałem dylemat, kiedy pojawiła się biblioteka Originals Intimate Strings - dema i pokazy ukazywały ją jako spełnienie marzeń każdego wielbiciela nastrojowych, spokojnych smyczków, zwłaszcza w artykulacji flautando. Ale kiedy pierwszy zachwyt minął, zacząłem słuchać więcej prezentacji tej biblioteki, nagrywanych przez zwykłych użytkowników. No i okazało się, że poza drobnymi niuansami, niewiele bym zyskał w porównaniu do BBC Core. Niby 29 euro to nie majątek, ale...

No i teraz mamy Abbey Road. Z "kultową" akustyką studia przy Abbey Road. Oczywiście osoby szukające niuansów usłyszą, że dźwięk jest inny niż w bibliotekach Albion One (studio AIR Studios) czy BBC SO (studio Maida Vale Studios), ale też przecież inne są instrumenty i inny skład orkiestry. Zapewne inne omikrofonowanie, inna ekipa techniczna, co też ma przecież wpływ na brzmienie. Obejrzałem sobie prezentację Guya Michelmore'a (jak na niego nieprzesadnie entuzjastyczną) i pierwsze wrażenie mam takie, że Spitfire zauważyło, że na półce konkurującej z Nucleusem czy Berlin Inspire ma tylko starego Albiona One (nadal świetna biblioteka!), więc postanowił nagrać coś nowego. Mamy zatem bibliotekę "szkicową", jak to określam, czyli taką, gdzie nie mamy solowych instrumentów czy sekcji, za to mamy sekcje łączone: całą orkiestrę, wysokie smyczki, niskie smyczki i tak dalej, i tak dalej. Wszystko już w nowym playerze, nie w Kontakcie. Brzmienie rzeczywiście robi wrażenie, to przyznam bez wahania. Czy zastępuje Albion One? Trudno powiedzieć, bo nie korzystałem z żadnej z tych bibliotek.

Bardziej mnie interesuje, czy za chwilę (pół roku?) pojawi się Abbey Road Two z rozdzielonymi sekcjami, a potem jeszcze Abbey Road Three z instrumentami solowymi. Bardzo wątpię, żeby Spitfire nagrało tylko sekcje łączone. No i jestem ciekawy, jak wypozycjonują te nowe biblioteki - czy będą one miały zastąpić BBC SO albo Spitfire Symphony Orchestra? I jak wtedy wybrać - inwestycja w BBC Pro, czy jednak Abbey Road Two?

Przydałaby się jakaś pomoc w wyborze na stronie Spitfire Audio. Albo rzetelne informacje, że np. ta i ta biblioteka korzystają z tych samych brzmień (albo jedna wręcz zawiera się w innej, ale po prostu jest tania). Chodzi o jakąś mapę, żeby użytkownik widział, że np. zakup jakiejś biblioteki nie jest opłacalny, bo 70% brzmień jest identyczna jak w bibliotece już posiadanej. A w ogóle ideałem byłoby to, co zrobiła firma Vienna Symphonic Library - czyli pełna modularność i możliwość dokupienia do posiadanego zestawu tego, czego nam w nim brakuje. Żebym - chcąc mieć wreszcie porządny rożek angielski - nie musiał zbierać 300 euro na BBC Pro, tylko mógł sobie to brzmienie zakupić np. za 60 euro. I jeszcze miejsce bym zaoszczędził, i transfer przez internet...

Nie ma jednak co narzekać - Spitfire wydaje dużo, ale za to nie schodzi poniżej pewnego poziomu i jeśli już się w jakąś bibliotekę zainwestuje, to bez żalu.

środa, 21 października 2020

PreSonus Studio One 5.1 - ważna aktualizacja!

NARESZCIE! Czekałem, czekałem i się doczekałem! Oto w wersji 5.1 Studio One pojawia się nagrywanie retrospektywne! Ale zanim o tym, najpierw trochę ogólników. Wersja 5.1 została ogłoszona dzisiaj na presonusowym blogu, zaś pełna lista zmian dostępna jest na forum. Dobra, czas na szybką przebieżkę po tym, co mnie interesuje - bo oprócz tej wyczekiwanej funkcji są też inne.

Nagrywanie retrospektywne

O, nie mam zamiaru pisać tu któryś raz z rzędu, jak bardzo lubię tę funkcję i jak mi jej brakowało w Studio One. Po prostu cieszę się ogromnie, że jest i że działa. Nie jest może tak rozbudowana jak w Cubase, ale nie ma to znaczenia. Wystarczy, że mogę utrwalić to, co zagrałem, bez zbędnych ceregieli. Oczywiście, zapisywane są nie tylko wysokości i czasy trwania nut, ale wszelkie komunikaty (modulacja, after touch itd.), jednym słowem - rewelacja. W pewnym sensie skończyła się "era Cubase'a". W ostatnim czasie bowiem, gdy siadałem do DAW z zamiarem tworzenia muzyki (a nie tylko jej aranżowania), to uruchamiałem Cubase'a, właśnie ze względu na nagrywanie retrospektywne. Studio One stało się narzędziem do aranżowania czy tworzenia coverów, bo z kolei ma bardzo fajnie działającą detekcję akordów i tempa. Teraz Cubase straci swoją ewidentną przewagę - zobaczymy, czy coś pokaże w wersji 11-tej.

Filtry!

Jest to coś genialnego w swojej prostocie. Przy aranżacjach mających więcej niż 10-20 ścieżek na ekranie zaczyna się robić tłoczno. Główne okno trzeba przesuwać góra-dół, zaś mikser - prawo-lewo. Kolory i foldery trochę ratują sprawę, ale czasem chciałoby się mieć na ekranie tylko część ścieżek. Oczywiście, w dotychczasowej wersji można było sobie wyłączyć widoczność niektórych ścieżek, co na szczęście pozostawiono. Teraz jednak doszły filtry.

Zarówno dla ścieżek, jak i kanałów w mikserze przewidziano filtr - tekstowe pole, gdzie wpisujemy nazwę ścieżki lub kanału. I voila! - reszta ścieżek/kanałów po prostu znika, zostają tylko te pasujące do filtra. Jeśli odpowiednio ponazywamy ścieżki, to można w ten sposób zostawić całe grupy.

Dodatkowo jest też filtrowanie w oknie startowym, więc koniec z kłopotliwym wyszukiwaniem otwieranego kiedyś projektu - wystarczy wpisać jakąś frazę z jego nazwy i już:

Drukowanie nut

Tego wprawdzie nie wyczekiwałem, ale spodziewałem się. Już w opisie "piątki" zaznaczyłem, że funkcja nutowa bez możliwości drukowania/eksportu nie ma za bardzo sensu. No i okazało się, że mija miesiąc i edytor nutowy już te możliwości posiada. Można drukować, można eksportować do PDF (niestety, tylko jeśli zainstaluje się wirtualną drukarkę PDF), w dodatku nieco usprawniono edycję samych nut i całego "widoku nutowego". Jeśli ktoś lubi lub zwyczajnie potrzebuje papierowych nut, na pewno doceni pracę włożoną w ten element. Oczywiście, nadal istnieje integracja z innym produktem PreSonusa, czyli Notion, aczkolwiek nie testowałem tego, bo Notion nie posiadam.

Ułatwiacze

Oprócz tego, że można wyświetlić drugi pasek czasowy (i mieć jeden np. w sekundach, a drugi w taktach) pojawiła się także możliwość wyświetlenia pasków akordów, tonacji czy znaczników także w oknach narzędziowych. Np. jeśli używamy drugiego monitora, gdzie otwieramy przykładowo edytor MIDI (bardzo częste u mnie), to żeby się orientować w aranżacji czy podejrzeć linię akordów, trzeba było rzucać okiem na główne okno. Teraz można sobie wyświetlić taką ścieżkę w edytorze MIDI i po kłopocie. Naprawdę przydatna, choć przecież niewielka rzecz.

Falstart?

I tak, moim zdaniem, powinna się prezentować wersja 5 w czerwcu. Nie rozumiem, dlaczego PreSonus nie poczekał tych czterech miesięcy i nie doprowadził Studio One to obecnej postaci. Przecież to byłby hit: patrzcie, mamy edytor nutowy, zintegrowany z Notion, z możliwością druku i eksportu! Mamy nagrywanie retrospektywne! Mamy filtry ścieżek i kanałów! Mamy sceny w mikserze! Mamy tryb Show! Mamy drugi pasek czasowy! Mamy wyszukiwanie w oknie startowym (nareszcie!), mamy High DPI, mamy wiele ułatwień!... Szkoda, że nie poczekano, naprawdę.

Ale dobrze, że wersja 5.1 nie jest tylko pudrowaniem nosa - naprawdę wnosi sporo nowości. A za tę jedną ją uwielbiam! Czy dziwicie się, że już mam ją zainstalowaną?

wtorek, 13 października 2020

[Cubase] Kiedy skończy się era dongle'a?

Firma Steinberg zabezpiecza swoje produkty przed piratami za pomocą systemu e-Licenser, który w przypadku droższych produktów profesjonalnych wymaga także posiadania specjalnego klucza USB, stale podłączonego do komputera, na którym używamy tego oprogramowania. Jest to tzw. dongle, czyli sprzętowe zabezpieczenie, na którym wgrana jest licencja. Podstawowa zaleta dongle'a jest taka, że możemy go zabrać z sobą idąc np. do studia nagraniowego i jeśli jest tam Cubase, to podpinamy się i używamy jak własnego, bez wpisywania numerów seryjnych, logowania się do konta itp. Tyle teoria.

Dlaczego jestem "na nie"

Zabezpieczenie to jest ponoć bardzo skuteczne - tak przynajmniej twierdzi Steinberg, a popularność konkurencyjnego iLoka zdaje się to potwierdzać. Rzeczywiście piratom może być trudniej złamać takie zabezpieczenie, choć nie oznacza to, oczywiście, że nigdzie nie znajdziecie "skrakowanego" Cubase'a. Nie ma w tym nic dziwnego, bo co człowiek zabezpieczył, człowiek też odbezpieczyć może - naturalna kolej rzeczy, wszystko rozbija się wyłącznie o opłacalność całej operacji.

Mnie na ogół dongle nie wadzi, ALE...

Są dwie sytuacje, gdy wręcz gotuję się ze złości i kiedy to niewinny klucz USB staje się zmorą. Pierwsza z nich to aktualizacje. Pisałem o tym nie raz i nie dwa - chcę uruchomić Cubase'a, bo mam chwilę czasu i pomysł. Ale nie, DAW się nie uruchomi, za to wyświetli enigmatyczny komunikat błędu, który zwykle oznacza, że trzeba wejść na stronę Steinberga, pobrać najnowszą wersję e-Licensera, zainstalować ją i (czasem) zrestartować komputer. Dopiero potem można zasiadać do pracy.

Druga sprawa to praca na wyjeździe. Parę razy zdarzyło mi się, że wyjeżdżałem do rodziny, niezobowiązująco i bez planów muzycznej pracy. Na miejscu jednak się okazywało, że mam parę godzin, które mógłbym wykorzystać twórczo - ale dongle'a brak, więc z Cubase'a nici. Całe szczęście, że mam alternatywy w postaci Reapera (nigdy nie zawiódł w takiej sytuacji) czy Studio One (też z reguły działa bezproblemowo). Inaczej, jako dumny posiadacz licencji Pro, mógłbym co najwyżej pooglądać tutoriale na YouTube...

Zwolennicy mówią

Zwolennicy takiej formy zabezpieczenia oprogramowania podkreślają, jak bardzo jest ono skuteczne. Podobno nie "złamano" żadnego Cubase'a od wersji 5, chociaż wystarczy wpisać odpowiednią frazę do wyszukiwarki, a ta "wypluwa" mnóstwo wyników dla najnowszej wersji. Podobno dongle jest wygodny - bo można po prostu podłączyć go do komputera z Cubase'em i już można pracować, bez wpisywania numerów seryjnych czy aktywacji. Najczęstsza zaś riposta na argument, że dongle jest zwyczajnie utrapieniem, to: nie musisz używać Cubase'a...

Otóż: jak wspomniałem, skuteczność jest dyskusyjna w kontekście możliwych do ściągnięcia wersji pirackich (czy i jak działają, nie weryfikowałem, ale że istnieją, to pewne). Wygoda stoi pod dużym znakiem zapytania, bo wprawdzie rzeczywiście można podłączyć swój dongle u kogoś, ale po pierwsze - musi mieć on wolny slot USB (co w dobie pracy na laptopach wcale nie jest takie oczywiste), a po drugie, musi mieć zainstalowanego Cubase'a w wersji nie wyższej niż nasza własna, bo nie można z licencją na wersję 9 Pro pracować z wersją 10.5 Pro. W końcu też trzeba ten nieszczęsny dongle zabrać z sobą i (może ważniejsze nawet!) pamiętać, by go później wyjąć i zabrać do domu! Bo utrata dongle'a to praktycznie utrata licencji, chyba że zawczasu tę licencję zarejestrujemy, acz i tak bez pomocy i dobrej woli supportu się wówczas nie obędzie.

Co do tego, że można po prostu zrezygnować z Cubase'a: otóż nie, nie zawsze można. Osoby, które pracowały z nim długo, mają pewnie dziesiątki, jeśli nie setki projektów, których nie da się otworzyć w innym DAW, a które mogą być potrzebne. Niektórzy też zwyczajnie współpracują z innymi użytkownikami Cubase'a nad wspólnymi projektami.

Najciekawsze, że NIKT z obrońców dongle'a nie przejawia entuzjazmu na myśl, że podobne zabezpieczenie powinny mieć systemy operacyjne, arkusze kalkulacyjne, edytory tekstu, gry czy w ogóle inne programy, z których się na codzień korzysta. I NIKT nie przyznał, że żałowałby, gdyby Steinberg zrezygnował z dongle'a... Czyli: "Dla Cubase'a jest to doskonałe rozwiązanie, ale nie chcemy, by było powszechne, a gdyby jednak producent z niego zrezygnował, to nikt by po dongle'u nie płakał..."

Dlaczego nic się nie zmieni?

Nie spodziewam się, żeby Steinberg wycofał nagle dongle'a z użytku. Dla firmy plusy przeważają nad minusami. Zresztą, o czym tu mówimy, skoro na oficjalnym forum Steinberga sami użytkownicy (niektórzy) bronią dongle'a jak wolności. Jednym z najbardziej kuriozalnych argumentów na obronę, z jakimi się spotkałem, było porównanie Cubase'a do markowego sprzętu. Jeśli się chce takiego sprzętu używać w dwóch miejscach, trzeba po prostu kupić drugi egzemplarz. Czyli tylko dlatego, że Steinberg zabezpiecza Cubase'a sprzętowym kluczem, mam sobie kupować drugą licencję (albo drugiego dongle'a), a może potem kolejne, jeśli będzie więcej miejsc, gdzie chciałbym go użyć? No, ale jak w ten sposób rozumują niektórzy użytkownicy, to nie spodziewam się, żeby producent w ogóle pochylił się nad problemem.

Z kolei nie można też liczyć na to, że Steinberg dogada się z iLokiem, bo skoro ma własne działające rozwiązanie, to po co ma je zamieniać na podobne, ale za które będzie musiał sam płacić licencję? Dlatego nie podzielam optymizmu użytkowników, czekających w napięciu na wersję 11 Cubase'a, która "na pewno" dongle'a nie będzie już miała...

poniedziałek, 12 października 2020

Mattia Chiappa - polecam!

Całkiem niedawno polecałem różne kanały na YouTube, związane z produkcją muzyki. Od tego czasu zmieniło się tyle, że poprzez "sieć powiązań" dotarłem do kanału prowadzonego przez Mattia Chiappę. Zajmuje się on muzyką orkiestrową i muszę przyznać, że idzie mu to znakomicie. A czy mnie do siebie przekonał? Tym oto filmikiem:

Jest to ni mniej, ni więcej tylko zapis analizy i poprawiania starego utworu (sprzed pięciu lat). Mattia pokazuje, część po części, co w tym utworze zawiodło, co nie działa, nie pasuje. Zwraca uwagę na bałagan i wspomina swoje wrażenia z pisania tego utworu, kiedy chciał, żeby brzmiał potężnie i "epicko". Dłuższa część filmu to jednak pokazywanie, jak można ten utwór poprawić. Mattia po prostu przearanżował go, pozmieniał, zachowując maksymalnie dużo z oryginału, ale robiąc to już z uwzględnieniem swojej obecnej wiedzy i możliwości. I to jest prawdziwie fascynujące - bo utwór rzeczywiście zaczyna brzmieć piękniej, lepiej, a wszystkie wprowadzone zmiany są uzasadniane. I nie chodzi tylko o instrumentację, ale także o harmonię czy wręcz wymianę jednego, kiepskiego fragmentu na inny. Końcowy efekt jest rewelacyjny!

Dlaczego tak mnie to urzekło? Bowiem wydaje mi się, że ja jestem właśnie gdzieś na etapie oryginalnego utworu. To znaczy, mam w ręku świetne biblioteki orkiestrowe, chór, organy i tak dalej, więc próbuję rozpaczliwie pokazać to wszystko, wykorzystać, zrobić jakieś pompatyczne rzeczy. Tak przynajmniej było jeszcze w kwietniu, maju, potem niby załapałem, że "mniej znaczy więcej" (np. przerabiając "Marie"), ale obejrzenie powyższego filmu uświadomiło mi, że np. aranżując ostatnio temat z "Laury" na orkiestrę, zrobiłem dokładnie to, o czym mówi Mattia - chciałem pokazać i zmieścić jak najwięcej: tu bębny, tam "blachy", smyczki, harfa i tak dalej, i tak dalej (szczęściem powstrzymałem się przed chórem, chociaż pokusa była ogromna). W efekcie powstał utwór może i efektowny, ale chaotyczny i nieuporządkowany.

Obejrzałem jeszcze parę innych filmów na kanale i powiem Wam, że warto to zrobić. Jest tutaj mnóstwo ciekawych i bardzo praktycznych rzeczy, i to w klimatach bardzo mi odpowiadających. Subskrybuję i będę tu na pewno częstym gościem!

sobota, 3 października 2020

[T] PreSonus - Studio One 5

Minęło kilka miesięcy i oto mogę przedstawić (nareszcie) choć pobieżny test nowego Studio One 5. No dobrze, nowego już pewnie tylko dla mnie, ale lepiej późno niż wcale. Wprawdzie nagrywania retrospektywnego nadal nie ma, ale już powoli tracę nadzieję, że się ono tutaj kiedykolwiek pojawi. Widocznie drugie miejsce na liście najbardziej pożądanych funkcjonalności to za mało dla programistów z PreSonusa... Na szczęście są inne funkcje, które przemawiają za aktualizacją, zwłaszcza że nie jest ona już tak droga jak na początku.

Artykulacje i KeySwitches

O, to moja ulubiona funkcja w "piątce". Wreszcie zrobiono dobrze przełączanie artykulacji! Wprawdzie w Cubase też to jest (pamiętacie mapy ekspresji?), ale zrobione gorzej, w bardziej zagmatwany sposób i w dodatku nie działa ze 100% skutecznością (niestety!). Tutaj wyszło idealnie - nie dość, że stworzenie nowego mapowania dla konkretnego instrumentu to kwestia chwil (dosłownie - program nawet podpowiada kolejne nuty, trzeba tylko wpisać nazwy!), to jeszcze sam edytor przełączania jest genialny w swej prostocie.

W Cubase porobiono osobne wiersze na każdą artykulację, co w efekcie nie tylko utrudnia edycję (ciężko trafić w odpowiedni wiersz), ale też powoduje, że im więcej artykulacji, tym trudniej ogarnąć, co się dzieje w edytorze. Tutaj wiersz jest jeden, więc nie ma wątpliwości, która artykulacja działa w danej chwili. Co więcej, artykulacje są przełączane normalnie, nutkami, które widać w piano roll, lecz są one umieszczone na wyróżnionym tle i nie podlegają np. transpozycji razem z resztą nut. Te nuty ze "specjalnego obszaru" są transmitowane do instrumentu zawsze PRZED pozostałymi nutami, więc nie trzeba już kombinować z "mikroprzesunięciami", żeby mieć pewność przełączenia (czyli że nutka "przełączająca" dojdzie do instrumentu przed nutami "dźwiękowymi"). I to rzeczywiście działa, jeszcze nigdy mnie to przełączanie artykulacji nie zawiodło jak dotąd, czego nie można powiedzieć o cubase'owym rozwiązaniu.

Sceny

Sceny, o których teraz piszę, nie mają wiele wspólnego z modułem Show, którym notabene nawet się specjalnie nie interesowałem do tej pory. Chodzi o zapis ustawień miksera i poszczególnych kanałów. Jest to kolejne genialne w swojej prostocie rozwiązanie, wręcz idealne do miksowania i masteringu. Chodzi o banalną rzecz - miks polega głównie na wypróbowywaniu kolejnych wariantów; tę ścieżkę ściszamy, tamtą pogłaśniamy, tu dodajemy jakiś efekt, tam zmieniamy konfigurację innego. Rzecz w tym, że jeśli dojdziemy do wniosku, że przekombinowaliśmy, to jest już zwykle ciężko coś odkręcić, bo zwyczajnie nie pamiętamy wszystkich wykonanych kroków. Teraz jednak możemy w każdej chwili utrwalić wariant miksu, po prostu tworząc coś w rodzaju nazwanego "punktu przywracania". Jeśli coś poszło nie tak, wracamy do niego i szukamy innej drogi. Można też wykorzystać tę funkcję do porównywania dwóch różnych sposobów miksu, z których każdy wymaga wykonania wielu kroków i nie da się sprawdzić prostym cofnij/ponów. Bardzo dużą zaletą jest to, że można z zapisanej "sceny" przywrócić ustawienie tylko zaznaczonych kanałów.

Wtyczki

Producent podrasował graficznie (i pewnie nie tylko) także wbudowane wtyczki - i faktycznie, wyglądają całkiem ładnie. PreSonus chwali się też na prawo i lewo nowym efektem typu delay, ale - choć faktycznie wygląda on całkiem sympatycznie - dałem już sobie spokój z korzystaniem z wtyczek "DAWowych" (przy ewentualnym przenoszeniu utworu z jednego DAWa do drugiego, co mi się często zdarza, są później problemy z przeniesieniem ustawień). Trzeba to jednak zapisać na plus, zwłaszcza że presonusowe efekty są w mojej opinii bardzo dobre i szkoda, że nie ma możliwości zainstalowania ich jako zwykłych wtyczek VST.

Nutki

Wbudowano wreszcie w Studio One edytor nutowy i to całkiem niezły, prawdopodobnie jest to zresztą część drugiego ważnego produktu PreSonusa, czyli Notion. Edycja w nim jest całkiem przyjemna, można nawet włączyć czarne tło z białymi znakami. W mojej ocenie jednak, przydatność tego edytora jest nijaka z jednego powodu - otóż z zapisem nutowym nie da się nic zrobić! Ani wydrukować, ani wyeksportować np. do pliku PDF. Co najwyżej można sobie pozrzucać screenshoty jakimś zewnętrznym programem. Być może funkcja zapisu pojawi się w przyszłości, a na razie jeszcze nie zdążono tego zrobić, ale póki tego nie będzie, to zabawa nutami ma niewielki (poza edukacyjnym) sens.

Poprawki i ułatwienia

Nowa wersja poprawiła to i owo, jeśli chodzi o stabilność. Na razie nie udało mi się zawiesić jej ani za pomocą Omnisphere (choć czuję, że to tylko kwestia czasu), ani za pomocą utworu z "Gry o tron" (w wersji 4.6 80% przypadków wczytania tego utworu, odtworzenia i zamknięcia kończyło się pięknym "zwisem").

Cieszą drobne ułatwienia w rodzaju kolorowania pasków instrumentów na ten sam kolor, który jest przypisany do ścieżki - aż się zdziwiłem, jak to pomaga! Rzecz w tym, że Studio One wyświetla wszystkie instrumenty w jednym oknie z zakładkami i często okazywało się, że zmieniałem ustawienia nie tego instrumentu, o którym myślałem. Teraz kolor paska "alarmuje", że klikam w tym, w czym nie powinienem. Mała rzecz, a cieszy.

Bardzo fajny jest edytor obwiedni głośności dla wczytanych klipów dźwiękowych. Jeśli jakiś fragment klipu jest ciut (albo mocno) za głośni/cicho, można zwyczajnie myszką obniżyć/podnieść głośność w wybranym miejscu - aż dziwne, że podobnej krzywej nie ma np. w WaveLabie!

Wersja warta grzechu

Ostatecznie wersja 5 nie jest zła - oprócz wymienionych funkcjonalności jest przecież szeroko reklamowany tryb Show, jest szereg różnych usprawnień (na przykład posiadacze kontrolerów Roli Seaboard będą zachwyceni obsługą poly pressure i MPE, wielbiciele zewnętrznych efektów pokochają nowe kanały AUX). Całość działa całkiem sprawnie i choć interfejs użytkownika nie zmienił się znacząco, pomijając wtyczki, uznaję to za dobre rozwiązanie, bo akurat mnie wygląd Studio One bardzo odpowiada.

Żeby nie ten brak nagrywania retrospektywnego!...

czwartek, 1 października 2020

[G] Bartłomiej Wieczorkowski - Laura orkiestrowo

Kilka dni temu pisałem o coverze z gry Laura Arka Lubaszki i związanych z nim perypetiach. No i tak się jakoś stało, że Siostra Be nie pozwoliła odpuścić. Jasno dała do zrozumienia, że skoro jest jeszcze trzeci fragment, to ten trzeci fragment też trzeba zrobić. Na moje wyjaśnienia, że nijak nie pasuje on do dwóch pozostałych w mojej wersji stwierdziła tylko, że w takim razie trzeba zrobić go inaczej. A skoro Bartek (autor muzyki) zasugerował, że główny temat miał trzymać się klimatów muzyki Johna Williamsa z "Indiany Jonesa", to jednym wyjściem było zakasanie rękawów i przygotowanie aranżacji orkiestrowej.

I przyznam, że nie było to zadanie banalne, bowiem owa trzecia melodia, o której mowa, jest bardzo krótka, a w samej grze po prostu zapętlona. I o ile tam to w żaden sposób nie wadzi, to już nagranie niespełna minutowego motywu i powtórzenie go np. pięciokrotnie wystawiłoby na ciężką próbkę cierpliwość każdego słuchacza. Trzeba było podejść inaczej i tym razem zrezygnować z kurczowego trzymania się taktów z oryginalnej kompozycji, traktując ją wyłącznie jako źródło nut. A że i nut nieco brakło, to wymyśliłem patent z rozciągnięcie w czasie jednej z fraz i dodaniem jej jako "spokojnego fragmentu".

Całość zajęła sporo czasu, bo - nie oszukujmy się - nie jestem specjalnie dobry w orkiestracji, więc długo dopasowywałem odpowiednie brzmienia do odpowiednich fraz, trzeba też było popracować nad dynamiką. Mam nadzieję, że nie wyszło zupełnie tragicznie: