środa, 28 lipca 2021

Nie jest łatwo legalnym użytkownikiem być...

Coś nie mam w ostatnich dniach szczęścia. Najpierw problemy z RødeCasterem, a teraz to... Niedobra końcówka lipca, niedobra!

A rzecz w tym, jak to producenci w trosce o wpływy mają w nosie swoich własnych klientów. Kiedyś zakupiłem w firmie Audio Fusion Bureau kompresor z exciterem o nazwie Blanka (zresztą, podpuszczony przez Redaktora Wróblewskiego z Estrady i Studia). Kompresor rzeczywiście okazał się bardzo fajny, chociaż strona firmowa i wygląd e-maili od AudioFB nie nastrajały optymistycznie - ot, takie chałupniczo robione wtyczki. Ale świat poszedł do przodu, firma się (chyba) sprofesjonalizowała. W ubiegły czwartek dostałem e-maila od nich, że w promocyjnej cenie chcą mi sprzedać kompresor wielopasmowy Elect4buzz. Cena była malutka, kompresorów wielopasmowych nie mam przesadnie dużo (chyba tylko ten z iZotope Ozone i ewentualnie stockowe z programów DAW), więc - zachęcony dobrym działaniem Blanki - skusiłem się.

Zakup przebiegł bezproblemowo, instalacja także, ale już podczas uruchamiania Reapera, którego zwykle używam do testowania i aktywowania wtyczek, pojawił się "drobny" problem:

Odszukałem wskazywaną bibliotekę, znalazłem stronę projektu csound, nawet próbowałem go podmienić na nowszą wersję, ale bez oczekiwanego rezultatu... Oczywiście, najpierw napisałem do supportu, no bo może i 10 dolarów to nie jest kwota, po której stracie rwałbym włosy z głowy, ale halo, halo! Skoro zapłaciłem, ma działać i koniec!

W sobotę dostałem wiadomość od producenta, żebym nagrał filmik z całej tej operacji. Nagrałem. Kolejna rada była taka, żebym wszedł do wspomnianego już katalogu csound i usunął plik image.dll. Zrobiłem to i faktycznie, już przy skanowaniu błąd nie występował. Pozostało więc tylko aktywować wtyczkę i cieszyć się życiem. Wpisałem adres e-mail i numer seryjny otrzymany przy zakupie. No i po chwili oczekiwania dostałem to:

Nic to, napisałem do Rafaela z AudioFB o kolejnym problemie, jednak - jeśli liczyłem na jakieś wsparcie i pomoc - to tym razem musiałem się obejść smakiem:

Hey Konrad,
This is no problem with your system or your plugin, after the update we had on our website, some of them stopped working. :( One of them was the activation service, we are working hard to fix this problem as soon as possible. We'll let everyone know when the system stabilizes and it's ready for you to activate your plugin. Sorry for the inconvenience,
Best

czyli, w wolnym tłumaczeniu, "to nie problem u Ciebie, tylko u nas, nie działają usługi aktywacyjne, pracujemy nad naprawą i damy znać, kiedy będziesz mógł korzystać z legalnie zakupionego programu. Sorki za niedogodności".

To już wiadomość z poniedziałku, czyli cztery dni po zakupie nadal nie mogłem korzystać z produktu. Wiadomości o możliwości aktywacji nie dostałem do dziś, ale sam spróbowałem przed chwilą aktywacji i, o dziwo, zadziałała!

Ktoś mógłby powiedzieć, że się czepiam. Że w sumie nic się nie stało. W końcu to jakiś tani plugin, z którego i tak bym przez te sześć dni nie korzystał pewnie. I tak, jest w tym dużo racji, ale z drugiej strony akceptowanie tego stanu rzeczy powoduje, że z roku na rok jest coraz gorzej i producenci stają się coraz bardziej... e, niefrasobliwi? aroganccy? Znów się okazuje, że pirat-złodziej ma lepiej, prościej, przyjemniej. A to jest kolejna kropelka, która zniechęca, oj, jak bardzo zniechęca do wspierania producentów własnymi pieniędzmi!... I powtórzę, akurat o Elect4buzz nie ma co za bardzo kruszyć kopii, bo nie jest to warte nerwów i energii, ale jak zacznie się tak zachowywać większość producentów? Nie odpalę Cubase'a, Studio One, Corela czy nawet Windowsa, bo akurat "nasze serwery autoryzacyjne nie działają". I chociaż program sam z siebie by działał, to nieważne. Uważamy Cię, użytkowniku, za potencjalnego złodzieja, więc dopóki się nie upewnimy, figa z makiem z działania w naszym programie. Taka postawa podoba mi się coraz mniej...

Wpadka RødeCastera...

No i stało się - straciłem zaufanie do RødeCastera. A było to tak...

Wywiad, który był i którego nie było

RødeCastera używam głównie do komunikacji (w pracy) i do nagrywania wywiadów, bo ze względu na możliwość zapisu wielościeżkowego mogę później względnie łatwo obrabiać nagrania, a wierzcie mi, że zdecydowanie łatwiej jest obrobić dwa niezależne monofoniczne ślady, niż ich sumę stereo. Przede wszystkim głosy nie nakładają się na siebie i dużo prościej można wyciszyć zakłócenia, gdy jedna osoba akurat mówi, a druga milczy (ale słychać jakieś hałasy w tle). Zresztą, jeśli ktoś coś kiedykolwiek nagrywał, z pewnością łatwo to pojmie.

No i miałem ostatnio aż dwa wywiady w dwa dni. W poniedziałek wywiad przeprowadzałem przez Discorda, we wtorek na żywo w moim studio. W poniedziałek wszystko poszło gładko, a dodatkowo rozmówczyni dostarczyła swoje nagranie całkiem dobrej jakości (rejestrowane po swojej stronie), więc byłem bardzo zadowolony. We wtorek wszystko przebiegło dużo gorzej, choć byłem przygotowany jeszcze lepiej. Karta pamięci sformatowana, mikrofony podłączone i sprawdzone - nic, tylko nagrywać. No i zaczęliśmy nagrywać, wszystko wydawało się iść gładko. Po pół godzinie zrobiliśmy przerwę techniczną na wietrzenie studia (30oC naprawdę dawało się we znaki - a nie było jak zamknąć okna, bo byśmy się podusili chyba). Kiedy wróciliśmy, włączyłem nagrywanie jak gdyby nigdy nic. Minęło prawie pół godziny, kiedy z rozpaczą zauważyłem, że od jakiegoś (jakiego?) czasu RødeCaster zwyczajnie przestał nagrywać, a na wyświetlaczu tkwił komunikat o błędzie zapisu. Umknęło mi to, bo byłem do urządzenia odwrócony plecami (żeby widzieć rozmówczynię)...

Pliki szczęśliwie udało się zgrać z karty SD i straty nie są chyba aż tak duże, jak początkowo myślałem, ale wywiadu w ten wtorek i tak nie dokończyłem, bo ani nie miałem nerwów uruchamiać nagrywania na RødeCasterze (a jeśli znów padnie po kwadransie? nerwowe zerkanie za plecy nie sprzyja utrzymaniu miłej atmosfery rozmowy), ani na przepinanie się na Tascama DR-100 (bo znów - podłączanie, ustawianie poziomów, testowanie). Gościa przeprosiłem i umówiłem się na dokończenie wywiadu w innym terminie, ale spory niesmak pozostał...

Zacząłem później śledztwo, co zawiodło i na 99% była to wersja 2.1.2 firmware'u RødeCastera. Zainstalowałem go względnie niedawno, ale jest to wersja oficjalna, nie beta i od tego czasu nagrałem przynajmniej dwa wywiady, podczas których nie było żadnych problemów. Winna mogłaby być także karta pamięci SD - w końcu wiadomo, wszystko może się zepsuć. Karta jednak dawała się bez problemu odczytać, zapisać i sformatować, więc pewności nie ma.

Bazując na informacjach o możliwej wadzie firmware'u, przywróciłem wersję 2.1.0. Kartę sformatowałem w komputerze, potem także w samym rejestratorze i na resztę nocy włączyłem zapis (nagrywała się cisza, ale w końcu urządzeniu wszystko jedno, co nagrywa). Rano licznik pokazał sześć i pół godziny nagranego materiału i rejestracja ciągle trwała, więc wydaje się, że stare oprogramowanie daje radę. Rzecz jasna, powinienem jeszcze raz zainstalować wersję 2.1.2 i ponowić całonocną próbę - co być może zrobię wieczorem, na razie nie mam ku temu jakiejkolwiek energii.

Za to poświęciłem chwilę i napisałem sążniste zgłoszenie do supportu firmy Røde. Już pal licho sam błąd zapisu - jeśli przywrócenie firmware'u go zlikwidowało, to uda się go naprawić i w nowszych wersjach. Bardziej zależało mi na zasugerowaniu producentowi, że może ładny komunikat na ekranie w momencie, kiedy urządzenie przestaje realizować swoje główne zadanie, to trochę za mało, by operator natychmiast zwrócił na to uwagę. Dlatego podsunąłem pomysł, by RødeCaster najzwyczajniej w świecie... dał głos. To znaczy, zrobił jakieś awaryjne "bip, bip, bip!" - w końcu nagrania tym i tak nie popsuje, bo już się popsuło, za to szanse na zauważenie awarii przez użytkownika ZDECYDOWANIE wzrastają, bo przecież nagrywa się zwykle w słuchawkach i trudno byłoby taki sygnał zignorować. Pomysł (nieskromnie) uważam za genialny i dziwię się, że Røde dotąd na to nie wpadło. Ale może teraz również uznają, że to całkiem ciekawa idea?

Tak czy owak, zaufanie straciłem, pewnie na dłuższy czas. Może powtórzenie doświadczenia z nową wersją i przekonanie się, że błąd wówczas zawsze występuje, jakoś by mnie uspokoiło - zobaczymy. Szkoda. Ale - użytkownicy RødeCastera - czujcie się ostrzeżeni!

PS: Dla ciekawskich - prawie sześć i pół godziny wielościeżkowego nagrania z RødeCastera to niemal 50 GIGABAJTÓW danych.

wtorek, 20 lipca 2021

RødeCaster Pro i pliki wielościeżkowe (suplement)

Dopiero co pisałem o obróbce plików wielościeżkowych z RødeCastera, ale już w momencie opisywania działania skryptu zdałem sobie sprawę, że o wiele przyjemniej byłoby móc wskazać lokalizację oryginalnych plików i wybrać odpowiednie ścieżki "do wyciągnięcia" po prostu z listy. A że w Pythonie jest ciężko z robieniem graficznego interfejsu użytkownika, postanowiłem napisać stosowny program w moim głównym języku, czyli w Javie.

Tu również starałem się jak najbardziej uprościć obsługę. Oczywiście, to również jest nakładka na program sox.exe, więc trzeba udać się na stronę projektu i pobrać odpowiednią (najnowszą) wersję. Konieczne jest też posiadanie środowiska uruchomieniowego Javy, w wersji najlepiej 1.8.

Najprostszy scenariusz to umieścić pobrany program w tym samym katalogu, gdzie znajduje się plik sox.exe. Jeśli mamy prawidłowo skonfigurowane środowisko uruchomieniowe Javy, dwukrotne kliknięcie na pliku RodeCasterSplit.jar powinno wyświetlić główne okno:

Jeśli się to nie udało, można w linii poleceń spróbować odpalić taką linijkę:

start javaw -jar RodeCasterSplit.jar

Okno aplikacji jest bardzo proste - u góry należy wpisać/wkleić ścieżkę do katalogu, gdzie mamy zgrane oryginalne pliki z RødeCastera. Jeśli chcielibyśmy mieć ten katalog ciągle ustawiony na konkretną wartość, należy utworzyć w miejscu przechowywania RodeCasterSplit.jar plik rode.properties i umieścić w nim takie linie:

sox.file=f:\\sciezka\\do\\sox.exe
default.folder=f:\\sciezka\\do\\plikow\\

Jak widać, można w ten sposób przekazać także ścieżkę do sox.exe.

Po wpisaniu/wklejeniu ścieżki należy kliknąć przycisk Set, wówczas program przeskanuje wskazany folder i znajdzie wszystkie pasujące pliki. "Pasujące" w tym wypadku oznacza, że pliki muszą być w formacie wav oraz mieć 14 ścieżek (co z bardzo dużym prawdopodobieństwem oznacza plik wielościeżkowy z RødeCastera):

Teraz należy wybrać, które ścieżki nas interesują oraz ustalić, co program ma robić ze ścieżkami stereofonicznymi (zachować stereofonię, zmonofonizować czy zachować tylko jeden z kanałów, lewy lub prawy). I to koniec wyborów, klikamy na Process i czekamy, aż wszystkie pliki się przetworzą i program wyświetli okienko informacyjne.

Po wszystkim w podkatalogu /temp znajdziemy pliki z prefiksem extracted. Jeśli program wykryje, że docelowo powstały tylko dwa kanały monofoniczne, dodatkowo scali je do pliku extracted_4edit.wav (co jest odpowiednikiem pliku recording.wav ze skryptu pythonowego). Pomocnicze pliki, które powstają w trakcie działania programu, zostają po zakończeniu pracy usunięte.

Podsumowanie

No i tak to w skrócie wygląda - żadna filozofia i wszystko do "wyrzeźbienia" w czystej linii poleceń, jednak mnie chyba zastąpi opisywany wcześniej skrypt. A jeśli komuś się przyda, to tym lepiej.

poniedziałek, 19 lipca 2021

[T] Arturia V Collection 8 po pół roku

Dokładniejszy opis Arturia V Collection 8 pojawił się pół roku temu, więc nie będę się za bardzo rozpisywał tym razem. Warto było czekać, bo w ostatnich dniach miała miejsce letnia wyprzedaż i tak jak ponad rok temu, firma obniżyła cenę upgrade'u o połowę, jednocześnie dając możliwość zakupu w czterech ratach, z czego skwapliwie skorzystałem, bo właśnie minął okres wersji próbnej, którą firma udostępniła mi w celach testowych w styczniu.

Czy coś nowego?

Dokonując aktualizacji w ciągu tych specjalnych "pięciu dni lipca", można było zdobyć nie tylko V Collection 8, ale dokładniej mówiąc, V Collection 8.1 z dodatkowym zestawem presetów. Wprawdzie 135 nowych brzmień na tle ponad dzisięciu tysięcy już dostępnych w pakiecie to kropla, ale, jak mawiają mędrcy, z kropli składa się ocean. Producent chwali się, że V Collection składa się obecnie z 28 instrumentów, ale zadałem sobie trud policzenia ich i 28 wychodzi tylko wtedy, jeśli wliczy się także AnalogLab do ogólnej sumy, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Najważniejszą (z punktu sonicznego) zmianą w wersji 8.1 jest rozbudowa emulacji syntezatora OB-Xa, któremu dodano nowe funkcje "dyspersji", czyli swoistego psucia, dźwięku tak, by brzmiał mniej cyfrowo, a bardziej analogowo. Poprawiono także działanie obwiedni i synchronizacji oscylatorów oraz wzbogacono tryb akordów, myślę zatem, że wielbiciele tego konkretnego instrumentu powinni być bardzo zadowoleni.

Dodano do kilku instrumentów (OB-Xa, Jup-8, Jun-6, Vocoder czy Emulator) możliwości mikrotuningu, która pozwala uzyskiwać nie tylko zachodnie skale dźwiękowe (tak przynajmniej zrozumiałem to z filmiku, ponieważ nie próbowałem tego wykorzystać osobiście). Wymaga to pobrania i zainstalowania dodatkowego programiku firmy OddSound, jeśli ktoś chciałby improwizować np. w skalach arabskich.

Teraz już warto?

Przez tych pięć lipcowych dni promocji tak, było warto dokonać aktualizacji, zwłaszcza dzięki możliwości rozbicia całkowitej kwoty na raty, które nie obciążą aż tak bardzo domowego budżetu. Moim jednak skromnym zdaniem, to powinna być normalna, stała cena - zwłaszcza dla posiadaczy V Collection starszej o jedną generację. W pełni rozumiem, że pojawiły się trzy nowe instrumenty, a dwa mocno przebudowano, jednak nadal cena 300 euro za zwykłą aktualizację wydaje mi się zaporowa...

To są jednak tylko takie poboczne dywagacje. Chciałbym zobaczyć wielbiciela syntezatorów, który siada do V Collection i narzeka, zamiast natychmiast utonąć w tych wszystkich dźwiękowych cudach. Mnie wystarczy chwila z nowym Stage 73, parę brzmień Jun-6 czy w końcu roboci głos z Vocodera. I do losu mam tylko jeden zarzut - dlaczego tych cudów nie było w latach dziewięćdziesiątych?!

czwartek, 15 lipca 2021

RødeCaster Pro i pliki wielościeżkowe

RødeCastera stosuję nie od dzisiaj, a że nagrywam nim przede wszystkim wywiady, to i stosuję wariant zapisu wielościeżkowego - znacznie łatwiej się później taki wywiad obrabia, jeśli na osobnej ścieżce mamy siebie, a na osobnej rozmówcę (a jeszcze na osobnej - jingle) - przynajmniej w teorii. Niestety, pliki tworzone przez RødeCastera są olbrzymie, a w dodatku co mniej więcej pół godziny tworzy się nowy, więc po zakończeniu sesji zostajemy np. z czterema plikami po parę gigabajtów (!) każdy. Otwierać je osobno, żeby wyciągnąć konkretne ścieżki, posklejać je później i obrobić to prawdziwie tytaniczna praca. Jako że - jak zwykle - nie chciało mi się jej za każdym razem wykonywać, postanowiłem zrzucić na barki komputera przygotowanie pliku już gotowego do końcowej obróbki. A dla chętnych, których nie odstrasza linia poleceń i instalowanie dodatkowych narzędzi, poniżej przepis, jak zrobić coś podobnego u siebie.

Wyjaśnię jeszcze może, dlaczego nie ułatwię sobie życia i nie nagrywam wielościeżkowo do jakiegoś programu DAW. Otóż póki co sterowniki ASIO dla RødeCastera są w powijakach, ASIO4ALL nie lubię, zaś zapis wielościeżkowy bez ASIO po prostu nie działa u nie bezawaryjnie. No i nie zawsze na komputerze, na którym odpalam Skype'a czy Discorda, mam też odpowiednie oprogramowanie audio do rejestracji. Znacznie prościej jest nagrać całość na karcie i przepuścić nagranie przez skrypt już w komputerze, przeznaczonym do obróbki.

Założenia i opis działania

Mój sposób pracy wygląda tak, że nagrywam swój głos na kanale 1 przez podpięty mikrofon. Rozmawiam zwykle przez Discorda czy innego Skype'a, więc RødeCaster jest podłączony przez USB do komputera, zaś głos rozmówcy pojawia się, naturalnie, na kanale USB. W RødeCasterze, w opcjach Advanced/Audio/Multitrack mam włączone tworzenie plików wielościeżkowych dla karty microSD. Te ustawienia są istotne - np. niewłączenie pliku wielościeżkowego poskutkuje zapisem tylko zmiksowanej wersji stereo, z której nie da się wydobyć osobnych ścieżek prowadzącego i rozmówcy. Także kanały są ważne - prowadzący na "jedynce", rozmówca na kanale USB. Jeśli chcemy mieć czy mamy inną konfigurację, trzeba przerobić skrypt, o czym będzie później.

Co jest potrzebne?

Jako że główny skrypt napisałem w Pythonie 3.9, trzeba mieć go zainstalowanego - odpowiedni plik znajduje się na stronie projektu. Poprawność zainstalowania Pythona sprawdzamy w linii poleceń, wydając komendę:

python -V

(koniecznie duże V!) - w odpowiedzi powinniśmy dostać numer zainstalowanej wersji Pythona.

Drugim niezbędnym narzędziem będzie program SOX, który umożliwia wyczynianie różnych cudów z plikami audio - konwersje, dzielenie plików stereo na mono, łączenie mono w stereo, sklejanie paru plików ze sobą itp. Pobieramy odpowiedni dla naszego systemu plik i rozpakowujemy go w dogodnym miejscu.

Trzecią rzeczą jest mój skrypt. Należy go pobrać i umieścić w tym samym katalogu, gdzie znajduje się rozpakowany sox.exe.

Odpalamy

Działanie skryptu jest bardzo proste. Tworzymy gdzieś na dysku katalog o dowolnej nazwie i wrzucamy do niego wszystkie pliki nagrania (jeśli nagranie było długie, RødeCaster utworzy kilka plików, mniej więcej po 4GB każdy). Teraz przechodzimy do katalogu z programem sox.exe i skryptem rode.py. Uruchamiamy dla tego katalogu linię poleceń i wydajemy polecenie:

python rode.py sciezka_do_katalogu_z_nagraniami

gdzie, oczywiście, podmieniamy frazę "sciezka_do_katalogu_z_nagraniami" na pełną ścieżkę do katalogu, gdzie wrzuciliśmy pliki wav z RødeCastera.

Po uruchomieniu skrypt powinien wykryć w ustawionym katalogu odpowiednie pliki i zacząć je przetwarzać. Przetwarzanie polega na tym, że dla każdego pliku nagrania wyciągane są dwa kanały mono (prowadzący i rozmówca) i zapisywane w podkatalogu temp. Następnie wszystkie pliki prowadzącego są łączone w jeden duży plik i to samo robione jest także dla rozmówcy. Na koniec oba te pliki są łączone w jeden, finalny plik recording.wav. Jeśli komuś będzie taki plik niepotrzebny (mnie się wygodniej edytuje właśnie taki sklejony sygnał - łatwiej usuwać błędne fragmenty, nie tracąc synchronizacji między śladami), w katalogu temp znajdzie także osobne pliki dla prowadzącego (sum0.wav) i rozmówcy (sum1.wav), które można wrzucić po prostu do jakiegoś programu DAW. Tymczasowe pliki sprzed połączenia ich w jeden są kasowane (ale, oczywiście, NIE SĄ kasowane pliki oryginalne, te z RødeCastera!)

Przykładowe uruchomienie skryptu dla dwóch plików rødecasterowych może wyglądać następująco:

Opis skryptu

Budowa pliku audio

Na początku może przedstawię budowę wielościeżkowego pliku, który tworzy RødeCaster. Plik jest taki ogromny, bo zawsze zapisywany jest komplet, czyli 14 ścieżek:

  • 1, 2 - ścieżka stereofonicznego miksu całości
  • 3 - mikrofon 1 (prowadzący)
  • 4 - mikrofon 2
  • 5 - mikrofon 3
  • 6 - mikrofon 4
  • 7, 8 - ścieżka stereofoniczna USB (z komputera)
  • 9, 10 - ścieżka stereofoniczna z telefonu (mały jack TRRS z tyłu RødeCastera)
  • 11, 12 - ścieżka stereo z połączenia BlueTooth
  • 13, 14 - ścieżka stereo z jinglami

Wywołania programu sox.exe

Działanie skryptu opiera się o odpowiednio skonfigurowane wywołania programu sox.exe. Najpierw wydobywana jest z pliku rødecasterowego ścieżka numer 3 (jest to monofoniczne nagranie mikrofonu podłączonego do gniazda XLR nr 1); dla uproszczenia w przykładzie pomijam pełne ścieżki do plików:

sox.exe POD00003.WAV temp/POD00003_result3.wav remix 3

Podobnie wydobywany jest lewy kanał rozmówcy (zakładam milcząco, że rozmówca także używa monofonicznego mikrofonu, więc kanały 7 i 8 zawierają to samo):

sox.exe POD00003.WAV temp/POD00003_result7.wav remix 7

Po przejściu przez wszystkie pliki rødecasterowe mamy zatem całkiem sporo plików tymczasowych, które teraz należy scalić tak, by w jednym pliku mieć całość nagrania prowadzącego, a w drugim - nagranie rozmówcy. W programie sox.exe robi się to banalnie - trzeba po prostu podać nazwy wszystkich plików składowych i na końcu nazwę wynikową:

sox.exe temp/POD00003_result3.wav temp/POD00004_result3.wav sum0.wav
sox.exe temp/POD00003_result7.wav temp/POD00004_result7.wav sum1.wav

W efekcie będziemy mieli sumę (sklejone jeden za drugim) pliki należące do prowadzącego (result3) w pliku sum0.wav oraz pliki rozmówcy (result7) w pliku sum1.wav.

W zasadzie można by już zakończyć całą operację, jednak jak wspomniałem, mnie lepiej obrabia się w edytorze audio plik stereo, więc scalę te dwa pliki sum w jeden:

sox.exe -M sum0.wav sum1.wav recording.wav

I gotowe, w lewym kanale mam teraz prowadzącego, w prawym - rozmówcę.

Wprowadzanie zmian

Skrypt starałem się napisać maksymalnie czytelnie, więc jego ewentualna rozbudowa czy modyfikacja powinna być stosunkowo łatwa. Najłatwiej jest zmienić numery kanałów, na których pracuje skrypt - kluczowy jest fragment na początku skryptu rode.py:

channel_config_all = [[1, True], [3, False], [4, False], [5, False], [6, False], [7, True], [9, True], [11, True],
                      [13, True]]

channel_config_interview = [[3, False], [7, False]]

channel_config = channel_config_interview

Jest to pełna konfiguracja kanałów - przygotowałem dwie gotowe, w channel_config_all są wszystkie kanały według rozpiski (z tą konfiguracją skrypt po prostu podzieli całe nagranie rødecastowe na poszczególne kanały). W channel_config_interview znajduje się "moja" konfiguracja, czyli kanał pierwszego mikrofonu (3) oraz lewy kanał rozmówcy (7). W przypadku, gdy konfiguracja będzie zawierała dwa (i tylko dwa!) kanały, zostanie utworzony plik recording.wav, w innych przypadkach wynikiem działania skryptu będą wyłącznie pliki z prefiksem sum.

Czy to ma sens?

Zdaję sobie sprawę, że w naszym pięknym kraju liczba posiadaczy RødeCastera, którzy jednocześnie będą zainteresowani instalowaniem Pythona i nagrywaniem wielościeżkowym na karcie SD jest prawdopodobnie zbliżona do jedności, ale nic to nie szkodzi. Najwyżej będę miał co czytać w chwilach napadu nostalgii...

Jednocześnie skrypt ten bardzo mi się przydaje i nie wyobrażam już sobie ręcznego dłubania po każdym nagraniu. Jak dla mnie - ma to sens!

środa, 14 lipca 2021

[T] sE Dynamite DM1

Jaki jest Dynamite, każdy widzi

Nadszedł wreszcie ten dzień, kiedy w moje ręce trafił sE Dynamite DM1. No i muszę powiedzieć, że jeśli chodzi o wygląd, to przebija inne aktywatory - jest smukły, długi, czerwony i... efektowny. Na pewno nie można mieć żadnych zastrzeżeń do samej budowy - jest równie solidna i pancerna, jak w przypadku Klark Teknika i tak samo jak w tamtym przypadku, po podłączeniu nic się nie chwieje, nie rusza. Walory estetyczne podkreśla też samo opakowanie w kształcie laski dynamitu:

Porównanie gabarytów i wyglądu Dynamite oraz Klark Teknik CT-1

O tym, czym są aktywatory dla mikrofonów dynamicznych i wstęgowych, opisywałem dość szczegółowo przy okazji testów Klark Teknik CT-1 czy FetHeada. W skrócie - są to takie urządzenia, które podłączone między mikrofonem a urządzeniem rejestrującym i zasilone napięciem phantom, podnoszą poziom sygnału o dwadzieścia parę decybeli. Dzięki temu mamy lepszy stosunek sygnału użytecznego do szumu, no i sam sygnał użyteczny jest dużo głośniejszy, przez co nie trzeba zbyt mocno wysterowywać urządzenia nagrywającego.

Ile tego wzmocnienia?

Pisałem wcześniej o "dwadziestu paru decybelach", bo dokładna wartość waha się w zależności od producenta. Deklaratywnie najwięcej powinien mieć omawiany Dynamite, bo aż 28dB, 27dB ma FetHead, a 25dB - Klark Teknik CT-1. Pewne testy prawdziwości tych danych robiłem już podczas testów tego ostatniego aktywatora, jednak tym razem postanowiłem przetestować całą trójkę.

Żeby test miał jakąś realną wartość, postanowiłem zabrać się do niego jak najbardziej rzetelnie, aczkolwiek bierzcie pod uwagę, że to ciągle nie są jakieś laboratoryjne doświadczenia, tylko test praktyczny. W telefonie zainstalowałem generator Frequency Generator, zaś telefon umocowałem przed mikrofonem. Do testów użyłem tym razem mikrofonu Lewitt MTP 550 DMs.

Żeby uniknąć przypadkowego poruszania mikrofonem i zmiany odległości między nim a generatorem sygnału, zastosowałem dwa przewody XLR - jeden od mikrofonu do aktywatora, a drugi od aktywatora do rejestratora Tascam DR-100MK3. Cały tor skalibrowałem tak, by przy teoretycznie najgłośniejszym Dynamite poziom osiągał w szczycie mniej więcej -5dB. Od tego momentu ustawienia rejestracji w Tascamie i telefonie nie były już zmieniane, a jedyną rzeczą zmienną stały się podłączone aktywatory (lub ich brak).

Zarejestrowałem kolejno sygnał czysty 440Hz i szum biały: bez aktywatora, z Klark Teknik CT-1, FetHeadem i na końcu z Dynamite'em. Nagrania powtórzyłem następnie dwa razy i chociaż statystycznie rzecz biorąc, powinno być ich jeszcze więcej, to stwierdziłem, że na potrzeby domowego testu - wystarczy.

Wyniki

Muszę przyznać, że obecny test chyba faktycznie lepiej pokazuje realne osiągi aktywatorów niż poprzedni. I bezdyskusyjnie Dynamite zajmuje pierwsze miejsce, a jego faktyczny wynik (29,5dB wzmocnienia) przekracza ten deklarowany przez producenta (28dB). FetHead osiągnął poziom mniejszy od deklarowanego (26,1dB wzmocnienia kontra 27dB deklarowane), zaś najmizerniej sprawił się Klark Teknik CT-1, który - jak by nie mierzyć - nie chciał wzmocnić sygnału aż o 25dB (tak zapewnia producent), poprzestając na 21,3dB. I chociaż faktycznie jest to także wartość nie do pogardzenia (21dB to przecież nadal sporo!), to jednak między nim a Dynamite'em zieje prawdziwa przepaść 8dB! Wyniki średnie z trzech pomiarów w postaci tabeli prezentują się następująco:

440kHzWzmocnienieSzum białyWzmocnienie
Czysty sygnał-39,9--45,3-
sE Dynamite DM1-10,429,5-15,729,6
Triton FetHead-13,826,1-19,226,1
Klark Teknik CT-1-18,521,4-2421,3

Posłuchajmy zatem zbiorczego porównania - tu jest zmontowane, ale na końcu posta znajdziecie link do surowych nagrań:

Podsumowanie

sE Dynamite DM1 jest urządzeniem bardzo porządnym. Solidnie zbudowanym, ładnym, dającym faktycznie największe wzmocnienie wśród aktywatorów, z którymi miałem osobiście do czynienia. Czy uzasadnia to jego cenę? Moim zdaniem, tak. Mam go podpiętego "na stałe" między RødeCasterem a Shurem SM7B i zwłaszcza w porównaniu do Klark Teknika, robi to bardzo dużą różnicę.

Tradycyjnie chętni do słuchania próbek mogą pobrać pełną paczkę z testowymi nagraniami i dokonać samodzielnej oceny.

poniedziałek, 12 lipca 2021

[T] Szybkozłączka mikrofonowa Gravity MS QC 1B

Przyznam szczerze, że nie lubię utrudnień. Nawet takich małych, ale występujących często. Typowy problem ludzi, którzy mają za dobrze; jeśli mogę, staram się ułatwiać sobie życie, żeby nie tracić ani czasu, ani nerwów - a z tym miałem ostatnio bardzo często do czynienia z uwagi na wiele przeprowadzanych testów nagraniowych.

Problem jest banalny - chcę dokonać nagrania za pomocą mikrofonu WA-87. Na statywie mam zamocowany Shure SM7B. Co należy zrobić? Oczywiście najpierw odłączyć, a później odkręcić od statywu Shure'a (bez odłączania przewodu XLR trudno się kręci śrubą specyficznego mocowanie statywowego tego mikrofonu). Teraz trzeba do statywu podłączyć koszyk od WA-87, co z uwagi na brak wygodnej nakrętki wymaga pokręcania całym koszykiem. Na koniec jeszcze pozostaje wkręcić do koszyka mikrofon i podpiąć przewód XLR. Najwięcej czasu zajmuje wykręcanie i wkręcanie - a jak się okazuje, wcale nie musi tak być.

Testuję od paru dni szybkozłączki Gravity MS QC 1B i powiem Wam, że jestem z nich bardzo zadowolony. O co tutaj chodzi? Otóż szybkozłączka składa się z dwóch aluminiowych elementów - jeden przykręcamy na stałe do statywu/ramienia, a drugi - do kosza czy uchwytu mikrofonowego. I teraz wystarczy tylko wetknąć jedną część w drugą i zablokować za pomocą ruchomego pierścienia - żadnego kręcenia, dokręcania, mocowania się ze śrubami czy nakrętkami. Prosto i przyjemnie - klik i jest (no, trzeba jeszcze dopilnować, żeby pierścień nasunął się na sześciokątny element, co zapobiegnie kręceniu się całego połączenia).

Oczywiście, żeby w pełni doświadczyć komfortu, trzeba mieć tyle szybkozłączek, ile mikrofonów (a ściślej - mocowań) planujemy wymieniać, żeby już niczego w nic nie musieć wkręcać - w moim przypadku wystarczyły dwie. Jeśli mamy jeden statyw, a wiele uchwytów mikrofonowych, można kupić jeden omawiany Gravity MS QC 1B i wiele końcówek Gravity MS QC 1TB (zwróćmy uwagę na kod 1TB!).

Przed zakupem miałem niewielką obawę, czy aby faktycznie połączenie będzie na tyle pewne, by powierzyć mu nie takie znów tanie i lekkie mikrofony, ale na szczęście były to obawy płonne. Połączenie okazało się mocne i stabilne. A jako że szybkozłączki nie są przesadnie drogie, rozważam zakup dodatkowej pary do moich mobilnych statywików - uniknąłbym każdorazowego przykręcania uchwytów. To dopiero byłoby burżujstwo i rozpasanie!

A poważniej, polecam rozważyć taki zakup wszystkim którzy często montują na tym samym statywie/ramieniu różne mikrofony i nie chcą ciągle wkręcać/wykręcać uchwytów. Te kilkadziesiąt sekund nie jest może czasem bardzo długim, ale przygotowanie do sesji nagraniowej swoje trwa - rozłączanie i podłączanie przewodów, mocowanie pop-filtra (jeśli się go nie ma zamocowanego na stałe) - jeśli robimy to często, to dzięki szybkozłączkom możemy przekroczyć próg "chce mi się - nie chce mi się, bo za długo to trwa". Bo przyznam, że mnie parę razy myśl o tym, że trzeba odkręcać SM7B, żeby zamontować WA-87 odwiodła od nagrywania...

piątek, 9 lipca 2021

[T] Antares SoundSoap 5+

Od razu dodam odpowiedni podtytuł, żeby nie było niejasności:

Krótka historia, jak błyskawicznie zniechęcić użytkownika

Dostałem od jednego słuchacza/czytelnika wskazówkę, że istnieje przyjemny program do usuwania szumu i zakłóceń, działający ponoć rewelacyjnie, a przy tym bardzo prosty w obsłudze. Czy trzeba komukolwiek tłumaczyć, że natychmiast wszedłem na stosowną stronę producenta i pobrałem wersję testową? Przecież to może być TO!

Wersję trial pobrałem i zainstalowałem. Trochę mnie zdziwiło, że zainstalowała się domyślnie w folderze \Program Files (x86)\Soundness\, ale szybko wyszło na jaw, że to faktycznie jest nadal program 32-bitowy (przypomnę, mamy rok 2021). Cóż, czyli staroć.

W tym momencie już podejrzewałem, co może mnie spotkać, ale postanowiłem jednak uruchomić Reapera i zobaczyć, jak się wtyczka będzie sprawować w praktyce. Czy muszę dodawać, że w Reaperze wtyczki znaleźć mi się nie udało? Ani w Studio One 5, ani w Cubase?

Trochę już zirytowany, postanowiłem poszukać odpowiedniego pliku DLL/VST3 na własną rękę, jednak nie było go w żadnym z typowych folderów - sprawdziłem zarówno katalog \Program Files (x86), jak i \Program Files. Bez powodzenia. A skąd wiem, że powinna pojawić się wtyczka VST? Bo producent podaje to na swojej stronie -

Postanowiłem zatem sprawdzić tę 32-bitową wersję standalone, która była dostępna. Po uruchomieniu wygląda ona tak:

Sam program, przyznam, że ładny i elegancki, aż zachęca do pracy. Filozofia działania nieco konsternuje, bo plik dźwiękowy trzeba załadować do tego dolnego okna - odtwarzacza (tak to są dwa niezależne okna!). Niestety, przetestowałem wiele różnych plików audio - długich, krótkich, 16 bitowych, 24 bitowych, stereo, mono, po czym tylko raz (!) zdarzyło się, żeby plik udało się wczytać. Była to "empetrójka" z muzyką. We wszystkich pozostałych przypadkach SoundSoap zwyczajnie się zawieszał i to tak skutecznie, że trzeba go było "ubijać" przez Managera zadań.

Postanowiłem jeszcze spróbować pracować na innym komputerze, jednak tutaj sytuacja powtórzyła się co do joty. Zainstalowała się tylko 32-bitowa wersja standalone, która zawiesza się przy wczytywaniu dowolnego pliku audio...

Mimo najszczerszych chęci, nie wypowiem się o jakości pracy samego odszumiacza. Może i jest świetny, może na komputerach Mac działa to wszystko wyśmienicie - mnie nie było dane się o tym przekonać.

Support

A jakże, napisałem do linii wsparcia firmy Antares, jednak od kilku dni mam w skrzynce tylko potwierdzenie przyjęcia zgłoszenia z wyróżnioną frazą, by NIE ZGŁASZAĆ PROBLEMU WIELOKROTNIE. Nie wiem jak Wam, ale mnie to sugeruje, że szybkość reakcji jest nikła i skrzynka była zasypywana ponawianymi prośbami o reakcję.

Dodam jeszcze, że próbowałem znaleźć jakieś informacje na własną rękę, jednak strona producenta nie zawiera ani jednej porady dla użytkowników SoundSoap.

Kpina

Wspomniany program (właśnie w wersji "plus", bo są jeszcze tańsza zwykła i najtańsza "Solo") kosztuje - uwaga! - 249 dolarów. Serio. 32-bitowa, zawieszająca się wersja pozbawiona wsparcia za niemal 250 dolców. Jeśli to nie jest kpina, to ja już nie wiem, co nią jest.

Rzadko zdarza mi się odradzać zakup jakichś rozwiązań, ale omijajcie SoundSoap 5. Zainwestujcie te pieniądze w iZotope RX8 Standard - jest obecnie w wyprzedaży za 199$. Z pewnością będziecie o wiele bardziej zadowoleni z efektów, no i nie stracicie niepotrzebnie nerwów...

P.S.1: Na podstawie opisów wszystkich trzech wersji wydedukowałem, że ta aplikacja zwyczajnie NIE OBSŁUGUJE formatu wav. W opisie (ale nie wersji "plus", tylko normalnej) widnieje bowiem informacja, że wspierane są formaty flac oraz mp3. I faktycznie, po skonwertowaniu pliku wav na flac dało się go wczytać... No, ale proszę Państwa, skoro program działa w systemie Windows, to jednak format wav jest tym, co MUSI być obsługiwane... I może to nie jest problem, jeśli używamy wersji wtyczkowej, jednak takiej nijak nie mogę przetestować...

P.S.2: Dostałem nareszcie odpowiedź od firmy Antares - wersja testowa, zgodnie z moimi ustaleniami, w ogóle nie zawiera części VST i można testować wyłącznie wersję standalone. Trochę to dziwne dla mnie, bo przynajmniej w systemie Windows SoundSoap prezentuje się osobliwie z tym dodatkowym okienkiem do mediów i szczerze mówiąc przed wydaniem 250 dolarów wolałbym sprawdzić, jak ten odszumiacz sprawdzi się w wybranym przeze mnie programie DAW (czy w ogóle zadziała? czy wtyczki są 64-bitowe? na te pytania już odpowiedzi nie dostałem)...

czwartek, 8 lipca 2021

[T] Bitwig Studio 4 beta

Czy ma sens testowanie wersji beta? Moim zdaniem ma, jeśli chcemy się przekonać, co nowego przyniesie wersja czwarta, a sami dysponujemy wersją drugą. Czy warto jest aktualizować produkt? Czy pojawiło się w nim to, czego byśmy oczekiwali? Mnie zaś interesowało przede wszystkim, czy nowy Bitwig 4 dostarczy mi takich pozytywnych emocji, jakich dostarczyła mi cztery (cztery?!) lata temu wersja 2.

Bitwig - po co?

Na Bitwiga zdecydowałem się, zmęczony bałaganiarstwem w FL Studio 12 oraz uciekając od Cubase'a, który w tamtym czasie absolutnie nie wzbudzał mojego zaufania, głównie przez problemy z e-Licenserem i jakąś taką ogólną "sztywność". Bitwig był ładny i wygodny jak FL Studio, a jednocześnie zachowywał standardowy sposób pracy, czyli linię czasu (z możliwością pracy na klipach, jak np. w Abletonie). No i faktycznie, aplikacja bardzo mi się spodobała początkowo, ale...

Kłody

Po pierwsze, nie było nagrywania retrospektywnego (aaaaa!), na czym niezmiernie mi zależało i co obecnie ma chyba każdy DAW, skoro nawet PreSonus dodał to w Studio One. Po drugie, miałem problem ze skonfigurowaniem sterownika MIDI - gotowego nie było w presetach, a jakoś nie miałem entuzjazmu do klecenia ręcznie pliku konfiguracyjnego (choć trzeba sprawiedliwie, że akurat pod tym względem Bitwig przypomina nieco Reapera, bo można sobie odpowiedni skrypt napisać i podpiąć gdzie trzeba).

To oraz nadchodząca przeprowadzka sprawiły, że Bitwig leżał odłogiem. Potem nadszedł rok 2018, kiedy to - jeszcze "na wygnaniu" we Wrocławiu - zacząłem nagrywać album Flashback. A ten raczej wymagał Cubase'a, ponieważ pliki źródłowe były tworzone w tym właśnie DAWie, a nie uśmiechało mi się konwertowanie wszystkiego na pliki mid i klecenie od podstaw. No, a potem nadeszła era Studio One, które - równie nowoczesne w szacie graficznej jak Bitwig - obsługiwało się niemal identycznie jak Cubase'a. W międzyczasie skończył mi się roczny plan na aktualizacje Bitwiga i zostałem z wersją 2.4.

Może trójka?

Kiedy weszła wersja 3 Bitwiga, bardzo szumnie zapowiadano ją jako przełom, ponieważ zawierała Grid, czyli coś w rodzaju instrumentu modularnego. Można w nim łączyć różne moduły ze sobą, modulując wszystko wszystkim - raj dla wielbicieli np. Cherry Audio Voltage. Przez chwilę rozważałem, czy nie byłby to dobry moment na powrót, ale byłem już wówczas zaangażowany w tworzenie coverów z Atari, potem nadeszło Synergy, potem znów nagrywanie głosu i oto mamy lipiec 2021, a ja się przyglądam wersji 4 beta...

No i kiedy tak sobie oglądam nowego Bitwiga, nie bardzo widzę jakieś duże nowości. Program wygląda, jak wyglądał i niespecjalnie widać te cztery lata pracy. Oczywiście, po przejściu do trybu Grid staje się jasne, że jednak zmieniło się całkiem dużo, jednak zbyt mało pracowałem w wersji 2.4, żeby teraz coś rzuciło mnie na kolana.

Rozpoznanie bojem

Postanowiłem przygotować jakąś aranżację, a żeby poszło szybko, wrzuciłem po prostu gotowy plik mid, wygenerowany swego czasu, gdy miałem ambitny plan ponownego nagrania płyty Via. Dane MIDI bez problemu zostały umieszczone w oknie programu, a żeby utrzymać porządek, Bitwig je na wszelki wypadek pogrupował.

Praca polegała głównie na przypisywaniu do ścieżek odpowiednich instrumentów, jednak mniej więcej w połowie poddałem się, bo przez nieuwagę w testowym utworze dość mocno używałem instrumentów wbudowanych w FL Studio, które nie są dostępne poza nim. Z tego względu utwór pozostanie nieukończony w bitwigowej wersji, bo doprawdy, na potrzeby testu nie bardzo mam ochotę odtwarzać ze słuchu barwy w innych syntezatorach. Jeszcze gdyby mi jakoś szczególnie zależało...

Mogę jednak powiedzieć, że są rzeczy, które mi się podobają i takie, które mnie irytowały. Najbardziej irytującą rzeczą było skalowanie ścieżek MIDI. Oczywiście, można sobie ustawiać dowolną (prawie) wysokość ścieżki ręcznie i pojedynczo, brakuje jednak możliwości szybkiego przeskalowania w pionie całości, żeby np. objąć całość kompozycji (wszystkie ścieżki). Można jedynie przełączyć się między widokiem pełnym a kompaktowym. Nie znalazłem w dokumentacji stosownego opisu, a w oknie aranżacji nie działa skrót, który robi dokładnie to, o czym mówię, ale w trybie edycji - Ctrl+Alt+scroll. W oknie edycji następuje skalowanie w pionie, w oknie aranżacji nie.

Przyzwyczajenia wymagają operacje rozciągania czy ściskania poszczególnych klipów, bo w zależności od tego, na jakiej wysokości "chwycimy" taki klip, to albo go rozciągamy, albo tworzymy pętlę, albo efekt fade-in/out.

Utrułem się strasznie, wstawiając pliki dźwiękowe (wav), bo Bitwig z uporem maniaka zawsze wstawiał mi je dopasowane do tempa utworu (przyspieszając je lub zwalniając). Znalazłem opcję wyłączającą dopasowanie w ustawieniach klipu, ale mimo wyłączenia, klip ma "przyciętą" długość i nie słychać całości, rozciąganie powoduje tworzenie pętli i... W ustawieniach programu można zmienić to ustawienie globalnie dla nowych projektów, nie znalazłem, niestety, możliwości wyłączenia tego globalnie w bieżącym projekcie.

Bardzo za to spodobała mi się możliwość łączenia kilku instrumentów na jednej ścieżce. Zwykle robię to tak, że dwie lub trzy ścieżki instrumentalne są podpięte do wspólnej ścieżki MIDI, ale rozwiązanie bitwigowe jest z pewnością bardziej kompaktowe i czytelniejsze (np. nie trzeba klikać po ścieżkach instrumentów, żeby sprawdzić, z której ścieżki MIDI biorą dane).

Nieocenione jest bezpiecznie uruchamianie wtyczek VST. Właśnie Bitwig był jedynym programem, który się nie "zamknął", kiedy testowałem wadliwą wersję 1.2.0 Soothe2. Po prostu zamknął wtyczkę i już. To podobało mi się jeszcze w wersji 2.4 i dobrze wiedzieć, że nic się pod tym względem nie zmieniło.

Poza tym bardzo wygodna jest wyszukiwarka - wyszukuje wszystko we wszystkim i jest banalna w obsłudze.

Bitwig a FL Studio

Bardzo ciekawą funkcją jest moim zdaniem import projektów utworzonych w FL Studio. I to faktycznie działa, rzecz jasna tylko na tyle, na ile to możliwe. Jeśli Bitwig ma dostęp do tych samych wtyczek i plików dźwiękowych, potrafi przenieść utwór praktycznie 1:1. Najlepiej, gdy w FL Studio korzystaliśmy wyłącznie z zewnętrznych wtyczek VST, dostępnych także dla Bitwiga - inaczej ścieżki przypisane do wewnętrznych instrumentów FL Studio pozostaną "martwe".

Nie da się jednak ukryć, że to naprawdę fajna sprawa - zwłaszcza że Bitwig wydaje się być wydajniejszy w kwestii odtwarzania. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że w FL Studio projekt przycina i krztusi się, pokazując 100% obciążenia procesora, zaś w Bitwigu (i Cubase, gdzie wcześniej ten sam projekt przenosiłem i orkiestrowałem, wszystkie instrumenty zewnętrzne) już tylko 50-70%. To może być coś, co faktycznie mogłoby mnie przekonać do nowej wersji.

No i co? Upgrade?

Na razie nie wiem, czy w obecnej postaci upgrade ma sens. Stare rzeczy pozostały po staremu, nowe nie rzucają na kolana - przynajmniej mnie, bo nie jestem fanem modulacji czy instrumentów modularnych. Szczerze mówiąc, nieco się rozczarowałem wersją 4 - naprawdę spodziewałem się sporych zmian, a to równie dobrze mogłaby być wersja 3.0 sprzed dwóch lat i też bym uwierzył. I tak, przeczytałem listę rzeczy, które przybyły i w wersji 3, i w wersji 4, jednak nie ma na tych listach nic dla mnie przełomowego (wyjąwszy import plików flp z FL Studio). Taki Polymer czy synteza wavetable faktycznie mogą być bardzo istotne dla sound designerów, podobnie Grid. Gdybym nagrywał wokalistów, pewnie ucieszyłbym się z compingu, a gdybym grał na żywo, stosowne funkcje ułatwiające przełączanie klipów też bym chętnie przygarnął. No, a gdybym był wirtuozem kontrolerów w rodzaju Roli SeaBoard, to już w ogóle byłbym wniebowzięty obsługą MPE. Hm... trudna decyzja. A w takim razie lepiej chwilę zaczekać.

OEKSound Soothe2 1.2.0 - problem

Ostatnio pojawiła się nowa aktualizacja do Studio One 5, więc pobrałem i zainstalowałem, bo dlaczego by nie. Niestety, kiedy chciałem wczytać jeden ze starszych projektów, program... wyświetlił monit, że wystąpił problem z wtyczką Soothe2 i zamknął się. Trochę mnie zmroziło, bo akurat tej wtyczki używam nagminnie. Spróbowałem wczytać inne projekty - to samo. Komunikat i zamknięcie Studio One. Już miałem pisać zgłoszenie błędu do PreSonusa, gdy coś mnie tknęło - chwila, przecież faktycznie tydzień wcześniej przeinstalowywałem wtyczki od OEKSound, aby zostawić tylko wersje VST3. A przecież pobierałem najnowsze instalatory!

Rozpocząłem śledztwo - najpierw Reaper. Dodanie Soothe2 do ścieżki audio i próba odtworzenia zakończyła się zamknięciem Reapera, co - wierzcie mi - nie jest częstym obrazkiem. Kolejno poszły zatem Cubase, FL Studio, Bitwig, a nawet WaveLab i Acoustica. Wszędzie ten sam objaw - wtyczka powodowała zamknięcie aplikacji nadrzędnej przy jakiejkolwiek próbie przetworzenia dźwięku... Czyli to raczej Soothe2 w wersji 1.2.0 miał problem!

Zainstalowałem na próbę wersję 1.1.3 i ta działała (uf!). Potem wystarczyło już napisać do supportu OEKSound z informacjami, które zdobyłem (jaka wersja sprawia problem, z którymi DAWami testowałem, jakie są objawy, przykładowy filmik nagrany OBS-em z awaryjnego zamykania Reapera i do tego zrzut ekranu z komunikatem błędu). Zawsze warto jak najdokładniej opisać problem i - jeśli to możliwe - podać scenariusz jego odtworzenia. Po dwóch godzinach mniej więcej odpisał mi Joel Ward, że faktycznie chyba jest problem z jakąś aktualizacją Windows 10 i zapewnił, że trwają prace nad poprawką. To było piątego lipca.

Dzisiaj natomiast (czyli trzy dni później) dostałem e-maila od Joela z linkiem do testowej wersji z poprawką w celu przetestowania. Zainstalowałem, odpaliłem ponownie na wszystkim, co mam zainstalowane - działa! I to mi się podoba!

Rzadko chwalę firmy programistyczne, zwłaszcza w zakresie wsparcia (IK Multimedia, Wy wiecie, o co chodzi, Corel to samo!), jednak OEKSound muszę zdecydowanie pochwalić za szybkość reakcji i niezwalanie winy na użytkowników. Podobnie jak to miało miejsce w lutym w przypadku Omnisphere, poczułem się... no, doceniony. A wymierny zysk jest taki, że szybciej pojawi się w pełni działająca wtyczka, z której można bez obaw korzystać.

Oficjalna poprawka jest już dostępna w wersji 1.2.1 na stronie producenta.

Promocja od Luftrum - warto!

Jestem wielkim fanem bibliotek dźwiękowych firmy Luftrum, stąd - jeśli ktoś jeszcze nie wie - informuję, że do końca lipca trwa letnia wyprzedaż z obniżkami nawet do 50%. Co najważniejsze, obniżki dotyczą nie tylko banków brzmień, ale także dwóch flagowych instrumentów: Bioscape i Lunaris. Kosztują one obecnie 95$, co jak na tę klasę instrumentów jest bardzo korzystną ofertą. Promocja nie dotyczy zupełnie wszystkich produktów (np. najnowszego banku Zaphira dla u-he Diva), ale jeśli ktoś ma troszkę zaskórniaków, to może się obłowić.

O promocji dowiedziałem się z e-maila i tradycyjnie okazało się, że warto czytać wiadomości od Luftrum. Oprócz tradycyjnie zaszytego w treści kodu promocyjnego znalazł się tam bowiem akapit o pewnym żarcie, który firma zrobiła jakiś czas temu użytkownikom instrumentu Lunaris. Otóż w instrukcji instrumentu (ale tylko tej, dołączonej w samym instalatorze) znalazł się pewien zapis w postanowieniach licencyjnych. No i przez te lata zaledwie dwóch użytkowników do tego zapisu dotarło, a podobno warto! A że firma chciałaby, żeby jeszcze kilka osób skorzystało (ale też z tych, co uważnie czytają), to postanowiła opowiedzieć o tym we wspomnianym e-mailu.

No i co powiecie? Znalazłem odpowiedni fragment, a tam... kod na 75% zniżkę! I dzięki temu za 9$ mam najnowszy bank Zaphira! I jak tu nie lubić Luftrum?

Oczywiście, wpis nie jest sponsorowany - doradzam, bo używam produktów Luftrum i jestem bardzo z nich zadowolony.

wtorek, 6 lipca 2021

Małe pocieszenie

No, dobra, przestaję się oficjalnie martwić szumami Shure'a SM7B. Wprawdzie już się trochę mniej martwiłem po rozmowie z Darkiem Marchewką, jednak dzisiaj miałem okazję pokonwersować z Piotrem z kanału BFG Racing. Też używa on SM7B, jednak z dużo lepszym sprzętem do rejestrowania. No i od słowa do słowa, pogadaliśmy o tych męczących mnie szumach. W końcu Piotr zaproponował, że nagra mi fragment w swoich warunkach, żebym miał porównanie. I on zajął się nagrywaniem i wysyłaniem pliku, a ja w tym czasie beznadziejnym wzrokiem wodziłem po cenach wspomnianego sprzętu rejestrującego.

Na szczęście okazało się, że nie jest tak źle. Po przesłuchaniu przysłanego fragmentu stwierdzam, że jakiejś szalonej poprawy nie ma i SM7B jednak szumi i szumieć będzie, nawet jak się go podłączy do przedwzmacniacza za wiele tysięcy złotych. Czyli jednym słowem, trzeba się z tym zwyczajnie pogodzić.

Gorzej, że muszę znaleźć skuteczny sposób na walkę z mikro-mlaśnięciami, które są rejestrowane, gdy nagrywam z bliskiej odległości. Dużo z nich udaje się usunąć SPIFF-em, jednak nie wszystkie i jak mi uświadomił Piotr, niektórych może to męczyć przy słuchaniu (aczkolwiek do tej pory nikt mi tego nie zgłaszał, a o szumie już słyszałem). Cóż, trzeba będzie poszukać jakiegoś remedium i na to.

Tak czy owak, bardzo się cieszę, że sprawa szumu w SM7B ostatecznie się wyjaśniła do końca. Bo jak znam siebie, zbierałbym miesiącami i kupił wreszcie jakiś drogi przedwzmacniacz, żeby tylko przekonać się, że jednak nie, poprawy nie ma praktycznie żadnej. Ale szczerze - bardzo się dziwię, że przez prawie pół wieku inżynierowie z Shure nie wymyślili nic, co poprawiłoby ten ewidentny mankament SM7B. Chyba że nikomu innemu to nie przeszkadza...

poniedziałek, 5 lipca 2021

RødeCaster vs Tascam DR-100

Minął właśnie miesiąc od momentu przerzucenia się na nowe urządzenia rejestrujące i postanowiłem napisać kilka słów na temat, jak które urządzenie się sprawuje i czy któreś z nich zdobyło przewagę nad drugim. Być może powinienem poczekać z tym jeszcze parę miesięcy, ale raz, że jestem niedoczekany, a dwa, że za parę miesięcy mogę przecież i tak wrócić do tematu.

Podcasty

Jeśli chodzi o realizację nagrań na potrzeby podcastu, to bezapelacyjnie zwycięzcą jest RødeCaster Pro. Odcinki "techniczne" realizuję praktycznie tylko z jego pomocą, bo mogę to robić prawie na 100% na gotowo. Włączam nagrywanie, uruchamiam jingiel początkowy i gadam, po czym uruchamiam dżingiel końcowy i tyle. W komputerze pousuwam co najwyżej jakieś ewidentne pomyłki czy przeszkadzajki i mam odcinek! Prosto i przyjemnie, zwłaszcza od momentu, kiedy udało mi się opanować szumy z Shure SM7B - po prostu znalazłem i wyłączyłem globalny kompresor, który te szumy znacząco zwiększał!

Także wywiady nagrywałem do tej pory głównie RødeCasterem (3 z 4) i chociaż raczej planuję w przyszłości częściej brać ze sobą Tascama (jest poręczniejszy), to wywiady przeprowadzane przez Discorda zdecydowanie wygodniej jest mi robić RødeCasterem, bo mogę sobie zapisać siebie i osobę nagrywaną na osobnych ścieżkach (podobnie jingle), a potem łatwo obrobić całość. To znaczy - względnie łatwo, bo musiałem najpierw znaleźć sposób na rozbicie wielokanałowego wave'a na pojedyncze ścieżki.

Właśnie nagrywanie z Discorda bardzo mi się spodobało - to znaczy, że nie ma problemu z jednoczesnym odtwarzaniem i nagrywaniem dźwięku, że działa wielokanałowość, że można spokojnie odtwarzać jingle i tak dalej. To naprawdę wygodne urządzenie i aż się chce nagrywać wywiady (tylko o rozmówców trudno).

Nagrania pozostałe

RødeCasterem nagrywam także narrację do filmików, korzystając z wygody, jaką daje nagrywanie bezpośrednio w komputerze. Oczywiście, ma to zastosowanie głównie w momencie nagrywania głosu razem z obrazem, np. w OBS-ie, bo jeśli mam napisaną całą treść i później ją tylko wmontowuję w film, to nagrywam w Tascamie przy wyłączonym komputerze, tak jak to robiłem wcześniej.

Trochę nietypowo wykorzystuję urządzenie od Røde w codziennej pracy - a konkretnie, podłączam je do służbowego laptopa i dzięki temu bez problemu nie tylko słucham sobie muzyki, ale także mogę uczestniczyć w telekonferencjach.

Resztę nagrań rejestruję Tascamem. Dlaczego? Jest poręczniejszy. I prostszy - może nie w obsłudze, bo zdecydowanie szybciej jest włączyć RødeCastera, szybko suwakiem ustawić poziom i włączyć nagrywanie. W Tascamie trzeba sprawdzić w menu, czy na pewno nagrywamy sygnał mono z jednego mikrofonu, zbadać ustawiony poziom (czy nagrywaliśmy poprzednio z mikrofon dynamiczny z aktywatorem czy jednak mikrofon pojemnościowy) i... czy na pewno jest włączone nagrywanie. Tascam jest prostszy, bo nie trzeba uważać na włączone/wyłączone efekty, na włączony/wyłączony zapis wielokanałowy dla karty SD, na przypadkowe załączenie jingla i inne tego typu rzeczy. On ma po prostu nagrywać.

Także wywiady "wyjazdowe" obsługuję Tascamem, bo jest to po prostu wygodniejsze - rejestrator, dwa mikrofony i dwa statywy stołowe plus para przewodów XLR mieszczą się w małej torbie lub plecaczku, który normalnie zająłby sam RødeCaster. Poza tym, mimo solidnej budowy, bałbym się jednak upychać RødeCastera gdzieś między przewodami, mikrofonami i statywami - z obawy o dotykowy, duży ekran czy suwaki. Umówmy się, to maszyna stacjonarna.

Jakieś minusy?

O plusach obu urządzeń pisałem już wiele (i bez ich istnienia nigdy bym się nie zdecydował na zakup żadnego z nich). Czy jednak po miesiącu odkryłem jakieś minusy? Owszem, i to w obu wypadkach.

Jeśli chodzi o RødeCastera, to według mnie niewątpliwym minusem jest to, że urządzenie dysponuje wyłącznie wejściami XLR, zamiast gniazdami combo, akceptującymi również wtyki TRS. Im dłużej używam RødeCastera, tym bardziej mi tego brakuje. I nie chodzi nawet o nagrywanie np. gitary czy podłączeniu syntezatorów - zwyczajnie nie mogę wykorzystać np. GoldenAge Pre-73 - a właśnie chciałbym. Miałbym go sobie podłączonego na stałe do wejścia 3 lub 4 i gdyby naszła mnie ochota nagrywania mocnego sygnału, po prostu podłączyłbym mikrofon do GoldenAge'a i już. Miałbym wtedy dużo większą elastyczność i może zamiast aktywatora mógłbym korzystać właśnie z porządnego przedwzmacniacza?

Nieco irytuje także sposób zapisu wielokanałowego - na karcie SD jest to możliwe tylko w postaci wielokanałowego pliku wav, który waży często wiele gigabajtów, ponieważ zapisywane są ZAWSZE wszystkie kanały. W trybie wielokanałowego zapisu przez USB nie można niestety użyć sterowników ASIO - niby jest jakaś wersja beta, ale nie bardzo chce działać...

Tascam także ma swoje za uszami - przede wszystkim ciągłe badanie i zmienianie źródła zapisu i formatu (czy przypadkiem nie nagrywamy stereo z wbudowanych mikrofonów zamiast mono z lewego kanału). Poza tym osłona przeciwwietrzna na wbudowane mikrofony jest - wierzcie mi - NIEZBĘDNA, zwłaszcza jeśli wyjdziemy w plener. Bez niej nagrania będą nadawały się do kosza.

Stopień zadowolenia

Muszę przyznać, że mimo niejakich minusów, z obu urządzeń korzystam z dużą przyjemnością i chociaż żadne z nich nie jest ideałem, to stanowią dużo lepsze rozwiązanie niż nagrywanie z wykorzystaniem komputera czy Tascama DR-05 z jakimiś przejściówkami. Szybko się uruchamiają, potrafią działać w kompletnej ciszy i są - przynajmniej póki co - niezawodne. Zwycięzcy nie jestem w stanie wyłonić - każde z urządzeń znalazło sobie własną niszę, którą zapełniło i czuje się w niej zupełnie dobrze. I o to mi chyba chodziło

niedziela, 4 lipca 2021

[T] Lewitt MTP 550 DMs

O firmie Lewitt i jej mikrofonach słyszałem i czytałem już od dawna, jednak dopiero ostatnio miałem możliwość testować jeden z takich egzemplarzy. Chodzi oczywiście o tytułowy model MTP 550 DMS, czyli mikrofon dynamiczny ze średniej półki cenowo-jakościowej. Według moich oczekiwań, powinien wypaść on lepiej od moich AKG D5 i Shure 14A, a kto wie, może i od Shure'a SM7B, zwłaszcza w kwestii szumów własnych.

Zestaw

To, co znajdujemy w pudełku, nie jest może żadną rewelacją, bo oprócz mikrofonu jest tam mocowanie statywowe oraz saszetka do przechowywania sprzętu. Jednak - w odróżnieniu od na przykład AKG D5 - znajdziemy tu także gąbkową osłonę, mającą obniżać poziom głosek wybuchowych. Miły gest ze strony producenta i chociaż sama gąbeczka nie jest aż tak znowu rewelacyjna, to wypada ów gest docenić.

Montaż jest oczywisty i nikomu nie powinien sprawić kłopotu, choć mikrofon jest dość "gruby" i wciskanie go do uchwytu z pewnością nie jest rzeczą komfortową, za to samemu uchwytowi należą się brawa za rzecz tak trywialną, jak... łatwa do obracania śruba mocująca! Dzięki temu, jeśli chcemy wyregulować dokładnie pochylenie, nie trzeba się siłować z całym uchwytem lub wyciągać z kieszeni śrubokręta - po prostu luzujemy śrubę palcami i po kłopocie.

Mikrofon jest dość ciężki i sprawia bardzo solidne wrażenie. Duża "główka" zbudowana z dwóch ściętych stożków chroni kapsułę, zaś stosunkowo krótki i gruby uchwyt może nie przypaść do gustu osobom lubiącym "smukłe" mikrofony dynamiczne, trzymane w dłoni. Budowę jednak oceniam zdecydowanie na plus - jest porządna i elegancka, choć nie aż tak "szpanerska", jak w sE V7. Bardzo ładnie komponuje się z aktywatorem Klark Teknik, który - oczywiście - był w użyciu podczas testów.

Co to-to potrafi?

Jak już wspomniałem, MTP 550 DMS jest mikrofonem dynamicznym. Charakterystyka przenoszenia wygląda bardzo podobnie jak w AKG D5 i rzeczywiście, oba mikrofony brzmią w bardzo zbliżony sposób. Niestety, Lewitt wymaga nieco większego wzmocnienia, nie tak wprawdzie dużego jak Shure SM7B, ale jednak większego niż AKG D5.

Rejestrowanie wyższych częstotliwości, odpowiedzialnych za prezencję i sybilanty, stoi na dobrym poziomie. Prezencja jest podkreślona, a sybilanty przed nałożeniem kompresji - dość łagodne. Po kompresji jednak, przynajmniej w moim przypadku, musiałem stosować de-esser, bo jednak "eski" stawały się zbyt kłujące.

Na szum nie mogę, na szczęście, narzekać - po zastosowaniu aktywatora sygnał jest mocny i da się rejestrować bez przeszkód. W RødeCasterze wystarczy bardzo minimalnie wysterowana bramka szumów, by pozbyć się tego niepożądanego składnika niemal zupełnie.

Podatność na głoski wybuchowe oceniam na raczej wysoką, na poziomie AKG D5, czyli gąbeczka to minimum, o czym powinno się pomyśleć przy rejestracji głosu. Lepiej wprawdzie sprawdzi się pop-filtr, ale wiadomo, przy nagrywaniu mobilnym gąbka sprawdza się o wiele lepiej, bo zwyczajnie jest wygodniejsza i w użyciu, i w transporcie. Gąbeczka dołączona do zestawu spisuje się tak sobie, to znaczy nie psuje brzmienia, ale i nie eliminuje wszystkich podmuchów. Działa jednak i tak nieco lepiej od standardowych, najtańszych gąbek za 5-9 złotych, więc nie ma co kręcić nosem.

Trochę szkoda jedynie, że obudowa przenosi sporą część zakłóceń pochodzących z np. przekładania mikrofonu z ręki do ręki. Wprawdzie po zamocowaniu mikrofonu na statywie problem się rozwiązuje, ale czasem nie ma możliwości takiej pracy i wtedy trzeba obchodzić się z urządzeniem dość delikatnie. Za to bardzo doceniam, że wbudowany włącznik (zasadniczo nie przepadam za włącznikami w mikrofonach) jest wpuszczony w obudowę i raczej nie da się go przesunąć przypadkowo (o co naprawdę łatwo w Shure 14A).

Dla chętnych słuchania przykładów, przygotowałem trzy nagrania porównawcze Lewitta moim "dyżurnym" mikrofonem, czyli SM7B. Dwa nagrania przygotowałem za pomocą RødeCastera - jedno jest "surowe", bez zastosowania aktywatorów, drugie już z aktywatorami. Trzecie nagranie, również z aktywatorami, przygotowałem z wykorzystaniem Tascama DR-100MK3. We wszystkich przypadkach powyłączałem przetwarzanie, zaś same pliki są tylko przycięte i znormalizowane. Powinno to ułatwić ewentualne porównania i wyciąganie wniosków.

Do pary

W podsumowaniu mogę napisać, że Lewitt MTP 550 DMS jest bardzo porządnym mikrofonem, który oceniam całościowo nieco wyżej od AKG D5 i pod względem brzmienia (choć różnice nie są duże), i pod względem wyposażenia. Nie jest tak nosowy i ciemny jak Shure SM58, ani tak bardzo podatny na podmuchy jak Shure SM57, więc spośród tych czterech modeli wybrałbym właśnie Lewitta. Chętnie porównałbym go z Røde PodMic, ale póki co, nie mam takiej możliwości. Jeśli zatem ktoś szuka solidnego, porządnego mikrofonu do podcastowania lub przeprowadzania wywiadów, to nie powinien się na MTP 550 DMS zawieść.