niedziela, 23 września 2018

Dotyk klawiatury

Przeprowadzka w zasadzie zakończona. Mam już własny pokój, w którym mogłem nareszcie porozstawiać sprzęt muzyczny, dotąd poupychany w szafach czy w łóżku (!). Przywiozłem też parę gratów od Rodziców, zatem chciałem napisać parę słów o tym, jak te wszystkie przedmioty wpływają na komfort pracy. Bo wpływają.

Najpierw ogólnie

Odkąd wróciłem do muzyki w 2016 roku, borykałem się z "problemem lokalowym". Pisząc wprost, nie bardzo miałem miejsce, żeby gdzieś upchnąć dużą klawiaturę do grania. Ratunkiem stał się malutki Alesis V25, który ostatecznie stanął obok zwykłej, komputerowej klawiatury i pomagał w pracy. Bo - od razu to napiszę - jakoś nie przekonuje mnie "rysowanie" muzyki myszką. Pewne rzeczy trzeba po prostu zagrać i już.

Teraz, na stojaku obok biurka, dumnie rozpierają się Korg Triton 76LE oraz Roland Juno G, a na biurku obok Korga NanoPada stoi Arturia KeyLab, o której się nieco później rozpiszę.

Generalnie zatem mam teraz pełną swobodę jeśli chodzi o granie i powiadam Wam, że to bardzo dogodne, jeśli mogę poszczególne klawiatury przypiąć do konkretnych brzmień i grać na nich jednocześnie. Przyznam, że dotąd nie miałem aż takiego komfortu.

Ale Arturia jednak najlepsza

Chociaż szalenie lubię klawiaturę Tritona, a i klawisze Rolanda pracują bardzo fajnie, to jednak Arturia przebija je obie wygodą i możliwościami. Dzieje się tak głównie dlatego, że KeyLab jest typowym kontrolerem - nie zawiera (jak Korg i Roland) modułu brzmieniowego. Innymi słowy - nie wydaje żadnych dźwięków i trzeba go dopiero podłączyć (za pomocą MIDI lub USB) do innego urządzenia (np. komputera). Korg i Roland są syntezatorami i można ich używać zupełnie oddzielnie - podłączyć do nich słuchawki i po prostu grać (co się, naturalnie, też bardzo przydaje). I chociaż mają one mnóstwo gałek i przycisków, to nie wszystkie z nich można wykorzystać przy współpracy z komputerem.

Gałki, suwaki, przyciski

Arturia to kontroler i jako taka potrafi wysyłać do komputera mnóstwo różnych parametrów, nie tylko dotyczących klawiatury muzycznej. Posiada specjalne pady (w liczbie 16 sztuk), czułe na szybkość nacisku i bardzo przydatne do programowania partii perkusyjnych. Ma suwaki i gałki, które możemy sobie przypisać do dowolnych parametrów w używanym akurat instrumencie VST. I bardzo ważna cecha, ogromnie przyspieszająca pracę: są tutaj przyciski do sterowania programem DAW.

KeyLab 49 i 61, źródło: Arturia

Przykład z życia: tworzę nowy utwór. Najpierw muszę dodać kilka instrumentalnych ścieżek (zwykle i tak zaczynam od jednej), które pracowicie przypisuję do poszczególnych kanałów MIDI. Teraz najważniejsza część - rozpoczynam granie i nagrywanie. W tym celu myszką lub klawiaturą komputerową włączam nagrywanie, przenoszę ręce nad klawiaturę, gram, potem znów myszka i klawiatura komputerowa, zatrzymanie, przewijanie, kasowanie, kolejne podejście, znów ręce nad klawiaturę muzyczną i tak dalej.

Z Arturią jest inaczej, bo może ona kontrolować także program DAW. Czyli mając ciągle ręce nad KeyLabem, mogę uruchamiać rejestrację i ją zatrzymywać, kasować, przewijać, cofać. Interakcja z myszką lub klawiaturą komputerową ograniczona jest do minimum, a to bardzo pomaga skupić się na muzyce - możecie mi wierzyć.

Inne zalety

Kolejną ważną zaletą KeyLaba jest jakość klawiatury. Wprawdzie jest to klawiatura "sytezatorowa", ale półważona, z rozpoznawaniem szybkości nacisku (ang. velocity) i funkcją docisku (ang. aftertouch). Pracuje cicho i precyzyjnie, a po miesiącach męki z CME X-Key jest prawdziwym rajem dla dłoni.

I o ile klawiatura Tritona nie ustępuje tej z Arturii, to KeyLab w jednej kwestii wygrywa w cuglach zarówno z 76LE, jak i Juno G - to kółka modulacji i odstrojenia (pitch-bend). O wiele, wiele bardziej wolę kółka od joysticków, które mają te dwa instrumenty japońskich producentów. Głównie dlatego, że kółko modulacji można pozostawić na określonej pozycji i dalej grać - joysticki mają sprężyny i zawsze wracają do centralnej pozycji. A czasem to spory problem.

Kolejny plus to współpraca z kontrolerami nożnymi - mam takich kilka i można je bez problemu zintegrować tylko z Arturią. Wszystko przez to, że np. pedał sustain mam w wersji Korga, a expression w wersji Rolanda. No i wiadomo, że jedno z drugim nie będzie chciało działać (w końcu po co producenci mieliby się dogadywać - jeszcze by się klient u konkurencji zaopatrzył). A wystarczy oba podłączyć do Arturii i już.

Gwóźdź programu

Tak chwalę i chwalę, ale bardzo ważną zaletą - zwłaszcza z mojego punktu widzenia - jest integracja KeyLaba z oprogramowaniem Arturii - Analog Labem i V Collection. Analog Laba otrzymujemy w pełnej wersji razem z klawiaturą, V Collection trzeba sobie dokupić. O co w tym chodzi?

Analog Lab to zestaw 6500 brzmień dwudziestu jeden "klasycznych" syntezatorów: np. Minimooga, ARP 2600, Synclaviera, Jupitera 8 czy CS-80. Syntezatory są odwzorowane za pomocą modelowania, nie próbkowania, co z jednej strony powoduje "kręcenie nosem" wielbicieli oryginałów, ale z drugiej strony sprawia, że łatwo jest wprowadzać do brzmień zmiany. Całość brzmi - w mojej opinii - bardzo dobrze i jest dużą pomocą, jeśli ktoś wykorzystuje we własnej muzyce syntetyczne barwy.

Arturia nie poprzestała na dodaniu wirtualnych instrumentów, ale mocno ułatwiła ich obsługę za pomocą KeyLaba. Znów - zamiast sięgać do myszki i klawiatury komputerowej - większość rzeczy da się zrobić za pomocą kontrolera. Wybór banku czy brzmienia - żaden problem. Dodatkowo umieszczone po prawej stronie pokrętła i suwaki mapują się na parametry wybranego brzmienia i możemy bezpośrednio z kontrolera zmieniać np. szybkość pracy LFO czy punkt odcięcia filtra.

Rzeczy, z których nie korzystam

Zupełną ciekawostką są dla mnie gniazda CV w KeyLabie służą one do napięciowego sterowania syntezatorami analogowymi albo modularami i zapewne dla pewnego grona użytkowników będą one bardzo ważne. Ja nie korzystam, bo nie mam do czego ich podłączyć. Cieszy jednak, że producent o tym pomyślał i jego klawiatura może posłużyć także w tym celu.

Nie jestem wirtuozem, ale...

Nie neguję tego, że da się tworzyć muzykę bez klawiatury, ba, bez żadnych kontrolerów. Geniuszom starczy ołówek i papier nutowy. Ale ja nie jestem geniuszem, tylko programistą, od czasu do czasu dłubiącym coś w dźwiękowym świecie.

I jak dla mnie każda możliwość fizycznego wpłynięcia na to, co nagrywam, jest istotna. Dlatego cieszę się, że wreszcie mogłem odkurzyć i podłączyć ten cały sprzęt, by z niego normalnie korzystać. To jakby po pół roku dziubania długopisem w notesiku dostać nagle wielki stół kreślarski z porządnym oświetleniem i zapasem papieru oraz przyborów malarsko-rysunkowych. Aż się chce pracować!

No, to teraz już (poza brakiem czasu) nie mam chyba innych wymówek, żeby nagrać album lepszy od Via i Runaway. Prawda?

poniedziałek, 17 września 2018

U-He Zebra 2 dla weteranów

Odkryłem właśnie, że producent moich ulubionych syntezatorów VST, czyli Divy i Repro, oferuje jeden ze swoich instrumentów, Zebrę 2, na bardzo korzystnych warunkach. A wszystko dla tych, którzy są posiadaczami starszych, fizycznych syntezatorów, najlepiej analogowych (ale niekoniecznie, jak pokazuje mój przypadek). Jeśli posiadasz stary instrument, a chciałbyś kupić Zebrę, wystarczy pobrać specjalny plik, wydrukować go i postępować zgodnie z umieszczoną na nim instrukcją. Jeśli nasz instrument przejdzie weryfikację, otrzymamy kod, dający 50$ zniżki na zakup. Akcja trwa już bardzo długo, ale jakoś mi to do tej pory umykało.

W moim przypadku do zniżki uprawniały obie starsze Yamahy: PSS-780 oraz MU-50, zatem skorzystałem z oferty i mogę teraz odpowiedzieć na pytanie: czy warto skusić się na Zebrę?

Czy Zebra jest fajna?

Na pewno Zebra 2.8 jest potężnym syntezatorem. Cztery oscylatory, bogata sekcja filtrów, kilka LFO i wbudowane efekty (pogłos, delay) oraz sekwencer dają olbrzymie pole do popisu. Wystarczy posłuchać wbudowanych presetów, by dość przekrojowo przekonać się, do czego zdolne są algorytmy tego instrumentu.

Co ciekawe, Zebra 2 ma zauważalnie mniejszy apetyt na moc obliczeniową niż Diva, więc spokojnie można używać wielu instancji lub "gęstszych" aranżacji. Wiadomo, że jakość "analogowości" (nie wiem, jak inaczej nazwać zdolność do cyfrowego generowania analogowego brzmienia) jest w przypadku Divy większa, ale - moim zdaniem - Zebra daje radę i jej brzmieniu niewiele można zarzucić.

Zebry są różne

Obecnie są "w obrocie" cztery wersje Zebry, dwie komercyjne, a dwie darmowe. Komercyjne to omawiana "dwójka" oraz oparta na niej Dark Zebra z nowym zestawem presetów (sprzedawana osobno, ale wymagająca licencji na zwykłą Zebrę 2). Darmowe są Zebra CM, dostępna m. in. z różnymi czasopismami (posiadająca liczne ograniczenia i własny interfejs użytkownika) oraz Zebralette, czyli najprostsza wersja z jednym generatorem (aczkolwiek również świetnie brzmiąca!). Jeśli więc ktoś chce przetestować bez ograniczeń czasowych działanie zebrowych algorytmów, może śmiało sięgnąć bo Zebrę CM lub Zebralette, a jeśli się do nich przekona, przejść na Zebrę 2.

Dark Zebra

Zebra CM

Zebralette

A co się nie podoba?

Przyzwyczajony do przeglądarki brzmień w Divie i obu Repro, nieco zdziwiłem się po przejściu do analogicznego modułu w Zebrze. Obsługuje się go identycznie, jednak zamiast klarownych nazw kategorii (basy, arpeggia, pady, leady), mamy tajemnicze "Clowns", "Lupins" czy "Orgones". W ramach każdej tej grupy mamy wymieszane brzmienia o różnych charakterze, co dość utrudnia wyszukiwanie.

Każdy według siebie

Każdy według siebie musi ocenić, czy brzmienie Zebry mu odpowiada - na szczęście można pobrać wersję testową i samemu się przekonać lub wypróbować wersje darmowe. Moim zdaniem - warto. Jest to świetnie brzmiący syntezator o bardzo dużych możliwościach kreacji złożonych brzmień. Firma U-He rzadko oferuje zniżki na swoje produkty - nawet w "czarne piątki" czy "cyfrowe poniedziałki" - wychodząc z założenia, że ich instrumenty zawsze są warte tyle samo, a użytkownicy płacący pełną cenę mogą się poczuć dotknięci, że inni dostają to samo za pół ceny. Warto więc skorzystać z oferty dla "dinozaurów", jeśli posiadacie jakiś stary syntezator.

PS. Uprzedzając ewentualne pytania - nie, artykuł nie jest sponsorowany, nie odnoszę żadnych korzyści z przychylnego traktowania instrumentów od U-He. Po prostu są dobre i tyle.

wtorek, 11 września 2018

Minusy zabezpieczeń

Pisałem już ostatnio, że zaczynam powoli budować i porządkować moje "domowe studio". W ciągu ostatniego tygodnia nocowałem w nowym miejscu ze trzy razy, więc mogłem poświęcić wieczory na konfigurowanie, uzupełnianie i wykorzystanie (a co!) muzycznego kącika. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie jeden szczegół - licencje.

Większość oprogramowania, którego używam, jest zabezpieczona licencjami wgrywanymi na dwa klucze USB - iLok oraz eLicenser (tak działają wtyczki np. AIR, Waves, Steinberg czy iZotope). Jedyny plus tego rozwiązania jest taki, że licencje można przenosić między komputerami i przy ponownej instalacji wtyczki nie trzeba szukać i wpisywać numeru seryjnego - wystarczy mieć wpięty odpowiedni klucz.

Minus pierwszy - sterowniki

Oczywiście oba klucze wymagają odpowiednich sterowników, które trzeba zainstalować, aby licencje były widziane w systemie. Kilka razy zdarzyło mi się (i tak było teraz, po półrocznym nieużywaniu komputera), że bez nowej wersji sterownika klucz po prostu nie działał. Kiedyś, jeszcze na starym komputerze, na Windows 8 przestał prawidłowo działać sterownik do iLoka - sam się wyłączał albo nie włączał przy starcie systemu, co powodowało, że musiałem przed rozpoczęciem pracy w DAW wchodzić do usług systemowych i uruchamiać odpowiednią usługę ręcznie.

Co ciekawe, aby korzystać z zabezpieczeń iLok czy eLicenser, nie trzeba na ogół mieć fizycznego klucza - w takim wypadku sterownik wiąże licencje z komputerem. Traci się wówczas plus związany z przenoszalnością, ale niekiedy nie ma wyjścia, jeśli producent oprogramowania stosuje tylko takie zabezpieczenie.

Minus drugi - bałagan

Bałagan w licencjach pojawia się, jeśli zaczynasz korzystać z wersji próbnych, zabezpieczonych takim właśnie sprzętowym kluczem. Brzmi to nieco absurdalnie - bo instalować sterownik tylko po to, żeby wypróbować jakąś wtyczkę? No, ale tutaj niewiele zależy od użytkownika - jak mus, to mus.

Problem w tym, że wpisy dotyczące licencji czasowych pozostają na kluczu i nie sposób się ich pozbyć - przynajmniej ja nie znalazłem takiego sposobu. Jeśli wpisów jest stosunkowo niewiele, nie ma się czym martwić. Jednak przy kilkunastu czy kilkudziesięciu wpisach zaczyna się zabawa w odszukiwanie odpowiedniego wpisu.

Przyznam, że ten "minus" wypisuję tylko z kronikarskiego obowiązku, bo staje się on dokuczliwy tylko w przypadku jakichś masowych operacji na licencjach.

Minus trzeci - fizyczność

Zainwestowałem w fizyczne klucze USB głównie dlatego, że część licencji ich wymaga (nie da się przypisać do komputera). Teraz - przy okazji pracy w dwóch "studiach" jednocześnie - chciałem sobie pogratulować błyskotliwości i zdolności przewidywania. W końcu mogę wyjąć klucze z laptopa, przewieźć do stacjonarnego i pracować tam. Dzięki chmurze Google'a, gdzie zapisuję robocze projekty, nie muszę nawet zgrywać sesji na pendrive'a, tylko synchronizuję katalog Google Drive i już. ALE...

Jak to mam w zwyczaju - po prostu zapominam. Zapominam zabrać tych kluczy ze sobą. I wtedy, niestety, nie ma bata - nie da się pracować... Dodatkowo zwykle zapominam też zabrać dysku zewnętrznego, na którym mam wszelkie "duże" pluginy (w rodzaju brzmień orkiestrowych, Omnisphere, Komplete czy bibliotek do Kontakta), więc nawet te pluginy, na które mam "normalne" licencje, nie działają, bo nie mają danych.

Orzechy włoskie jeść!

Podobno jedzenie orzechów pomaga na pamięć - a to chyba jedyne rozwiązanie na moje kłopoty. Pomarzyć można o czasach, gdy oprogramowanie kupowało się w sklepie, instalowało z nośnika i już. Doceniam jak najbardziej zalety dystrybucji cyfrowej i w sumie nie chciałbym wracać do dyskietek czy płyt, jednak jak kania dżdżu łaknę opracowania jakiegoś jednego, wygodnego (dla klienta!) sposobu weryfikacji licencji. Obecnie najwygodniejsze wydaje się wpisanie numeru seryjnego - instaluję wersję testową ze strony producenta, odszukuję w e-mailach zakupiony numer, wklejam i gotowe. Wiadomo, że nie jest to sposób dla producenta bezpieczny - piraci zakupią jedną licencję i zaczną sprzedawać z tym samym kluczem (albo napiszą sobie generator, jeśli odkryją algorytm weryfikujący poprawność numeru), nie każda wtyczka ma też wersję testową (np. właśnie duże biblioteki, liczące po kilka czy kilkanaście gigabajtów). Z drugiej strony, jakiego zabezpieczenia by producenci nie użyli, piraci i tak je złamią, więc stuprocentowo bezpiecznych programów i tak nie ma.

Szkoda, że ludzie kradną...

poniedziałek, 10 września 2018

Pół roku zaległości

Powoli próbuję ogarnąć "stary komputer", tzn. stacjonarny, który od stycznia stał sobie, nieruszany, w Swarzędzu. Najpilniejsze aktualizacje zostały już wykonane (system, antywirus, DAWy, wtyczki VST), więc od tej strony przynajmniej jest na chwilę spokój. Gorzej ze szczegółami.

Zaczęło się dość niewinnie, bo przesłuchując fragmenty nowej płyty, chciałem poprawić jeden z utworów. Próba wczytania go do DAW skończyła się jednak niepowodzeniem - na starym komputerze mam wprawdzie aktualne wersje wtyczek VST, ale tylko tych, które już tam były wcześniej. Nie mam tam wtyczek, które miałem tylko na laptopie lub instalowałem je dopiero w tym roku.

Wszystko wskazuje zatem na to, że będę musiał po kolei otwierać wszystkie utwory, które tworzyłem na laptopie (np. prawie cała płyta Flashback) i notować, których wtyczek brakuje, po czym pracowicie je doinstalowywać.

Po raz kolejny wychodzi więc na to, że należy być muzykiem (producentem?) non stop, by na bieżąco mieć aktualizowane środowisko pracy. Wolę sobie nawet nie wyobrażać, jaką pracę będę musiał wykonać np. po zakupie nowego komputera za parę lat...

Może po prostu rzucić te wszystkie syntezatory i skupić się na gitarze?

środa, 5 września 2018

Domowe studio

Przeprowadzka powoli staje się faktem i zacząłem urządzać moje domowe studio. Oczywiście, "studio" to określenie trochę na wyrost, ale podłączyłem komputer i monitory (zarówno wyświetlacze, jak i głośniki), zainstalowałem lampkę (ważna w pracach nocnych!), rozpakowałem Rolanda Juno G i podłączyłem go do komputera. Na razie jednak nic więcej nie zdziałałem, bo...

Powód jest banalnie prosty. Przy pierwszym uruchomieniu dowolnego DAW-a okazuje się, że podstawową sprawą jest zainstalowanie aktualizacji. Do WSZYSTKIEGO. Sterowniki do iLoka i e-Licensera (klucze USB z licencjami do oprogramowania) - dwa restarty. Aktualizacje DAWów (FL Studio, Cubase, Bitwig, Studio One), a po nich aktualizacje "aktualizatorów", czyli Native Access, Output Hub, EastWest Installation Center, Arturia Software Center czy Waves Central. Potem - bagatela - aktualizacje samych pluginów VST (np. do Spectrasonics Omnisphere wyszła tydzień temu duża aktualizacja do wersji 2.5, podobnie sporo aktualizacji wyszło do softu Arturii).

Tak czy owak, dwa wieczory spędziłem do tej pory na ściąganiu i instalowaniu oprogramowania, zamiast na graniu (na co po cichu liczyłem). A po pół roku z CME X-Key palce aż się rwały do komfortowej klawiatury Juno G (nie jest tak dobra, jak w Arturii Key Lab, ale w porównaniu do deski od CME - rewelacyjna). Skończyło się na tym, że plumkałem sobie w międzyczasie na Rolandzie, a komputer pracowicie pobierał oraz wgrywał kolejne megabajty...

Czeka mnie jeszcze wizyta u Rodziców, skąd przywiozę sobie Korga 76LE oraz wspomnianą Arturię Key Lab, o której już teraz planuję co nieco napisać, bo strasznie się za nią stęskniłem ostatnimi czasy. A potem już nie będzie wymówek, że nowe utwory się nie pojawiają.

Zresztą... nowy album jednak powstaje, pierwsza wersja jednego z utworów do posłuchania: