czwartek, 23 listopada 2017

Xpand!2 za darmo w czarny piątek

Nie, nie reklamuję sklepu - zwracam tylko uwagę, że z okazji czarnego piątku można ZA DARMO otrzymać bardzo fajny instrument - Air Xpand!2. Myślę, że naprawdę warto - wiele razy wykorzystywałem dostępne w nim brzmienia i uważam, że - zwłaszcza na początek - jest to solidna baza dźwięków. Do wyrwania w AudioDeluxe.com.

środa, 25 października 2017

[O] Starzy mistrzowie

Dzisiaj będzie trochę przekornie, a do wpisu sprowokowała mnie dyskusja na pewnym forum, poświęconym muzyce elektronicznej. Spotkałem się tam z ogólnym narzekaniem na "starych mistrzów", którzy zamiast nagrywać nowe rzeczy, odcinają kupony od sławy. Szczególnie oberwało się dwóm nazwiskom: Oldfieldowi i Jarre'owi. Ten pierwszy wydał wiosną "Return to Ommadawn", kontynuację "Ommadawn" z 1975 roku. Drugi z kolei nagrał w 2016 roku "Oxygene 3", nawiązujący do młodszego o 40 lat (!) "Oxygene".

Oldfield

Obaj panowie mają swoje "za uszami" i wielokrotnie już podpadali krytyce. Oldfield z uporem maniaka przez całe niemal zawodowe życie nawiązuje do płyty "Tubular Bells" - mieliśmy dwie kontynuacje ("Tubular Bells II" oraz "Tubular Bells III"), mieliśmy remastery, mieliśmy wersję symfoniczną, mieliśmy nagranie od nowa. Mieliśmy też (niestety) "pochodne" w rodzaju "Millenium Bell" czy "Tubular Beats". Ponadto po pobycie na Ibizie Mike skręcił w stronę popu i muzyki tanecznej, z czego wzięła się taka płyta jak "Light and Shade" czy późniejszy, niezbyt dobrze przyjęty "Man on the Rocks". A tu gruchnęła wieść, że powstaje druga część jednego z "kultowych" albumów, czyli "Ommadawn". Fani zadrżeli.

Na szczęście płyta jest - w mojej, ale chyba nie tylko mojej - opinii bardzo udana. To znów dwie dwudziestominutowe suity, to piękne melodie zgrabnie połączone w całość. Płyty słucha się z przyjemnością i zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że jest przyjemniejsza w odbiorze niż nagranie z 1975 roku. Kontynuacja lepsza od oryginału? Tu się chyba udało.

Jarre

Pod adresem Jarre'a skierowane są inne zarzuty - że od czasów "Chronologie" z 1993 roku nie nagrał niczego nowego czy w ogóle czegokolwiek na przyzwoitym poziomie. Osobiście przesunąłbym cezurę na 1997 rok, kiedy ukazała się pierwsza kontynuacja "Oxygene" w 21 rocznicę wydania pierwowzoru. Choć wówczas płyta wydawała mi się nieco wtórna, przekonałem się do niej i w zasadzie od tych 20 lat słucham obu albumów "Oxygene" łącznie, jednym ciągiem, bo tworzą spójną całość. Ale nadszedł rok 2016 i Jarre zapragnął nagrać jeszcze trzecią część "Tlenu" - czy słusznie?

I tu pojawia się dylemat - bo płyta "Oxygene 3" zasadniczo jest w mojej opinii udana! Tyle tylko, że niepotrzebnie została włączona w skład trylogii. Gdyby nazwać ją inaczej i usunąć kilka zbyt czytelnych nawiązań, byłaby to wreszcie płyta, która może zamknęłaby usta krytykom Francuza. Można by mówić, że Jarre wreszcie nagrał samodzielnie album koncepcyjny na poziomie choć zbliżonym do dzieł z przeszłości. Jednak nazwa zobowiązuje i jako kontynuacja genialnego "Oxygene" z 1976 roku czy przyzwoitego "Oxygene 7-13" nowa płyta wypada dość blado.

Czyli co?

W sumie nie do końca wiadomo. Autorzy, jak to autorzy, mogą z własnym dorobkiem robić, co im się podoba. A co z oczekiwaniami słuchaczy? I tutaj jest chyba pies pogrzebany. Bo słuchacze są trochę jak inżynier Mamoń - lubią to, co znają. Trudno im się dziwić, w końcu "za coś" lubią danego artystę i nie każdy eksperyment musi się podobać. I ostatecznie sprawa sprowadza się do jednego: czy te nowe płyty kupimy i będziemy ich słuchać? Ja "Return to Ommadawn" słucham. "Oxygene 3" też, choć nie dograłem go jeszcze do utworów z pierwszych płyt. Na razie mi do nich nie pasuje...

wtorek, 3 października 2017

[G] Gades - Runaway

No i jest! Po kilku dniach oczekiwania dotarła paczka, a w niej nowa płyta. Jakość druku i nadruku bez zmian w porównaniu do płyty Via, czyli jest dobrze:

Niestety, mam zastrzeżenia do warstwy audio - mimo wyraźnego zaznaczenia w zamówieniu, wstawiono przerwy między utworami, co w kilku przypadkach tworzy nieprzyjemny dla ucha efekt... Tragedii wprawdzie nie ma i nie zamierzam odsyłać paczki, ale następnym razem chyba jeszcze dodatkowo zadzwonię i przekażę uwagi ustnie.

Uff, sprawę Runaway mamy zatem zamkniętą. Czy czas myśleć o kolejnym projekcie?...

czwartek, 28 września 2017

Nie tylko SoundCloud

Płyta "Runaway" już w przygotowalni, a ja tymczasem rozejrzałem się trochę po serwisach umożliwiających udostępnianie muzyki i znalazłem BandCamp. Dodawanie całych płyt jest tam banalnie proste i już w tym momencie można posłuchać sobie całej płyty "Via".

Mniej więcej w przyszłym tygodniu powinno być też gotowe "Runaway", które także znajdzie się na BandCamp, o czym zapewne poinformuję także tutaj.

wtorek, 5 września 2017

[G] Czas zakończyć

Już anonsowałem zakończenie prac nad albumem "Runaway" i rzeczywiście wszystko na to wskazywało. Po czym wymieniłem dwa utwory na nowe. Teraz zmagam się z masteringiem i przeróbką jednego z utworów (dosyć diametralną). A myślałem, że we wrześniu album będzie gotowy...

Tymczasem do posłuchania jedna z nowości - słuchajcie, póki nie wymienię jej na coś jeszcze innego!

poniedziałek, 31 lipca 2017

[T] Bitwig Studio

Jak pewnie wiecie, albo i nie, od kiedy zajmowałem się muzyką, stosowałem program Cubase firmy Steinberg. Znacznie później przeszedłem na FL Studio 12, w którym pracowało mi się bardzo dobrze (i którego notabene wcale nie porzucam na wieki). Ale...

FL Studio

Kończąc prace nad albumem "Runaway" nie raz i nie dwa zżymałem się na FL Studio. Coraz częściej przeszkadza mi przyjęty w tym programie workflow, czyli sposób pracy. Najważniejsze wady można wypunktować:

  • brak powiązania między patternem, playlistą i mikserem (osobne nazwy, osobne kolory itp.) = bałagan
  • irytująca przeglądarka instrumentów VST (czasem po ponownym skanowaniu pojawiają się niechciane wpisy, których trudno się pozbyć, kłopotliwe jest grupowanie instrumentów)
  • brak możliwości łatwej transpozycji fragmentu utworu (konieczność duplikowania patternów i ręczne zmienianie każdego z nich)
  • automatyzacja na playliście jako osobny "klocek" (znów brak powiązania, co prowadzi do bałaganu)
  • błędy we współpracy z niektórymi wtyczkami (np. BigBang2 pracuje poprawnie tylko w trybie bridged)
  • kłopoty z dostosowaniem wydajności (czasem pomaga włączenie, a czasem wyłączenie (!) przetwarzania wielowątkowego)
  • naprawdę wkurzające - ogólny suwak głośności (w oknie programu, nie master w mikserze) wpływa też na głośność renderowanego pliku (!!!), a co gorsza - jego stan zapisuje się wraz z bieżącym plikiem
  • osobne okienka na patterny, playlistę, mikser i instrumenty (notorycznie minimalizuję je do małej belki, którą później trudno zauważyć na tle innych elementów)
  • niemożność wycofania niektórych operacji (np. wymiana instrumentu w slocie czy podmiana sampla w samplerze)

Cubase

Po drugiej stronie mam (ciągle) Cubase'a, z którego dziewiątą wersją wiązałem spore nadzieje, bo unowocześniono wreszcie interfejs użytkownika i niby jest lepiej. Cubase jest jednak "mułowaty", nie toleruje wtyczek 32-bitowych oraz ma kiepski edytor MIDI (piano roll). W ogóle jakoś nie potrafię obsługiwać tego programu myszką - nie trafiam w to, co chcę, nie potrafię przeciągać elementów. W innych programach nie mam tego typu problemów, więc coś jest chyba na rzeczy, choć się nie upieram, że część winy leży po mojej stronie.

Ideał?

Zirytowany FL-em, sięgnąłem po Abletona Live 9 (bodajże z interfejsem M-Audio dostałem kiedyś wersję Lite). Nie powiem, jest to pewien powiew świeżości, choć nie wszystko od razu zrozumiałem. Tak czy owak, wersja Lite ma zbyt duże ograniczenia jak dla mnie, wypróbowałem więc po "coś zbliżonego", czyli właśnie po Bitwig Studio.

O genezie powstania Bitwig Studio nie będę się rozpisywał - dość powiedzieć, że jest to spośród znanych mi aplikacji DAW produkt najmłodszy i czerpie całymi garściami od konkurencji (nawet, zdaje się, były jakieś korowody sądowe z producentem Abletona). To, co mi się w nim podoba:

  • możliwość pracy albo na linii czasu (jak w Cubase), albo za pomocą klipów i scen, które odpowiadają nieco patternom w FL Studio
  • duża wydajność (przynajmniej o ile mogłem to na razie sprawdzić)
  • bardzo przyjemny edytor MIDI (w dużej mierze działa tak, jak w Abletonie i FL Studio)
  • bardzo proste tworzenie "warstw instrumentów" łącznie z przypinaniem do nich efektów (FL Studio też ma warstwy, ale ich obsługa jest nieco toporna)
  • modulacje - przynajmniej potencjalnie, bo na razie tylko oglądałem filmiki i czytałem o tym, ale możliwości wydają się być fantastyczne
  • ładny interfejs programu, łatwy w obsłudze

Dość powiedzieć, że potrafiłem przy pierwszym uruchomieniu nagrać i wyedytować kilka ścieżek, nałożyć efekty i całość działała tak, jak tego oczekiwałem (czego nie umiałem zrobić np. w Abletonie czy wcześniej w FL Studio). Natomiast na razie niejasna jest dla mnie jeszcze logika pracy ze scenami.

Bitwig nie jest ideałem, przynajmniej wersja 1. Ale to chyba krok w dobrą stronę i zamierzam wypróbować go w działaniu. Niedługo ma wyjść wersja 12.5 FL Studio - zobaczymy, w którą stronę tam pójdą zmiany (choć rewolucji się nie spodziewam).

No to co, na koniec coś, co udało się zrobić w Bitwigu?

piątek, 21 lipca 2017

[O] Michel Delving - Władca pierścieni

Wczoraj wieczorem miałem wielką przyjemność odbyć nostalgiczną podróż w lata dziewięćdziesiąte. Zaczęło się dość niewinnie - podczas przesłuchiwania jakiegoś utworu w serwisie SoundCloud jedna z fraz przypomniała mi nagranie, którego słuchałem namiętnie 20 lat temu. Głupie, ale zatęskniłem za przeszłością. Podobnie jak we wcześniejszym przypadku, postarałem się przypomnieć sobie wszystko, co wiem, żeby ustalić autora. Wiedziałem, że album był ilustracją muzyczną do książki (!) "Władca pierścieni", autorstwa jakoś nazwanego duetu, którego połowę stanowił Bartłomiej Dramczyk, którego z kolei znałem jeszcze z czasów Bajtka i Top Secret. Bartek zresztą obecnie pisze na łamach Piksela, więc przynajmniej było pewne, że nie odciął się zupełnie od życia publicznego. Chwila szukania na FaceBooku i... wysłałem do niego prośbę, czy nie ma gdzieś w archiwach rzeczonego albumu. Bo ja owszem, nadal go mam, ale po pierwsze jest na kasecie magnetofonowej, a po drugie - leży w szufladzie u Rodziców.

Odpowiedź przyszła bardzo szybko i Bartek, ku mojej radości, postanowił udostępnić mi nagrania. Tak oto wieczorem zgrałem sobie cały album do odtwarzacza i posłuchałem go do snu.

Tutaj mała dygresja - "Władca pierścieni" była jedną z najważniejszych powieści mojej młodości. Pamiętajmy, że w tamtych czasach nie było jeszcze filmowej adaptacji Petera Jacksona i świetnej ścieżki dźwiękowej Howarda Shore'a. Kiedy czytałem o przygodach Frodo, tłem dźwiękowym były nagrania Michel Delving i Marka Bilińskiego ("Dziecko słońca"). Słuchanie i czytanie tak się związały, że słuchając utworów, przypominam sobie fragmenty książek. To działa do dzisiaj. Naprawdę. Kilka razy autentycznie się wzruszyłem, gdy wczoraj znane niegdyś frazy wyskakiwały nagle z przeszłości.

Nie czuję się kompetentny do oceniania wartości muzycznej "Władcy pierścieni". Brzmienie kojarzy mi się z używaną w tamtym czasie przeze mnie Yamahą MU-50 (choć podejrzewam tu bardziej jakiegoś Rolanda SC-88), więc bez szału. W tym jednak przypadku zdecydowanie sprawdza się stara prawda, że muzyka to przede wszystkim emocje - i chociaż może nikt już nigdy tych nagrań nie odbierze w podobny sposób, to ja je bardzo lubię - takimi, jakie są. Warto było znów poczuć przyjemne ciarki przy "Ścieżce Umarłych" czy "Eowinie".

Na jeszcze jedno chciałbym zwrócić uwagę - ostatni utwór pt. "Lorien". To prawdziwa perełka ze względu na... obecność wokalu. Pięknego wokalu, śpiewającego fragment pieśni Galadrieli:

O złotych liściach śpiewam pieśń -
I oto na drzewie się złocą,
O wietrze śpiewam - i oto wiatr -
Patrz, jak gałązki łopocą.

Za słońcem słońc, za luną lun,
Gdzie morze miłe jest mewom,
Gdzie Ilmarinu piaszczysty brzeg -
Złociste wyrosło drzewo...

Pod wiecznej nocy rojem gwiazd
Złociło się w Eldamarze,
Tam gdzie wysoki kryje mur
Tirionu srebrzystą plażę...

Złociste listki błyskały wciąż
Na gałęzistych latach -
A tu, za działem rozległych mórz,
Łza elfów z łzą morza się brata...

A zima idzie - o, Lorien,
Bezlistne dni niby pręty,
Padają złote listki w toń -
A rzeka gna je w odmęty...

Nie wiem, kto to śpiewał (sprawdzę na kasecie przy okazji i dopiszę), ale głos jest wyjątkowo piękny i bardzo pasujący do treści. Chciałbym umieścić tutaj przynajmniej to jedno nagranie - zobaczymy, czy Bartek się zgodzi. Tymczasem włączę je sobie ponownie. A co!

wtorek, 18 lipca 2017

[G] Pray

I tak oto zbliżam się powoli do końca z gromadzeniem materiału na nową płytę. Dzisiaj na spokojnie:

niedziela, 9 lipca 2017

[T] Air - zestaw na początek

Chciałbym przybliżyć dzisiaj zestaw instrumentów i narzędzi firmy Air, głównie dlatego, że ze względu na dużą różnorodność potrafi on zaspokoić potrzeby osoby, która zaczyna przygodę z muzyką. W pakiecie, który promocyjnie można nabyć za 60$ (np. na Audio Deluxe), znajdziemy syntezatory, sampler, wtyczki efektowe i jeszcze garść innych narzędzi. Cena 60$ dotyczy upgrade'u dla użytkowników jakiegokolwiek instrumentu Air, ale można też nabyć cały pakiet "od zera" za 130$ (wersja uboższa) lub 170$ (wersja kompletna). Wtyczki dostępne są w formatach VST, AU i AAX, więc da się ich użyć praktycznie z każdym programem DAW.

Po co to komu?

Po zakupie platformy DAW (np. Cubase, Ableton czy Logic) otrzymujemy w pakiecie pewną listę dodatkowych instrumentów wirtualnych do natychmiastowego wykorzystania. Zwykle są one albo okrojone w stosunku do "pełnych" wersji, albo są po prostu wersjami próbnymi.

Można oczywiście wykorzystać dziesiątki (jeśli nie setki) instrumentów wirtualnych, ale o ile syntezatorów w tej kategorii nie brakuje, to już porządne samplery czy maszyny perkusyjne są na wagę złota. Air daje nam do ręki bogaty zestaw niezłych (a czasem wręcz świetnych) barw, którymi możemy od razu zacząć się bawić.

Kurczę, przeczytałem powyższe i brzmi to jak reklama...

Nic nie poradzę

Zaczęło się od Xpand!2, którego kupiłem na Boże Narodzenie w promocji za 1$ (serio - a obecnie 28$). No i okazało się, że jest on sam w sobie rewelacyjny i ma mnóstwo inspirujących barw. Występuje także w opisywanym pakiecie, podobnie jak Riser (nadużywany przeze mnie syntezator wyspecjalizowany w tworzeniu efektów "wzmagania napięcia"). Z reszty korzystam sporadycznie, chociaż są dwa wyjątki.

Hybrid 3

Świetny zestaw brzmień - nie stosuję ich wprawdzie na pierwszym planie, gdzie zwykle grają Omnisphere, Diva, Serum lub Analog Lab, ale jeśli mam dylemat, czym zagrać jakieś wypełniające dźwięki, zaczynam właśnie od Hybrida. Brzmień własnych nie tworzyłem, ograniczam się do firmowych presetów, ewentualnie trochę poprawionych wg mojego gustu. W pełnym zestawie dostarczanych jest 5 dodatkowych zestawów brzmień.

Vacuum Pro

Stosuję go podobnie jak Hybrida - jako spory zasobnik ciekawych brzmień wypełniających (chociaż w jednym z utworów gra główną rolę). Na pewno warto go wypróbować. W pakiecie dostępne jest także rozszerzenie do niego, więc jest w czym przebierać.

Reszta

Oczywiście pakiet nie kończy się na Xpand!2, Riser, Hybrid i Vacuum Pro. Znajdziemy tutaj jeszcze sporo dobrych rzeczy:

  • Velvet - elektroniczne pianino (używam rzadko, bo nie jestem pianistą ani wirtuozem biało-czarnych klawiszy)
  • Loom - kolejny syntezator z garścią dobrych brzmień, jednak odbieram go trochę tak, jak Absyntha - niby fajny, ale mnie nie przekonuje
  • Structure - pełnokrwisty sampler, z warstwami, efektami itp. oraz całkiem rozbudowanym zestawem brzmień fabrycznych
  • Strike - maszyna perkusyjna
  • Mini Grand - pianino, czy może nawet fortepian bardziej; bardzo przyzwoite brzmienie jak na moje ucho
  • DB-33 - emulator organów; tego pluginu w zasadzie w ogóle nie używam, bo na organach się nie znam i jakoś nie darzę ich brzmienia specjalnym uwielbieniem

Przykład

Wypadałoby może pokazać jakiś przykład, zatem zapraszam do posłuchania jednego z utworów na płytę Runaway, który powstał z wykorzystaniem niemal wyłącznie instrumentów z pakietu Air (no, jaką może mnieć nazwę?):

Podsumowanie

Naturalnie, zestaw od Air nie wystarczy do wszystkiego, jednak sporo rzeczy da się w nim wykonać i brzmią one zupełnie dobrze. Zanim zaczniecie wydawać pieniądze na kolejne instrumenty, warto się zapoznać z powyższą grupą. Będzie to całkiem dobry punkt odniesienia przy późniejszych poszukiwaniach - np. wykorzystuję dużo brzmień "analogowych", więc może warto sięgnąć po Divę? Fascynują mnie nowoczesne, ostre jak brzytwa barwy - to może Serum? I tak dalej, i tak dalej. Pewne "przetarcie" już będzie, a w przyszłości także arsenał do wypełniania dziur i tła.

Wady? Dla mnie - korzystanie z iLoka, bo nie lubię "utrudniaczy". Na szczęście nie trzeba mieć fizycznego klucza, wystarczy sterownik, ale za to trzeba go aktualizować, bo inaczej wtyczki się nie uruchomią (co oznacza np. niemożność uruchomienia Cubase'a, który wtyczki testuje przy starcie i potrafi się tak zapętlić, że trzeba się przelogować).

piątek, 30 czerwca 2017

Instrumentalne rozczarowania

Jako że przeszedłem już okres fascynacji instrumentami VST oraz bezkrytycznej wiary w materiały promocyjne producentów, pora rzucić okiem na posiadany zestaw instrumentów i wskazać te, które zupełnie się nie sprawdziły (przynajmniej do tej pory). Przy czym należy mieć na uwadze, że nie uważam poniższych instrumentów za totalne badziewie, które do niczego się nie nadaje - nie, to są świetne instrumenty, ale z różnych przyczyn nie dopasowały się do mojego sposobu pracy i gustu dźwiękowego (tak to nazwijmy).

Izotope Iris 2

Zdecydowanie największe rozczarowanie i największa pomyłka zestawienia. I przykład, jak bardzo można się zasugerować filmikiem od producenta. Prezentacja Iris 2 mnie uwiodła - wyobraziłem sobie, jakie fajne dźwięki można tu uzyskiwać i to zadecydowało o zakupie. Po instalacji i wstępnym przesłuchaniu mina mi zrzedła. Próby tworzenia czegoś swojego spaliły na panewce. W rezultacie instrument pokrył się już grubą warstwą wirtualnego kurzu i w zasadzie go nie włączam.

Absynth 5

Tego zupełnie nie rozumiem. Absynth to naprawdę fajny instrument i jak oglądam sobie filmiki, na których ludzie tworzą swoje brzmienia, to aż chce się samemu spróbować. A to już nie wychodzi. Sytuacji nie ratują wbudowane brzmienia, które są (jak dla mnie) zbyt wydumane i dziwne. Może przez to, że są zbyt charakterystyczne? Słowem - dla kogoś, kto tworzy unikalne brzmienia jest to chyba ideał. Dla mnie - nie...

Orbit

Najbardziej wyczekiwany przeze mnie instrument. Zaczynając zabawę z muzyką w październiku, szukałem przede wszystkim źródła szerokich, pulsujących "plam dźwięku", czyli tzw. padów. Orbit jawił się jako idealne narzędzie - sporo barw, a wszystkie o oczekiwanym charakterze. Niestety, choć od czasu do czasu skorzystam, a nawet kilka presetów samodzielnie "wykręciłem", to odbiór psują drobne potknięcia. A to puls nie chce się zsynchronizować do końca z rytmem utworu, a to pojawiają się jakieś trzaski, a to nie zapamięta się ustawienie i po ponownym wczytaniu utworu trzeba od nowa szukać brzmienia...

Morphine

Kiedy podczas oglądania tutoriali do FL Studio zobaczyłem i usłyszałem Morphine, a potem obejrzałem, jak łatwo tworzy się w nim brzmienia, zapragnąłem masowo wykorzystywać ten syntezator w swoich kompozycjach. Po kilku próbach (choć względnie udanych) przeszło mi. Teraz nie pamiętam nawet, kiedy uruchamiałem Morphine.

Cóż dodać?

Jak widać, nie wszystko złoto, co się świeci i nie wszystkie instrumenty muszą nam odpowiadać, mimo że same w sobie są całkiem niezłe. Dlatego warto testować wersje próbne i do tego wszystkich zachęcam. Uczcie się na moich błędach.

czwartek, 22 czerwca 2017

[G] Repose

Na dowód, że nie wszystkie utwory na płycie Runaway będą dyskotekowo-energetyczne, dziś odrobina spokoju:

sobota, 10 czerwca 2017

[G] Airwolf

Pamiętacie jeszcze ten mocno naiwny i dziś już archaiczny serial? Dzisiaj patrzę na niego z pewnym rozbawieniem, ale jego emisja na Polsacie ćwierć wieku temu robiła spore wrażenie. A muzyka z niego (autorstwa Sylvestra Levaya) zawsze mi się podobała, więc postanowiłem zmobilizować się i nagrać swoją wersję.

piątek, 9 czerwca 2017

piątek, 2 czerwca 2017

[G] Die of Cold

Dziś chcę zaprezentować utwór, który powstał mniej więcej dwadzieścia lat temu - miałem wówczas obsesję na punkcie wykorzystania jakichkolwiek ludzkich głosów we własnych nagraniach. Pewnego dnia wpadłem na pomysł, że można by nagrać wiadomości i wyciąć z nich odpowiednie fragmenty. I tak oto powstało "Die of Cold", z urywkami newsów o wojnie domowej w Kosowie z końcówki lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Przyznam, że mam do "Die of Cold" słabość, bo to pierwszy i na długie lata ostatni utwór, gdzie za pomocą programu Cubase udało mi się jakoś wykorzystać fragmenty audio. Teraz postanowiłem nagrać go ponownie, po pierwsze z sentymentu, a po drugie - w oryginale, rejestrowanym dość gorączkowo, mnóstwo jest błędów i rażących mnie dzisiaj niedociągnięć. Na szczęście zachowałem na płytach archiwalnych wspomniane fragmenty nagrań z CNN, więc mogłem w pełni zrekonstruować utwór.

Aha, ostrzegam - to była moja pierwsza próba zrobienia czegoś na wzór "techno", więc nie spodziewajcie się lirycznych plumkań na fortepianie...

piątek, 26 maja 2017

Instrumenty

Trochę zacząłem ostatnio znów dłubać w FL Studio z myślą o nowym albumie (pod roboczą nazwą "Runaway"). Jakichś spektakularnych efektów na razie brak, ale przynajmniej oswajam się z oprogramowaniem. Przez te prawie pół roku, jaki minął od wydania albumu "Via" troszkę rozbudowałem bazę instrumentów, głównie korzystając z wszelkich wyprzedaży i promocji (zwłaszcza na AudioDeluxe). Wprawdzie nadmiar potrafi być szkodliwy, ale powolutku poznaję wszystkie mocne i słabe strony poszczególnych instrumentów i już wiem, kiedy z jakiego skorzystać - a tu już lepiej mieć wybór. Dzisiaj zatem kilka słów o nowościach względem poprzedniego podobnego wpisu.

Spectrasonics Omnisphere 2

W zasadzie wymienienie tego programu już na samym początku zamyka niemal sprawę doboru brzmień. To chyba najlepszy z dostępnych (w ludzkiej cenie) instrumentów, jeśli chodzi o jakość i różnorodność brzmień. I nie jest to tylko sampler, który odtwarza wyłącznie barwy zaprogramowane przez twórców - to naprawdę świetny syntezator. Tak świetny i rozbudowany, że na razie nie mam śmiałości wyjść poza stosowanie gotowców - których, notabene, nawet nie byłem do tej pory w stanie wszystkich przesłuchać. Producent chwali się, że Omnisphere zawiera ponad 12 tysięcy brzmień!

Korzystam z niego dość często, bo łatwo znaleźć przyjemne, pasujące do pomysłu brzmienie (pomaga bardzo fajnie zrobiona wyszukiwarka i możliwość oznaczenia ulubionych brzmień, nieźle działa także wyszukiwanie brzmień "podobnych" do wybranego).

U-he Diva

Syntezator, którego głównym celem jest "produkcja" analogowych brzmień. I udaje się to bardzo dobrze - do tego stopnia, że gdy tylko usłyszałem przykładowe presety i przetestowałem demo, miałem gotowe szkice dwóch utworów. Bardzo inspirujący instrument.

Pewną wadą Divy jest mocne obciążanie procesora (jak w przypadku Serum - dokładne, wysokiej jakości brzmienia "zjadają" moc obliczeniową), przez co trudno jest na moim i5 zrobić gęstą aranżację, korzystając tylko z tego jednego instrumentu. Na szczęście autorzy zdawali sobie sprawę z tego faktu i wyposażyli Divę w możliwość wykorzystania wielu wątków procesora, a także w regulację "jakości" (czego czasem brakuje w Serum).

Arturia Analog Lab 2

Instrument z jednej strony mocno ograniczony, ale też fantastycznie brzmiący. Ograniczony, bo jest to tania "próbka" konkretnych symulacji analogowych syntezatorów, które ma w ofercie firma Arturia. Czyli mogę zobaczyć, jak fajnie wyszła im symulacja klasycznego Mooga czy Soliny, po czym - żeby w pełni wykorzystać potencjał - musiałbym kupić konkretny program. Nie powiem, podoba mi się pomysł, bo choć nie zamierzam "się pakować" (na razie) w żaden konkretny syntezator, to dzięki Analog Lab mam do dyspozycji naprawdę spory pakiet świetnych brzmień. Program ma swoje bolączki (np. dziwne skalowanie interfejsu, niektóre próbki są "nieskończone"), ale nie ma co kręcić nosem.

iZotope Iris 2

To zdecydowanie najsłabszy (w mojej ocenie) instrument z całej powyższej czwórki. A zapowiadał się znakomicie - gdy znalazłem go w bardzo korzystnej promocji, obejrzałem stosowne filmiki na YouTube i stwierdziłem, że świetnie nadaje się do tworzenia "dziwnych" brzmień, które chciałbym wykorzystywać w mojej muzyce. Już po zakupie okazało się jednak, że firmowo dołączone brzmienia są takie sobie, a ja nie znajduję żadnych inspiracji, by zrobić w nim coś twórczego. Wszelkie próby prowadziły do powstawania nieprzyjemnych, "chropowatych" brzmień. Niemniej - jak widać na filmiku - program ma potencjał, jednak nie wiem, czy kiedykolwiek będę miał czas porządnie się go nauczyć, skoro na odkrycie czeka Omnisphere, dając lepsze możliwości...

AIR Riser

Na koniec instrument "specjalny" - służy on do tworzenia charakterystycznych opadających lub narastających dźwięków, które tonują lub wzmacniają napięcie. Zdecydowałem się na niego, bo bardzo fajnie się sprawdza przy wyszukiwaniu konkretnego efektu - dużo prościej się robi to w nim, niż usiłując "wykręcić" podobny efekt za pomocą jednego z syntezatorów. Taka mała rzecz, a cieszy.

Podsumowanie

I to tyle z nowości - w obecnej chwili raczej nie widzę już powodów do szukania nowych instrumentów (mam tak od chwili zapoznania się z Omnisphere), chyba że byłyby to jakieś fajne bębny (tak, Heavyocity Damage, o Tobie myślę!). Czas najwyższy zabrać się za tworzenie nowego materiału, bo czego, jak czego, ale budulca na pewno nie brakuje.

czwartek, 25 maja 2017

wtorek, 7 marca 2017

[T] Beyerdynamic DT-1770 PRO

Pierwsze wrażenie

Nie ma co ukrywać, że pierwsze wrażenie przy rozpakowaniu słuchawek jest bardzo przyjemne. Znajdujemy bowiem sprzęt zapakowany w sztywny futerał, wewnątrz którego oprócz samych DT-1770 znajdziemy też woreczek z okablowaniem oraz dodatkowe pady. Wszystko starannie wykonane i ułożone, a do tego pachnące nowością.

Fot. producenta https://www.beyerdynamic.de/

Same słuchawki są bardzo eleganckie. Czarne nausznice, skórzane obszycie pałąka. Nic nie trzeszczy, wszystko elegancko spasowane.

Firmowo zamontowane są pady welurowe, co akurat mi bardzo odpowiada, więc nie traciłem czasu na wymianę tego elementu (tym bardziej, że, jeśli wierzyć innym recenzentom, nie jest to łatwa sprawa). Wetknąłem jacka do gniazda w laptopie, który akurat stał na biurku, z drugiej strony połączyłem przewód do słuchawek i włączyłem mój ulubiony testowy utwór, czyli "Let there be Light" Oldfielda wraz z poprzedzającym go "In the Beginning". I znieruchomiałem.

Co na to uszy?

A znieruchomiałem dlatego, że to, co usłyszałem, dalekie było od tego, co usłyszeć się spodziewałem. Wiecie, byłem przyzwyczajony do dźwięku z DT-990, który stał się dla mnie wyznacznikiem bardzo dobrego brzmienia, które może nie jest mocno efektowne i nie ma podbitych basów, ale pozwala usłyszeć bardzo dużo bez przekłamań. A tutaj dostałem bardzo przejaskrawioną górę i prawie żadnego dołu - nie mogłem w to uwierzyć. Awaria?

Na szczęście bardzo szybko poznałem przyczynę - to laptop, a raczej jego kiepski układ dźwiękowy, którego jakość DT-1770 bezlitośnie zdemaskowały. Wcześniej podłączałem do niego tylko "gamingowe" słuchawki z mikrofonem do rozmów na Skype, więc jakość nie była priorytetem.

Szybko przepiąłem się na Focusrite Clarett i tu już wrażenia były diametralnie różne. Dźwięk okazał się bardzo zwarty i, jakby to powiedzieć, "sprężysty". Na moje ucho całe pasmo jest w miarę wyrównane i nic nie "wyskakuje" przed szereg. Słuchawki grają jakościowo podobnie do DT-990, jednak nieco bardziej sterylnie. Słychać tu bardzo wiele, co akurat dla mnie jest wielką zaletą - pozwala to wyłapać sporo błędów we własnych nagraniach oraz usłyszeć nowe rzeczy w utworach pozornie znanych bardzo dobrze.

Nie ma tu wprawdzie takiego skoku jakościowego, jak przy przejściu z Sennheiserów eH-250 na DT-990, ale różnice w porównaniu do starszych kuzynów są. Słuchawki są nieco bardziej selektywne i mniej "mułowate" (jeśli w ogóle w wypadku DT-990 można mówić o "zamulaniu"), co przy miksowaniu sprawdza się bardzo dobrze. Do zwykłego słuchania wolę zakładać jednak "dziewięćsetdziewięćdziesiątki", jest to zwyczajnie przyjemniejsze.

Rzeczy praktyczne

Podobnie jak przy poprzednim modelu, musiałem na wstępie maksymalnie wysunąć i nieco odgiąć metalowe mocowania nauszników - inaczej słuchawki przylegały do mojej wielkiej głowy zbyt mocno i po kwadransie odczuwałbym nieznośny dyskomfort. Welurowe pady są twardsze niż w DT-990 i minęło sporo czasu, zanim dopasowały się do kształtu czaszki.

Mam za to problem z przewodami: spiralnego nie lubię, za to "gładki" jest mało elastyczny i lewa ręka ciągle się w niego zaplątywała (przynajmniej do czasu, aż się nieco nie wyprostował).

Fot. producenta https://www.beyerdynamic.de/

W przypadku tych słuchawek duże znaczenie ma to, do czego są podłączone. Wprawdzie nie mam wersji 600Ohm, tylko skromniejsze 250Ohm, ale już np. mój odtwarzacz plików mp3 ledwo daje sobie radę na maksymalnej głośności. Smartfon radzi sobie lepiej, ale oczywiście spośród grającego sprzętu najlepiej sprawdza mi się Focusrite Clarett.

Inna sprawa, że DT-1770 to słuchawki, które najdłużej "przystosowywały się" do normalnej pracy. Długo dopasowywały się pady, długo prostował przewód, długo trwało "wygrzewanie". Dopiero po ok. miesiącu słuchanie w nich muzyki stało się przyjemnością...

Trochę zawiodłem się na zdolności słuchawek do tłumienia hałasu z zewnątrz - mimo zamkniętej konstrukcji sporo dźwięków przekrada się do uszu. Być może za to dlatego da się w nich pracować dość długo bez uczucia zmęczenia, a tego z kolei się niepotrzebnie obawiałem.

Podsumowanie

DT-1770 nie miały mi zastąpić DT-990 - miały przejąć zadanie miksowania i masteringu (tak, tak, wiem, tego NIE ROBI SIĘ W SŁUCHAWKACH). Swoją rolę wypełniają bardzo dobrze, chociaż w kwestii tłumienia spodziewałem się po nich dużo więcej. Zawsze to dodatkowy odsłuch, a tego - wiadomo - nigdy za wiele.

Czy polecam te słuchawki innym użytkownikom? Trudno powiedzieć - to bardzo specyficzny wybór i bardzo konkretne zastosowanie. Ja jestem zadowolony, ale też dopiero teraz, kiedy słuchawki są już "dopasowane". Ktoś mniej cierpliwy mógłby dać sobie z nimi spokój. Mnie cieszą i lubię z nich korzystać.

poniedziałek, 27 lutego 2017

czwartek, 9 lutego 2017

[G] Gades - Via

Oczywiście, nie będzie to żadna recenzja. Po prostu doszły płyty, zamówione w serwisie cd-dvd.pl. Poprzednie moje "dokonania" zawsze załatwiałem we własnym zakresie (tzn. sam nagrywałem, drukowałem okładki itp.) - tym razem postanowiłem, że przynajmniej wyglądać "Via" będzie porządnie!

No i muszę powiedzieć, że wyszło całkiem przyzwoicie - okładka wyszła porządnie, także nadrukowi na płycie nie można niczego zarzucić. O to chodziło, więc jestem zadowolony.

czwartek, 2 lutego 2017

[G] Mars

Album zamknięty, wszystko już zakończone. Teraz czas na odpoczynek i kto wie, może jeszcze coś uda się w tym roku nagrać? Nigdy nie wiadomo. Tymczasem zapraszam na dość ponurego Marsa:

czwartek, 26 stycznia 2017

[G] Saturnus

Album w zasadzie gotowy, do dopracowania pozostały szczegóły oraz intro, do którego wczoraj dostałem materiał źródłowy. A tymczasem do posłuchania ścieżka numer 12, czyli "Saturnus":

środa, 25 stycznia 2017

Trochę niepotrzebnych szczegółów

Dziś trochę dalszych rozważań nad stroną techniczną produkcji muzycznej, czyli słów kilka na temat wykorzystywanych programów i wtyczek. A nuż się to komuś przyda podczas wyboru własnego zestawu?

DAW

Jako swój DAW wybrałem FL Studio 12 firmy Image-Line - uzasadnienie i kilka słów o samym programie znajdziecie w poprzednim wpisie. Tutaj tylko podkreślę po raz kolejny, że na razie decyzji nie żałuję.

Instrumenty

W tym rozdziale lista będzie trochę dłuższa, choć początkowo dokonałem sporej czystki w zasobach. Po miesiącu znów zaroiło się na dysku, a najważniejsze instrumenty to:

KORG M1

M1 to klasyka. Barwy nie zaskakują, ale są bardzo przyjemne dla ucha. Nie stosowałem wprawdzie tego instrumentu jako głównego, ale za to pojawił się chyba w każdym utworze czy to jako łagodne wypełnienie, czy też odgrywając jakąś solówkę. W tym miejscu muszę podziękować koledze Arturowi, który uświadomił mi istnienie tego pluginu, bo sam pewnie bym do tego nie doszedł.

Xpand!2

Do teraz zastanawiam się, o co chodzi z tym programem. To fantastyczny instrument z setkami ciekawych barw, który kupiłem sobie na święta (a co!) za... dolara. Jednego. Naprawdę. Oddał nieocenione usługi, bo ma i świetne pady, i nie najgorsze basy, do tego garść efektów specjalnych i arpeggiów. Jeśli zajmujesz się muzyką i nie znasz jeszcze tego instrumentu, zaryzykuj te niecałe 5zł. Warto.

Absynth 5

To bardzo ciekawy instrument, którego (przyznaję to z bólem) do tej pory nie poznałem dostatecznie, choć w ostatnim czasie obejrzałem sporo samouczków na YouTube. Niektóre dźwięki są kapitalne, inne to nie moja bajka. Na razie korzystam na zasadzie - coś się zawsze znajdzie.

Serum

Najdziwaczniejszy instrument w mojej kolekcji. Nie ze względu na obsługę, tylko charakter brzmienia. Niby do końca mi ono nie pasuje, bo jest BARDZO sterylne i ostre, ale jednak przynajmniej w połowie utworów się dźwięki z Serum pojawiają. Rozgryzę go kiedyś i będzie mi jadł z ręki, zobaczycie.

Morphine

Dołączony do FL Studio, podobnie jak opisywany poniżej Sytrus - te dwa syntezatory naprawdę potrafią wiele. Wprawdzie w bezpośrednim starciu póki co zdecydowanie wygrywa ten drugi, ale Morphine kilka razy okazał się być bardzo przydatny i zaprezentował miłe brzmienie.

Sytrus

Bardzo, bardzo fajny instrument, bez którego - mogę to z czystym sumieniem napisać - "Via" nigdy by nie powstała w obecnym kształcie. Deska ratunkowa od zadań specjalnych - gdy już nie było nadziei, zaglądałem do Sytrusa i już. On i Xpand!2 to właśnie tacy ratownicy - nigdzie nie ma dźwięku, o który Ci chodzi, w nich znajdziesz coś inspirującego, co po zmianach będzie pasować. Do tego dostarczany w komplecie z FL Studio.

Orbit

To sprawca jednego z zawodów, których doznawałem podczas muzycznej przygody. Z jednej strony potencjalnie świetny, a niektóre dźwięki (tutaj - uwaga - w zasadzie są tylko dźwięki typu "pad"!) przykuwają uwagę. Co z tego jednak, gdy momentami potężnie zżera zasoby komputera albo zaczyna produkować trzaski między dźwiękami? Pomijam już fakt, że kilka razy "zapomniał" ustawień i musiałem wybierać dźwięki na podstawie wstępnych wersji mp3... Szkoda, wiązałem z nim wielkie nadzieje!

Hollywood Orchestra

Trzy ostatnie instrumenty to takie trochę przyprawy, zwłaszcza w "uprawianym" przeze mnie rodzaju muzyki. Orchestra to oczywiście dźwięki orkiestrowe - smyczków, sekcji dętej oraz perkusyjnej. Mistrzem orkiestracji nie jestem i nie zostanę, więc starałem się używać tych brzmień z umiarem, ale powstrzymać się zupełnie - nie potrafiłem. No bo to takie fajne!

BigBang Cinematic Percussion

Ha, no i już wiadomo, skąd są te straszne bębny w "Phobosie". Ano stąd. Dwadzieścia lat temu bardzo, ale to bardzo brakowało mi tego typu brzmień. Soczyste wielkie bębny, fajne bębenki "etniczne", różne perkusyjne efekty!... Tak, Damage od Heavyocity jest lepsze, ale też swoje kosztuje.

Z BigBangiem mam tylko ten problem, że jako jedyny plugin z całego zestawienia czasem odmawiał posłuszeństwa - trzeba go było ręcznie przestawiać w tryb "bridged".

Vocalise

To trochę eksperyment - sam do końca nie byłem przekonany, jak zadziała taka hybryda. Jest to plugin, który umożliwia "śpiewanie". Korzystając z bogatej biblioteki, jest w stanie wygenerować całkiem realistyczny efekt onirycznego wokalu - do posłuchania w "Charonie". Minus jest tylko jeden - nie sposób wykorzystać go więcej niż raz na jednym albumie, bo można popaść w niedobrą manierę okraszania każdej pauzy pięknym "oooo" albo "aaaai".

Inne drobiazgi

Nie od parady będzie napisać, że opłacało się przez lata gromadzić płyty z magazynu "Estrada i Studio" - dzięki temu na dzień dobry mogłem wrzucić na dysk kilkanaście gigabajtów różnych sampli (z których - jak się okazało - niewiele skorzystałem, poza kilkoma odgłosami specjalnymi). Ale zawsze jeszcze skorzystać mogę, a to też się liczy.

Na uwagę zasługują też darmowe wtyczki efektowe, głównie przestery, pogłosy i kompresory. Wprawdzie z efektami starałem się nie szaleć, ale zawsze miło mieć w odwodzie coś specjalnego i to rzeczywiście się kilka razy sprawdziło.

To chyba tyle

Nie wiem, co dodać jeszcze - wprawdzie używałem jeszcze kilku fajnych instrumentów (w rodzaju Avatara ST, Crisalys, Cobalt, STS-21 czy Texture), a całość masterowałem w Reaperze, o którym nie napisałem ani słowa, ale myślę, że więcej nic już nie potrzeba.

środa, 18 stycznia 2017

czwartek, 5 stycznia 2017

[T] FL Studio 12

Postanowiłem poświęcić nieco czasu i napisać parę słów na temat programu, który umożliwił mi nagranie materiału do albumu "Via". To FL Studio 12 firmy Image-Line.

DAW

Podstawą pracy w domowym studio muzycznym jest DAW (ang. digital audio workstation), czyli program, w którym można na wielu ścieżkach (śladach) umieścić np. nuty dla instrumentów, różne dźwięki czy fragmenty przygotowane w programach zewnętrznych, wokale itp. DAW potrafi to wszystko odtworzyć w zadanym tempie, ale - oczywiście - na tym jego możliwości się nie kończą. Dochodzi tu między innymi kwestia miksowania, efektów, które można dla danej ścieżki zaaplikować (np. pogłos), automatyzacji (np. można na "osi czasu" zapisać zmiany ustawień - tempa, głośności itp.) czy możliwości współpracy z profesjonalnym sprzętem.

Jak już kiedyś pisałem, przez długie lata byłem "uzależniony" od programu Cubase firmy Steinberg - bo się go ćwierć wieku temu nauczyłem jeszcze na Atari ST (gdzie, notabene, nie był jeszcze DAWem, tylko "zwykłym" sekwencerem).

Tak to się, panie, ćwierć wieku temu korzystało z Cubase'a!

Cubase 8 Elements - zmiany w porównaniu do wersji z Atari ST są znaczne.

Zmiana programu DAW jest bolesna - nie można przenieść starych projektów do nowego środowiska (każdy DAW ma własny format plików), ciężko przezwyciężyć przyzwyczajenia, a często nowy DAW = nowa filozofia pracy. Tak właśnie było przy przechodzeniu z Cubase do FL Studio.

Jak żyć?

W Cubase sposób pracy jest prosty i oczywisty: dostajemy wiele ścieżek, na których nagrywamy to, co chcemy i później odtwarzamy, za pomocą miksera ustalając parametry każdej ze ścieżek. Jak w wielościeżkowym magnetofonie. W FL Studio jest... inaczej.

Podstawą pracy w FL Studio jest pattern, czyli krótki (lub dowolnie długi) fragment grany przez jeden lub wiele instrumentów. Później z patternów składa się cały utwór, całkiem jak z klocków.

Pojedynczy pattern - widoczna lista wszystkich instrumentów z przypisaniem ich do kanałów w mikserze, a po prawej - miejsce na nutki.

Brzmi prosto, ale pamiętam, że dobry tydzień zajęło mi zrozumienie, jak to działa w praktyce. Bo w FL Studio dość nieszczęśliwie (pod względem logiki) wszystko rozmieszczono. Lista instrumentów, których używamy w utworze? No, jest, ale w oknie, które nazwane zostało "Channel rack" i służy do... edycji patternów. Tam jest pełna lista, obojętnie, czy używasz danego instrumentu w patternie, czy nie. Więcej, jeśli usuniesz instrument w tym oknie, myśląc że usuwasz go tylko z patternu (w końcu edytujesz pattern, no nie?), usuniesz go również z utworu.

Nutki dla konkretnego instrumentu można wpisywać zarówno w edytorze patternu (te prostokąciki to kolejne nutki, zwykle szesnastki), jak i w specjalnym edytorze, zwanym piano roll, znanym także z innych programów DAW:

Piano roll, czyli edytor nut. Prosto i czytelnie.

Idźmy dalej - główny obszar roboczy, na którym tworzysz utwór, to "Playlist". Tutaj, na siatce, rozkładasz swoje patterny i możesz je odtwarzać. Ścieżka (ang. track) nie jest związana ani z konkretnym instrumentem, ani kanałem (do kanałów zaraz przejdę). Można w ogóle zapomnieć o takim pojęciu jak ścieżka - po prostu umieszczasz w tabelce swoje "klocki" i już.

Całe okno programu. Widoczna playlista, edytor patternów i mikser oraz pozostałe elementy.

Co ciekawe, na obszar playlisty można przeciągnąć dowolne pliki dźwiękowe (np. w formacie WAV lub MP3) - staną się one wówczas także patternami, ale audio:

Pliki audio jako patterny w polu playlisty.

Można je dowolnie duplikować, przenosić, przycinać, można także wczytać je do wbudowanego edytora audio o nazwie Edison i tam bardziej precyzyjnie "dopieścić" - ale przyznam, że jednak takie edytory, jak Audacity czy Wavosaur radzą sobie z tym lepiej.

Edytor Edison w akcji. Na początku trzeba mocno patrzeć na podpowiedzi, bo same ikonki nie są zbyt wymowne.

No i trzeci ważny element programu - mikser. W mikserze widzisz kanały, do których przypisane są instrumenty (nie ścieżki, nie patterny, tylko instrumenty właśnie). Tutaj decydujesz o głośności, rozmieszczeniu w panoramie stereo, zaaplikowaniu efektów lub korekcji.

Mikser w wersji kompaktowej.

Na początku trudno się w tym połapać, a zwłaszcza w tym, że nie ma praktycznie żadnego połączenia (poza automatyzacją) między mikserem a playlistą, podczas gdy w większości programów DAW takie połączenie aż się narzuca. Co więcej, chaos zwiększa się przez to, że FL Studio bardzo lubi kolorować i nazywać - możemy więc pokolorować i nazwać po swojemu instrumenty, patterny, ścieżki i kanały w mikserze. Fajnie, tylko nie ma nad tym żadnej kontroli, więc chwila nieuwagi i już "zielony bas" będzie grał żółtym patternem na niebieskiej ścieżce, a w mikserze będzie widniał na pomarańczowo.

Nie narzekam

Tak, naprawdę nie narzekam. Po przyzwyczajeniu się wszystko jest do ogarnięcia, trudne są tylko początki. I ostatecznie wychodzi na to, że praca przebiega bardzo sprawnie, skróty klawiaturowe działają jak powinny, nawet usuwanie elementów prawym przyciskiem myszki staje się intuicyjne (do tego stopnia, że w Cubase zżymam się teraz pod nosem, kiedy zamiast "malować prawym" i usuwać, muszę pracowicie wybrać gumkę i nią mazać, albo zaznaczać elementy i naciskać "Delete" na klawiaturze).

Duża zasługa w uprzyjemnianiu pracy leży po stronie interfejsu, który (chyba właśnie od wersji 12) jest napisany od nowa jako kompletnie wektorowy. Oznacza to tyle, że wszystkie elementy są skalowalne i można sobie ustawieniach dowolnie je powiększyć/pomniejszyć bez straty jakości. Koniec z rozmytymi napisami czy zbyt małymi ikonkami.

Generalnie zresztą z programem pracuje się bardzo przyjemnie, bo zwyczajnie jest on szybki (taki... lekki, chciałoby się rzec). Dość powiedzieć, że samo uruchomienie go zajmuje jakieś 3-4 sekundy, podczas gdy Cubase 8 Elements startuje równo minutę. Jedyne spowolnienia, jakich doświadczyłem w FL Studio wynikały w zasadzie wyłącznie z uruchamianych instrumentów - ale tu już trudno narzekać na sam DAW. Przy czym spowolnienie pojawiało się tylko przy pierwszym ładowaniu instrumentu, później wszystko przebiegało już sprawnie.

Kapitalną sprawą, o której grzechem byłoby nie wspomnieć, są aktualizacje. Otóż, moi drodzy, w świecie, gdzie producenci coraz częściej wprowadzają abonamenty, żeby regularnie "doić" klientów, zaś inni za przejście na wyższą wersję, czyli upgrade, żądają wcale niemałych pieniędzy, posiadacz FL Studio nic nie musi. Bo ma dożywotnią licencję na aktualizacje i nie musi niczego nikomu płacić. Po prostu ściąga uaktualnienie i już. Strasznie to miłe i nie powiem, żeby nie miało pewnego wpływu na wybór tego właśnie DAWa.

Nie jest różowo

To nie ideał, na pewno. Mam parę zastrzeżeń do stabilności, zwłaszcza przy korzystaniu z wtyczek VST, które wprawdzie nie powodowały "wysypania się" DAWa, ale odmawiały posłuszeństwa i trzeba było sztuczek, by je zmusić do pracy. Trochę czasu spędziłem też na próbie renderowania Hollywood Orchestra do pliku - w programie wszystko grało pięknie, przy renderowaniu dźwięki się urywały, jak grane staccato.

Najdziwniejszy i najbardziej irytujący problem, z jakim się spotkałem, wynika jednak z filozofii pracy. Chodzi o coś tak trywialnego, jak transpozycja fragmentu utworu. W takim Cubase po prostu zaznaczałem zakres, wybierałem ścieżki i kazałem na wszystkich podnieść wysokość dźwięku o zadany interwał. Tutaj tak się nie da, bo nie ma ścieżek - trzeba najpierw ręcznie zduplikować potrzebne patterny (tak, tak, ponazywać je też) i dla każdego instrumentu w patternie dokonać ręcznie transpozycji. Co przy bogatym aranżu daje zamiast 15 sekund godzinę (pewnie przesadzam, ale kilkanaście minut na pewno) nikomu niepotrzebnej pracy.

Tak czy owak jednak, FL Studio 12 jest bardzo dobrym programem. Mimo początkowych trudności, dało się go okiełznać i okazał się bardzo efektywnym narzędziem. Aha - uwaga - nie twierdzę, że jest obiektywnie LEPSZY od Cubase - okazał się lepszy DLA MNIE.

No i byłbym zapomniał - tym razem trochę bardziej dynamiczny fragment:

środa, 4 stycznia 2017

[G] Powolutku do przodu

Powolutku zbliżam się do muzycznego półmetka - w zasadzie sam materiał jest gotowy, pomijając brakujący tekst mówiony. Teraz słucham i uzupełniam braki, wygładzam i uspójniam. Potem oczywiście pozostanie jeszcze sklejenie wszystkiego w jedną całość, mastering i można będzie pomyśleć o wypaleniu płyty.

Jak wrażenia?

Zdaje się, że już o tym wspominałem, jeśli jednak nie, to napiszę teraz - podobało mi się nagrywanie tej płyty. Głównie przez brak przeszkadzających ograniczeń - nie musiałem walczyć z za małą liczbą ścieżek, ubogą polifonią, małą pamięcią sekwencera czy nieciekawymi brzmieniami. Po tym, jak wymieniłem Juno G na Alesisa V25, nie musiałem się także męczyć ze sprzętem. Był pomysł? To słuchawki na uszy i uruchamiamy FL Studio!

Tak, o samym FL Studio coś na pewno jeszcze naskrobię, bo duża zasługa "przyjemności" pracy wynika z działania w tym właśnie programie. Szybko się uruchamiał, nie sprawiał większych problemów i efekcie na 16 utworów, 14 powstało właśnie w programie od Image-Line. A to i tak tylko dlatego, że do dwóch użyłem Cubase'a z czystego przyzwyczajenia...

Czy będzie coś więcej?

Na razie chyba nie - spełniłem (czy może lada chwila spełnię) swój plan o nowym albumie i póki co nie zapowiada się, żebym miał pomysły na coś więcej. W tej dziedzinie, jeśli nie jest się Mozartem, chyba lepiej jednak mniej, a lepiej.

Jeśli zaś od czasu do czasu jakaś muzyczna idea się pojawi, pewnie będę ją wrzucał na SoundCloud, a tu dam linka.

Na koniec tradycyjnie coś do posłuchania - tym razem spokojniej niż ostatnio: