wtorek, 29 października 2019

Adobe ma swoje standardy

Dzisiaj będzie trochę kręcenia głową z niedowierzaniem nad tym, co proponuje firma Adobe w kwestii oprogramowania dla muzyków. Większość ludzi Adobe kojarzy z jej sztandarowego produktu, czyli Photoshopa, filmowcy znają Premiere, fotografowie - Lightrooma, zaś twórcy publikacji - Illustratora. Jest też coś dla muzyków i dźwiękowców: Adobe Audition. Czyli Cool Edit Pro.

Od Cool Edita do Audition

Cool Edit Pro był ongiś bardzo znany i bardzo dobry, choć w Polsce mało kto miał na niego oryginalną licencję. Nic dziwnego, że Adobe wyłożyła worek pieniędzy (ponad 16 milionów dolarów!) i wykupiła go w 2003 roku od firmy Syntrillium Software, zmieniając nazwę właśnie na Adobe Audition. Sama licencja dla pojedynczego użytkownika kosztowała w granicach $200, przynajmniej do czasu nadejścia szczęśliwej (na pewno dla Adobe) ery Creative Cloud - wprowadzenia abonamentu. Teraz przyjemność korzystania z Audition to ok. 25 euro miesięcznie (jeśli podpiszemy cyrograf na rok) lub 36 euro miesięcznie, jeśli nie chcemy być skrępowani umową. Czyli trzeba liczyć przynajmniej 300 dolarów - za rok. Potem zostajemy z niczym, chyba że płacimy dalej.

Za darmo?

Nic więc dziwnego, że jako były użytkownik Cool Edit Pro, przez moment patrzyłem z radosnym niedowierzaniem na pierwszy wynik wyszukiwania frazy "adobe audition": Free Audition | Download Adobe Audition full version - a wynik pochodził z firmowej strony Adobe! Ale złudzenie trwało tylko - jak rzekłem - moment, bo link widniejący pod tym krzyczącym tytułem zawiera już frazę "free-trial-download", czyli chodzi o wersję próbną. Niemniej postanowiłem kliknąć przeczuwając, że Adobe nie zawiedzie i po takim tytule może być już tylko ciekawiej.

Już sama długość okresu próbnego robi kolosalne wrażenie: jest to całych siedem dni! No, no. Co ciekawe, ten czas biegnie nie od momentu, kiedy pobierzemy program, zainstalujemy go w swoim komputerze i pierwszy raz uruchomimy. Czas biegnie od momentu opuszczenia wirtualnej kasy w sklepie Adobe.

Czytajcie umowę!

Zwykle (a instalowałem naprawdę wiele wersji próbnych, wierzcie mi!) wygląda to tak, że wersja próbna ma nam zademonstrować możliwości programu na tyle skutecznie, by klient wysupłał odpowiednią liczbę banknotów na zakup. Okres próbny trwa zazwyczaj od dwóch tygodni do (najczęściej) miesiąca, a czasem jest powiązany z jakimiś drobnymi ograniczeniami (np. brak możliwości zapisu). Po zakończonej próbie program przestaje działać lub tylko wyświetla jakąś informację, że tu czy tam można kupić pełną wersję. Czyli - sprawdziliśmy i albo kupujemy, albo odinstalowujemy, i już.

Adobe wymyśliło inaczej. Ot, zamawiasz próbną wersję, zegar zaczyna tykać i po siedmiu dniach - UWAGA! - jeśli jawnie nie wypowiesz umowy, zostajesz wciągnięty do projektu Creative Cloud i musisz płacić za licencję do już pełnego, a nie próbnego Audition. I nie ma znaczenia, czy w ogóle pobrałeś program ani czy go zainstalowałeś (czy w ogóle - uruchomiłeś i przetestowałeś). Aż zacytuję odpowiedni zapis ze strony Adobe:

Bezpłatny okres próbny rozpoczyna się w momencie opuszczenia kasy i trwa siedem dni. Jeśli nie anulujesz wersji próbnej, po zakończeniu okresu bezpłatnego nastąpi automatyczna konwersja na płatne członkostwo Creative Cloud.

Tak się robi biznes!

Ja wiem, że trzeba czytać umowy i wiedzieć, na co się zgadzamy. I że Adobe o wszystkim de facto informuje i ma formalnie czyste ręce. ALE - i to jest moje zdanie - wszystko to tak naprawdę jest obliczone na to, by złapać jak najwięcej tych najbardziej nieświadomych klientów. Krzyczący nagłówek "Free Audition!", siedem dni liczone nie od pierwszego uruchomienia wersji próbnej, tylko od momentu wizyty w sklepie i finansowe konsekwencje, jeśli się nie anuluje subskrypcji - czy to nie jest podobne do zakazanych już praktyk operatorów komórkowych, którzy przemycali w umowach różne dodatkowe opłaty i koszty, a czego w końcu zabronił im UOKiK?

Oczywiście argument, że praktycznie cała konkurencja postępuje inaczej z wersjami próbnymi, nie jest żadnym argumentem - tutaj pełna zgoda. Adobe może sobie ustalać warunki, jakie tylko chce. I nie twierdzę, że Audition jest złym programem - jest naprawdę świetny. Ja wiem tylko tyle, że jeśli nie zmieni się polityka tej firmy, nigdy więcej nie będę już jej klientem. Czego notabene Adobe nawet nie odczuje...

środa, 16 października 2019

[ZD] Arturia V Collection 6

Po Omnisphere to drugi, używany przeze mnie wielki kombajn. Od produktu Spectrasonics różni go jednak niemal wszystko - od filozofii pracy przez interfejs użytkownika po zakres zastosowań.

Po co? Na co?

Lata temu, szukając brzmień "klasycznych syntezatorów", natrafiłem na Arturia AnalogLab, czyli zbiór kilkunastu instrumentów za relatywnie niewielką cenę. Brzmieniowo bardzo mi się to spodobało, ale niestety, w kwestii edycji barw czy dostosowywania ich do własnych gustów było kiepsko - AnalogLab jest raczej tylko źródłem barw nieedytowalnych, przynajmniej dopóki nie dołoży się do niego całej V Collection. Wówczas możemy albo używać poszczególnych symulacji instrumentów (np. na osobnej ścieżce ARP 2600, a obok B-3 czy Yamaha DX7), albo korzystać ze zintegrowanego interfejsu AnalogLaba, który daje dostęp do tych wszystkich instrumentów wprost ze swojego ekranu.

AnalogLab 4

Arturia skupiła się na dopracowywaniu algorytmów, które mają wiernie odtwarzać brzmienia starych, bardzo znanych instrumentów elektronicznych. Brzmienia takie miały być mi potrzebne, bo parę lat temu planowałem, że mój pierwszy album po długiej przerwie będzie takim "hołdem", złożonym "starej elektronice", czyli muzyce zapoczątkowanej dawno temu przez "Oxygene" Jeana Michela Jarre'a. Tak planowałem, tak planowałem, aż wyszła mi z tego "Via", która nijak się ma do analogowych brzmień syntezatorowych. Ale V Collection pozostało.

Brzmienie

Kolekcja zawiera 20 emulacji klasycznych syntezatorów, w większości analogowych. W wersji 7 kolekcji pojawiły się dodatkowe instrumenty, a całość zawiera już 24 pozycje.

Przeglądarka presetów dla Mini

Brzmienie określiłbym jako bardzo dobre. Nie jestem w tej dziedzinie zbyt kompetentny, bo żadnego z emulowanych instrumentów nie tylko nie miałem, ale nawet nie dotykałem, a jednak z mojego punktu widzenia brzmienia są idealne. To znaczy, że przesłuchując niezwykle bogatą kolekcję (ponad 6000 presetów!) wciąż natrafiałem na brzmienia ciekawe, bogate i inspirujące. Jest tu w zasadzie wszystko: basy, leady, pady, stringi, arpeggia, czego tylko ktoś może potrzebować. Z jednym zastrzeżeniem: wszystko jest syntetyczne i nie znajdziecie tutaj żadnych naturalnych brzmień.

Obsługa

Każdy instrument ma swój unikalny interfejs użytkownika, najczęściej nawiązujący do wyglądu emulowanego modelu. Co ciekawe, można przełączać widoki: mamy widok uproszczony, mamy i bogatszy, a w większości instrumentów da się wręcz "pogmerać w bebechach". Przyznam bez bicia, że widok nawet wirtualnego "analoga", z tymi wszystkimi kabelkami na wierzchu, bywa onieśmielający czy wręcz przytłaczający. Tak jednak wówczas było - muzycy musieli nauczyć się te wszystkie kabelki przełączać i podłączać, żeby móc uzyskiwać brzmiania o określonym charakterze. Wierzcie mi, że od razu o wiele bardziej zacząłem doceniać współczesną cyfrową wygodę.

Prosty interfejs Mini

Oczywiście, wirtualne modele obsługuje się o wiele sprawniej niż oryginały, choćby dzięki presetom, które mogą przywołać wcześniejsze ustawienia i dzięki którym możemy zapisywać stworzone w pocie czoła brzmienia. Co ważne, presety można kategoryzować, tj. przypisywać je do grupy basów czy padów, co później ułatwia ich odnalezienie.

Plątanina przewodów w ARP 2600

Kto tego potrzebuje?

Myślę, że Arturia V Collection jest produktem specyficznym, skierowanym do określonej grupy muzyków. Bo, nie oszukujmy się, brzmienia syntetyczne trzeba lubić, a i nie wszędzie można je zastosować, więc pod tym względem pakiet Arturii nie jest uniwersalny.

Jeśli jednak, tak jak ja, lubicie te wszystkie syntetyczne, kwaskowe albo ciężkie brzmienia, to chyba nie znajdziecie na rynku lepszego pakietu, który by w dodatku zawierał tyle dobra w sobie. Jedyną konkurencją, która przychodzi mi do głowy, jest pakiet IK Multimedia Syntronik, ale jest to tak naprawdę ROMpler, a nie prawdziwy syntezator.

Jeśli zatem macie odpowiedni zapas gotówki, polecam wypróbować wersję testową czy choćby sam AnalogLab - jest duża szansa, że wydacie te pieniądze.

poniedziałek, 14 października 2019

[T] WaveLab 9.5 Pro

Przez ostatnie dwa tygodnie korzystałem z dobrodziejstw programu Steinberg WaveLab 9.5 Pro. Od dawna używam wersji Elements i byłem ciekaw, czy w praktyce dostrzegę jakieś różnice, uzasadniające wydatek na upgrade. Nie będę więc poniżej opisywał szczegółowo funkcji wersji profesjonalnej ani porównywał ich z wersją amatorską, bo w sumie nie tego szukałem. Mam jakiś określony sposób pracy i chodziło mi bardziej o sprawdzenie, czy wyższa wersja wniesie do niego coś nowego.

Tacy sami, a ściana między nami

Na pierwszy rzut oka programy różnią się ogromnie, bo wersja Pro wręcz przytłacza liczbą zakładek, przycisków, przełączników i wskaźników. Większości nawet nie dotykałem, ale i w wersji Elements poprzestaję zwykle na podstawowym panelu.

WaveLab 9.5 Elements

 

WaveLab 9.5 Pro

Nie da się ukryć, że wersja zawodowa ma zdecydowanie więcej funkcji - wyższa cena skądś się musi brać. Pełną listę różnic można przejrzeć sobie na stronie Steinberga. Mnie przydała się tylko jedna rzecz - więcej slotów w master section. A co to takiego?

Jak się tu pracuje?

Użytkownicy zwykłych edytorów audio mogą być nieco zagubieni po uruchomieniu WaveLaba. To znaczy, będą zagubieni, jeśli oprócz prostych czynności edycyjnych (wycinanie, ściszanie, zgłaśnianie, wstawianie ciszy itp.) zapragną skorzystać z zewnętrznych wtyczek. Zwykle edytory audio mają osobne menu, w którym można wybrać żądany plugin i zastosować go na obrabianym materiale (lub na zaznaczeniu). Nie tutaj - WaveLab nie oferuje takiej możliwości.

Jak to? Profesjonalny edytor i nie można korzystać z wtyczek VST?! Uspokajam od razu - można, oczywiście, że można. Ale robi się to za pomocą tzw. master section. Jest to po prostu zestaw slotów, w których umieszcza się poszczególne wtyczki, a sygnał przechodzi przez nie po kolei. Nie trzeba zatem ryzykować, że na dalszym etapie obróbki okaże się, że np. początkowo zastosowana korekcja była niepotrzebna lub szkodliwa - wówczas zwykle wracaliśmy do pierwotnej wersji pliku (jeśli ją zachowaliśmy!) i aplikowaliśmy efekty od nowa. W WaveLab tak nie jest - po prostu wchodzimy do wtyczki i zmieniamy jej ustawienia. Całkiem jak w programach DAW.

To według mnie błogosławieństwo i przekleństwo WaveLaba. Z jednej strony mamy bowiem opisaną wyżej korzyść, ale z drugiej wybrany zestaw wtyczek nie jest zapisywany razem z plikiem, tylko jako preset aplikacji. Oznacza to, że otwierając nowy plik dźwiękowy, zestaw wtyczek pozostanie niezmieniony. Trzeba zatem zapisywać zawartość master section osobno. Ma to swoje zalety, gdyż możemy utworzyć sobie "zestawy na określone okazje", np. obróbka wokali, audiobook, mastering itp. Wydaje mi się jednak (z własnego doświadczenia), że nie jest to zbyt dobry pomysł. Zgoda, zwykle określone zadania wykonujemy podobnym zestawem wtyczek, ale i tak trzeba je specjalnie konfigurować pod kątem obrabianego materiału. Audiobook może być czytany przez różne osoby i w zależności od tego różne będą ustawienia korektora czy de-essera.

Takie podejście rodzi za to pewien problem - bo gdy zapomnimy zapisać ustawień master section, to przy powrocie do obrabianego kiedyś pliku nie uzyskamy identycznych efektów, bo zwyczajnie nie będziemy pamiętać, jakie wtedy były ustawienia poszczególnych pluginów (ani nawet, których wtyczek rzeczywiście wówczas użylismy).

Tak czy siak, dla mnie główna różnica między wersjami WaveLaba to liczba slotów w master section. Wersja Elements ma ich zaledwie 5, wersja Pro aż 12. Przyznam, że albo jest to bardzo sprytnie policzone, ale ja mam pecha, bo w niemal każdym zastosowaniu do pełni szczęścia brakuje mi w Elements dokładnie jednego slotu. Wersja Pro daje tu dużą swobodę i tego będzie mi brakowało.

Różnica w cenie

Różnica w cenie między wersjami powala. 559 euro (wersja Pro) i 99 euro (wersja Elements) to naprawdę spora różnica - pomijam fakt, że w ogóle wersja Pro jest ekstremalnie droga. To raczej bardzo wyspecjalizowane narzędzie dla firm i profesjonalistów, z którego zwyczajnie należy korzystać w pełni. Na pewno w moim przypadku obecność dodatkowych slotów w master section nie jest warta 450 euro dopłaty.

Dla użytkowników Elements

Myślę, że użytkownicy wersji Elements mają bardzo proste rozwiązanie: edytować plik źródłowy w programie Steinberga, ale obróbkę efektami i ostateczne renderowanie pliku wynikowego robić już w dowolnym programie DAW. Ma to dwa podstawowe plusy: po pierwsze brak limitu do pięciu efektów, a po drugie zapisanie razem z plikiem wszystkich zastosowanych pluginów wraz z ich ustawieniami. I raczej pójdę w tę stronę, zamiast ciułać na wersję Pro, której i tak bym w pełni nie wykorzystał. No, chyba że pojawią się jakieś bardzo atrakcyjne akcje promocyjne - wówczas czemu nie, można rzecz rozważyć.

czwartek, 10 października 2019

Klikacz, czyli jak oszczędzić czas

Do znudzenia narzekam na to, że mnóstwo czasu tracę na obróbkę audiobooków. Niewątpliwie najwięcej upływa go podczas przesłuchiwania i to tego pierwszego, zgrubnego. Dlaczego tak się dzieje? Bo trzeba wówczas wychwycić tzw. duble, czyli fragmenty, w których pojawił się błąd i które zostały nagrane ponownie (a czasem ponownie, i ponownie). Do tej pory wyglądało to tak: wczytywałem plik z nagraniem do edytora i widziałem coś takiego:

Teraz, żeby dowiedzieć się, czy ten fragment zawiera potknięcia i duble, musiałem go całego przesłuchać, od początku do końca, dodatkowo przy usuwaniu ciągle traciłem z oczu, gdzie kończy się zły fragment, a gdzie zaczyna dobry. Jednym słowem, spędzałem na tym mnóstwo czasu.

Na szczęście obserwuję na YouTube kanał Booth Junkie, prowadzony przez Mike'a DelGaudio. No i Mike znalazł (a przynajmniej wykorzystuje) świetny patent. Na początek trzeba zaopatrzyć się w tzw. "klikacz" do tresury psów, zwykle jest to po prostu klikająca blaszka:

Potem nagrywamy nasz materiał i jeśli się pomylimy, klikamy. Potem nagrywamy dubel i czytamy dalej, a po kolejnej pomyłce znów klikamy. I tak aż do końca.

Po wczytaniu pliku do edytora wygląda on już tak:

Widać doskonale wszystkie "kliki", więc też wiadomo, gdzie są pomyłki i gdzie zacznie się poprawnie nagrany fragment.

Przyznam, że sposób jest genialny w swojej prostocie i aż się nieco zawstydziłem, że sam na niego nie wpadłem. Oczywiście, zamiast "klikacza" można używać pstryknięcia palców, klaśnięcia, głośnego cmoknięcia - czegokolwiek, co wygeneruje taki "pik". Psi klikacz jest jednak bardzo wygodny i nie męczy, a praktycznie za każdym razem wygląda (w pliku) identycznie.

Nawiasem mówiąc, polecam pooglądać kanał Mike'a, zwłaszcza jeśli zajmujemy się nagraniami lektorskimi - są tam np. fajne pomysły na szybką adaptację wnętrza do nagrywania (np. w szafie), budowa własnej kabiny dla lektora itp.