poniedziałek, 31 maja 2021

RødeCaster Pro - pierwsze wrażenia

Nagrywam i nagrywam, a choć ostatnio efektów praktycznych jest raczej mało z uwagi na ćwiczenia, to ciągle zmagałem się ze sprzętem. Nie wiem, może jestem jakiś niepełnosprytny, ale po tylu miesiącach walki i tylu pozornych sukcesach, ciągle coś mnie uwierało w moim zestawie nagrywającym. A to przedwzmacniacze w Focusrite Clarett były za słabe, a to szumy w dbx286s za duże, a to włączony komputer przeszkadzał, a brak gniazda XLR w rejestratorze audio nie pomagał... Jednym słowem - bieda.

No i w trakcie oglądania różnych poradników, jak sobie w podobnych sytuacjach radzić, natrafiłem na informacje o urządzeniu RØDECaster Pro. Miało ono też swoich konkurentów, np. ZOOM PodTrak 8, ale generalnie raczej to ono wygrywało porównania, a i sam stwierdziłem, że dzięki dobremu blokowi efektów i zapisowi 48kHz/24bit będzie też pasowało do mojego stylu pracy. Dlaczego jednak nie jakiś porządny interfejs audio z mocnym przedwzmacniaczem? Już wyjaśniam.

Zastosowanie

Do czego chcę wykorzystywać RødeCastera? Przede wszystkim do nagrywania podcastów i audiobooków. Ale nie tylko - od czasu do czasu nagrywamy z Perełką audycje domowego "Radia Zosia", słuchanego głównie przez rodzinę. I tutaj takie urządzenie jak RØDECaster sprawdzi się doskonale - można całość nagrać od razu, od razu też dograć muzykę czy efekty dźwiękowe i - co ważne dla Perełki - od razu przesłuchać. No, bo rozumiecie, Perełka nie chce czekać, aż tatuś obrobi wokale, doda jingle, zmontuje całość i dopiero włączy. Ma być na "teraz-zaraz"!

Pudełko i zawartość

Urządzenie dociera do użytkownika w wielgaśnym pudle. W ogóle do sporych gabarytów trzeba się w przypadku RødeCastera przyzwyczaić - w środku bowiem w pierwszej kolejności natknąłem się na wielkie, kolorowe karty... instrukcji obsługi. Serio, zrobiono instrukcję obsługi na wielkich tekturowych planszach. Są ładne, owszem, ale kompletnie nieporęczne...

Samo urządzenie również jest duże. Myślę, że gdyby inżynierowie RødeCastera nieco przysiedli nad projektem, spokojnie daliby radę zrobić urządzenie o blisko połowę mniejsze, a tak samo wygodne w użyciu. Użytkownik zaś miały w ten sposób o wiele więcej miejsca na biurku.

W komplecie dostałem zasilacz sieciowy, kabel USB (C-A) do podłączenia z komputerem oraz kartoniki do opisania dźwiękowych "padów" (o których za chwilę). RØDECaster wygląda bardzo nowocześnie i stylowo - ogromne suwaki poziomów głośności oraz kolorowe, podświetlane pady przykuwają wzrok, ale po włączeniu najważniejszy staje się duży, dotykowy wyświetlacz, za pomocą którego konfiguruje się urządzenie. Tylną ściankę zajmują złącza: wejścia XLR dla czterech mikrofonów, wejście/wyjście TRRS, którym można podpiąć np. smartfon, cztery gniazda słuchawkowe (duży jack stereo), wyjście na głośniki, gniazdo USB-C do połączenia z komputerem, gniazdo karty pamięci microSD oraz gniazdo zasilające (niestety, w podstawowej wersji nie ma możliwości zasilania urządzenia przez port USB - trzeba dokupić odpowiedni adapter). Z przodu znajdziemy jeszcze jedno gniazdo słuchawkowe, tym razem mini-jack.

Górna powierzchnia robocza to ekran, wielki przycisk sterujący nagrywaniem oraz regulacje głośności czterech par słuchawek wyjścia monitorowego. Poniżej znajdziemy osiem wielkich, niezmotoryzowanych suwaków - cztery dla mikrofonów, jeden dla sygnału z portu USB, jeden dla sygnału z gniazda TRRS, jeden dla sygnału z modułu bluetooth i ostatni, sterujący głośnością dźwięków wyzwalanych padami. Resztę miejsca na płycie górnej zajmują właśnie wielkie, kolorowe pady - do każdego z nich można podpiąć w zasadzie dowolny dźwięk i wyzwalać go w trakcie nagrywania.

Na gabaryty już nieco ponarzekałem, jednak do jakości wykonania RødeCastera nie mam zastrzeżeń. Wszystko jest dobrze spasowane i sprawia wrażenie "pancerności", w czym pewnie zasługa sporej masy. To i gumowane "nóżki" powodują, że urządzenie nie przesuwa się przypadkowo po powierzchni biurka czy stołu.

Czas puścić prąd!

Pierwsze uruchomienie wiąże się z koniecznością ustawienia czasu i daty. Potem można już podłączyć i skonfigurować mikrofon (właściwie podłączyć można jeszcze przez uruchomieniem RødeCastera). Ale, ale, czy ja napisałem "skonfigurować"? Tak, bo żeby wszystko ładnie działało, trzeba poświęcić chwilę na przygotowanie mikrofonu do pracy. Przede wszystkim ustawiłem (zgodnie z zaleceniami) suwak na czwartej "kresce" od góry (producent nie podaje, w czym wyskalował suwaki) i wszedłem w ustawienia kanału pierwszego. Teraz mogłem już ustawić poziom wzmocnienia - RØDECaster pomaga w tym, wyświetlając odpowiedni zakres roboczy, w którym powinien zawierać się sygnał.

Tu przyznam, że przeżyłem pierwsze (małe) rozczarowanie, bo wbrew temu, co pokazywali ludzie na różnych filmikach, Shure SM7B wymaga stosowania "aktywatora" FetHead. Bez niego kanał musi być wysterowany praktycznie maksymalnie (55dB), co znów drastycznie podnosi szumy. Na szczęście, z FetHeadem nie trzeba już było ustawiać poziomu na maksimum, czyli efektywnie działa to lepiej niż w parze z Clarettem. Ostatecznie zatem szumy, mimo że są obecne, aż tak bardzo nie przeszkadzają, a dzięki delikatnej pracy bramki szumów (możliwej do skonfigurowania), stają się praktycznie niezauważalne. Przykro trochę, że cztery razy tańszy AKG D5 po podłączeniu do tej samej konfiguracji dawał sygnał praktycznie bez szumu...

Przetestowałem również WarmAudio WA-87 - i tu już bez rozczarowania. Mikrofon współpracuje z RØDECasterem bardzo dobrze, nie trzeba podnosić poziomu nagrywania za wysoko, a co za tym idzie, szumy są jeszcze niższe niż przy AKG D5 i przy załączonej bardzo delikatnie ustawionej bramce praktycznie znika konieczność odszumiania (hurra!)

Na "setkę"

Moim skrytym marzeniem było zawsze nagrywanie bez późniejszej obróbki (ewentualnie z obróbką mocno ograniczoną). Do tej pory musiałem za każdym razem sygnał odszumić, usunąć mlaski, przeprowadzić korekcję, kompresję, zastosować de-esser i osłabianie oddechów. dbx286s miał mnie w części prac wyręczyć, ale szybko okazało się, że wbudowany kompresor tak podbijał szumy z SM7B, iż nawet ładnie zbramkowany sygnał rzadko kiedy nadawał się do dalszego wykorzystania. Tutaj, choć kompresor jest bardziej elastyczny w konfiguracji, w połączeniu z SM7B nadal mocno podbija szumy, więc go zwyczajnie wyłączyłem, zostawiając za to odpowiednio skonfigurowaną bramkę szumów. SM7B nie wymaga stosowania żadnego sztucznego podbijania niskich tonów, więc mogłem wyłączyć także blok efektów Aphex w tej konfiguracji.

RØDECaster ma w kwestii szumów dodatkową przewagę - można nim nagrywać przy wyłączonym komputerze. Wprawdzie mogłem tak robić także wcześniej, korzystając z rejestratora Tascam, jednak nie dane mi było podpiąć do niego bezpośrednio mikrofonu, bo model DR-05 pozbawiono wejść XLR i dostarczania zasilania phantom. Musiałem zatem podłączać mikrofon do przedwzmacniacza, a stamtąd przewodem z przejściówką "duży jack na mały jack" dopiero wprowadzić sygnał do rejestratora. Teraz nie ma problemu - mikrofon jest bezpośrednio wpięty do RødeCastera, który podaje mu zasilanie phantom. Dużo wygodniej konfiguruje się także poziom zapisu i włącza/wyłącza zapis.

Podsumowując, wprawdzie sygnał z RødeCastera także jeszcze delikatnie obrabiam (przede wszystkim korekcja i usuwanie mlasków), to jednak nie potrzebuję już korzystać z de-essera i odszumiacza. Wprawdzie delikatny szum pozostaje po przejściu przez wbudowaną bramkę szumów, jednak dzięki pracy w bezgłośnym środowisku jest on minimalny, a w przypadku korzystania z WA-87 wręcz pomijalny. W przypadku audiobooków, gdzie jakość jest kluczowa, wyłączam bramkę szumów i odszumiam w komputerze, ale to wyjątki. Podcasty i narracja do filmów jest teraz praktycznie w całości przygotowywana w RØDECasterze.

Co nie mniej ważne, RødeCastera mogę zabierać na wyjazdy, np. kiedy jadę do Rodziców, i tam nagrywać. Jest on - mimo swoich gabarytów - dużo poręczniejszy niż pecet z monitorem i interfejsem audio (aczkolwiek DUŻO mniej poręczny niż Tascam DR-05).

Radio

RØDECaster umożliwia zabawę w radio. Jak wspominałem wcześniej, razem z Perełką nagrywamy od czasu do czasu audycje "Radia Zosia", gdzie gawędzimy sobie na różne tematy, nagrywamy piosenki i tak dalej. Mam przygotowane dwa jingle i teraz możemy "bawić się" przy samym RØDECasterze, co jest o wiele przyjemniejsze niż nagrywanie w komputerze. Po pierwsze, jest szybsze - jeśli chcemy nagrywać, wystarczy podpiąć drugi mikrofon (Shure SM7B jest podpięty stale) i... klepnąć w klawisz nagrywania. Po drugie, dzięki skonfigurowaniu mikrofonów, poziomów itp. nagranie jest w zasadzie "na setkę", nawet jingle odpalamy za pomocą padów. Gotowa audycja nadaje się zatem do natychmiastowego przesłuchania, co w przypadku Perełki BARDZO się przydaje. Nie trzeba odszumiania, poprawiania i innych zabiegów, które opóźniają zapoznanie się z audycją, a jakość pozostaje na bardzo zadowalającym poziomie.

To nie koniec - dzięki połączeniu z telefonem możemy nie tylko włączyć sobie jakąś delikatną muzykę w tle (czy w przerwach), ale także... odbierać telefony! Tak! Jeśli powiadomimy rodzinę, że właśnie od tej do tej godziny będziemy nagrywać, mogą oni zadzwonić i też znaleźć się w ten sposób w audycji! My zaś z Perełką jesteśmy wówczas prawdziwymi prowadzącymi - brakuje już tylko faktycznego nadawania na żywo.

Clarett do lamusa?

Przyznam, że zrazu przemyśliwałem o tym, by wysłać wreszcie Claretta do szuflady - w końcu RØDECaster może być także interfejsem audio. Szybko się jednak okazało, że w kwestiach wydajnościowych (opóźnienia!) jest mu jednak do Claretta daleko, więc kiepsko byłoby z wykorzystaniem go do tworzenia muzyki (nie po to wszak powstał). Na razie zatem Clarett zostaje.

Inaczej sprawy się mają z GoldenAge Pre-73 i dbx286s. W tej chwili ich stosowanie mija się z celem, zwłaszcza jeśli chodzi o dbx286s, bo pojedynczy kanał w RØDECasterze robi dokładnie to samo, co cały dbx (tylko lepiej). Jedynie przedwzmacniacz dbx ma ciut mocniejszy (60dB kontra 55 w RØDECasterze), jednak nie wydaje mi się, żeby to mogło uchronić go przed zapomnieniem. GoldenAge chwilowo zostaje, bo poza samym wzmocnieniem ma on jednak pewne walory brzmieniowe, potrafiąc nieco modyfikować brzmienie mikrofonu. Być może zostawię go sobie do nagrywania audiobooków - to on będzie mi wzmacniał sygnał z mikrofonu, który następnie trafi do RødeCastera - jeszcze nie robiłem testów, ale może ma to jakiś sens?

Tak czy inaczej, obecna konfiguracja sprzętowa została mocno przemodelowana (znowu!) i uproszczona, co akurat mnie cieszy. I cieszy mnie przede wszystkim możliwość rejestracji bez użycia komputera, bo tego strasznie mi ostatnio brakowało. Niestety, Tascam ma już mocno nadwyrężone gniazdko wejściowe i coraz trudniej się nagrywa z jego pomocą (zaś elektretowe mikrofony są dość kiepskie w porównaniu do reszty posiadanej przeze mnie mikrofonowej kolekcji).

Przyszłość

W moim studio dla RødeCastera istnieje tylko jedna realna alternatywa - Tascam DR-100 MK3, który pojawi się lada dzień i zastąpi wysłużonego, dziesięcioletniego już Tascama DR-05. Również umożliwi on nagrywanie bez włączonego komputera, a jednocześnie jego przedwzmacniacze mają dużo większy zapas mocy (70dB!) przy bardzo niskim poziomie szumów własnych. Być może RØDECaster będzie służył wówczas do nagrywania "radia", narracji do filmików czy "monologowych" podcastów, zaś Tascam będzie rejestrował audiobooki i podcasty z wywiadami? Pożyjemy, zobaczymy.

czwartek, 20 maja 2021

Ciągle testy i testy...

Tak się jakoś ostatnio składa, że ciągle mam tylko coś do przetestowania, a żadnych wiadomości ze świata realizacji czy nagrań. Mam nadzieję, że wkrótce się to drastycznie zmieni, a to dlatego, że miało lub będzie miało miejsce kilka znaczących wydarzeń.

Przede wszystkim trochę wyjaśniła się sprawa moich rejestracji głosu. Dzięki Darkowi Marchewce przekonałem się, że nie tylko mój Shure SM7B ma spore szumy, ale jest to po prostu cecha tego modelu. We WSZYSTKICH filmikach na YouTube, które oglądałem, nikt o szumach się nawet nie zająknął (przynajmniej niczego takiego nie pamiętam) - wszyscy tylko wspominali, że mikrofon potrzebuje dużego wzmocnienia. Tymczasem się okazuje, że to prawda, ale nie cała - mikrofon, nawet podłączony przez FetHeada do dobrego przedwzmacniacza szumi i szumieć będzie, bo taka już jego natura. No i dobrze.

Po drugie, nawiązałem kontakt z Lennym Balistrerim, o czym chyba już wspominałem przy okazji polecanej przez niego wtyczki Scheps Omni Channel. Lenny obrobił po swojemu moje nagranie, co wreszcie dało mi jakiś punkt zaczepienia i za co jestem mu wdzięczny (choć sama obróbka nie do końca mnie przekonuje - ma jednak pewne cechy, na które nie zwracałem wcześniej uwagi, więc był to wartościowy eksperyment).

Po trzecie, Paweł Uszyński z Folia SoundStudio bardzo zachwalał Smart: EQ3, który wypróbowałem i... dał mi dokładnie taki efekt, o jaki chodziło! Czyli coś zbliżonego do obróbki Lenny'ego, ale bez jej wad, czyli ostrego, chropowatego górnego pasma i niepełnego "dołu", z którego chyba zbyt mocno zostały usunięte "rezonanse". Test - naturalnie - pojawi się tu niedługo.

Po czwarte w końcu, od Siostry Be wiem, że u Rodziców czeka na mnie mój własny RØDECaster! Niedługo zatem - bardzo na to liczę - będę mógł znów nagrywać bez włączonego komputera i bez słabo kontaktujących "przejściówek". Wiążę z tym urządzeniem duże nadzieje - chyba tylko oczekiwanie na niego blokuje moje prace nagraniowe. Nie chciałby znów mieć części materiałów nagranych tak, innych - siak, a pozostałych jeszcze inaczej.

Jak widać, dzieje się co nieco, współpracuję także z Martą z Eufonii w celu eliminacji przeróżnych wad wymowy czy dykcji, co też powinno (jak mniemam) pomóc. Czy na samym końcu coś z tego wszystkiego wyjdzie? Ten fragment drogi jest już za zakrętem.

środa, 19 maja 2021

[T] Waves Scheps Omni Channel

Zajmuję się obróbką głosu i zajmuję, a ostatnio nawet udało mi się wymienić uwagami z Lennym Balistrerim, który posłuchał moich nagrań i nawet przygotował dla mnie swoją wersję obróbki, dzięki czemu wiem mniej więcej, w którą stronę dążyć. Do tej pory bowiem miotałem się w różnych kierunkach, nie mogąc obiektywnie spojrzeć na brzmienie własnego głosu. Obejrzenie kilku filmów na profilu Lenny'ego doprowadziło mnie też do wniosku, że chyba jednak powinienem "przeprosić się" z wtyczkami Waves, bo mam tam całkiem - jak się okazuje - przyjemne narzędzie. Mowa o Scheps Omni Channel, którego Lenny używa praktycznie bez przerwy. Cóż, profesjonalista zachwala, więc wypadałoby choćby spróbować.

Waves, Waves

Prawdę mówiąc, z Waves przeprosiłem się troszeczkę już jakiś czas temu, kiedy do łask wróciła wtyczka DeBreath. Wystarczyło więc uruchomić Waves Central i doinstalować Schepsa, co z kolei przypomniało mi z całą mocą, dlaczego się z Waves nie lubimy. To przez te ich udziwnione plany aktualizacji i irytujący sposób działania - otóż wtyczki Waves nie instalują się jako osobne komponenty w zadanym folderze, tylko wrzucana jest tam specjalna "metawtyczka" (osobno dla każdej wersji planu), WaveShell, która udostępnia wtyczki właściwe. Dlaczego jest to irytujące? Bo przy najmniejszej zmianie wszystkie programy korzystające z VST nagle odkrywają, że trzeba koniecznie przeskanować całą - niekrótką - listę wtyczek od Waves. Co potrafi trwać - jak pokazuje doświadczenie - nawet 2-3 minuty...

Wszystko w jednej wtyczce

Scheps Omni Channel to także swego rodzaju "metawtyczka", a konkretnie - tak zwany channel strip, czyli zestaw procesorów przetwarzających sygnał, ustawionych jeden za drugim. Mamy do dyspozycji PRE, czyli coś w rodzaju symulacji przedwzmacniacza, gdzie można ustawić np. siłę saturacji czy filtry górno- i dolnoprzepustowe. Później wskakujemy do kolejnego modułu, czyli bramki lub ekspandera, potem jest de-esser, korektor, kompresor i ustawienia poziomów (wejściowego i wyjściowego) z opcjonalnym limiterem i obracaniem fazy. Wszystkie te moduły można swobodnie włączać/wyłączać oraz zamieniać miejscami, więc możliwości konfiguracji są spore.

Ciekawostką jest dodatkowy slot, gdzie możemy dodać dowolną wtyczkę od Waves (!). To bardzo ciekawa opcja, zwłaszcza że tą wtyczką może być np. DeBreath czy całkiem nieźle działający odszumiacz NS1. Koncept bardzo, bardzo ciekawy, a dla mnie - jako użytkownika WaveLaba w wersji Elements bardzo praktyczny, bo oszczędzający sloty w Master Section i ułatwiający konfigurację. Oczywiście szkoda, że slot jest tylko jeden, bo od razu chciałbym tam wrzucić przynajmniej dwa efekty, no, ale dobrze, że jest choć jeden.

Jeden by wszystkimi rządzić

Zaciekawiło mnie porównanie tego channel stripa z fizycznym urządzeniem dbx286s, którego używam od dwóch miesięcy. Ustawienie modułów w Scheps jest odmienne: przedwzmacniacz obcina górę/dół, potem sygnał trafia do bramki, która usuwa szum w cichych fragmentach, później de-esser usuwa sybilanty, po czym wszystko trafia do korektora i na koniec do kompresora. W dbx286s najpierw jest kompresor, potem de-esser, korektor i na koniec bramka szumów - i w tym wypadku jest to trochę kiepskie rozwiązanie, ponieważ kompresor na pierwszym stopniu znacznie wzmacnia szumy, a żeby je usunąć, trzeba ustawić bramkę na mocne wycinanie, które zwykle wyraźnie słychać. Z tego powodu ja się szybko nauczyłem, żeby sygnału nie kompresować, bo z Shure'a SM7B mam takie szumy, że bramka ledwo daje radę je usunąć.

Osobiście, np. w Master Section w WaveLabie mam jeszcze inną kolejność: najpierw odszumiacz, potem korektor, potem kompresor, po nim de-esser i zwykle na koniec Spiff, żeby pousuwać różne kłujące w uszy piki. I tu wychodzi na jaw przewaga Schepsa nad dbx286s - we wtyczce mogę sobie dowolnie zmieniać kolejność, a dodatkowo jeszcze wstawić do łańcucha odszumiacz, który "zje" szumy, zanim zostaną wzmocnione w jakimkolwiek stopniu.

Zgrzyty i trzaski

Pomijając fakt, że jest tylko jeden dodatkowy slot (co trudno uznać za wadę, a wręcz trzeba zaliczyć do zalet, że w ogóle coś da się dodać do "fabrycznego" zestawu), irytująca (i to bardzo) jest jedna rzecz. Otóż, z niewiadomych przyczyn, WaveShell NIE DZIAŁA w aplikacji OBS. Przyznam, że dość mnie to zabolało, bo kiedy już sobie przygotowałem w WaveLabie fajny preset dla swojego głosu (z odszumianiem, korekcją itd.), pomyślałem, że fajnie będzie go użyć od razu przy nagrywaniu filmików w OBS. Niestety, OBS zaraz po wybraniu WaveShell z listy wtyczek wykrzaczył się i zamknął. Poszukałem chwilę rozwiązania w Internecie, ale okazuje się, że ten problem występuje już od lat i co gorsza, firma Waves nie widzi w tym problemu, całą winą obarczając programistów OBS-a. Nie twierdzę, że są oni zupełnie bez winy, jednak patrząc na to, ile razy wtyczki Waves sprawiały mi kłopoty (choćby i w WaveLabie) oraz biorąc pod uwagę całą tę misterną konstrukcję, gdzie WaveShell "udostępnia" inne wtyczki, sądzę, że głównym sprawcą jest jednak WaveShell, z którego Waves zwyczajnie nie chce się wycofać, bo oparło na tym całą logikę sprzedaży i dystrybucji wtyczek...

Czy fajne?

No, fajne, nie powiem, że nie. W jednym pudełeczku mamy zamknięte całkiem nie najgorzej brzmiące efekty, które (wsparte odszumiaczem lub reduktorem oddechów) mogą praktycznie załatwić cały łańcuch przetwarzania. Jednocześnie wielka szkoda, że tego potencjału nie sposób wykorzystać przy nagrywaniu "na żywo" w OBS, na co po cichu liczyłem. W takim wypadku wtyczka przyda się tym osobom, które jeszcze nie zdążyły zainwestować dużych pieniędzy w osobne wtyczki korektora, kompresora, de-essera czy bramki szumów - wtedy za skromną opłatą (w chwili pisania tekstu Scheps Omni Channel był - a jakże! - w promocji za 29 dolarów) można mieć wszystko od razu i skupić się na nagrywaniu, zamiast kombinować z oprogramowaniem. Ale pamiętajcie, raczej tylko do zastosowań off-line!

czwartek, 13 maja 2021

[T] FabFilter Timeless 3

Czy często korzystam z linii opóźniającej, czyli tzw. delaya? Bardzo często. Oczywiście, nie przy nagraniach lektorskich, które mnie ostatnio zajmują najbardziej, ale przy muzyce. Bardzo lubię powtórzenia, echa, gdzieś biegnące i wypełniające delikatnie tło. Do tej pory używałem dwóch bardzo dobrych wtyczek, służących właśnie do tego celu - FabFilter Timeless 2 oraz Valhalla Delay:

Troszeczkę próbował zawojować mnie Analog Delay od PreSonusa:

jednak ostatecznie i tak zwykle wygrywał Timeless 2. I to mimo nieco przestarzałego, ciut przekombinowanego interfejsu użytkownika oraz nie do końca czytelnego (przynajmniej na pierwszy rzut oka) przeznaczenia poszczególnych kontrolek.

Nowy, lepszy Timeless

Użytkownicy dotychczasowej wersji 2 mogą od paru dni przesiąść się na wersję trzecią (za dopłatą, niestety), która zdecydowanie zrywa z poprzedniczką:

Nowa wtyczka jest do tego stopnia inna, że nie aktualizuje (nie usuwa) wersji drugiej, tylko instaluje się obok niej. Bo, zaiste, to zupełnie coś innego!

Przede wszystkim uwagę zwraca elegancki, czarny interfejs "w stylu" FabFilter. Tym razem jest on w pełni skalowalny (z opcją "pełnego ekranu") i nawet przy pierwszym kontakcie szybko zaczynamy "chwytać", co do czego służy. Po lewej stronie znajdziemy graficzną reprezentację odbić, zarówno dla prawego, jak i lewego kanału (do sterowania ich gęstością i rozmieszczeniem wykorzystuje się umieszczone centralnie koło, które ma tak naprawdę dwa pokrętła. Można więc łatwo przesunąć odbicia w jednym kanale względem drugiego.

Po prawej stronie z kolei mamy do dyspozycji korektor, który umożliwia wpływanie na filtrowanie sygnału odbić. Dzięki temu da się bardzo łatwo sprawić, że odbicia będą na przykład "ciemne" i pozbawione wysokich częstotliwości lub przeciwnie, będą właśnie lekkie i skrzące się.

Już te trzy elementy pozwalają sterować odbiciami w bardzo szerokim zakresie - a jest przecież mnóstwo dodatkowych parametrów! Najciekawsze znajdziemy na lewo od pokrętła Delay. Po pierwsze, mamy pierwsze pokrętło, Drive, które dodaje do odbić saturację, pogrubiając je co nieco. Drugi parametr to Lo-Fi, które z kolei dodaje zniekształcenia, w skrajnym ustawieniu sprawiając, że odbicia niemal tracą wysokość, składając się wyłącznie z szumów i trzasków. Bardzo ciekawie brzmi efekt dodawany parametrem Diffuse. Powoduje on nakładanie kopii sygnału tak, że brzmi to jak subtelny chorus zmieszany z pogłosem - naprawdę świetny dodatek do ścieżki wokalu.

Potem mamy jeszcze Dynamics, który - przesuwany w jedną stronę dodaje efektu mocnego kompresora, "pompującego" dźwięk, zaś w drugą stronę działa jak ekspander/bramka, ściszając najcichsze tony.

Jakby tego było mało, mamy jeszcze pokrętło Pitch, które - jak można się domyślić - steruje wysokością dźwięku odbić. Co ciekawe, dzięki specjalnemu przełącznikowi można nie tylko sprawić że odbicia będą niższe lub wyższe od tonu podstawowego, ale będą i niższe, i wyższe jednocześnie (tryb mirror).

Mamy następnie szereg przełączników wokół pokrętła Delay - Freeze sprawia, że w powtórkach pojawiają się te dźwięki, które były w buforze w momencie naciśnięcia tego przycisku (sygnał wejściowy nie ma na nie wpływu). Można tu także włączyć efekt "ping-pong", czyli powtórzenia pojawiają się na przemian w prawym i lewym kanale (lub odwrotnie). Jak na porządny delay przystało, powtórzenia mogą być ustawiane ręcznie bądź powiązane z tempem utworu (np. co szesnastkę, półnutę, ósemkę z kropką itp.)

Sekcja korektora jest bardzo ciekawa, bo choć na pierwszy rzut oka wydawało by się, że są tu tylko dwa korektory, górno i dolnoprzepustowy, to nie jest to prawda. Typ korektora da się zmienić np. na półkowy czy szpilkowy, ale i to nie wszystko - można tych punktów mieć nawet sześć! Obsługa korektora jest banalna, a dla użytkowników Q-3 - w ogóle nie trzeba się niczego uczyć.

Odbicia można rozstawić szeroko w panoramie, ale można też je zawęzić zupełnie do sygnału mono. Jeśli zaś w delayach razi Was ich "cyfrowo-perfekcyjny" charakter i matematycznie wyliczane powtórzenia, to tutaj Timeless 3 ma dla Was coś specjalnego - specjalny suwak, nazwany Instability, który umożliwia modulowanie dowolnego parametru elementem losowości. Wystarczy przeciągnąć małe, zielone kółeczko na parametr, który ma być zmieniany i ewentualnie dopracować, co się ma zmieniać i w jakich granicach. Organiczne i brzmiące mniej matematycznie delaye stoją przed Wami otworem!

Chętnych do posłuchania namawiam do obejrzenia wstępnego testu, którego dokonał Wytse z White Sea Studio. Ja już po tej krótkiej prezentacji wiedziałem, że muszę choćby zainstalować wersję demonstracyjną i sprawdzić wszystko samodzielnie.

Nie będę udawał, że w tak krótkim czasie zdążyłem przestudiować i opanować wszystkie możliwości tego pluginu - jestem pewien, że mnóstwo jeszcze przede mną, choćby rozgryzanie funkcjonowania suwaka Ducking, systemu modulacji czy zgłębiania ustawień Serial/Parallel/Per channel - choć to ostatnie, zdaje się, było już w wersji 2. Jednak już to, co zdążyłem własnoręcznie i na własnych przykładach przetestować, daje mi jasną odpowiedź na pytanie...

Czy warto?

Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że Timeless 3 poprzednią wersję "zjada na śniadanie". Tak jest istotnie i w tej chwili nie wyobrażam sobie już powrotu do tego maciupkiego, drobniutkiego interfejsu użytkownika. Dużo łatwiej jestem w stanie przygotować stosowny efekt w nowej wersji i, no cóż, inne delaye w tym momencie odchodzą w zapomnienie.

O ile jeszcze przy Timeless 2 korzystałem czasami z Valhalla Delay (również bardzo porządny efekt, a do tego sporo tańszy!) i sporadycznie z Analog Delay, to nie sądzę, bym teraz jeszcze je odpalał. To jest trochę jak z Pro-R, który też zmiótł pozostałe pogłosy, w tym Valhalla Room - ale tutaj do Room czasem jeszcze wracam. No cóż, być może jestem fanboyem wtyczek firmy FabFilter - weźcie na to poprawkę. Ale naprawdę, szczerze wątpię, by ktoś był Timelessem 3 zawiedziony.

środa, 12 maja 2021

[T] Statyw mikrofonowy Mozos SB36

Opisywałem już ramię mikrofonowe RØDE PSA-1, a tym razem mam okazję testować tańszego konkurenta od firmy Mozos, model SB36. Jest to niemal kopia PSA-1, co przyzna każdy, kto choć przez chwilę popatrzy na te dwa statywy. Nawet wyjęty dopiero z kartonu, SB36 jest łudząco podobny do droższego modelu:

Budowa

Podobieństwa są bezsporne. Wręcz wydaje się, że kółka na przegubach ramienia, które w PSA-1 są integralną częścią przegubu, tutaj dodano tylko po to, by upodobnić SB36 do produktu firmy RØDE. Co ciekawe, o ile już PSA-1 jest spory, to SB36 przebija go długością! Nie jest to różnica szalenie duża i po zamocowaniu pomijalna, ale wspominam o niej. Pod względem udźwigu oba ramiona mają podołać masie do 1,1kg. Z moich obserwacji wynika jednak, że SB36 jest nieco słabszy - dostatecznie dociąża go już AKG D5 bez pop-filtra (przy takim obciążeniu PSA-1 się samoczynnie prostuje), zaś po zamocowaniu WA-87 z koszykiem i pop-filtrem ramię miało delikatną tendencję do opadania - dawało się ostatecznie ustawić na wysokości ust, ale nie wyżej. Za to nie prostuje się tak gwałtownie przy zdjęciu obciążenia, jak PSA-1.

Dość znacząco w obu przypadkach różni się uchwyt, mocujący ramię do stołu. W przypadku RØDE jest to bardzo solidny i stabilny kawał tworzywa, w które wkłada się bolec ramienia (mikrofon jest zamocowany już nad stołem). W przypadku Mozosa uchwyt, choć sprawia wrażenie solidnego, to jednak ma otwór na bolec ramienia poza obrysem stołu i zajmuje przez to więcej miejsca - jeśli mamy biurko dosunięte do ściany, to może być problemem. Bolce obu ramion mają praktycznie tę samą średnicę (Mozos jest ciut mniejszy), więc można - jeśli już się posiada PSA-1 - wykorzystać dostarczany z nim uchwyt mocowany bezpośrednio w blacie stołu, choć osobiście trochę bym się obawiał, gdyż bolec z SB36 jest dość krótki - można go przypadkowo wyjąć przy gwałtowniejszych manewrach.

Jeszcze jedna różnica uwidacznia się przy mocowaniu samego mikrofonu na górze statywu. W RØDE są tam dwa mało wygodne metalowe pokrętła, które dość trudno porządnie chwycić przy mocnym dokręcaniu. W SB36 jest tutaj pojedyncze pokrętło, wykonane z tworzywa, jednak operuje się nim dużo wygodniej. Minusem za to jest fakt, że jeśli lekkomyślnie zbyt odkręcimy to pokrętło, to bolec, na którym trzyma się (często kosztowny) mikrofon może się zwyczajnie wysunąć z obejmy i wypaść. Zdecydowanie przydałby się tutaj na końcu metalowy kapturek, który uniemożliwiałby wypadnięcie.

Wrażenie z użytkowania

Pod względem funkcjonalnym nie ma między tymi ramionami specjalnej różnicy. I tu, i tu wszystko działa płynnie, lekko i przyjemnie, choć mój egzemplarz SB36 momentami cicho skrzypi. Podobno PSA-1 też cierpią na podobny problem, jednak akurat mój RØDE działa (póki co) cichuteńko, zaś SB36 "od nowości" skrzypi - lepiej zatem nie zmieniać jego położenia w trakcie nagrywania.

Ogólnie jednak SB36 sprawia wrażenie ciut, ciut delikatniejszego - i udźwig ma minimalnie mniejszy (w praktyce), i uchwyt sprawia mniej pancerne wrażenie niż ten u konkurenta (choć nic złego się nie dzieje przy używaniu go), i samo ramię trochę mocniej daje się bujać (PSA-1 jest nieco sztywniejsze). Nie są to różnice ogromne, ale odczuwalne, zwłaszcza gdy używa się obu ramion jednocześnie. Na pewno nie jest to jednak tak duża różnica, jak różnica w cenie między tymi produktami.

W jednej sprawie Mozos zdecydowanie przewyższa konkurenta - w liczbie dołączonych opasek z rzepem do umocowania przewodu; jest ich tutaj sześć, czyli dwa razy więcej niż dołącza RØDE, co mnie szczególnie dziwi, bo PSA-1 swoje kosztuje i producent naprawdę by nie zubożał, nawet gdyby dorzucał trzymetrową rolkę, która kosztuje raptem 10zł. I nie chodzi mi o sam koszt, bo ten jest - jak widać - pomijalny, tylko o to, że trzeba specjalnie te rzepy zamawiać lub szukać po sklepach, zamiast od razu cieszyć się produktem. Pod tym względem Mozos zdecydowanie punktuje.

Podsumowanie

Czy warto kupić Mozosa SB36? Moim zdaniem to solidny statyw i choć nie sprawia aż tak dobrego wrażenia, jak PSA-1 (to jednak nieco bezczelna zrzynka), jednak za tę cenę trudno dostać coś równie dobrego. Do naprawdę ciężkich mikrofonów, jak mój WA-87, mocowanych w koszyczku i z pop-filtrem, RØDE PSA-1 wydaje się lepszy, bo po prostu pewniej trzyma tę masę - choć również czuć, że ciut cięższy pop-filtr i ramię również "zjeżdżałoby" w dół, jak w Mozosie.

wtorek, 4 maja 2021

[T] nVidia RTX Voice

Z reguły jestem sceptyczny, jeśli chodzi o przechwałki producentów oprogramowania dźwiękowo-muzycznego. Zwykle wypróbowywanie "rewolucyjnych" rozwiązań wiąże się ze sporym rozczarowaniem, bo coś, co miało działać rewelacyjnie, działa "tak sobie" lub wręcz nie działa w ogóle. Tym razem, gdy usłyszałem o programie nVidia RTX Voice, pomyślałem podobnie - e, to nie może działać aż tak dobrze. Ale że program jest darmowy i wbrew nazwie, działa nawet na mojej stareńkiej karcie GTX 960, postanowiłem spróbować.

Dla tych, którzy jeszcze o RTX Voice nie słyszeli - jest to aplikacja, potrafiąca w czasie rzeczywistym usunąć wszelkie zakłócenia z nagrywanego materiału - a że odszumianie jest procesem pożerającym moc obliczeniową, RTX Voice korzysta z mocy... karty graficznej. I nie chodzi tu tylko o szum - szum jest ponoć wyzwaniem zbyt trywialnym. Program nVidii potrafi usunąć stuki, szczekanie psa, odgłos komputerowego wentylatora czy nawet uruchomionego obok mikrofonu odkurzacza. Przyznacie, że brzmi intrygująco i aż się prosi o weryfikację.

Instalacja i konfiguracja

Najpierw należy ze strony producenta pobrać instalator, "ważący" dobrze ponad 300MB. Po krótkiej instalacji, która raczej nie powinna nikogo zaskoczyć czymkolwiek, program RTX Voice uruchamia się i pokazuje okienko konfiguracyjne:

Należy wybrać w nim urządzenie, do którego mamy podpięty mikrofon. RTX Voice przejmie sygnał z tego urządzenia, udostępniając dodatkowy "wirtualny mikrofon" o nazwie Mikrofon NVIDIA RTX VOICE. Wystarczy zatem w programie nagrywającym wybrać tenże wirtualny mikrofon i... dzieją się prawdziwe czary. Jeśli włączymy usuwanie zakłóceń:

to w nagraniu nie usłyszymy ani szumów, ani hałasów - tylko własny głos. Jest on, rzecz jasna, nieco zdegradowany, ale nie jest to degradacja dyskwalifikująca sygnał. Brzmi raczej tak, jakbyśmy przepuścili nagranie przez niezłej klasy odszumiacz - może nie Brusfri i nie iZotope Spectral DeNoise, jednak naprawdę jestem pod wrażeniem. Możecie zresztą sami pobrać plik, zawierający nagrania z programu Acoustica, przetworzone w czasie rzeczywistym przez RTX Voice. To znaczy, jest tam też fragment, kiedy wyłączyłem usuwanie zakłóceń - dla porównania. Moim zdaniem działa to naprawdę bardzo dobrze.

Na wspomnianej wyżej stronie producenta można znaleźć listę wspieranych aplikacji, ja testowałem skuteczność RTX Voice w programach OBS i Acoustica - ta druga aplikacja nie jest wymieniana, a działa bardzo dobrze, więc myślę, że warto samodzielnie przetestować program, na którym nam zależy. Mikrofon NVIDIA RTX VOICE nie pokazał się natomiast w Steinberg WaveLab.

Cuda na kiju

Muszę przyznać, że jestem pod wielkim wrażeniem. Odszumianie działa bardzo dobrze i właśnie o czymś takim marzyłem, kiedy testowałem bramkę szumów w dbx286 - żeby istniało urządzenie, które na żywo "próbkowałoby" szum i usuwało go nie tylko z przerw między słowami, ale z całego sygnału. No i okazuje się, że nVidia coś takiego stworzyła!

Co ważne, odszumianie to nie obciąża procesora, więc nie powoduje powstawania opóźnień (nie zwiększa latencji) - a wcześniej testowałem w OBS odszumianie "na żywo" za pomocą Brusfri, jednak było to bardzo karkołomne i praktycznie nieużywalne. Tutaj, to zupełnie co innego.

Żeby nie było tak do końca słodko, oczywiście pozbycie się szumów nie powoduje, że sygnału można już nie obrabiać - korekcja, kompresja czy usuwanie sybilantów są nadal raczej niezbędne. Przetworzony przez RTX Voice sygnał też nie jest taki idealny - nie wykorzystałbym go do nagrania audiobooka ani podcastu, ale już do udźwiękowienia filmiku instruktażowego - czemu nie?. No i takie moje małe westchnięcie - szkoda, że nVidia nie oferuje tego programu także jako wtyczki VST do przetwarzania off-line...