wtorek, 27 grudnia 2016

[G] Ziemia

Żeby nie było, że na blogu i u Ladaco nic się zupełnie nie dzieje, kolejny utwór do płyty "Via". Zapraszam do słuchania i komentowania:

czwartek, 15 grudnia 2016

Muzyczny konstruktor

Ha, kolejny muzyczny wpis na blogu - to się staje męczące, prawda? Ale co zrobić - muzykowanie wciąga! Dzisiaj jednak nie będzie tylko próbki do posłuchania, bo mam do opisania kilka refleksji związanych z minionym "muzycznym miesiącem".

Nie jest źle

Nie jest źle przede wszystkim z działaniem sprzętu i oprogramowania. Aktualnie wykorzystuję przede wszystkim FL Studio 12, od czasu do czasu posiłkując się Cubase 8 (jednak!). W sprzęcie zaszła zmiana - zajmującego sporo miejsca Rolanda Juno G schowałem do szafy, a na biurku spoczął malutki i skromny Alesis V25 - w zupełności wystarczający do tego, co robię.

A co robię?

Wiadomo, umyśliłem sobie nagrać płytę pod roboczym tytułem "Via". Idzie to niesporo, głównie dlatego, że nadganiam zaległości w obsłudze programowych syntezatorów. Obecnie używam przede wszystkim pięciu: Sytrus, Morphine, Air Xpand!2, Serum i Absynth 5, do tego dochodzi garść darmowych "wytwarzaczy efektów" i spora góra sampli, głównie bębnów. Są jeszcze EastWest Hollywood Orchestra i "smaczki" w rodzaju Heavyocity Vocalise czy Sonivox Cinematic Percussion. Sporo tego.

"Najgorsze" jest w tych wszystkich świetnych instrumentach to, że zamiast tworzyć muzykę z ich pomocą, człowiek wpada w studnię bez dna i po prostu "rzeźbi dźwięki". Poza Xpand!2, pozostałe cztery programy to świetne syntezatory, stosujące rozmaite techniki wytwarzania dźwięków (a nie wiedziałem, że tych technik jest tak wiele!). I później siedzę sobie przy takim, dajmy na to, Serum, gdzie źródłem dźwięku może być... plik graficzny (serio - program przetwarza obrazy na matrycę fal dźwiękowych!) i kręcę gałami, przestawiam przełączniki i brzdąkam, a ze słuchawek dobiegają przeróżne cuda.

Powiadam Wam, zabawa jest naprawdę przednia, ale i też przerażająco wciągająca. Siadam z pomysłem na utwór, zaczyna coś wreszcie pasować, gdy dochodzę do wniosku, że np. w tym momencie fajnie byłoby zagrać jakieś przyjemne solo ciekawym brzmieniem. Otwieram Absyntha i... po godzinie orientuję się, że przecież tam gdzieś w tle jest utwór do napisania, a ja słucham brzdąkań coraz to nowych dźwięków...

Bez narzekania

Absolutnie jednak nie narzekam na nic. Mam chyba wszystko, czego potrzebuję - nawet odnoszę wrażenie, że ciut za dużo tych źródeł dźwięku mi się potworzyło. Tylko czasu brak, chociaż kradnę go ze wszystkich możliwych zapasów. Powiem Wam jednak, że chyba pierwszy raz odkąd zajmuję się muzyką, nie czuję ograniczeń. Tych dwadzieścia lat temu zawsze coś przeszkadzało - klawiatura z małymi, nieczułymi na dynamikę klawiszami (tak, PSS-780, na Ciebie patrzę!), instrument z brzmieniami, które do końca nie satysfakcjonowały, brak samplera, brak możliwości edycji danych audio, kiepski odsłuch (he, he, aż dziw, że to właśnie wtedy nagrałem praktycznie całą moją muzykę). A teraz - ogranicza tylko brak czasu (bo pomysły są, już doszedłem do tego, że budzę się w nocy i mruczę pomysły do dyktafonu - szaleństwo!)

No, to zobaczymy, jak się cała sprawa dalej potoczy. Na razie - krótki fragment do posłuchania:

wtorek, 13 grudnia 2016

[G] Mniej spokojnie

Dzisiaj zaproponuję coś mniej spokojnego niż "Charon". Utwór krótki i pomyślany raczej jako test, ale wrzucam, bo po prawie dwóch tygodniach nadal mi się podoba:

piątek, 9 grudnia 2016

[G] Na próbę

Zobaczymy, czy tym razem uda mi się osadzić w blogu utwór z Soundcloud. Kolejna ścieżka z rodzącego się w bólach "albumu" - do posłuchania i skomentowania (bo niby dlaczego nie?):

czwartek, 1 grudnia 2016

I tak się nie poddam!

Można powiedzieć, że sam się o to prosiłem. Po raz kolejny optymizm i dobre chęci dostały po głowie od skrzeczącej rzeczywistości. Po pierwszej fali entuzjazmu nastały szare dni. A wszystko dlatego, że lepsze jest wrogiem dobrego.

W czym rzecz? Zachciało mi się sięgnąć do historii i poinstalować więcej instrumentów i brzmień - w końcu, jeśli już wracam do zakurzonego hobby, dlaczego rezygnować z czegoś, co się już ma? Ano właśnie.

Zaczęło się od tego, że na cztery produkty trzy okazały się nieużywalne. A nawet "nieinstalowalne". Po prostu. Masz, człowieku, numery seryjne, zakupiłeś licencje i figa. Postanowiłem się nie poddawać, tylko zacisnąć zęby i odzyskać dostęp. Klawiatura zagrzała się od pisanych do supportów listów.

Dalsza część przypomina nieco zabawę w kotka i myszkę. W jednym przypadku udało się bez problemu - odpowiedź dostałem po niespełna godzinie i już bez problemów mogłem doinstalować odpowiednią wtyczkę. W drugim i trzecim przypadku okazało się, że teraz już nie da się oprogramowania po prostu pobrać - trzeba instalować specjalne instalatory, które łączą się z serwerami producentów i pobierają, co trzeba (a raczej, na co pozwala licencja).

No i oczywiście okazało się, że wspomniane instalatory robią wszystko, żeby utrudnić człowiekowi życie. Nie masz specjalnego konta u producenta? Założysz, bo musisz mieć. Spieszy Ci się i nie chcesz przechodzić przez kreator? Spokojnie, przejdziesz, przejdziesz. Instalator nie widzi Twoich licencji? Napisz do supportu, który doradzi Ci jego (instalatora) usunięcie i wgranie na nowo. Pobrałeś już wszystko, co trzeba i myślisz, że to koniec? O, nie, nie, teraz jeszcze aktywuj produkt. Nie chce się aktywować? Support pomoże (w jakimś skończonym czasie).

A to wszystko pod warunkiem, że udało Ci się producenta przekonać, że rzeczywiście licencję posiadasz. W jednym przypadku producent odesłał mnie do innej firmy (bo to od niej kupowałem), a z kolei tamta firma po podaniu tajemnego numerka odesłała mnie z powrotem. W końcu udało się i dostałem nowy numer seryjny, który (o dziwo) zadziałał i mogłem pobrać instalator. W mailu widniała informacja, że muszę jeszcze poczekać na drugiego maila z numerem aktywacyjnym (!), a gdy po trzech dniach nic nie dostałem, dowiedziałem się od supportu, że to ten sam numer, co instalacyjny, tylko trzeba nie wpisywać dwóch ostatnich znaków (bo się nie mieszczą). Powiadam Wam, prawdziwe cuda!

Teraz czekam, aż dotrze do mnie nowsza wersja klucza iLok, wymaganego przez trzy pluginy. Może wtedy wreszcie wszystko zadziała?

A tymczasem kto chce, może posłuchać jednego zupełnie nowego utworu w wersji demo.

czwartek, 17 listopada 2016

Tymczasowy sukces

Korzystając z może niezbyt szczęśliwej okoliczności, jaką jest choroba, postanowiłem uporządkować sprawy sterowników i innych średnio działających rozwiązań muzycznych. I o dziwo - odpukać - na razie z sukcesami!

W pierwszej kolejności wyrzuciłem ASIO4ALL, czyli sterowniki, zapewniające minimalne opóźnienia. U mnie tylko bruździły i gryzły się ze sterownikami karty dźwiękowej. Zostawiłem więc tylko te ostatnie, zwłaszcza że wg pomiarów programów DAW, dają one mniejsze opóźnienia niż ASIO4ALL.

Drugim krokiem było odinstalowanie starych wersji programów, głównie od Native Instruments. Spowodowało to tyle, że programy DAW (a mam ich kilka) przestały się dławić podczas skanowania wtyczek VST. O dziwo, zainstalowanie najnowszego Kontakt Playera nie spowodowało nowych problemów - najwyraźniej coś było nie tak po tym, jak instalowałem większość muzycznego softu jeszcze w Windows 8, a teraz używam zmigrowanego Windows 10.

W ogóle z instrumentów VST powyrzucałem wszystko, co albo było wersją demonstracyjną, albo i tak bym tego nie używał. Ostało się kilka przyjemnych instrumentów, a do tego zainstalowałem Korga M1 oraz Orbita.

Chwilowo całkowicie zrezygnowałem też z Cubase'a na rzecz FL Studio 12, które działa "jak przeciąg". Niby instrumenty VST czasem się gryzą z tym programem (tak przynajmniej utrzymują np. autorzy Nexusa 2), ale póki co nie zauważyłem żadnych problemów. Wszystko ładnie się ładuje, zapisuje i odtwarza.

Jedyna poważna porażka to - oczywiście - Juno G (ta nazwa zaczyna być znacząca!). Skoro i tak dłubałem w systemie, postanowiłem wypróbować polecany na różnych forach sposób z obejściem braku odpowiednich sterowników do Windows 10. Efekt? Zmarnowane pół godziny. Sterownik, owszem, dał się zainstalować bez szemrania, wyświetlił nawet budujący komunikat, że wszystko przebiegło prawidłowo. Cóż z tego, jeśli w Menadżerze urządzeń Juno G opatrzony jest pomarańczowym trójkącikiem ("Nie udało się uruchomić urządzenia (Kod błędu 10)" - wg dokumentacji Microsoftu może to oznaczać wszystko, a najpewniej, że sterownik jest przestarzały). Oczywiście, w takiej sytuacji Juno nie pojawia się na żadnej liście dostępnych urządzeń MIDI, nie widzą go też firmowe programy Editor i Librarian. Nie, to nie.

Dobra, skoro tak dobrze wszystko poszło, nie pozostaje nic innego, jak przysiąść i zagrać. Coś. Wreszcie.

środa, 16 listopada 2016

[G] O mojej muzyce

Patrzę na gitarę. Prosty instrument - wystarczy po niego sięgnąć, dostroić i można grać. Żadnej filozofii. Tak jak z przeszłością - też wszystko było prostsze, trawa zieleńsza, oranżada słodsza, a człowiek się tyle nie denerwował... Także jeśli chodzi o muzykę.

Kombatanckie początki

Muzyka od zawsze rywalizowała w mojej głowie z plastyką. Na równie amatorskim poziomie, ale jednak. I nie, nie grałem nigdy na gitarze - to znaczy, mam nawet dwie w domu i znam parę chwytów, ale to wszystko. Moim instrumentem były od zawsze "klawisze". Nie fortepian, tylko właśnie syntezator. Dla pewnej Yamahy porzuciłem naukę gry na akordeonie, dla innego syntezatora sprzedałem ukochane ośmiobitowe Atari.

I z tego, co pamiętam, na początku rzeczywiście było fajniej. Używałem prostej Yamahy PSS-780, która miała prościutki "zapamiętywacz" tego, co się grało (nie nazwę go sekwencerem, bo nie było żadnej edycji). Nagrałem w ten sposób pięć kaset z muzyką (hm, powiedzmy - i tak już tego nikt nie usłyszy). Potem dokupiłem (za cenę Atari) Yamahę MU-50 i sterowałem nią z poziomu PSS-780. Wszystko było proste i działało, a ja miałem mnóstwo czasu (czasy liceum). Tak nagrałem kolejną kasetę i czas było skomplikować sobie życie.

Była zima 1994, kiedy uzbierawszy fundusze i naciągnąwszy mocno ojcowski portfel dokupiłem szesnastobitowe Atari 1040STfm z monitorem i pirackim programem Cubase 3.01 oraz prościutką klawiaturę sterującą (już o pełnowymiarowych klawiszach, a nie "dziecięcych", jak w PSS-780). Dźwięk leciał nadal z MU-50, a ja uczyłem się metodą prób i błędów obsługi Cubase'a i jego narowów (a miał, miał ich trochę). Już nie wszystko było proste - żeby coś nagrać, trzeba było powłączać urządzenia, odpalić komputer, wczytać Cubase, potworzyć ścieżki w sekwencerze... Ale jakoś to ogarnąłem i chociaż czasem krew człowieka zalewała (np. gdy nie zgrały się wszystkie dane), to jakoś podczas wakacji powstała kolejna kaseta, a zarazem pierwsza płyta (bo akurat wchodziły do użytku nagrywarki CD), chyba najlepsza w mojej "karierze".

W następnym roku nagrałem nowy materiał na tym samym sprzęcie - miałem już wszystko pod kontrolą i eksperymentowałem z brzmieniem, przez co płyty nie da się dziś słuchać bez zgrzytania zębami. Ale na tym chwilowo muzyczne dokonania się zakończyły, bo w międzyczasie poszedłem na studia.

W pięknym roku 2000 moja kochana młodsza Siostra w nagrodę za świadectwo z paskiem dostała komputer PC, który całkiem przypadkiem stanął w moim pokoju z zamontowaną w środku niby-to-profesjonalną kartą muzyczną Guillemot MaxiSound 64. To były początki tzw. home recordingu, czyli przenoszenia studia nagraniowego do domu. Wcześniej, jeśli ktoś chciał podejść do produkcji muzycznej poważnie, to wynajmował studio, tam nagrywał, a w cenie (słonej!) dostawał reżysera dźwięku, który elegancko wszystko miksował i masterował, dzięki czemu całość trzymała przynajmniej techniczny poziom. Na przełomie wieków dzięki wzrostowi wydajności komputerów, każdy mógł studio założyć w domu, przeprowadzając produkcję od A do Z w swoim pokoju. Nic dziwnego chyba, że oczy zaświeciły mi się do takiej możliwości - stąd wspomniana karta muzyczna.

Z MaxiSound miałem jazdy jak po LSD. Najpierw okazało się, że sprzedawca przysłał mi wersję bez rozszerzonej pamięci, po miesiącu oczekiwania przysłał kartę z pamięcią, ale wadliwą. Ostatecznie sprzętu nie zdążyłem przetestować we wakacje i tylko podczas weekendów, kiedy wracałem do Rodziców, coś tam "rzeźbiłem". Opornie szło, bo szybko się okazało, że z pirackim Cubasem karta współpracowała średnio, lepiej z własnym oprogramowaniem, które jednak było dość niewygodne. Nie zliczę zawieszeń i awarii, które w tym czasie skutecznie zniechęcały do dalszego nagrywania. Jakoś dobrnąłem do końca płyty i dałem sobie spokój.

Jazda bez trzymanki

Studia, studia i po studiach - czas do pracy! Mieszkałem sam, wydawałem tylko na bilety autobusowe, czynsz i wyżywienie, więc szybko pojawił się pomysł, żeby zrobić sobie "prawdziwe studio". Korg 76LE był moim pierwszym zakupem internetowym (chociaż jeszcze internetu nie miałem w mieszkaniu, tylko na uczelni, gdzie ówcześnie pracowałem). Do tego doszedł już legalny Cubase i... kłopoty.

Zaczęło się niewinnie, bo od podłączenia instrumentu do komputera. No, nie da się. Korg nie miał USB, komputer - złącza MIDI. Kupiony kabelek z adapterem działał "tak sobie", czyli czasem tak, a czasem nie. Korg nie wszystko potrafił przesłać do komputera, więc jakaś większa edycja parametrów odpadała. Cubase nagrywał z lekkim opóźnieniem - walczyłem z tym długo, po czym się przyzwyczaiłem. Co gorsza, legalny Cubase za sprawą sprzętowego klucza licencyjnego sprawiał więcej problemów niż piracka kopia - a to nie zauważał, że klucz jest podpięty, a to twierdził, że licencja nieprawidłowa. Do tego żądał ciągłych aktualizacji (w tym sterowników do klucza). Wyobraźcie sobie - w głowie siedzi Wam świetna, wiekopomna kompozycja, włączacie sprzęt, a tu komunikat, że niestety, dziś nie pograsz, bo trzeba update sterownika klucza zrobić. A net tylko w pracy - nazajutrz zapominasz ściągnąć, potem ściągasz nie tę wersję. Zgroza. W takich warunkach nagrałem tylko kilka utworów, bo na więcej nie starczyło mi samozaparcia.

Obrażony nieco na ten cały złom, nabyłem szlachetny instrument Korg SP-250, czyli cyfrowe pianino. Bez ambicji, że będę coś na nim nagrywał czy komponował - bardziej chciałem się podszkolić w samej grze. Siadywałem więc po pracy, włączałem instrument i grałem - ech, jakie to było piękne i proste! Doszedłem nawet do tego, że kulawo potrafiłem zagrać preludium e-moll Chopina!

Po paru latach zmieniłem pracę i mieszkanie, doczekałem się Neostrady (tadam!) i znów ożyły muzyczne cknienia. W międzyczasie Korg jako duży i nieporęczny pojechał do Rodziców, a ja sprezentowałem sobie Rolanda Juno G i aktualizację do Cubase'a. Już pierwsze uruchomienie ustrojstwa dawało znać, żeby nie spodziewać się żadnej poprawy. Klucz licencyjny w tajemniczy sposób "sam się" wyczyścił. Zamiast grać, siadłem do pisania e-maila do supportu firmy Steinberg, żeby coś zrobili, bo przecież soft legalny, kasa wydana, a korzystać nie ma jak. Po paru dniach udało się licencję wgrać. Siadam, w głowie muzyczny zamęt, włączam nagrywanie... A tu okazuje się, że nic z tego. Cubase nie widzi Juno. Wgrywam sterowniki takie i owakie, szukam po forach, przestawiam, konfiguruję, wreszcie jest, działa! Teraz stworzę dzieło!

Nie, nie stworzyłem dzieła. Cubase nawet coś nagrywał, ale z kolei przesyłanie do Juno nie szło za dobrze. Coś szwankowało, coś się zacinało, coś zawieszało. Nie wierzyłem własnym oczom. Po paru miesiącach zrobiłem kolejne podejście i znów tylko problemy, bo już trzeba było instalować aktualizacje. Znów pisałem do supportu udowadniając, że ja to ja i że naprawdę program kupiłem, i chciałbym go nawet poużywać. Znów problem ze sterownikami do klucza...

Czasy współczesne

Opuściła mnie ostatnio wena fotograficzna, to myślę sobie: wrócę do muzyki, teraz na pewno jest lepiej, w końcu tyle lat minęło, postęp, standardy... Oczywiście, konieczne okazały się aktualizacje wszystkiego, czego używałem (tak, zgadnijcie, czy sterownik do klucza zadziałał od razu). Wypchaj się, Cubase! Zeźlony, przetestowałem najpierw Studio One, potem Reapera, żeby skończyć w FL Studio. Działa. Bez klucza. Za każdym razem.

Oczywiście w międzyczasie przestał działać Juno - Roland postanowił NIE wydawać sterownika do Windows 10, bo przecież po co dbać o własnych klientów. To oraz generalnie brak miejsca na fizyczne instrumenty skłoniły mnie do przejścia na instrumenty wirtualne, programowe. Plus taki, że wszystko siedzi w samym komputerze, brak problemów z kabelkami i połączeniami. Minus taki, że tym większą wagę mają sterowniki, a tu nie jest dobrze.

Powiem tak - samo doprowadzenie do stanu, gdy naciskam klawisz, a z komputera bezzwłocznie słychać dźwięk - okazało się tytaniczną pracą. Sterowniki MIDI, ASIO, karta dźwiękowa, wtyczki VST - weź, człowieku, ustaw to od razu poprawnie. W dodatku część wtyczek nie jest widziana przez oprogramowanie, część ma dziwne opóźnienia, a część stwarza problemy licencyjne - a to nie widzi licencji, a to się nie aktywowało, a to się aktywowało, ale w jakimś miejscu tego nie widzi... Ręce opadają, naprawdę.

Niedojda

To jedyne wytłumaczenie - jestem niedojdą. Przecież z tych programów korzystają setki, jeśli nie tysiące osób. I jakoś im się to udaje, no nie? Ale z drugiej strony, fora są pełne opisów problemów identycznych z tymi, z jakimi ja się spotykam - tylko rozwiązań nikt nie podaje. Dziwne to wszystko.

Tak czy inaczej, wszystko wskazuje na to, że za parę dni przejdzie mi chęć do muzykowania. Bo jak tu muzykować, gdy trudno jakieś dźwięki z kupy złomu wydobyć?

Może by jednak spróbować z gitarą?...

P.S. Gdyby ktoś pytał - dlaczego z uporem maniaka stosowałem Cubase? Cóż, przez długi czas był to standard i najlepsze oprogramowanie tego typu...

sobota, 15 października 2016

Coś chodzi po głowie

Wiecie, jak to jest, kiedy dopada Was jakaś melodia, natrętnie brzęcząc przez cały dzień? Irytujące, ale w moim przypadku objaw daje się zwalczyć, jeśli posłucham oryginału. Gorzej, jeśli posłuchać się go nie da.

W piątek dopadła mnie. Melodia, którą pamiętam z dzieciństwa. Kiedyś, gdy jeszcze telewizja publiczna miała rzeczywiście jakąś "misję", gdy produkowała całkiem niegłupie programy dla dzieci i dorosłych (tak, "Tik-tak", "5-10-15", "Sonda", o was mówię), powstawały króciutkie ni to teledyski, ni kreskówki. Ciężko to nazwać - chodzi mi o wykonywane różnymi technikami animacje, w których podkładem muzycznym były różne "poważne" kompozycje. Na przykład "Jezioro łabędzie" Czajkowskiego lub "Prząśniczka" Moniuszki. Jako dziecko niespecjalnie za nimi przepadałem wprawdzie, ale w natłoku obu dostępnych wówczas programów telewizyjnych, jakoś się to przeczekiwało. A obraz i muzyka zapadały w pamięć (muzyka bardziej).

No i w rzeczony piątek dopadło mnie. Utwór na flet, którego ani kompozytora, ani tym bardziej tytułu nie znałem. Utwór piękny, charakterystyczny, BARDZO umiejętnie błąkający się po głowie. Żadnego bardzo znanego kompozytora - nie Mozart, nie Vivaldi, nie Beethoven. Haendel, Haydn, Brahms czy Chopin także nie. Verdi, Puccini, Strauss czy Bach (żaden ze Straussów i Bachów) - na pewno nie.

Co w takich razach trzeba zrobić? Wykorzystać to, co się wie. A co wiedziałem? Że motyw przewodni gra flet poprzeczny i że sam utwór (mimo mniej znanego kompozytora) musi być jakąś klasyczną perełką. Wskoczyłem zatem na YouTube'a i zacząłem szukać. Wiecie, ile jest fajnych kompozycji na flet? Bo ja nie wiedziałem. Że aż tyle rodzajów fletów istnieje, też nie wiedziałem. Ale szybko nadrobiłem zaległości, tyle że nic z tego nie wynikało w kontekście szukanego utworu.

Koniec końców doszedłem do wniosku, że skoro utwór musi być znany, to na pewno jest grany przez znanych flecistów. Zacząłem zatem szukać najlepszych flecistów i słuchać granych przez nich standardów. No i nareszcie!

Rondo russo z koncertu fletowego e-moll Saveria Mercadantego.