poniedziałek, 28 maja 2018

[G] Helisaeum (Air)

Prace nad albumem "Flashback" postępują - dzisiaj kolejny stary-nowy utwór. To już kolejna wersja - pierwszy remiks pojawił się już prawie rok temu, tym razem jednak powróciłem do oryginalnego, brudniejszego i ostrzejszego brzmienia.

W sumie z oryginałem nie wiąże się żadna ciekawa historia, za to pierwszy remiks miał ciekawą genezę. Nagrywałem wówczas materiał do płyty "Runaway" i miałem już gotowy utwór "Die of Cold". "Helisaeum" był drugi w kolejce, bo spodobał mi się eksperyment z daniem drugiego życia niektórym utworom ze starych płyt. Żeby nie było łatwo, postanowiłem wykorzystać tylko dwa instrumenty: XPand!2 i Hybrid 3 od firmy Air (plus sample perkusyjne z FL Studio) - a to dlatego, żeby nie musieć się ciągle zastanawiać, którego syntezatora użyć do którego głosu i dlaczego.

Remiks szedł jednak niesporo - głównie przez to, że zdecydowałem się właśnie na FL Studio. Przenoszenie wszystkich ścieżek z Cubase'a, rozbijanie perkusji na poszczególne ślady, przeróbki na patterny - trwało to i trwało. Dodatkowo postanowiłem nieco zmienić charakter utworu, żeby był on nieco "lżejszy" niż oryginał, więc dobór brzmień również swoje potrwał (mimo ograniczonej palety instrumentów).

Z efektu byłem zadowolony tylko połowicznie, dlatego nie wrzuciłem "Air" na płytę "Runaway" (a był taki pomysł). Brakowało jednak czegoś, co było w oryginale, a podczas przeróbek zniknęło. Dopiero teraz, przy okazji "Flashbacka", przysiadłem raz jeszcze i możecie poniżej posłuchać wersji bardziej zbliżonej do materiału wyjściowego.

środa, 23 maja 2018

[G] Szepty

Tym razem nie będzie żadnej budującej historii, bo żadnej związanej z utworem "Szepty" z albumu "Nowe pokolenie" nie pamiętam. Kojarzę tylko to, że im więcej czasu mija od jego nagrania, tym szerzej się uśmiecham, słysząc te "ach" i "szepty wokół mnie" - przez myśl przeszło mi nawet, że może nowa aranżacja to dobry powód, żeby się ich pozbyć... Ale przecież z drugiej strony, bez nich to nie byłby TEN utwór!

Zapraszam zatem do słuchania - śmiać się wolno (a może nawet - trzeba)!

czwartek, 17 maja 2018

[G] Schody do nieba

Taki już urok całego albumu "Schody do nieba", że utwory miały bardzo "poetyckie" i "górnolotne" tytuły: "Droga do raju", "Tęcza z marzeń", "Sen"... To uboczny skutek faszerowania poezją na lekcjach polskiego w liceum.

Historia krótka i bolesna

Inaczej niż przy nagrywaniu Drogi do raju, w przypadku "Schodów" wszystko poszło błyskawicznie. Z tego, co pamiętam, utwór powstał w jeden dzień (od podstaw do nagrania na kasecie) i ogromnie mi się wówczas podobał. Wiadomo, bębny, smyczki, a do tego bez opamiętania wykorzystywane pogłosy i delaye.

Dopiero jakiś czas później, gdy chwaliłem się koledze Wieśkowi moimi dokonaniami, dowiedziałem się. I tego, że nuda, nic się nie dzieje; i tego, że efekty są przesadzone; a nawet tego, że nagranie buczy i źle brzmi. Masakra.

Oczywiście uniosłem się wówczas twórczym gniewem i stwierdziłem, że wszystko jest tak, jak sobie zaplanowałem, żadnych zmian nie będzie i basta!

Nie da się w jeden dzień

Kiedy zasiadałem do remiksu tego utworu, przypomniało mi się to wszystko i naturalnie, musiałem przyznać Wieśkowi rację (zresztą, wtedy też wiedziałem, że ją ma, tylko bardzo ugodziło to mą miłość własną). Kawałek po kawałku, ścieżka po ścieżce, przerabiałem, dopasowywałem, zmieniałem i dorabiałem. Aż wreszcie zaczęło to jakoś wyglądać (mam nadzieję).

Do tego doszło jeszcze miksowanie całości, co okazało się ponad siły FL Studio, odpalonego na moim wiekowym laptopie. Pogram się zwyczajnie "zatykał" i nie potrafił odtworzyć całej aranżacji, dopiero zgranie do stemów pozwoliło na ostateczny miks, już w osobnej sesji.

Ostatecznie zatem spędziłem nad - gotowym przecież! - utworem pięć dni. Mam nadzieję, że było warto - posłuchajcie sami.

[G] Przez mękę do raju?

Przy okazji odnawiania starych utworów (tudzież nagrywania ich na nowo) nadeszła chwila, gdy pochyliłem się nad ówczesną moją dumą, czyli "Drogą do raju" z albumu "Schody do nieba" (he, he). Utwór jak utwór, dzisiaj patrzę na niego z mniejszymi emocjami, ale wtedy!...

Ambicje

Po tym, jak zdobyłem Yamahę MU-50 (która była dla mnie wówczas rewelacyjna brzmieniowo), marzyłem o dwóch rzeczach: żeby nagrać coś z potężnymi bębnami (na wzór ścieżki dźwiękowej "The Rock" Hansa Zimmera, a co!) oraz żeby umieścić ludzki wokal we własnym utworze. Na bębny musiałem zaczekać, ale wykiełkował we mnie pomysł, jak zrealizować drugie zadanie.

Na jednym z obozów wędrownych zakupiłem bowiem kasetę "De Angelis" z chorałem gregoriańskim. Postanowiłem wykorzystać zaśpiewy mnichów i dodać do nich własną muzykę - pozostawały tylko trudności techniczne.

Jak to zrobić?

Do dyspozycji miałem: magnetofon kasetowy Sony, walkman, Yamahę MU-50 i Atari ST. Muzykę wymyśliłem bardzo szybko (to był taki lipcowy "muzyczny haj", kiedy w niespełna 30 dni nagrałem godzinny album), pozostawało połączyć ją z chorałem - ale jak to zrobić?

Dzisiaj to nie problem - do DAW wrzucamy odpowiednie klipy audio, synchronizujemy, korygujemy i gotowe. Ale wówczas...

Najpierw przesłuchałem wielokrotnie kasetę z chorałem, aby znaleźć odpowiedni fragment (czy fragmenty). Skręconym bez lutowania kabelkiem (trzeszczał przy dotykaniu, więc obchodziłem się z nim jak z jajkiem) podłączyłem walkmana do MU-50. MU-50 podobnej jakości kabelkiem było spięte z magnetofonem nagrywającym. I teraz cała zabawa - włączyć nagrywanie, uruchomić odtwarzanie w walkmanie i w odpowiednim momencie uruchomić odtwarzanie muzyki w Atari ST (suma sygnałów z Yamahy i walkmana szła do rejestratora). Po pierwszym fragmencie chorału trzeba było delikatnie odłączyć trzeszczący kabelek od walkmana, ustawić w walkmanie (na słuchawkach) drugi fragment, delikatnie podpiąć z powrotem do MU-50 (zanim skończy się fragment instrumentalny) i w odpowiednim momencie uruchomić odtwarzanie. Teoretycznie można by nie odłączać, ale operowanie walkmanem podczas szukania i ustawiania niosło jednak większe ryzyko wygenerowania trzasków.

Możecie sobie wyobrazić, że nie udało się to za pierwszym podejściem. Za drugim, piątym i dziesiątym również. Z tego, co pamiętam, siedziałem na tym dobrych parę godzin. Jak już trafiłem z momentem odtwarzania, to trzeszczał kabelek. Jak kabelek nie trzeszczał, to nie zdążyłem przewinąć do drugiego fragmentu chorału. A jak zdążyłem, to włączyłem go za wcześnie lub za późno...

Nic dziwnego, że kiedy w końcu udało się całość nagrać, ani mi było w głowie wprowadzać jakieś poprawki w warstwie instrumentalnej i przechodzić całą procedurę jeszcze raz!

Szumofobia muzyczna

Tak jak na początku przygody z fotografią "chorowałem" na szumofobię, tak wówczas bardzo doskwierały mi niedostatki techniczne sprzętu audio. Nagrania na kasecie bardzo szumiały (choć kupowałem tylko bardzo drogie kasety chromowe i stosowałem system Dolby), a sprawę pogarszała słaba jakość stosowanych przewodów (z braku lutownicy i wiedzy w posługiwaniu się nią większość kabelków byłą łączona przez skręcanie "drucików"). W efekcie nagrania były dość kiepskiej jakości, mimo że parę lat później zgrałem je do komputera i trochę "podrasowałem" w CoolEdit Pro.

Cud, że się udało

Jak tak sobie patrzę z dzisiejszej perspektywy, to miałem bardzo dużo samozaparcia i wolnego czasu, by robić takie rzeczy. Może zresztą stąd bierze się u mnie nostalgia do tych bardzo niedoskonałych nagrań i chęć, by wreszcie zabrzmiały tak, jak sobie to wtedy wyobrażałem? Kto wie?

W tym miejscu chciałbym jeszcze po dziękować oo. Paulinom z Wyższego Duchownego Seminarium w Krakowie za zgodę na publikację tego utworu, który bez fragmentów chorału nie zaistniałby zapewne.

Tak czy owak, zapraszam do posłuchania!

piątek, 11 maja 2018

[T] Cubase wciąż żywy

Odkąd zajmuję się muzyką, przetestowałem całą rzeszę programów DAW (ang. digital audio workstation). Pierwszy był Cubase, potem trafiłem na FL Studio i Reapera, by skończyć w Bitwig Studio, który moim zdaniem łączy zalety wymienionych programów.

Jako że pracuję obecnie nad "płytą wspomnieniową", czyli aranżuję na nowo wybrane utwory z ostatniego ćwierćwiecza, zostałem niejako zmuszony do powrotu do Cubase'a, bo to jego używałem w tym czasie. Napiszę może kilka (niekoniecznie ciepłych) słów na ten temat, najpierw jednak małe wyjaśnienie, po co jeszcze raz nagrywać coś, co już jest.

Generalnie mam sentyment do tych nagrań (bo, naturalnie, przypominają mi czasy, ehm, młodzieńcze), a jednocześnie dysponowałem wówczas jedynie magnetofonem kasetowym, więc techniczne te nagrania są dość słabe (mimo że kiedyś je już "odszumiłem" i "podrasowałem"). Do tego dochodzą ograniczenia tamtych lat - np. część rzeczy musiałem nagrywać "na żywo", bo sprzęt nie dawał rady odtworzyć całej zaplanowanej aranżacji. A że instrumentalistą nie jestem, czasem przemknęły się drobne (i większe) nierówności i "fałsze". No i wiadomo, wtedy nie miałem też możliwości wdrożyć w życie wszystkich pomysłów, bo po prostu brakowało wiedzy, brzmień czy narzędzi. To wszystko chciałbym teraz naprawić.

Najpierw kłody

Utwory, o których wspomniałem, powstawały w latach dziewięćdziesiątych, z wykorzystaniem Atari 1040 STFM i Cubase'a w wersji 3.01. Na szczęście zdążyłem przytomnie zgrać zawartość dyskietek i zarchiwizować pliki - okazało się jednak, że w tak zwanym międzyczasie firma Steinberg zdążyła usunąć z Cubase'a funkcję importu starych projektów. Ostatnia wersja, która to umożliwiała, to zabytkowa "trójka" SX. Musiałem zatem pofatygować się i zainstalować ją, by móc skonwertować kilkadziesiąt plików (ręcznie, pojedynczo). Niestety, część plików skonwertować się nie chciała...

Ostatecznie jednak przystąpiłem do pracy, dysponując z grubsza większością materiału z płyt "Ex Oriente Lux", "Schody do nieba", "In the Second Room" i "Nowe pokolenie". Mimo że nadal posiadam stareńką Yamahę MU-50, z której wówczas korzystałem, postanowiłem całość zaaranżować na nowo.

Jak to odtworzyć?

Praca nad kolejnymi utworami przebiega jedną z dwóch dróg: początkowo w Cubase otwierałem tylko plik źródłowy, konwertowałem go do formatu MIDI i taki wczytywałem do FL Studio (później do Bitwiga). Jednak ten sposób pracy był bardzo czasochłonny i traciłem część informacji (choćby podziały na ścieżkach) czy automatykę (jeśli jakaś była).

Druga droga to pozostanie w Cubase i pogodzenie się z pewnymi niedogodnościami (np. na moim laptopie okno Bitwiga jest dużo czytelniejsze i lepiej rozplanowane, niż to w Cubase, także edycja danych MIDI przebiega tam jakoś wygodniej). Tak robię od pewnego czasu i jakoś chyba zaczynam się na nowo przyzwyczajać do tego programu, zwłaszcza że wersja 9.5 ma kilka całkiem przydanych funkcji.

Jak sięgam pamięcią

Ostatnio tak dużo pracowałem w Cubase chyba w 2001 roku, kiedy nagrywałem album "Nowe pokolenie" (to była mordęga z różnych powodów i aż cud, że album udało się mniej więcej ukończyć). Od tego czasu Cubase zmienił się, ale nie tak bardzo, żeby mnie czymś zaszokować.

Ciekawie wygląda podział ekranu na strefy, aczkolwiek w przypadku małego ekranu laptopa trochę za dużo miejsca zajmują te wszystkie ramki i rameczki. Bardzo podoba mi się za to mikser, bo raz, że jest ładny, to jeszcze funkcjonalny (np. sekcje efektów widoczne dla wszystkich kanałów, a nie, jak w FL Studio, tylko dla wybranego). Cieszy możliwość łatwej korekcji (EQ) bez zapinania dodatkowych wtyczek (kształt korektora można "narysować" wprost na specjalnym polu w wybranym kanale).

To, co bardzo ułatwia mi życie, to powiązanie między ścieżkami a śladami w mikserze (do teraz odbija mi się czkawką misz-masz z FL Studio). Także automatyki są powiązane z konkretną ścieżką i do niej "przypięte". Nie ma również problemów z nazewnictwem i w razie czego da się łatwo przemianować wszystkie "klipy" w danej ścieżce. Także zmiana velocity lub masowa transpozycja nie są kłopotliwe, ba, wręcz można daną ścieżkę przetransponować bez zmiany samych "nut", po prostu ustalając przesunięcie w półtonach w parametrach ścieżki. Bajka.

Rzeczy nowe dla mnie

Jedną z przydatnych rzeczy w Cubase, z których do tej pory nie korzystałem, jest ścieżka akordów. Działa mniej więcej tak: ustawiamy "zdarzenia" zmiany akordu i ustalamy, jaki konkretnie akord ma się tam rozpocząć. Można zagrać go na podpiętej klawiaturze MIDI lub wybrać z listy lub koła kwintowego. Co ważniejsze, zbudowaną progresję akordów można po prostu przeciągnąć na zwykłą ścieżkę instrumentalną, co stworzy odpowiednie "nuty". W efekcie dość szybko mamy odpowiedni "podkład" dla utworu, dodatkowo zazwyczaj utrzymany w tonacji.

Druga sprawa, która ogromnie mnie ucieszyła, to pojawienie się ścieżek sampli. Coś podobnego jest w zasadzie podstawą FL Studio - wrzucamy na ścieżkę np. próbkę basu i już możemy stosować ją jak normalny instrument (tzn. program sam przetransponuje nam tę próbkę w górę i w dół), czyli całość działa jak prosty sampler. Samą próbkę możemy poddać edycji już w samym Cubase, więc da się ją np. przyciąć, dociąć, rozciągnąć itp. Wyzwalanie próbek następuje przez zwykłe komunikaty MIDI, więc rzeczywiście ścieżka zachowuje się jak normalna ścieżka instrumentalna.

Ogromnie pomocną funkcjonalnością jest Media Bay, czyli miejsce do zarządzania naszym "muzycznym imperium". To zaawansowany moduł do zarządzania próbkami, pętlami MIDI, instrumentami, presetami i wszystkim, czego możemy chcieć użyć w tworzonych projektach. Dawniej podobała mi się wyszukiwarka w FL Studio, ale Media Bay zjada ją na śniadanie sprawiając, że wreszcie zacząłem jakoś ogarniać zgromadzoną przez lata bibliotekę różnorodnych próbek czy pętli. Można tworzyć kategorie, grupować, wyszukiwać i wszystko działa zaskakująco szybko (jak na ilość plików, którą trzeba zarządzać).

Edycja materiału audio w samym Cubase to temat, który też mnie do tej pory omijał. W wersji na Atari audio w ogóle nie było, później ograniczałem się tylko do jakichś dziwnych manipulacji (ale i tak wolałem to zrobić w zewnętrznym edytorze audio). Obecnie narzędzia do obróbki próbek są bardzo zaawansowane, łącznie z korektą tonacji, która potrafi korzystać z opisywanych wcześniej ścieżek akordów. W sumie z tego, co do tej pory obejrzałem, to chyba SoundForge zacznie się pokrywać kurzem...

No i na koniec coś, co być może przeważy w moim przypadku o pozostaniu z programem na dłużej - nagrywanie "retrospektywne". Uwielbiam tę funkcję w FL Studio i bardzo brakuje mi jej w Bitwigu. Chodzi z grubsza o to, że czasem (często) siedzę sobie przy klawiaturze i brzdąkam coś - a to jakieś akordy fajnym brzmieniem, a to melodyjka jakaś ładna wyjdzie. I jak wyjdzie, to co zrobić? Nie zawsze uda się powtórzyć dokładnie to samo, już z włączonym nagrywaniem (poza tym dochodzi tu stres, że "musi wyjść" i wielokrotne próby przy pomyłkach). Na szczęście niektóre DAWy mają wspomniane nagrywanie "retrospektywne", czy non stop nagrywają w tle to, co przychodzi z klawiatury muzycznej, więc można w razie potrzeby kazać takie nagranie po prostu utrwalić. I nagle to, co powstało w wyniku (nie bójmy się tego słowa, he, he) natchnienia udaje się odzyskać i wykorzystać. Przyznacie, że przydatne?

Sprawy techniczne

Cechą charakterystyczną dla wersji 9.x Cubase'a jest całkowite porzucenie 32-bitowych wtyczek VST. Nie działają. Po prostu. Nie i już. Nie ma powrotu. Więcej, część wtyczek 64-bitowych również ma kłopoty - trafiają wtedy na tzw. czarną listę i jeszcze można spróbować je reaktywować, ale z reguły kończy się to komunikatem, że "nie da rady". To smutna konkluzja, bo akurat tak się stało, że jeden z utworów z albumu "Via" powstał w Cubase 7 (przed aktualizacją) i wykorzystywał parę darmowych wtyczek. Teraz po prostu już tego utworu nie jestem w stanie odtworzyć nawet, bo zwyczajnie wczytuje się bez połowy instrumentów. Aktualizacja wtyczek nie wchodzi w grę, bo są to dość wiekowe instrumenty, niektóre już porzucone przez autorów, więc nigdy nie powstaną wersje 64-bitowe...

Za to nie narzekam na wydajność (już). Wersja 9.5 działa bardzo sprawnie i mam wrażenie, że obecnie łatwiej jest "zapchać" FL Studio niż Cubase'a, co akurat mnie ucieszyło, bo wreszcie mogę w jednym projekcie wrzucić kilka ścieżek z instrumentami od U-he czy z Serum. A jeszcze rok czy półtora roku temu gotów byłbym przysiąc, że to FL Studio właśnie jest na tym polu liderem.

Kłopoty i zaciachy

Niestety, na samych superlatywach się nie skończy. Cubase sprawił mi kilka razy nieprzyjemną niespodziankę, po prostu się zamykając w wyniku wystąpienia jakiegoś błędu w którejś z wtyczek (podobne psikusy robi też FL Studio, chociaż preferuje bardziej zawieszanie się niż zamykanie). Pod tym względem wzorowy jest Bitwig, który w takiej sytuacji zamyka tylko sprawiającą kłopoty wtyczkę, a reszta działa dalej.

Irytujący jest edytor zdarzeń MIDI - potężny, z mnóstwem funkcji, a jednocześnie bardzo irytujący podczas pracy na małym obszarze - wówczas zbyt nachalnie próbuje automatycznie przewijać zawartość i w efekcie "jeździmy" w tę i nazad, nie mogąc trafić w odpowiednią "kratkę". Szkoda, że nie ma możliwości zmiany DPI, co pozwoliłoby upchnąć więcej na laptopowym ekraniku.

Smutna konkluzja

Trochę przewrotnie powiem na koniec, że jedna rzecz martwi mnie przy opisywaniu kolejnych informatyczno-muzycznych cudeniek, z którymi mam kontakt. Tą rzeczą jest fakt, że tak mało dobrej muzyki powstaje z mojej ręki, mimo że mam TAKIE narzędzia do dyspozycji. Nieco się frustruję i żałuję ogromnie, że tak długo musiałem na te narzędzia czekać, bo mając dużo wolnego czasu, jak ćwierć wieku temu, może udałoby mi się stworzyć coś wartego zapamiętania...