Pułapka praw autorskich

Po raz kolejny pojawia się afera z prawami autorskimi w tle - chodzi, rzecz jasna, o Jagodę Owczarek i zdjęcie zmarłego w wypadku posła Łukasza Litewki. Spokojnie, nie zamierzam tutaj oceniać całej sprawy, choć mam na jej temat swoje zdanie. Bardziej chodzi mi o drugie dno.

Sam jestem autorem, w tym także fotografem, brałem udział w różnych sesjach i rozmaite zdjęcia dla rozmaitych osób i podmiotów wykonywałem. Piszę też muzykę, do gier, do podcastów, dla siebie; autorską i covery. Dlatego stoję na stanowisku, że owszem, autor jak najbardziej ma prawa do tego, co wykonał, w tym - jeśli nie przekazał ich w ramach pisemnej umowy - zachowuje pełnię praw majątkowych, czyli może zarabiać na swoich utworach, w tym żądać zapłaty za ich komercyjne (i nie tylko) wykorzystanie. Koniec i kropka.

Rzecz jest w korzystaniu z tego prawa i z konsekwencjami takiego ujęcia praw majątkowych. Z jednej strony - dla autorów - to teoretycznie super sprawa, umożliwiająca tzw. pasywny dochód. Obrazowo mówiąc: po "natrzaskaniu" dzieł wszelakich, jeśli staną się one sławne i często wykorzystywane, można żyć z tantiem (czy raczej można było, bo obecnie tylko pewnie nieliczni, najsławniejsi mogą sobie na to pozwolić). Wystarczy odpowiednio sporządzona umowa z dobrze skrojonymi polami eksploatacji.

Ale jest druga strona medalu, z którą sam zderzyłem się podczas nagrywania podcastu. Otóż ciężar ponoszenia opłat, zliczania odtworzeń, kontroli publikacji leży w całości po stronie podmiotu korzystającego z dzieła. Zamiast prostej sytuacji: kontaktuję się z autorem dzieła, płacę mu taką czy inną kwotę i mogę umieścić np. jego utwór w tle audycji czy zdjęcie na okładce płyty, mam sytuację zgoła odmienną. Najpierw muszę podpisać umowę, zazwyczaj z jakimś podmiotem zbiorowego zarządzania prawami (np. ZAiKS), a potem prowadzić całą buchalterię: ile razy w miesiącu ktoś posłuchał mojego podcastu z tym czy innym utworem, ile czasu tego utworu wykorzystałem, jaką ma on stawkę i tak dalej. Co miesiąc trzeba to liczyć, wysyłać do podmiotu, płacić fakturę. Podobnie zdjęcia - zrobię rodzinną sesję fotograficzną u profesjonalisty, zapłacę za nią (niemało), pochwalę się rodzinie, ale mogę zostać pozwany, jeśli np. moja babcia wrzuci na "fejsbuka" zdjęcie wnuczki z tej sesji, bo akurat strasznie się jej spodobało.

Skoro tak jest, skoro korzystanie z usług autorów ma takie konsekwencje, to pojawia się oczywiste pytanie: PO CO w ogóle z tego korzystać? Autorzy zasługują na wynagrodzenie, bez dwóch zdań, ale jeśli tak to obecnie wygląda, to nie mogą się dziwić, że ludzie wybierają "wujka z aparatem" czy wręcz zdjęcie zrobione telefonem. Że generują muzykę automatami lub korzystają z publicznych bibliotek darmowej muzyki. I tak dalej, i tak dalej...

Nie wiem, jakie jest dobre rozwiązanie tego problemu. Być może jednorazowa zapłata, która automatycznie odbiera prawa majątkowe autorowi? Czyli jeśli fotograf, kompozytor, pisarz sprzedał swoje dzieło, to może się domagać co najwyżej umieszczenia informacji o swoim autorstwie? Ale to postawiłoby na głowie cały dotychczasowy model - te wspaniałe tantiemy, dochód pasywny i tak dalej. Uniemożliwiłoby sprzedaż tego samego różnym podmiotom.

Patrząc, jak to jest urządzone, nie zmieni się nic. Za to za chwilę pojawi się nowy problem - automaty, algorytmy, programy i serwisy sprawią, że twórcą będzie praktycznie każdy. I w tym zalewie "dzieł" trzeba będzie szukać unikalności, "autorskości" - to dopiero będzie wyzwanie. Może twórczość jako taka się po prostu skończy? Bo będzie można wszystko, bez wysiłku, bez nauki. Prawa przejmą korporacje, tworzące owe automaty, algorytmy, programy i serwisy. W jaki sposób człowiek udowodni, że stworzył coś samodzielnie i chciałby na tym zarobić? Już teraz jest kłopot, żeby YouTube'owi udowodnić autorstwo...

Komentarze