piątek, 30 października 2020

[T] Vienna Symphonic Library - Cor Anglais

Dzięki uprzejmości firmy Vienna Symphonic Library mam oto możliwość przetestowania w praktyce jednego z jej wirtualnych instrumentów, czyli poszukiwanego przeze mnie od dawna rożka angielskiego. Dlaczego akurat ten instrument? Już wyjaśniam.

Odkąd zacząłem się trochę na poważniej zajmować brzmieniami wirtualnych orkiestr (czyli od mniej więcej marca tego roku), zafascynowało mnie brzmienie oboju. A właściwie, jak się wkrótce okazało, chodziło o bliskiego kuzyna oboju, czyli rożek angielski. Niestety! Jako że obecnie często w orkiestrach jest on zastępowany przez obój właśnie, także w bibliotekach orkiestrowych trudno jest go znaleźć. Do tej pory miałem tylko dwa źródła, czyli Hollywood Orchestra (ale to brzmienie nie przypadło mi do gustu) oraz SWAM Double Reeds, który jest dość specyficzny i nie zawsze mi pasuje. Moja ukochana BBC Symphonic Orchestra zawiera ten instrument dopiero w wersji Pro, Nucleus zaś i Berlin Inspire 1 nie mają go w ogóle.

Rożek angielski od VSL występuje w dwóch podstawowych wersjach: wiedeńskiej i francuskiej. Jako że testowałem je obie, poniżej znajdziecie kilka słów na temat różnic i podobieństw.

Trudne początki z VSL

Z bibliotekami Vienna Symphonic Library nie miałem jeszcze styczności osobiście. Oczywiście, czytałem o nich, oglądałem różne filmy prezentacyjne i tak dalej, ale nie dane mi było do tej pory zainstalować żadnej z nich. I może dobrze, bo nie jest to procedura prosta i troszkę nerwów można stracić. Po pierwsze, naczekałem się na numery seryjne, które miały przyjść "niezwłocznie", a przyszły dopiero po wielu godzinach oczekiwania. No, ale to jest jeszcze nic.

W e-mailu od producenta otrzymałem dwa kody aktywacyjne, które trzeba wpisać do e-Licensera i tamże pobrać odpowiednie licencje. Trochę czasu ma tym straciłem, bo oczywiście e-Licenser zażądał instalacji nowej wersji, co zabrało dłuższą chwilę. Potem jeszcze musiałem poczekać na zakończenie polecenia Maintenance, bo wszystkie inne polecenia miałem nieaktywne. W końcu licencje się pobrały. Żeby nie tracić czasu, równolegle ściągałem specjalną aplikację do... pobierania, czyli Vienna Download Managera. I znów pomysłowość twórców do utrudniania życia użytkownikowi dała znać o sobie. Aplikacja ta przy próbie pobrania czegokolwiek poprosiła mnie o... wskazanie pliku. Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, więc doczytałem e-maila, po czym wszedłem na moje konto na stronie producenta. Tam zobaczyłem obiecujące linki do konkretnych bibliotek. Pobrały się podejrzanie szybko - rzut oka na rozmiar i konsternacja. Każdy z plików miał 50kB - czyli to nie sample. No i okazało się, że to są specjalne pliki "znacznikowe" i to je właśnie trzeba wskazać aplikacji pobierającej, która odczytawszy z ich dane zaczęła pobierać faktyczne biblioteki (każda z nich to ok. 2,5GB).

Kiedy biblioteki powolutku się ściągały, pobrałem jeszcze pakiet oprogramowania Vienna Instruments. Instalacja przebiegła prawie bez zgrzytów - jedynie Windows zaraportował, że instalator jest podejrzany i on odradza uruchamianie go. Hm...

Gdy nareszcie biblioteki były już na dysku, trzeba było je jeszcze zainstalować w miejscu docelowym. Uf... Myślę, że Vienna Symphonic Library mogłoby się wiele nauczyć od innych producentów w kwestii niekomplikowania rzeczy prostych... Ale to jeszcze nie było koniec!

Vienna Instruments

Uruchomiłem Studio One i zdziwiłem się - program odnalazł nowy produkt VSL i... wyświetlił jego splashscreena, na którym przez pięć minut trwało SKANOWANIE VST (?!)

W końcu DAW się uruchomił, a ja szybko odszukałem VSL na liście wtyczek VST. Beztrosko dodałem ścieżkę. I po chwili miałem na ekranie TO:

Okazuje się bowiem - czego akurat nie byłem świadomy - że VSL stworzyło specjalny system host/slave. Mówiąc najprościej: coś, co jest wtyczką VST, wcale nie jest instrumentem, a tylko "połączeniem". A łączy się z uruchamianym całkiem niezależnie od DAW programem Vienna Ensemble Service, który jest czymś w rodzaju "skrzynki" do uruchamiania VST. I dopiero tutaj można dodać Vienna Instruments z posiadanymi brzmieniami, a co ciekawe, można też dodać tu dowolne instrumenty VST (!). Czyli jest to rozwiązanie trochę podobne do podłączania osobnego DAWa w trybie "rewire". Innymi słowy mamy następujący łańcuch: DAW→VSL połączenie→VSL Ensemble Service→VSL Vienna Instruments→konkretny instrument (czyli w moim przypadku - rożek angielski). Szaleństwo.

Mam dziwne wrażenie, że budując rozwiązanie potężne i skalowalne, inżynierowie z Vienna Symphonic Library nieco zapomnieli o zwykłych użytkownikach. Bowiem wystarczyłoby dodać prosty player, umożliwiający wczytanie pojedynczego brzmienia i już życie byłoby prostsze. Jeśli ktoś potrzebuje rozbudowanej orkiestry, korzysta z Ensemble, uruchomionego choćby i na innym komputerze (da się tak!). Ale jeśli ktoś chce wzbogacić swoją kompozycję melodią graną pojedynczym brzmieniem z biblioteki VSL, mógłby po prostu uruchomić sobie Vienna Instruments jako zwykły instrument VST, załadować do niego brzmienie i tyle.

Co ciekawe, ostatnio VSL rezygnuje z Ensemble na rzecz Synchrona, nowego playera, który - nie zgadniecie - nie tworzy żadnych połączeń do dziwnych serwisów, tylko umożliwia po prostu załadowanie brzmienia i już...

UWAGA! Na końcu wpisu ważna uwaga na temat oprogramowania!

Może wreszcie trochę muzyki?

Przepraszam za ten przydługi wstęp, ale chciałem rzecz opisać nieco dokładniej dla osób, które - tak jak ja - nie miały wcześniej do czynienia z wynalazkiem VSL, bo naprawdę można się zdziwić. No i droga do usłyszenia jakiegokolwiek dźwięku jest tu równie długa, co powyższy opis.

Koniec końców jednak załadowałem brzmienie rożka (najpierw jednego, potem drugiego) i zagrałem. I wrażenia mam mieszane.

Z jednej bowiem strony nie jest źle. Instrumenty brzmią rzetelnie, aczkolwiek bez jakiegoś specjalnego blasku i błysku. Być może dlatego, że są już dość wiekowe - ich korzenie sięgają do bodajże 2013 roku, więc jest to już 7 lat. Pochodzą z sesji nagraniowej, której głównym celem było zdobycie nagrań maksymalnie "suchych" i pozbawionych pogłosu, co w dużym stopniu przekłada się na taką sobie atrakcyjność brzmienia "prosto z pudełka". Podobnie zresztą jest także w przypadku brzmień SWAM. Po prostu w tym wypadku TRZEBA koniecznie zaaplikować jakiś pogłos.

Za to z pogłosem jest już całkiem przyjemnie. Powiem nawet, że inspirująco. Dźwięk nie jest aż tak przeszywający, jak w SWAM i zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu wariant francuski, który po prostu brzmi dla moich uszu tak, jak powinien brzmieć rożek angielski. Wariant wiedeński jest jakiś taki... no nie wiem, sztuczny? To nie do końca pasujące słowo, ale coś ze sztuczności jest w tym "wiedeńskim rożku".

Na razie nie nagrałem żadnego pełnego utworu z rożkiem w roli głównej, więc niczego tutaj nie zamieszczę, aczkolwiek jest "coś" w przygotowaniu, więc jak tylko okaże się to warte publikacji, zaktualizuję niniejszy wpis.

Polecam?

Na razie wstrzymam się z oceną. W wersji z Ensemble trudno jest mi polecić komukolwiek to dziwne rozwiązanie z połączeniem host/slave, bez możliwości wstawienia na ścieżkę po prostu instrumentu VST. Wyczytałem, że VSL sukcesywnie przerabia dotychczasowe biblioteki na nowy player Synchron - i taką wersję chętnie bym przygarnął, najlepiej w jakiejś korzystnej cenie. Obecnie wprawdzie cena za pojedyncze brzmienie nie jest specjalnie wygórowana, bo wynosi 40 dolarów, jednak umówmy się, jest to cena promocyjna typu "dwa w jednym", a regularna cena to 80 dolarów. Tu już bym się długo zastanawiał, a gdybym wydał te pieniądze i dostał coś takiego, jak rozwiązanie z Ensemble, to byłbym (chyba słusznie) nieco rozczarowany. Bo obsługa tego tworu skutecznie studzi zapał do pracy z utworem. Chętnie wierzę, że zaawansowani muzycy mogą sobie chwalić możliwość przeniesienia Ensemble'a na osobny, mocny i pojemny komputer, co odciąży jednostkę z programem DAW, jednak dla zwykłych użytkowników to po prostu niepotrzebna komplikacja. Co zresztą ludzie z VSL zauważyli, bo ostro promują Synchrona, chcąc nieco uszczknąć z tortu orkiestrowych bibliotek, na którym panoszy się Spitfire Audio, Orchestral Tools czy Audio Imperia. Nawiasem mówiąc mam wrażenie, że zarówno VSL, jak i EastWest te 8-10 lat temu za bardzo uwierzyły, że są potęgami i niepodzielnie królują na rynku. Przestały się rozwijać wierząc, że jakość brzmienia załatwia wszystko. Okazuje się jednak, że ich - może i zaawansowane, ale skomplikowane - rozwiązania nie mają dziś racji bytu, wyparte przez szybkie i nowoczesne instrumenty pokroju Nucleusa czy BBC SO, a i z jakością brzmienia nie jest już tak różowo...

No nic, włączę jeszcze DAW i pogram trochę na rożku.

UWAGA DO OPROGRAMOWANIA! Okazało się (po rozmowach na forum i na fanpage'u VSL), że nie trzeba korzystać z "Vienna Ensemble Service", ale należy o to zadbać jeszcze podczas instalacji oprogramowania. Otóż, jeśli odznaczy się wówczas moduł "Vienna Ensemble Service" (oczywiście domyślnie zaznaczony), dostępny w DAW instrument VST nie będzie już "konektorem", tylko po prostu instancją "Vienna Instruments", o co mi tak naprawdę chodziło. Czyli da się to zrobić prościej, ale trzeba wiedzieć, jak zainstalować oprogramowanie.

0 komentarze:

Publikowanie komentarza