Czym, do licha, jest Steinberg WaveLab?
Pytanie w tytule jest trochę prowokacyjne, ale postanowiłem je zadać tuż po premierze najnowszej, trzynastej już odsłony aplikacji Steinberga. Bo WaveLab nie przestaje mnie zadziwiać.
Od edytora audio do...
Początkowo Philippe Goutier napisał WaveLaba w 1995 roku jako szybki i wydajny edytor audio dla plików wav. Właśnie wydajność była główną przewagą aplikacji - to jeden z pierwszych programów audio dla 32-bitowego systemu Windows 95, w dodatku mocno zoptymalizowany pod płynną pracę z wyświetlaniem obrazu pliku audio. Program został szybko doceniony, a firma Steinberg wzięła go pod swoje skrzydła i w latach 1996/1997 dostosowała go do raczkującej wtedy technologii VST. Oznaczało to, że WaveLab mógł używać efektów, dostarczanych przez firmy trzecie, czyli tzw. wtyczek.
Początek XXI wieku dla WaveLaba oznaczał rozwinięcie się w program do nieliniowego montażu dźwięku, a że dysponował on wsparciem dla wypalarek CD oraz zgodnością ze standardami audio (Red Book), przekształcił się w rozbudowane narzędzie do przygotowywania (masteringu) płyt CD.
Najstarszy screen WaveLaba, jaki znalazłem
Kolejne lata to rozwój części odpowiedzialnej za montaż i mastering właśnie, dodawanie obsługi kolejnych standardów (m. in. Surround 5.1, a obecnie Dolby Atmos) i przesuwanie się aplikacji w stronę kompleksowego przygotowania przestrzennych miksów audio na potrzeby kina i multimediów.
To nie jest edytor dla zwykłych ludzi
Śródtytuł to kolejna prowokacja - ale taka jest prawda, WaveLab to nie jest zwykły edytor dla kogoś, kto chce po prostu wczytać plik audio, przyciąć końcówki, pogłośnić, przepuścić sygnał przez parę wtyczek VST i zapisać efekt z powrotem jako plik audio. Owszem, to da się zrobić, ale nie do tego celu WaveLab służy. Jak by to bowiem miało wyglądać?
Uruchamiamy WaveLaba, wybieramy tryb Audio Editor (jest jeszcze tryb Audio Montage, ale trzeba wtedy utworzyć plik projektu mon i pracować na ścieżkach). W trybie Audio Editor możemy otworzyć dowolny plik audio (lista formatów jest całkiem spora). I teraz: najlepiej będzie, jeśli wystarczą nam funkcje wbudowane w WaveLaba, czyli proste cięcie, pogłaśnianie, ściszanie, fade-in, fade-out, tego typu operacje. Wtedy robimy, co trzeba, zapisujemy wynik na dysku i gotowe.
Ale co z VST, ktoś zapyta? Przecież WaveLab wspiera VST od dwudziestu lat! Nie da się przetworzyć sygnału wtyczkami VST? Da się, ale nie w sposób, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w Audacity, Audition czy Acoustice. Nie można tutaj zaznaczyć fragmentu nagrania, wywołać wtyczki VST i przetworzyć nią zaznaczonego fragmentu. To znaczy, da się, ale nie tak prosto.
WaveLab ma coś takiego, co nazwano MasterSection. Można na ten panel spojrzeć jak na swego rodzaju listę procesorów, które w czasie rzeczywistym obrabiają sygnał audio, przechodzący przez program (akurat bez różnicy, czy to Audio Montage, czy Audio Editor). Czyli coś (Audio Montage albo Audio Editor) jest źródłem dźwięku, ten wpada do MasterSection, przechodzi przez wszystkie procesory (efekty) tam umieszczone i wędruje do głośników, słuchawek lub pliku wynikowego (w rzeczywistości mamy jeszcze dodatkową sekcję odpowiedzialną wyłącznie za odsłuch, jeśli chcemy słyszeć zastosowany jakiś efekt, ale nie ma go być w docelowym miksie). I to jest właśnie ta "dziwność" WaveLaba - ładujemy plik audio, ale chcąc go przetworzyć np. korektorem sonible smart:EQ4, musimy ten korektor dodać do MasterSection.
Zaznaczamy fragment, wrzucamy odpowiednią wtyczkę do Master Section, wywołujemy Render in place i usuwamy wtyczkę z Master Section...
Jeśli chcemy pracować jak w DAW, czyli dokładamy kolejne efekty i słuchamy ich działania w czasie rzeczywistym - ok, takie rozwiązanie się sprawdzi. Ale jeśli chcemy przetworzyć tylko fragment, np. dodać pogłos do kilku słów wypowiedzi, sprawy się komplikują. Musimy najpierw mieć pustą MasterSection, dodać do niej wtyczkę pogłosową, zaznaczyć fragment pliku do modyfikacji i w oknie dodanego do MasterSection efektu wykonać Render in place, czyli zastosować wtyczkę tylko do zaznaczenia. A kiedy już to zrobimy, trzeba ręcznie usunąć efekt z MasterSection (chyba że będziemy modyfikować jeszcze inne miejsca pliku audio), bo inaczej będziemy słyszeć pogłos podczas odtwarzania.
Specjalizowane narzędzie
Jak widać, prosta edycja wcale nie jest taka prosta w WaveLabie. Dlaczego tak to rozwiązano? MasterSection ma dużo więcej sensu, jeśli spojrzymy na program okiem inżyniera masteringu. On montuje, scala różne pliki audio, tworząc płytę CD lub ścieżkę dźwiękową dla filmu. Posługuje się w tym celu trybem Audio Montage, gdzie umieszcza pliki na różnych ścieżkach (ścieżki już mogą mieć swoje własne listy efektów, działających tylko na tych ścieżkach). MasterSection staje się w tym momencie zbiorem wtyczek "finalizujących", jak "klejący" kompresor, korektor, limiter itd. MasterSection ma sprawić, by końcowy efekt był spójny i dostosowany do wymagań odbiorcy. Materiał końcowy może mieć różne parametry w zależności, czy jest przeznaczony na płytę CD, do streamingu czy do pełnometrażowego filmu i właśnie zestaw wtyczek w MasterSection umożliwia szybkie "przestawienie się" na nowy cel. W programach DAW można porównać MasterSection do wtyczek zapiętych na sumie.
Zdecydowanie więc podczas montażu WaveLab sprawia dużo lepsze wrażenie, niż podczas edycji pojedynczego pliku audio. Wszystko zaczyna mieć sens, ustawianie parametrów poszczególnych ścieżek przebiega bardzo przyjemnie, klipy można przesuwać grupowo, "zaczepiając" te na innych ścieżkach (trochę przypomina o suwanie klipami np. w DaVinci Resolve), bezproblemowo da się łączyć klipy za pomocą crossfade-ów, ściszać początki czy końcówki i tak dalej, i tak dalej. Każdy klip może być wyedytowany w Audio Editorze (i ma to wtedy ręce i nogi, bo z reguły montujemy już pliki z grubsza przygotowane, które co najwyżej musimy "dopieścić").
Podczas wielościeżkowego montażu WaveLab pokazuje, na co go stać - każda ścieżka, a nawet każdy klip może mieć swój zestaw efektów
Gotowy montaż, z odpowiednim zestawem wtyczek w MasterSection, renderujemy do wymaganego formatu lub np. wypalamy na płycie CD, jeśli jeszcze lubimy płyty CD-Audio. I to tyle.
Do czego użyć?
Przyznam, że przez długi czas usiłowałem stosować WaveLaba jako ogólny, uniwersalny edytor audio, zgrzytając zębami na utrudniającą życie MasterSection. W sumie do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego w trybie Audio Editor programiści nie dodali przez te wszystkie lata przycisku VST Process, który umożliwiałby wybór wtyczki VST i przetworzenie zaznaczonego fragmentu. To tak banalny brak, że aż idiotyczny moim zdaniem.
Niemniej, wielokrotnie okazało się, że montowanie podcastów czy audiobooków jest w WaveLabie bardzo proste i chyba tylko dlatego nie porzuciłem Reapera, że mam tam dużo zdefiniowanych akcji i skrótów klawiaturowych, a sam Reaper startuje dużo szybciej od WaveLaba. Jeśli jednak chodzi o dostępne efekty i ich jakość, WaveLab, szczególnie w wersji Pro, ma zdecydowaną przewagę na Reaperem, który to z kolei ma przewagę w braku sztucznych limitów i możliwość tworzenia własnych akcji oraz pisania skryptów (o przewadze cenowej nawet nie wspominam).
Dla kogo zatem WaveLab? Dla profesjonalistów zajmujących się bardzo specyficzną działalnością: masteringiem płyt CD i/lub dźwięku przestrzennego, z zachowaniem wszelkich standardów. To dla nich są te wszystkie specjalne efekty, mierniki, masteringowe funkcje i już obecnie ćwierć wieku doświadczeń. Entuzjaści mogą korzystać z WaveLaba do ogólnego montażu czy masteringu audio, np. audycji radiowych, podcastowych czy audiobookowych, ale w tych zastosowaniach równie dobrze sprawdzi się dużo tańszy Reaper (jego cena jest mniejsza niż WaveLab Elements) czy nawet darmowy Audacity.
A szukającym zwykłego edytora audio, do szybkiej edycji pojedynczych plików, polecam niezmiennie Acon Acoustica, chociaż martwi mnie długie milczenie autora tego programu i brak jakichkolwiek poprawek od dłuższego czasu. Alternatywą są Audition w płatnej subskrypcji Adobe lub stary i coraz bardziej zmurszały SoundForge (osobiście nie polecam).




Komentarze
Prześlij komentarz